jak stop-klatka na Twoich ustach jak palce splątane na szyi przywieram szronem do kilku historii czasem tylko zdaje mi się, że zlizujesz miód z języczków kocich moich snów...
zielono-niebieskie bardzo nieświąteczne zasupłanie serca nieważne
anachronicznie prehistoryczna o dwóch takich, co ukradli... księżyc
Odrzeć człowieka z jego historii, a później rozebrać do nagich słów, bez kontekstów, bez tła, bez dygresji, bez objaśnień, to jak patrzeć na mapę, na której nie ma ani oznaczeń, ani skali. Można błądzić wzrokiem wokół nowego mieszkania, kolorów sof i ilości książek na półkach, jak błądzi się wzrokiem po konturach terytoriów, i nie dostrzec niczego. Można oceniać fryzurę, strój, jak szacuje się odległość od punktu A do punktu B. I znów pudło.
I brakuje człowieka, któremu czasem drżą dłonie, czasem drży głos. Zadowolonego lub przybitego.
Przeglądam listy blogowe. Zaglądam do ludków bliższych memu czytaniu i tych ciut dalszych. U jednych dobrze, a u innych gorzej. Brnę dalej, układając wszystko podług słów pisanych. Poznaję światy wykreowane. Stworzone. Czyjeś.
I nie umyka mojej uwadze, iż miejsca Malutkiej w sieci są takie same. Do szpiku kości zatopione w słowach, ociekające banalnymi ozdobnikami. Jakieś ochy, achy, grrr, wrrr. Codzienność to zlepek słów, słowa to lustro, ale czy same słowa wyrażają głębię, dostarczają niezbędnych informacji, przekazują prawdę?
Ile w tym mnie?
Ile mnie można dostrzec, poznać?
Przypominam sobie początki blogowo-pozablogowe.
Najpierw M. namówiła mnie do pisania, w innym miejscu, bardzo odległym od dziś czasie.
Od początku dostęp mieli A. i S.
Potem zaczęłam poznawać A. i M.
Pojawiła się S. Pojawił się N.
Odrobinę K.
Kilka okruszków C. i S.
Teraz to miejsce, w wielkim wyciszeniu i zapomnieniu.
I skrobię tu od czasu do czasu, najczęściej o tym, że mi nieszczególnie. I jak to ja - nie potrzebuję przyczyny, by było nieszczególnie. Ale potrzebuję skrobania. Mniejszych i większych ku skrobaniu wskazań. Nawet jeśli trafisz tu, bo w google wpisałeś/łaś: "wódki jej", "jak to było z pyrką", "seks akademiki" czy wreszcie "tandeta,kicz,święta".
Bardzo się cieszę, że nie zamknęłam I patrzy w niesprzyjającym mu czasie, bo zbyt wiele siebie przepadłoby i tego, co czułam siadając do pisania; bo wiem, smęcę tu emocjonalnie, czasem zapominając, że mam jakiś rozum, szczyptę inteligencji, ale bez tej mojej emocjonalności byłabym kimś innym i nie chodzi o to, czy lepszym, czy gorszym, ale innym...
Ten moment, gdy palce błądzą po klawiaturze, czasem o czymś zupełnie innym niż zamierzałam, już sam w sobie sentymentalny, opowiada mnie moimi własnymi słowami, zaskakująco dziwnie przypominając rozsypane piegi, kolor oczu nieokreślony, manierę zakładania wszelkich szalików i czapek.
Czasem mam wrażenie, że blog to niekończące się wypracowanie na temat: stwórz charakterystykę dowolnie wybranej przez siebie postaci.
Bo większość blogerów to postaci literackie, bardziej lub mniej odzwierciedlające realnych ludzi.
No i Czesław.
Już zimowy. Miłoszowy. Nowiuśki...
(Już wiem, co chcę znaleźć pod choinką :DDD)
piątek, 25 listopada 2011
Cały dzień między ludźmi. W gwarze i śmiechu. W lekkim pokrzykiwaniu.
Aż do słowa, które padło niespodziewanie....
Musiałam wcześniej wyjść z pracy.
Dłużej nie udałoby mi się przyklejać uśmiech nr 5 do twarzy.
Rozplanowuję wieczór. Chcę być sama. I będę. Mając pełne ręce roboty.
Dziwny ten czas.
I siebie w nim nie poznaję.
czwartek, 24 listopada 2011
Trudna noc za mną. Okres snów koszmarnych zaczyna się z impetem. I budzę się, budzę, zbyt często, zlana potem, niespokojna. I wiem, że destrukcja płynie gdzieś z podświadomości.
W pracy udaję, że mi ok, ale z mizernym skutkiem.
Nic mi się nie chce. Nie mam na nic sił.
Ciało poddaje się. Boli mnie dosłownie wszystko.
Wystarczył jeden telefon, żebym się rozsypała.
Chciałabym się schować. Zniknąć. Rozpuścić.
Nie myśleć już o niczym. Nie zastanawiać się. Nie rozwiązywać problemów.
Może powrót do domu na chwilę coś zmieni. Może odpocznę. Może skupię uwagę, na zewnątrz.
Wewnątrz ustaliłam datę, do której nie zapłaczę, bo:
W
tym najważniejszym zabijasz mnie z premedytacją, za każdym razem
szarpiąc resztki tego, co kiedyś było sercem. Za każdym razem
udowadniając mi, że Ty beze mnie i owszem, ale ja bez Ciebie to już
nie.
Jeśli można w jakiś sposób odciąć ten sznur - zrób to, tak, żeby bolało jak najmniej.
Mój świat znika gdzieś pod zamkniętymi powiekami. Łzy, niczym ulewa rozbijają się na policzkach, przenikają pomarańcz bluzki, spływają w niewiadomą po szyi. Dłonią drżą niepewne, drżą razem ze mną, drżą jak ja - znów ustawiona po drugiej stronie smutku, zlana ze smutkiem, w smutku obmyta.
Zostawiasz mnie i znikasz. Do tej pory wracałeś.
Teraz Ci wierzę - nie wrócisz.
Spotkamy się jeszcze raz. Nie obiecuję, że powstrzymam płacz. Wiesz, że mi się to nie uda.
Mimo to przyjedź. Zrób wszystko, żeby przyjechać.
I kochaj mnie ten ostatni raz. I tul. I całuj. I nie udawaj, że coś jest poza. I pozwól mi jeszcze raz czuć Twoją bliskość, dotykać Twoich ust moimi wargami. Zanurzać dłonie w Twoich włosach. Słuchać bicia naszych serc.
Przyjedź i mnie kochaj, miłością fałszywą, jeśli w Tobie jej już nie ma.
Podaruj mi ostatni dzień. Ostatnią noc.
Nim zapadnie zmrok w moim sercu, w mojej głowie.
Sam wiesz, że mój świat kończy się na Tobie, bo zawsze dawałeś mi skrawek nadziei, że jeszcze wrócisz.
Rozdarłeś ten skrawek na strzępy.
I może wszyscy, włącznie z Tobą mają rację - NAS już nie ma.
Tylko, że do mnie to nie przemawia.
Ciebie nie ma już dla mnie.
Ale ja nadal będę Cię kochać. Bo inaczej nie umiem.
Malutka z magistrem, gromadką przyjaciół, Rodzicielką łkającą do telefonu i ślicznym bukietem róż czuje się dokładnie tak, jak czuła się magistrem nie będąc.
Jedyna różnica jest taka, że nie ma już przede mną żadnego stresu uczelnianego.
Ale i tu bez fajerwerków :)))
Właściwie Malutkiej jest przykro, bo liczyła, że ten jeden raz sobie o niej przypomni. Zadzwoni. Napisze. Cokolwiek. Tymczasem nic.
Ciężko jest się odkochać. Nawet jeśli kocha się tylko wspomnienie chłopaka, który pięć lat temu był kimś zupełnie innym, kimś komu oddała całą siebie.
Ciężko pogodzić się z tym, że on sam już siebie nie poznaje, że zapomniał kim jest.
I że na własne życzenie rozwala sobie życie.
Zaglądam tu z namaszczeniem. Przydarza mi się skomplikowanie snów. I marzenia wędrują bardzo daleko.
Pisząc tu - wyciągam esencję dni. Najtrudniejsze. Dlatego tak rzadko.
Codzienność wrobiłam w dziennik ekstrawaganckiego adresu blogowego.
Kiedy mi źle. Kiedy się martwię o Nich. Kiedy sobie myślę, że bez Nich. Kiedy płyną łzy, a o łzy jest tak nietrudno, wystarczy strącić jedną kroplę rosy... Kiedy pochłaniam entą gruszkę z sadu dziadka. Kiedy myślę, że niedługo będę musiała uśpić Jovana. Kiedy zastanawiam się, co począć z Kaziem. Kiedy to niby błahostki, ale już poważne problemy.
Powstrzymuję słowa. Tutaj wyważam, co głośne, i co ciche, co ryzykowne, co
bezpieczne, co banalne, a co nietuzinkowe.
I nagle nie mam nic do powiedzenia.
Do następnego razu...
Jakoś mi tak miło i aksamitnie jesień skleja myśli, rozmarza i przeplata
refleksami zadumnymi. Najlepszy czas w roku: umysł może żonglować między poezją
a prozą słowem, jak piłką.
opuszkami palców po ustach historii
wilgocią przesunąć
mchem
brązowy migdał twoich oczu
babciny beret
słodkie wino
w zakrzepłej kniei z ognia gałęzi
bez smaku
bez dreszczy
rozchodzi się lato
Poznań. Obrzydły. Zużyty Poznań. Miły i bliski. Ale męczący. A ja ostatnio chodzę jak struta: tramwajami, kolejkami w sklepach, kinem, kostkami brukowymi, Maiusem. Wolałabym rozedrzeć spodnie na kolanie o jakąś wystającą gałąź, niż tylko chodzić w tych moich "alladynkach" grzecznie i ładnie. Wolałabym uciec stąd i poszukać miejsca, w którym pieprz zbierają, bo rośnie. Wolałabym zapaść się w przepaść, przepasana liną. Wolałabym znów opalić ramiona. Nawet łydki. Do połowy, żeby było solidarnie.
Idzie dziwny czas napiętego grafiku. Bezrobocia w robocie, bo będę pracować w kratkę. Pisania ile wlezie, bo w końcu wyleźć TO musi. I smęcenia od czasu do czasu, połączonego z zachwianiem poczucia bezpieczeństwa, na bazie argumentu: "nieklarowna potoczystość zdania".
Uprościć czas. Osłodzić gorzką egzystencję.
I przestać być żakiem.
Dziwne. Nigdy nie spieszyło mi się do wakacji, a w tym roku fiksuję już bez odpoczynku z tytułu: "wolne od niewolnego".
Malutka...
Coś jednak pozostało...
Drzazga jakaś, prawda?
niewinność to zdolność do kochania.
raz utracona - nie powróci.
(śmiem twierdzić, że Miłość już nam się nie przytrafi).
wieczorem zrobiłam sobie bilans zysków i strat. wychodzę na zero. poza jednym - żadne przyszłe uczucie nie będzie tak intensywne, tak prawdziwe i tak głębokie. przynajmniej równia już nie pochyla się to w tę, to w drugą stronę. stoi w miejscu, nierozedrgana euforią dłoni w dłoni, ust przy ustach. nieroztrzęsiona tym, co prowadziło do łez.
moja koleżanka z LO wzięła dziś ślub. większość znajomych od kilku lat pielęgnuje swoje związki. fejs-zbuki i naszeklasy pękają w szwach od zdjęć w objęciach ze ślubów, zaręczyn i randek. eksponowanie: "nam się udało znaleźć" przypomina licytację, na której wybebeszyć należy życie prywatne po to, by inni - wybrać OPCJĘ właściwą: podziwiali, zazdrościli, współcieszyli się z Iksem i Iksińską.
duety emocjonalnych heroinistów, którzy sami dla siebie są narkotykiem, budzą we mnie zazdrość. ze względu na czucie, współ-odczuwanie siebie. pragnie tej drugie osoby, jej dobra, jej bliskości.
nie chciałabym być teraz sama. a przecież bywam regularnie, właściwie nieustannie, z krótką przerwą na wspólne oglądanie filmu czy obiad. hormony, feromony i pranie mózgu wymieszane w jednym garze już mi nie grożą zatruciem pokarmowym i duszy, i ciała, jak choćby rok temu, gdy lekkie oziębienie, rozkładało moje życie na tygodnie omamów w gorączce i bezsilności.
miłość to choroba - skuteczny kop w emocjonalną żyć wystarczył za antidotum.
chciałabym nie oznacza, że potrafię.
"moja", niczym pogoda w kratkę, zaczyna mi wystarczać. zadowala mnie stan względnego razem, ale osobno. bo niby mamy siebie, niby nie. niby ciągniemy te prawie 5 lat bycia ze sobą, niby od prawie dwóch nie jesteśmy razem.
nie chcę nauczyć się z tego korzystać... nie chcę stracić resztek moich złudzeń, że niektóre sceny z życia mogą się kończyć happy endem. niech choćby przydarza się on innym.
mi wystarczy utrzymywanie głowy nad powierzchnią wody. choćby w imię przyzwyczajenia.
smutne?
nawet teraz, po swoistym rachunku sumienia zgadzam się ze sobą. i spokojem we mnie.
niewinności już nie ma.
(czasem jednak napada mnie myśl, że taka permanentna samotność żałosnym jest świadectwem tego, jakimż jest się człowiekiem).
Ps. Jak zawsze mój rzadko świetny humor rozpryskuje się niczym bańka mydlana.
Ps. 2. Coś czuję, że ten tekst krótko tu powisi.
na grząskim gruncie nie można budować... (niektórym trudno obrosnąć w życie)
Pomiędzy jednym a drugim prysznicem z chmur w twarz śmieje nam się słońce. W zielonej trawie przemarsze mrówek. Na stawie żabi gwar. I jeszcze bociany drepczące powolnie na podmokłej łące. Wszystko ma jakiś kształt i formę, rozłożone według schematów odpowiednich dla zaistniałych okoliczności przyrody.
A w mojej głowie leci film - pożółkła pocztówka z przeszłych lat. Niewielki przegląd wyborów, które rozbudziły we mnie głód, co to go nie potrafię zaspokoić.
Jeśli mi się uda wdepnąć w dorosłość, to już z niej nie wyjdę.
Tymczasem nie chcę nawet zanurzyć palca u nogi w tej zimnej sadzawce codzienności.
Nadal nie chcę.
Przystanek na wielokropku.
I brak pomysłów, co dalej...
Tym, czego chcę, jest powrót do pracy, bo za dużo myślę, zbyt mętnie. To jest jedno z tych przetasowań, w którym każda karta wydaje się być nieodpowiednią - czyżby? - okaże się już lada moment.
Kalendarz w tym roku szczupleje bez opamiętania...
i tylko czasem na Twoich ustach odbiłabym srebrny księżyc pocałunku, by nocy nie spłoszyć gwiazd wypadaniem z Twoich rękawów, w objęciu pachnącym macierzanką i Tuwimem na moich uszach czereśniowym
- Chcesz? - Chcę.
W jednym słowie zapomnieć czym jest wolna wola i oddać ją za upojenie i nietrzeźwość emocjonalną - jestem specem od przypominania sobie dwóch przyklejonych do siebie głów. Nałogowo. Z premedytacją. I czającą się nicością kolejnych dni.
Wybredny tydzień. Udany poniedziałek. Skomplikowany wtorek. I urlop od środy... Właśnie teraz, gdy wcale go nie chcę; gdy bardziej chcę zostać, gdy jest lepiej...
A życie... I tylko pasy na zebrze uświadamiają mi, ile we wszystkim równowagi - bo czego jest więcej: bieli czy czerni?
Rozhuśtane postawy mielące się na dnie młynka kawowego. Czas pachnie kofeinowymi zaklęciami. A płytkość uczuć i emocji jest jak potwarz. Posądzana o tyle, nawet do połowy nie mogę się przyznać, wiecznie robiąc coś ze względu na kogoś.
Nie wiem jakim jestem człowiekiem. Skomplikowanym na pewno, ale czy bardziej dobrym, czy bardziej złym? Prosta moralność to jedynie szkielet, zupełnie nie pokryty skórą, paloną przecież na karku przez słońce, zbitą przez krople deszczu bezlitośnie. Prosta moralność...
Na poletku moich przewinień zawsze ustawiam w głowie powody, dla których coś miało miejsce. Bardzo rzadko dostrzegając celowość rozwściekloną, najczęściej mizerne rykoszety. I fakt, że podobno piekło będzie dobrymi intencjami brukowane.
Lichość usprawiedliwień spada na mnie wtedy, gdy wiem, że wcale nie powinnam się tłumaczyć. I nie robię tego. Poniekąd ogołocona ze złudzeń. Ograniczona rzeczywistością. Zdyszana w codziennym wyścigu o coś prawdziwego. Zaplątana w relacje, których nigdy nie chciałam.
Przytłaczają mnie ludzie. Ich roszczenia. Ich pogarda. Ich ignorancja. Chciałabym zmienić w świecie właśnie to - ignorancję, machnięcie dłońmi, danie przyzwolenia, umywanie rąk.
To czego się boję z każdym dniem coraz bardziej to starość. To samotni przygarbieni ludzie, od których wygodniej jest uciec, niż zaproponować pomoc. Każdego dnia jadąc do pracy dostrzegam też dualizm. Podstarzałe panie, w eleganckich garsonkach z elegancką fryzurą i drapieżnością ruchów, które jednym ruchem torebki potrafią pokonać kanara, zgonić młodszych z miejsc. I staruszki łagodne, zmęczone już wejściem do tramwaju; te, które nigdy się nie upomną o to, by im zwolnić krzesełko. Wspomnieniem wracam do pewnej staruszki, której nie potrafiłam pomóc. I nadal czuję, że źle się wtedy wszystko stała, a odwaga, której mi wtedy zabrakło przychodzi nadal, bardzo powoli.
oczy tej Małej... myśli tej Małej... w połykaniu łez żebyż on kochać mógł.
każdy dzień to praca, w której można być cyborgiem. dialogi z klientami mamy wyuczone na pamięć. po pracy godzina pod prysznicem. po prysznicu udaję że mnie nie ma. w sumie to nawet prawda.
nie jestem w stanie komunikować się z kimkolwiek.
środa, 13 lipca 2011
rozpadam się niczego nie mam tylko bezsensowne mrzonki.
- Powinnaś. - Wiem. - No i co? - Pozostanę przy powinnam.
Tak. Oto i naszedł mię czas okrutnie dziwny. Jeszcze dziewczynka, a już niby taka samodzielna oficjalnie. Czym innym było utrzymywanie się samej w poprzednie wakacje. Łatanie budżetu studenckiego w ciągu roku.
A czym innym jest stan z teraz. Obcy taki. Dziwaczny, bo... tak podobny? Że aż nie wyczuwam różnicy. I to właśnie dlatego! Bo gdyby różnica była, nie męczyłabym się, czy jest tak a tak, tylko wiedziałabym: "dziewczynko, a teraz marsz do tego urzędu, podpisać 57 papierek w lewym dolnym rogu". Sęk w tym, że nie wiem. Nie wiem, czy mnie jakieś przepisy obowiązują poza przepisami z kuchni świata. Czy mam obowiązek zgłaszania się gdzieś.
Brzmi śmiesznie, prawda? Toż absolwentów na pęczki, wystarczy kumpli popytać. Ale ja taka niepytalska jestem... A niepytalska jestem dlatego, że mnie ich odpowiedzi nie interesują, poznawać ich nie potrzebuję. Ot. Przejść życie bocznym chodnikiem, żeby się samo działo, bez mojego udziału, bo mnie wszelki możliwy udział drażni.
Zośka Samośka z powyłamywanymi wyobrażeniami na tronie obgryzionym przez myszy, jak Chmury na Niebie kocham!
Wczorajszej nocy podobno byłam urocza przez jakiś ułamek krzyżujących się spojrzeń. Po cóż ci jednak chłopcze mój nr telefonu, no po cóż? ;) Houston mamy problem: podobam się młodszym ode mnie chłopcom, w dodatku niższym od tych moich 168 cm! Toż ja się na to nie godzę!
Na dobranoc - księżyc mi uciekł zza okna. Jakąś chwilę temu jeszcze był, jeszcze się mieścił po prawej stronie. Zostało mi czarne niebo. Ciemne i spokojne, w sam raz sen otuli szczelnie.
Liczę odbicia spadających kropel o parapetu twarde lica. Sumuję pluski niewielkie. I wyliczam: jeden cumulonimbus, drugi cumulonimbus, trzeci cumulonimbus - na więcej miejsca na niebie nie ma; strugi deszczu ocierają się o szybę pieszczotą niepojętą, a rześką. Kilka urojonych paprotek pewnie ucieszyłoby się w donicach, tymczasem korzysta robinia akacjowa, ogołocona z kwiecia, zazieleniona w prześwitach. Dachówki jeszcze mokre. Powietrze pachnie życiem. U Dominikanów kolejne nabożeństwo.
Kazik, dziwnie aktywny, biega w kółeczku niepewnie. Starzejemy się oboje. On i ja. On maleje i dostaje garba. Ja... rosnę i niech to samo za siebie mówi.
Tylko jeszcze półki uginają się od opasłych tomisk, które mam nadzieję, z lądują wkrótce na dnie wersalki, a zastąpią je równie opasłe książki, książeczki, książeczunie, bliskie mojemu gustowi, takie od widzimisię, a nie z musu. Tylko stół stoi ledwo na czterech pomazanych farbą nogach ugniatany, obciążony, obarczony zapasem bibliotecznym z różnych stron świata. Tylko krzesło cierpi, pozakładane długopisami, ołówkami, zakreślaczami. Mieszkam jeszcze w świątynie studenckiego douczania. Jeszcze. Do magistra będzie tego.
A ja sobie plotę trzy po trzy z ludźmi na jakichś dziwnych polach minowych: jedni się szczerzą, inni złowrogo łypią oczyma, jeszcze inni jakby w ucałowaniu przystanęli poważania. Między nimi ja. Niekonkretna iluminacja samej siebie. Wytwór wytworów. Genotyp ewoluujący, bo czynniki środowiskowe. Taki mały Pikuś myśląco-czujący, zdalnie sterowany. Zaplatam z trawy warkocze w parku. I liście liczę, ze zdziwieniem protestując przeciwko zieleniejącym kasztanowym kubraczkom z kolczugą. Czas mi za szybko dezerteruje, skubany jeden. A przecież czasu nie ma. Nie istnieje. Jest wymyślony i nie można go uszczypnąć na przebudzenie, nie skrzywi się od smaku kropli soku kwaśnego z cytryny, wyciśniętego na jęzor, wytknięty przez nicponia. Zatykam uszy, gdy z hukiem budzą mnie o 3.00 nad ranem, bo ktoś grać w kosza postanowił zaczepnie, bo noc głęboka, sesja i akademik. Wielki kolektyw; taka pozostałość historyczna - PGR wyjałowiony, bo przecież wystarczyło wczoraj usiąść (jak zazwyczaj) na parapecie okna mojego pokoiku na IV piętrze, by z dołu poleciała gadka: - Marylka, tam ktoś jest! Maryla! Spadnie! - A nie. To akademik. Tam studenty powalone, ty nawet nie wiesz, jak się zachowuje banda. - Ale Maryla to wysoko jest. Spadnie! Zabije się, jak nic! - Nie. Student wszystko przetrzyma, sam jak zaraza. Co racja, to racja. Wszak cięgle nie da się mnie zedrzeć, choć ja sama zdzieram sobie buty z szybkością światła - właśnie w tydzień załatwiłam nowiuśkie koszule, yyy, sandały.
I taki żart, który mi sprzedała niedawno pewna Dobra Duszyczka :) - Jak rozpoznać kogoś z problemami? - podesłać do ciebie. Jeśli się polubicie, znaczy, że ludź ma popaprane życie. Przyciągasz ;)
Heh. Daję się lubić, naprawdę. Mam nawet na to dowód - całych 20 znajomych na fejs(z)buku :DDD
A na poważnie - ludzi wokół jak mrówek. I uwijamy się ze wszystkim. Każdy dostaje jakiś element układanki, która w całości odwzorowuje mnie na bazie szkicu, co to go ciągle węglem po kartce rozmazuję niewprawnie. I może dzięki temu dostałam ostatnio kilka fajnych prezentów - od kumpeli z grupy filcowe broszki granatowo-żółte. Od kolegi namiary na zdjęcia z koncertu Cześka, o którym tu było w ochach i achach 10 stycznia :))) I jest jedno zdjęcie, na którym siedzimy sobie z Aneszką, takie ślicznie zasłuchane, pośród tłumu, a przed nami Czesiek w urokliwym przyłapaniu koncertowym - jeśli się można ślinić do zdjęcia - to ja się ślinię! Poza tym - Izz obdarowała mnie sukienkami dwiema (formatu mini), co daje łącznie 6 sztuk letnich wdzianek, krótkich i dziewczęcych - SzaLEńsTwO.
Jakoś tak się odrealniam z tarapatowego środowiska kwaśnego. Są - ależ proszę bardzo, gęste sitowie i siwiejące pasma, ale ja robię sobie wagary od poważnego życia. Choć na tydzień. Dajcie mi się pośmiać, wcinać szpinak i inną zieleninę, słuchać na okrągło piosenki z jednego bloga, bo jak do ucha wleciała, tak jej się pozostało. I niechże mi tego nikt jutro nie zburzy w Gnieździe Rodzinnym. Wszystko wszystkim - ale trochę beztroski też mi się należy.
Ślad szaleństwa - niezawodny Kabaret OT.TO. Jak ja kocham cię :)
nie nazywam już stanów pomiędzy nami stanów w tej całej siatce splątanych oczek i rybich łusek nie szukam dłoni obok siebie ani ust o tu i teraz napisałabym epopeję zmyśloną od początku do końca i starczyłoby mi jeszcze fantazji na kilka frazesów zapinanych guzikami od fraku
nie nazywam już siebie w tym wszystkim przecież nie jestem niczym innym niż tęsknota
wyobraź sobie sad Chłopczyku w którym cienie tańczą
Mam dziś ciężkie nastroje. Zawisły i nie chcą opaść. Myślę właściwie o niczym, a mimo to bolą skojarzenia. Na dłoniach rozsypują się życia, których już nie ma. To kolejne jest lepsze, ale puste. Połyskliwy pył pewników unosi się dokoła roztańczony psikusem tego, że żaden pewnik pewnikiem się nie okazał. Szkiełka z brzegami wyszczerbionymi odbijają to, co miało się stać, ale się nie stało.
Na pamięć chciałabym się jeszcze nauczyć naszych rozmów, wszystkich od pierwszej do każdej kolejnej...
Zdarza mi się jeszcze płakać, gdy nikt nie usłyszy szlochu zatrzymywanego: "Nie, nie, nie! Czesie nie płaczą!"...
Zdarza mi się myśleć o mitycznej miłości. O kochaniu szczęśliwym. Coraz rzadziej.
Racjonalizuję dni.
Moje życie to moja droga. Moje dni to moja przeprawa.
Tylko jeszcze wśród wspomnień czasem przytulam się szczelnie do Czyichś rozkochanych ramion...
ciii szaaa
nim przyjdzie noc
Przypominam sobie szczęśliwych ludzi, pogodzona z moim alter ego nieszczęsnym. I jeśli Kosmos potrzebuje dobrej energii i myśli dobrych - to posyłam od siebie całe wory, tak na zapas.
Ja sobie nie dam rady z życiem? Niemożliwe. Twarda ze mnie sztuka!
Śmiejemy się. Na wyrywki. Z tego i owego. A coraz mniej tych powodów do śmiechu.
Kiedyś wspominałam, że pod koniec studiów I patrzy niestrudzenie zamieni się w I szuka pracy bez sukcesu... To było mądre przewidywanie tego, co ma się wydarzyć już za momentów kilka. Dziś...
Za miesiąc obrona. Taki jest plan, chyba że mi się noga powinie, bądź złamie bardzo realnie. A potem? Zaczynam się bać... I wieszczyć.
Nieprawda. Przerabiam ten scenariusz od kilku miesięcy w głowie, bo ani się wpychać na drabinę kariery chcę, ani potrafię... I niestety, Szamanie Drogi, wyjdzie mi pewnie ten zmywak, dzieć jaki do pilnowania (bo nie że osobisty), albo inna niewiadoma (wiadomo, że nieambitna i chwilowa). Tyle, że mi ten zmywak bądź pozostałe możliwości wyjść mogą tu lub gdziekolwiek, z nastawieniem na tu, bo żeby wybyć gdziekolwiek - trzeba mieć kapitał początkowy.
Strasznym jest, że jak u Black - nie wiem, co chcę robić. (Tylko, że dziś tu już nie o chcenie chodzi, a o przetrwanie, bez ogródek sprawę zapisując).
Każdego dnia zwalczam tę myśl uparcie, puchnie ona jednak w mojej głowie. I boli, boli, boli.
Marudzę z dnia na dzień coraz bardziej. Miewam podłe humory. Poranki witane lewą nogą. I już czuję powiew zamykanej kasy w Biedronce, którą nie dajcie Niebiosa - obsługiwać mi przyjdzie. I już listę w Urzędzie Pracy podpisuję. I już snuję się po korytarzach wyimaginowanych jakiejś fabryki obskurnej. I już... zapycham usta czerstwą pajdą chleba. I właściwie tylko mi fartucha brak i jakiejś flaszki w torebce...
Piękne, humanistyczne, mądre studia, które od podszewki wyglądają mniej dostojnie, prowadzą na manowce... Wielcy literaci, ulotność i powab słów, owinięte wokół palców Istnienia stają się ledwie żartem, z którego nie mam śmiałości się śmiać, bo w bluszczu oplatającym rynek pracy pięć lat zaczytywania się i kształcenia - nie znaczy nic. A może to tylko ze mną coś jest nie tak, gubię się i motam?
Chyba mi słabo... Powietrzaaaaaaaaaaaaaaaa!
I tak jakoś kojarzy mi się numer Perfectu: Co się stało z Magdą K?
świat wali się u naszych stóp rozkrzyczanym kochaniem ustami rwącymi się z trzeciego piętra z pająkiem pod daszkiem rozhuśtanym
W powietrzu zawirowało coś niepojętego... Kilka głupot wymieszanych z mądrymi decyzjami. Nowe szaleństwo. Nowa głupota - zaczynam kolekcjonować stany nieważkości.
Studia studiami. Rodzice Rodzicami. Mężczyźni mężczyznami. Ja sobą... coraz bardziej, częściej.
Postanowiłam się czegoś nauczyć. Czegoś nowego. Czegoś doskonałego. Czegoś nieprawdopodobnego. Znalazłam na to sposób. Zajęło mi to mnóstwo czasu, spiłowało to moją odwagę i upór. I tak. Udało się.
Każdy kolejny krok jest dla mnie trudniejszy. Serce rwie się na strzępy, jak stare łachmany. Rozkołysane miłośnie wyblakło już strasznie. Niechciane. Niepotrzebne. Zawadzające każdemu z nas. Jestem na gapę.
Plany teatralne. Plany. Nie moje. Ich. Moje rozdroże. Nasze. Czekam. W każdym dniu widząc cień szansy.
Jest mi dobrze. Układam życie jak prasowaną koszulę. Kończę studia. Zrobię staż. Może uda mi się stąd uciec. Udaję, że serce może znaczyć mniej niż może. Że luki w dniach wypełnić można książkami. Chciałabym, żeby to się dało zrobić, jak należy. Praca, mieszkanie, pies i święty spokój.
To czego oczekuję dałoby się wypić, jak kubek gorzkiej herbaty.
Co z tego, skoro po cichutku liczę na coś zupełnie innego. Ile można mieć żyć w życiu?
Słyszałam dziś kilka złych historii. Kalki łez i zgrzytów. Dodałam kawałek własnej. Ale niewielki. To, co większe musi zostać w cieniu, schowane pod rzęsami akacji, całującej się nieśmiało z parapetami, gdy tylko podmuch wiatru przybliży płatki do metalicznych ust...
Czas jest dobry dla snów.
sobota, 21 maja 2011
jeśli mi znów pęknie przez Ciebie serce... czasem tak bardzo chciałabym, żeby nic się nie wydarzyło
znów
i dlaczego ciągle ktoś ma coś jeszcze do dodania? nie umiem żyć. nie tak. i bez Ciebie też nie umiem.
Ociężale upojna woń akacjowego kwiecia wdziera się do 418 o tej porze tak intensywnie, jakby podłoga usłana nią była pod niebem podwieczornym.
Pokój opustoszał. Znów mam weekend dla siebie, weekend pisania. Znów świat zwalnia na moment, kiedy mogę położyć się na łóżku nie rozmyślając o innych. Jestem sama ze swoim światkiem niewielkim, który przechowuję, niczym najcenniejszą relikwię.
Przypominam sobie zdania, których nie mogłam wypowiedzieć, bo czas i miejsce nie sprzyjały. Przypominam sobie twarze osób, bez których cała ja nie miałabym sensu. I ostatnie chwile razem sobie przypominam.
Mogłabym recytować te ciepłe rozmowy. I wypisać wszystkie zimne słowa, które zatrzymywaliśmy w locie. Jesteśmy dobrzy. My wszyscy. (A każdy grzeszek, każde na pokuszenie wyliczam z namaszczeniem, zatrzymując się w sekundach które trwać mogłyby i przez wieczność).
Świat rozpada się ukradkami. Odłamane rożki wielokątu bycia. Gorzki posmak czekolady i wino cierpkie, gdy jaskółki, nisko tocząc koła, zapowiadały deszcz i burze (jak teraz). Odnajduję sensy w bezsensownym rozglądaniu się dookoła.
Koniec studiów kończy coś ważniejszego. Nowy etap na razie ukrywa się pod znakami zapytania. Nie wierzę w nic, o czym marzyłam. Nie uda się zwiać. Nie uda się zmienić miejsca. Nie mam takich możliwości. (Utrzymywana prowizorycznym haczykiem - zaczepiłam się o coś i wiszę w powietrzu).
Chcenie zamieni się w przymus. O chceniu pomyśleć będzie można, gdy znajdzie się miejsce na start, bo do stracenia nic nie mam.
Skóra pachnie słońcem. Maleńkie piegi roztańczyły się po ramionach, przeskakując zgrabnie z nosa i policzków. Włosy opadają z beztroską, nieświadome siwiejących refleksów. Chmury za oknem przysiadają na dachówkach. Naprzeciwko kamienica ustrojona żelastwem i wielkie czekanie, odwieczne pragnienie dziania się czegoś niepojętego.
Jaka jestem? Dzisiaj - bardzo maleńka...
I tylko jaskółek czarne korale na niebie przesuwają się spiesznie.
Bardzo Wam dziękuję za to, że byliście moimi towarzyszami w świecie I patrzy niestrudzenie... Niestety (i nawet nie umiem wypowiedzieć jak bardzo niestety) ten blog musi przestać istnieć - to jest ostatni wpis...
Blog to intymny schowek moich przemyśleń i kąśliwości. Stworzyłam go po to, by otwarcie wypisywać bzdury i majaki, jakie akurat przyjdą mi do głowy. By się skarżyć, żalić, chwalić, cieszyć i po prostu odnotowywać pewne epizody dni powszednich...
Całe moje pisanie skupiało się na emocjach, uczuciach, fascynacjach i porażkach. Nigdy nie musiałam tutaj udawać, naciągać rzeczywistości. Wszystko miało swój czas i miejsce...
Tymczasem: trach!
Kiedy blog zaczyna tracić swoją anonimowość - a dla mnie ten blog miał być bardziej anonimowy, niż mniej - nie widzę dalszego sensu wypisywania siebie. Autocenzura nie może przekraczać pewnych granic...
Jednakże... moje uzależnienie od pisania nie zniosłoby pustki. Kolejne miejsce, w którym będę/ jestem, powstaje powolutku, jeszcze w powijakach. Jeśli Ktoś z Was miałby ochotę mnie tam znaleźć - zostawcie proszę jakiś komentarz pod tym wpisem, a wtedy, na Waszych blogach pojawi się mój nowy adres... Ze względów oczywistych komentarze nie zostaną opublikowane...
Przykro mi, że czas Malutkiej dobiega końca... Choć może to dobrze... Może trochę dorosnę?
Było mi niezmiernie miło poznać Was wirtualnie, czytać Wasze komentarze do mojego komentowania. Mam nadzieję, że nikt nie zakończy lektury I patrzy niestrudzenie... z negatywnym oddźwiękiem. Blog był moim subiektywnym patrzeniem na siebie i nie tylko. Moim celem nie było obrażanie kogokolwiek, ani wzbudzanie sensacji. Pisałam, bo to lubię. Czasem mniej wygodnie, czasem bardziej.
Wszystkiego dobrego! Malutka
Ps. Kurcze... czuję się tak, jakby mi wyrwano dwa lata z życia... Ps. 2. Nie sądziłam, że przyjdzie taki czas. Ps. 3. To był dobry azyl... Ps. 4. Blog wisi jeszcze tydzień... Ku pamięci.
rany Julisza Cezara, miłościwie nam w historii zasadzonego - dobrze mi!!! kolejny dzień pozytywnego speedu. noc rozpoczęta po drugiej, spłoszona po szóstej - wrzuciła mnie w kolejny słoneczny nastrój. dowód? - polazłam wczesnym rankiem na plac zabaw, bo... niewytłumaczalnym magnesem przyciągało mnie do huśtawki.
poza tym - dziś pobawię się w fotografa... będę mieć nawet modelkę, ale o tym cicho sza, żebym po głowie nie oberwała. J i jeszcze: przytargałam biret, nawiedzając o nieludzkiej 8.30 Izz. brakuje tylko aktualnego pompona i będę udawać, że kończę studia. (musicie wiedzieć, że w birecie wyglądam kretyńsko - na mojej małej główce wygląda to dziwadło koszmarnie, upodabniając mnie do gremlina, nie zaś poważnej pani magister - spada, opada itd.)
wczoraj/ dzisiaj miałam poważną rozmowę z Dżull. pozytywną i śmieszną, jednak poważną. i dobrze, bo kiedyś trzeba było ogarnąć nasze współbycie w 418.
ps. głupi jaś wisi w powietrzu, że mnie tak roznosi???!!! ps. 2. wisi :DDD
Tęcza na ścianach i na suficie. Przez moje niebieskie okulary patrzy się tak soczyście.
Gafa goni gafę: zamiast "jeżyka" jest "język"; zamiast mnie tu a innej tam - zgłębiam tajniki bilokacji; zamiast trzymać fason powagi - wcielam się w rozwydrzonego przedszkolaka. Lepiej żeby mnie dzisiaj Niebiosa miały w opiece, bo nieuważne rozrabianie wreszcie doprowadzi do jakiegoś brzemiennego w skutki finału.
Co najważniejsze: dobrze mi... Wewnętrznie mi dobrze. (A zawsze, kiedy się tak czuję - coś się musi spieprzyć).
Nieodwołalność pewnych decyzji przeszkadza mi mniej. Chyba się pogodziłam z tym i owym.
Dobrego dnia :)
Wyszperane w sieci :) Paniom - samych przyjemności... :)))
Idzie dziwny czas. Zmiany... Póki co - tajemniczo, ale tak jest lepiej, tak być musi.
Mam jakiś trop. I maszeruję dalej.
Noc minęła na pierwszym koszmarze związanym z kierunkiem studiów. Pisałam dyktando pod okiem Bralczyka (za którym średnio przepadam - nie to, żeby go znała inaczej niż z mediów i jednego wykładu) i musiałam wytłumaczyć dlaczego pewne słowa zapisuję w sposób taki, a nie inny ;) Egzamin czy co? W sumie po przebudzeniu sen mi się podobał, jednak w trakcie miałam mieszane uczucia... Dyktandem się w nocy zamęczać???
Kazik dokazuje w klatce, nieświadomy mojej obecności, bom dziś cichutka, jak mysz pod miotłą. Dżull wstała wcześnie na zajęcia (pierwszy raz od baaardzo dawna). Aneszka w robocie... Kończy o 12.00. Ten Ooo nadal w Słupsku - w piątek zdał egzamin na prawo jazdy - tęskno mi za nim, że aż. A ja... w pokoiku, przy stoliku :)
Zainicjowany poniedziałkiem tydzień poraża niewiadomą. Będzie co ma być. Byleby tylko utrzymać tonację...
Czy ja już kiedyś pisałam, jak cholernie niestrudzenie mnie marzec męczy? Bo prócz tego, że przynosi wiosenny oddech - zawsze coś kończy... Strach się bać... Heh.
Odrobina wyrozumiałości samej dla siebie byłaby wskazana. Ale za głupotę i nieuwagę powinnam sobie kuku zrobić.
smutno mi z rana zimno chyba siebie nie lubię nie dzisiaj
usiłuję przymusić się do cierpliwości ale ja jestem wybitnie niecierpliwa
i jeszcze cholernie źle mi się kojarzy daty
czarna woalka na oczy dziś wolałabym uniknąć spojrzeń uchylić się od obecności
proszę pozwolić zamknąć mi się w szafie
czy sama dla siebie muszę być zawsze najtrudniejszym człowiekiem do znoszenia...? bo przecież "prawie" robi wielką różnicę... "prawie" znaczy "niewypał"
Wczorajszego wieczoru pogrążyłam się w oglądaniu płyty studniówkowej Subkultury... Nie taki mały Mały: 19 lat, włosy jak nać pietruszki, wzrostu sporo więcej ode mnie, krawat niebieski, kumpli w bród i śliczna dziewczyna w obejmowaniu. A tak niedawno chodził do przedszkola...
Spostrzeżenia - nauczyciele zataczali się leciutko. Partnerki chłopaków - wszak szkoła bardzo męska - wyglądały poważniej ode mnie... I jeszcze ta zanikająca tradycja długich sukienek - na płycie przewinęły się takie może ze 3. Jakoś tak dyskotekowo to wyglądało.
Przede mną liźnięcie lokalnego życia... Bardzo lokalnego. Bez wnikania w szczegóły, plizzz; wystarczy, że na samą myśl mam gęsią skórkę i zawroty głowy. To będzie długa noc. Ehhh. Jedyny pozytyw - ktoś mądry postanowił, że Jaśnie Wielmożnie Książęcy Ksiądz remont plebani będzie robił na własny rachunek. Kościół tutaj wymaga ważniejszych prac, a ludzi nie stać na tyle dodatkowych wydatków. Ulżyło mi.
Domowo? Póki co, zajmuję się usilnie moim zwierzyńcem. Pięć czarnych kotów wędruje od parapetu do parapetu łasząc się w zamruczeniu. Psy zasypiają na stojąco, porozkładane gdzie się da. Przez chwilę nie ma nikogo, więc mam wolność Czesia w strefach przykuchennych, pokojowych i podwórkowych. Za moment czeka mnie wizyta w przedszkolu - muszę przygotować mleko dla pewnej dwutygodniowej Czekolady :) Czekolada nauczyła się już ssać kciuk, radośnie muczy, słysząc mój głos na podwórku i generalnie przesłodki z niej dzieciak. Hehe. Pomyśleć, że wkrótce dobędzie jej bliźniak. Po karmieniu pora na podanie antybiotyku stworzeniu dużo większemu ode mnie. Potem już tylko mieszanka wzmacniająca dla Jovana, który wczoraj nie bardzo mógł zejść po schodach, za to świetnie się czuł ganiając za pluszową zabawką. I co mi też spadło na głowę, lata temu, że mnie na filologię polską pchnęło?! Kurdeż...
Pobyt w domu, gdy mam na głowie tylko sprzątanie, a nie kuchenne bzdury, wprowadza do głowy ład i spokój. Mam czas dla psów i kotów. Huśtawka kołysze się wiosennym przebudzeniem. Las skąpany w ciszy pobrzmiewa ptasimi śpiewami. Nawet buty umazane w błocie cieszą. Im mniej śniegu dokoła, tym więcej energii wokół.
Zastanawiam się, jak poukładać sobie rzeczywistość, by na co dzień mieć chociaż odrobinę takiej swobody? Jak to zrobić, by mieć przestrzeń, psy rozbiegane i las na wyciągnięcie dłoni?
Stwierdzam, że nie nadaję się do życia wielkomiejskiego, ani małowiejskiego. Coś po środku?
Aż dziw, jak wiosna wdarła się do Gniazda Rodzinnego :) Jasne słońce, tańczące po ogrodzie, obłaskawia resztki śniegu. Pod oknem przebiśniegi. Zgodnie z moimi przewidywaniami - marzec zaczyna pachnieć ciepłem i jakimś takim chceniem. Ufff.
Jovan i Żaba, niczym cienie, chodzą za mną krok w krok. Królestwo pluszaków do aportowania rozrasta się o kolejne... Póki co - zabawki fruwają wszędzie i nie idzie nad nimi zapanować - Żaba przenosi po dwie, trzy na raz :D Popołudniu wybieramy się gromadnie na spacer.
Tymczasem źrebię... musi podrosnąć pół miesiąca, żeby mogło zamieszkać w Gnieździe Rodzinnym :) Rodziciel z wielkim bólem przystał na Barona. Żebyście widzieli, jak piękne oczyska ma Baron. (Zdjęcia będą za czas dłuższy).
A ja? Całkiem dobrze czuję się w domu. Za mną 2 kawy wagi: siekiera. I wizja następnych kilku, ale to już zupełnie inna historia...
Noc była piękna. Przypomniałam sobie, ile gwiazd można mieć nad głową. Poznańskie niebo tak blado wypada przy tym tutaj. Granat nocy, poprzekłuwany lśniącymi szpilkami, przywołał wszystkie te momenty, gdy byłam naprawdę szczęśliwa...
Społecznie nieprzystosowana gubię się między ludźmi, a ten blog jest tego wielkim dziennikiem. Wczytując się w archiwum widać to jak na dłoni.
A jednak jest kilka osób, które nadają koloru chwilom. I sprawiają, że moja nieporadność traci na znaczeniu.
Chwilowo czuję się zakłopotana sobą. Ale o tym będzie tu jeszcze nie raz. O tym jest ten blog. O tym miał być.
Tymczasem - muszę iść - Jovan szarpie nogawkę, że czas na jego przedpołudniową przechadzkę... No cóż - pies ma swoje prawa...
Czas na... powrót do domu. Dzień wcześniej niż zazwyczaj, ale czas nagli.
Jutro będzie piękne, będzie miało kopyta i długą grzywę. I będzie należało do mnie... Czarne jak smoła... Mam nadzieję, że rącze i niepokorne... Poza tym... chyba chcę, żeby miało na imię Franco lub Baron... Dziwne imiona dla źrebaka, ale...
Doczekać się nie mogę. Tylko Rodzicielce kochanej nie będzie do śmiechu, co najwyżej do melisy... O Rodziciela bać się nie muszę - oszaleje ze szczęścia na długi czas. To akurat wiem doskonale - po nim mam tę żyłkę...
Bardziej składnie w temacie tak innym: oszaleję z tęsknoty kiedyś, ale przecież mi nie wolno. Trzeba być twardym, nie miękkim i udawać, że da się, kiedy się nie da. Kiedy wszystko pachnie przywoływanym w pamięci zapachem. Kiedy wszystko skupia się na spojrzeniu, którego nie ma. Kiedy moje: "tęsknię" opada na "no wiem, wiem". Śni mi się dotyk. Coraz bardziej, coraz częściej. Przytulenie i zamknięcie szczelne. Rozkochana w każdym dniu jestem gdzie indziej... Daleko... Zawsze muszę kochać na odległość. I odległość każdego dnia staje się większa i większa, i większa. Brodząc w strumieniu czekania... jestem tu i tam, tam i tu. Heh.
Zważywszy na miałkość dnia wczorajszego należało coś zmienić w jego przebiegu. Najlepiej pomieszczenie, w którym gromadzi się tyle negatywnego niewyspania. Założywszy moje cudne granatowe cichobiegi, odziawszy się w kurtkę zdecydowanie zbyt wiosenną i usadowiwszy na nosie okulary - wybyłam "w miasto" z moim ślicznym niebieskim aparatem w celu wyłapania czegoś pozytywnego poza pokojem. Wyprawie towarzyszyła nastrojem i urokiem osobistym Izz.
Mała fotorelacja:
Po jakże długim, chyba dwugodzinnym pałętaniu się po Sołaczu i okolicach - udałyśmy się z Izz do niej. Szybki obiad, gorąca herbata i trzeba było coś zrobić z senną atmosferą... Najlepiej wychodziło nam wiązanie krawata z mojego szalika ;) Przynajmniej się nauczyłam tej cennej sztuki. Dla oprawy krawatu Izz domalowała mi wąsy, bo wiadomo, że tylko Cześ może w krawacie po męsku bywać. Na dowód - wrzucam zdjęcie krawata (wersja bez wąsów, bo z wąsami trochę wstyd):
Frędzle jakoś nie chciały się schować...
Bezsenność z cyklu: "ja nie skrzypię, ja mruczę" buzuje gdzieś w mózgu. Ale... było, nie było - pora spać :)
zawieszone na włosku mordowanie dynda radośnie wyczerpaną cierpliwością żeby już żeby tak genialność proszków usypiających wpada do spaghetti zaryzykować?
Proszę Państwa. Dziś nie mam nic mądrego ani choćby ciekawego do powiedzenia/ napisania/ przekazania. Jestem wściekła i niewyspana. Zmęczona i sfrustrowana. Śpiąca Królewna, jak zwykle (że też ja się jeszcze nie przyzwyczaiłam?!) zrobiła mi pobudkę o 3. Nie spałam prawie do 4. Szlag by to trafił!
Słońce zza okna wodzi na pokuszenie. Ale nie mnie. Dziś czuję się zupełnie nieuwodzona przez nitki słoneczne. Brakuje nam seksapilu wyspania i elegancji kocich ruchów. (W zamian oferuję ordynarne ziewanie).
Za mną wypełnienie obywatelskiego/ studenckiego obowiązku: Ankieta - jak ci jest w akademiku? Pytania nie były podchwytliwe, tylko czasem brakowało skali, by oddać jakieś zjawisko. Zadowolenie z pracy kierownictwa: bardzo źle, bo my tej pracy nie widzimy - i tu zgodnym chórem wszyscy wypisywali: "z wyłączeniem pani U.", bo ona jest kobieta w dechę i zawsze z nią wszystko można załatwić. Jakie sprzęty by się przydały: biurka i może mikrofala (zapomniałam wspomnieć o worku treningowym). Jakie sprzęty są w zadowalającym stanie: brak. Jakie jest wyposażenie kuchni: stara zdezelowana kuchenka z niesprawnym piekarnikiem. Jak wyglądają łazienki: żenująco, z kablami wystającymi z sufitu. (I tutaj miejsce na dygresję: w zeszłym roku, bladą 4. nad ranem nie byłam w stanie zasnąć, bo ktoś zapomniał zakręcić kurki od pryszniców. Z nieprzytomnym okiem, ledwo przebierając nogami, stanęłam w progu łazienki jak wryta. Nagle polepszyło mi się widzenie. Trzeźwość ogarnęła umysł ze zdwojoną siłą. W ogromnej ilości pary nikło światło jedynej z działających żarówek. Jedynie tuż przy suficie wszystko było widać: dziurę po lampie i jakąś linę... zwisającą w dół, wprost do jednej z kabin. Bo wisielca mi tylko do szczęścia brakowało. Przetworzony w wisielca obraz liny sparaliżował mnie zupełnie. Dopiero jakiś szmer na korytarzu pozwolił odzyskać panowanie nad sobą. Zbliżyłam się do kabiny, w czeluściach której niknął koniec sznura zwisającego z sufitu i w akompaniamencie szczękających zębów uchyliłam drzwi - czystko, pusto, tylko lina wisi. Pozakręcałam kurki w dwóch pozostałych kabinach i wróciłam do pokoju. Do tej pory nie lubię późną nocą wchodzić do tej łazienki...). Jak opłata miesięczna oddaje komfort mieszkania w akademiku: nijak. W Hanusi mamy najstarsze sprzęty, najbrzydszą elewację, brak internetu i kilka innych mankamentów, nieobecnych w innych DS-ach. Dlaczego mieszkasz w ... akademiku: gdyż Hanusia od zawsze słynęła z tego czegoś w powietrzu. Ps. to coś w powietrzu jest już na wyczerpaniu. Rocznik 91. zdecydowanie nie służy budowaniu jakiejkolwiek atmosfery. Dlaczego w ogóle mieszkasz w Ds-ie: ze względów finansowych. Czy masz jakieś uwagi? Prawie nie, ale - oddajcie poprzednie krzesła, bo te nowsze są niewygodne, wymieńcie łóżka na większe (jak w innych DS-ach) i przemyślcie stworzenie kursu wakacyjnego dla przyszłych mieszkańców - żeby nie było problemów ze sprzątaniem i życiem w stadzie. Nie podpisano, bo to ankieta. Chleba naszego powszedniego...
Nowy tydzień. W sumie już go nie lubię, ale to taki szczegół. Postaram się przez te kilka dni nie zwariować od nadmiaru Śpiącej Królewny, zrobić mnóstwo dobrego dla mojej magisterki i chyba tyle.
Tak na koniec: krótkie zwiedzanie?
Pingwin pod oknem to wizytówka Hanusi...
Atrium, które chłopaki chcieliby zamienić w basen. Kiedyś wolno się było na nim opalać, oglądaliśmy tam też mecze mistrzostw. Chwilowo - wstęp wzbroniony.
Korytarz budzi skojarzenia szpitalne... Ale... Plotką jest, jakoby Hanusia kiedykolwiek była psychiatrykiem. No, chyba że ostatnio i bardzo nieformalnie.
Okna pamiętają Gomułkę, mam wrażenie. Ściany już nie - malowali jakieś trzy lata temu.
Pokoje, jeszcze ze starymi krzesełkami. Eh.
Zmykam, bo zaraz zacznę tu jakieś dziwactwa wypisywać... Jakby mało było dzisiejszych rewelacji.
adekwatnie zielone oczy na wiosnę robią się niebieskie... dziewczyna w lustrze znów wygląda inaczej
Zaległe piosenki brzmią echem po korytarzu... Jedna szczególnie, ta od szczęścia i miłości.
Dziwne. Zawsze w mężczyznach pociąga mnie to, że nie opowiadają nieustannie o uczuciach. Prościej. Mądrzej. Bez niepotrzebnego roztrwaniania wszystkiego słowami. Kobiety komplikują temat. Za bardzo. Walcząc o centymetry troski i zainteresowania, stają się Don Kichotami od wiatraków, za którymi, w przyczajeniu, urojeni wrogowie.
Ostatnio znów mam nastroje małomówne. Potrzebuję cichości słów. Tego, by krążyły we mnie, nie poza mną. Pisane... brzmią przystępnie. Konwersacje kuleją, nie kleją się zdania, a przecież... tyle u Was dobrego. Nie umiem odpowiadać. Proszę mi wybaczyć. I nie przymuszać do mówienia: pomilczmy razem. Pomilczmy na dłuższy czas. Lub: Wy mówcie - ja będę słuchać. Nim powrócę do rozmawiania. Bo to jest moja wzajemność...
To wcale nie znaczy, że jest mi źle. Że ktoś się musi martwić. Zwykła potrzeba milczenia, podyktowana szeptem między chwilami.
Wyszperane w sieci.
Gdzieś wewnątrz mnie zamieszkiwać zaczyna pewna pustka. Przy wyłączonym świetle, przy oknie, za którym resztki jasnego nieba chowają się w noc, przysiadam na skraju wspomnień, bez których nic nie byłoby takim, jakim powinno. Potrzebuję ciszy, żeby zrozumieć szczęście, które odeszło. Żeby ucieszyć się, że w ogóle było. Spróbować uśmiechnąć się mgnieniem oka do obrazów sprzed kilku lat, sprzed paru miesięcy. A potem... chyba pozwolę wreszcie odejść wszystkiemu w swoje cztery strony świata, przeganiając samą siebie w biegu, którego nie mam zamiaru ukończyć.
Zawsze będę stała na końcu pomostu. Niegotowa do skoku. Zbyt uparta, by wrócić tam, skąd przyszłam. Muszę jednak kiedyś stanąć na nim samotnie. Nie trzymać się brzytwy czyichś dłoni i ust.
Własne życie? Nadal nie wiem, co to znaczy, krzywdząc dni tą samą nijakością. Pobudka. Dobranoc. Poniedziałek. Czwartek. Niedziela.
Potrzebuję ciszy. I pisania. I nocy, w której łóżko przestanie szeleścić nadmiarem cieni.
Powtarzam lekcje z kochania. I mielę ozorem, że było, odeszło. Szarawy wieczór zeskakuje z dachów, okręca się wokół latarń, ociera włosami o kilka dziur w chodniku. Pustoszeje za oknem. Nawet gołębi cienie nie przemykają po mojej ścianie tajemniczym lotem. Bez słów, na głos, w nie-czekaniu jestem.
Z jedną piosenką, której nie mogę tu wrzucić. Byłaby wtedy nieprawdziwa.
Dla pustki. Dla przy okazji. Miejsca, których nie znałam...
Ile w Malutkiej Czesia, tyle Czesia, ale... żeby nie było - szpilki też mam opanowane (a nawet lubię), a i sukienkę założę raz na ruski rok, więc nie jest jeszcze ze mną tak źle...
Spokojnie, gorączka mi zeszła, więc nie będę bredzić o fatałaszkach i innych babskich pierdołach :) Do rzeczy więc!
Wczorajszego pięknego czwartku miałam niebywale miłą okazję odwiedzić moich ulubionych zdzierców, to jest wleźć nabożnie do wnętrza gmachu opatrzonego doskonale opracowanym graficznie napisemBaNk. Odrobina formalności, trzy minuty postoju w imitacji kolejki i... popadłam w pewne zakłopotanie. Doliczyłam się dziewięciu pracowników - osiem kobiet i jeden mężczyzna. A co najciekawsze... ten Jeden Pan jest dyrektorem oddziału.
O dyskryminacji i dostępności miejsc kierowniczych dla kobiet grube księgi pisano, tak z socjologii, jak i nauk inszych. Ale żeby to się tak jaskrawo za rogiem w oczy rzucało???
Pamiętam, że kiedy 5 lat temu zakładałam sobie w onym oddziale konto - mężczyzn pracowało dwóch i siedem kobiet (kurcze, nie dość, że kawał czasu temu to było, to jeszcze zmiany w strukturze pracowniczej zarejestrowałam?). Pan ciut starszy był kierownikiem, pan ciut młodszy pracował u boku pań, chyba na tym samym szczebelku zawodowym. Teraz - młodszy zajął miejsce starszego.
Kompetencji i doświadczenia zawodowego Jednego Pana nie podważam. Tyle, że dziwnie mi toto wygląda i już! Nic nie poradzę...
Tymczasem z ostatniej chwili: Śpiąca Królewna nie dość, że wyjechała, to jeszcze WYNIOSŁA ŚMIECI :DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD
Zmykam ;) Podniesiona na duchu tą jakże krzepiącą fraszką...
Sposób na czwartek: - cholernie wczesna pobudka, - damn good coffe and hot! - przypadkowe zbudzenie Śpiącej Królewny, - bank do odwiedzenia, - dziekanat do podbicia (nie mylić z pobicia), - biblioteka do przeszukania, - a potem już tylko myśleć o piątku.
Jutro jadę do domu, ku zgorszeniu Śpiącej Królewny, gdyż, tudzież, iż, ponieważ, bo... nie wrobi mnie w weekendowe doprowadzanie pokoju do ładu: podłoga dusi się tym, co przydałoby się z niej zmyć, śmieci przed pokojem powoli szemrzą o proteście i rozsypce, tylko... że czemu ja mam to wszystko robić?! I to już nawet nie chodzi o to, że mam lenia, ale raczej o bezczelność Śpiącej Królewny. "Twoja kolej", "A może ty to zrobisz?", "Lustro jest brudne".
Śmiejcie się. Ale ja nerwowo wysiadam. Po ostatnim moim sprzątaniu, gdy pokój przestał lśnić, ledwo wlazła w próg ze swoimi tobołami przestaję wierzyć w trwałość. I sens. Jakże adekwatnie napisał ostatnio uczeń Antka w cudzysłowie ten zgrabny stylistycznie wyraz na "K" - idealnie pasuje mi dziś w ramach podsumowania sytuacji mieszkaniowej.
Swoją drogą - APEL: jeśli macie dzieci lub je mieć będziecie, to... UCZCIE je porządku, gdyż, tudzież, iż, jakowyż... idąc na studia, zamieszkają (najczęściej) poza domem, w którym mama uprała, ugotowała, wyprasowała i posprzątała- a wtedy - same zginą pokryte grubą warstwą brudu, a innym utrudnią i obrzydzą życie na amen! Heh.
Wyszperane w sieci :)
I jeszcze jedno. Na wnioskach o akademik powinna być rubryczka "tryb życia" i do wyboru: nocny lub dzienny.
Po zakończeniu półtoragodzinnej rozmowy telefonicznej z Soy (coś po 23. było) padłam, jak długa. Zasnęłam momentalnie, ale gorączka robiła swoje, więc budziłam się mniej więcej co dwie godziny, w celu bliskiego spotkania z kompresem zimnym, że ulgaaaa, i... Śpiącej Królewny albo nie było, albo coś pismaczyła na kompie. O 6. rano światło zanikło, a Dżull oddawała się magii Morfeusza. My zdecydowanie nie jesteśmy dobrze dobrane.
Krążę po orbicie: wolno - nie wolno. I zatrzymuję się w pół-słowie, pół-zdaniu, pół-sensie. Zamiar rozpylony po szybie spływa niemożnością. Bezdomnie i bezpańsko.
I jeszcze ta ohydna gorączka... Myślenie na podgrzewaniu boli. Niemyślenie też.
Sny... Wiadomo, różne są: czasem ciekawsze, czasem nudniejsze. Ale kiedy komuś przyśnię się ja, to zawsze w nieciekawej scenerii.
"Sen" R. Brzozowska
Mój Brat, kiedy był małym, szczerbatym chłopcem, budził się w nocy z krzykiem, bo... wciągałam go na jakiś mur za bluzę, a on wierzgał w powietrzu nóżkami, ocierał się o czerwone cegły, rozpaczliwie krzyczał, aż wreszcie z ulgą otwierał oczy. Jakiś czas temu Dżull budziła się z konsternacją: "miałam koszmar, śniłaś mi się". Raz chodziło o to, że byłam jej egzaminatorką (?), raz że pozbywałam się wszystkich Dżullowych rzeczy z pokoju, poza tym: chciałam ją pokroić nożem umazanym ketchupem... Aneszce też coś kiedyś w snach nawywijałam... Ale konkretów nie pamiętam. A dzisiaj rano na komórce SMS: "śniło mi się, że prosiłam cię, żebyś mi oddała F., bo ty przecież masz S." - super... Zwłaszcza, że sen był dużo drastyczniejszy w szczegółach... Heh. Zawsze mi się wydawało, że fajny ze mnie Cześ, gdzieś tam w środku, tymczasem budzę ludzi po nocach, zlanych potem, z grymasem i niesmakiem... NICE.
Wniosek: kiedy mówię "dobranoc" liczę, iż nikomu się w snach nie objawię...
Neutralnie: po akademiku grasuje złodziej... Znikają laptopy. Tak więc, do następnego wyciągnięcia sprzętu, bo muszę go schomikować na czas wizytacji w dziekanacie.
wstaje co dzień wcześnie ranek cicho lecz radośnie by napełnić czasu dzbanek by szeptać ku sośnie...
A co mi tam! Za oknem słonko, jak malowane, szyba rozmywa szronową koronkę i gołębie czekają na swoje śniadanie. Pierwszy z ostatnich dni tej codzienności - drugi/ dziesiąty semestr: dzień dobry.
I tylko w ramach żartu przypomina mi się wypowiedź z pewnego programu, którego 10 minut podejrzałam, będąc ostatnio w domu. Ekipa telewizyjna podążała za gwiazdami w celu pokazania widzom, jak też celebryci mieszkają. Trafiłam na siostry tenisistki i ich londyński pałacyk (nie powiem, ładny był). Isia i Ula R. opowiadały takie tam różne, że tu lubią, tam mniej, a tu to, tam tamto. I wreszcie: "Muzyka to głównie Eminem i Rhianna, w rytmach hip-hopu. Ale dużo podróżujemy, słuchamy czasem Madonny i (tu nie pamiętam nazwiska bądź pseudonimu, ale chodziło o kogoś popowego), więc... znamy chyba każdy rodzaj muzyki " :)))
No dobra, ze mną też dzisiaj coś jest nie tak - pozytywnie nie tak... To pewnie przez zaplanowaną na wieczór wizytę Magdy M. I Gershwina od wczesnych godzin rannych.
Ps. Wyspałam się pierwszy raz, od niepamiętnych czasów. Ps. 2. Siła przyzwyczajenia bywa porażająca - zwyczajem domowym - spałam na połowie łóżka, drugą połowę zostawiłam mojemu czarnemu psisku...
chciałabym, żeby mi ktoś opowiedział bajkę jak nie tak dawno temu wymruczał z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga żeby zasnąć...
Z domu do domu: z ciszy do ciszy... tyle, że ta sprzed kilku godzin miała posmak słodko-gorzkiej czekolady.
Pokój pachnie pomidorami. I perfumami Joli.
Abstrakcja nakłada się na abstrakcję - tematyka miszmaszowa. Uganianie się za ideałami i stawianie na piedestale wartości prowadzi mnie do bezkresnych rozważań, tak o życiu, jak o śmierci. Robi się zmyślnie... Kilka kalek. Jakieś fotografie. I trzy niebieskie guziki na starej sukience. Ile było tych kobiet? Babcia, ciocie i mama - razem cztery. Robię za numer pięć: przekornie, głową o mur, bo inaczej nie wyjdę poza wzór, a muszę - akurat tego jestem pewna - muszę wyjść poza ten cholerny wzór kogoś, kto przyjmuje pokornie swój los.
To był dzień reprymend za: strój, światopogląd, plany i ogół mnie. Niewygodnie ze mną... miała być dziewczynka, a wyszedł chłopak. Przestępstwo goni przestępstwo: bo jeansy, "stop" małżeństwu, mus na Daleko, do tego żadnej konkretnej pracy na oku.
Wielobarwnie... Życie parafialne w "kościulku" dalszym kwitnie - ksiądz robi karierę ekonomiczną, skraca listę wierzących praktykujących, pomija notorycznie drugie czytanie na niedzielnej mszy (tj. nigdy go nie czyta), chadza skrótem do zakrystii i... drażni mnie najnormalniej w świecie. Cennik posług niebieskiej służby przyziemnej to nie koniec atrakcji. 4 miesiące probostwa wystarczyły, żeby solidna plebania wymagała remontu, który oszacowano na niecałe 40 tys. Spoko. Parafia na terenie wiejskim, z byłymi pegeerami tu i ówdzie, na pewno może tyle wyciągnąć z kieszeni. A dla smaczku... kazania pod tytułem "jak cudownym jestem księdzem, a jeśli nie jestem cudowny, to jestem księdzem i już to czyni mnie cudownym". I diabeł tkwi w szczegółach.
Czas spać... Ale bajka naprawdę byłaby wskazana...
Wyszperane w sieci :)
sobota, 19 lutego 2011
Cicho tu.
Tylko psy jeszcze potrafią hałasować niespiesznie: w rozszczekaniu kryształkami rozbijał się wazon, przewracały się krzesła i jeden pluszowy miś rozsypał się miękko po dywanie. Czarne psiska skaczą, wdrapują się, łaszą i tulą. Są wszędzie. W jednej minucie na parterze i na piętrze, na podwórku i w moim pokoju. Rozbiegane, zasapane i radosne. Żaba do perfekcji opanowała czołganie się z wielkim Puchatkiem; Jovan z szarmancją przybija piątkę, z miną angielskiego dżentelmena dopraszając się drapania za uchem. Czas zdaje się płynąć od jednego zanurzenia w śnieg do drugiego. W międzyczasie - układamy się pod kaflowym piecem w dziwną, potrójną całość.
Przemycona paczka fajek drażni mnie kolejnym nie-moim sekretem. Historia pewnej "złej książki" niepokoi zdrowy rozsądek. Do tego dziecko, którego ponoć nie chciano.
Z przyjemnością nadrabiam więc zaległości spacerowe. Czeka mnie jeszcze pół godziny wgapiania się w nocne niebo i przywoływanie psów w ciszy uśpionych domostw.
piątek, 18 lutego 2011
w jeansach i granatowych cichobiegach portrecik zimowy zza szyby wymalowanej szronu wariacjami
Jovan z zadowoleniem pochrapuje z łóżka. Spacer udał nam się wybornie - mroźno, biało, w śniegu i z docenieniem porządnego ściągacza w kurtce, bo moje małe czarne psisko całej trasy nie przeszło na własnych łapach.
Zmora trudnych pytań, na które nie mam dobrych odpowiedzi, trwa.
popielate pióra poprzyklejały się do dymu i komin zdawał się odlatywać skrzydłami z zamaszystości starych cegieł i dachówek powygryzanych
Takie dzisiaj zawsze mnie drażni pośpiechem. Nieskoordynowanie sekund z tym, co do zrobienia. Nie ma czasu na kawę, ani rozmowy w tle. Jeszcze telefony spakować, zabrać kalendarz i ładowarkę od laptopa. Tylko oczy mi odmawiają posłuszeństwa, powiekami opadającymi ociężale.
Tak. Tej nocy Dżull do 6. rana słuchała muzyki z Need for speed.
Kierunek: dom. I dobrze. Rodzicielka kochana obiecała mi ciasto drożdżowe z jagodami... Bez kruszonki. Tak, jak lubię najbardziej :) A jutro? - jutro obowiązkowo idę do lasu z Jovanem, choćbym go miała nieść w kurtce przez całą drogę.
Ps. Za oknem śnieżycowo widać. Czy tylko ja się cieszę? Nie ma to jak normalna zima :)
- Chcę cię spotkać. - Taaaaak? - Uhm. Jak zwykle pod dobrym pretekstem.
Uwielbiam go. Przyjaciel z zamierzchłych czasów wyzwolenia, czyli od jakichś 8 lat. Ta sama szkoła, ten sam internat, tyle, że on z pierwszego piętra, ja z parteru.
Jego dobry pretekst to: "radziłem się eks w sprawie aktualnej, rozumiesz?" i fakt - tylko dwie osoby z Adasiowej książki telefonicznej są w stanie pojąć prawdziwy sens jakże krótkiego SMS-a.
No więc zaistniał zamiar wyjścia do Behemota, którego Adaś kocha nad życie pubowe, po to, by pretekst siedział między nami, jak balon na szalonej zabawie sprzed 50 lat. Po czym pretekst pęknie, jako ten balon, pod wpływem ciepłego: "no weź mnie przytul, bo jak nie ty, to kto?". (I tak od początku studiów pretekst ma miejsce maksymalnie trzy razy do roku, kiedy kumuluje się w Adasiu całe zło i podłość świata... Sączymy powolnie piwo czy inne wino, gadamy o wszystkim i niczym, on mi coś o układach scalonych i przekaźnikach jakichś tam, ja jemu o literackiej nautyce i ewentualnie czymś, co mi się spodobało jakoś na czasie. A potem trzeba się rozejść do swoich światów).
No właśnie: jak nie ja to kto?
Mam farta do ludzi.
W internacie była nas ścisła piątka: Dżdżownica (Adaś), Standarddd, Wi, ja i Mały, który dołączył do nas rok później. Nie byliśmy ulubieńcami wychowawców - użerali się z nami nader często, bo "proszę pani my byśmy wyszli coś zjeść" (co tam, że już po 22.), "proszę pana, ale tej płyty nie można odtworzyć... ups - pornografia, no wie pan?" (oczywiście Mały podmienił płytkę), "prze pani, idziemy na ćmika przed internat, ok?" (a pilić oczywista nie wolno było) itd.
Najgorzej wspomina nas zapewne Ruda, wychowawczyni potworna pod każdym względem. Nie dawała nam nigdy przepustek na mecze, bo "Adam, ty się upijesz, Piotr też, może tylko Mateusz nie", a wiadomo, że "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". No więc powzięliśmy plan zemsty. Na piętrach poszła fama, że nie jemy serków topionych, tylko składujemy je u Dżdżownicy w pokoju. Nazbierało się tego pełen wór, bo internackiej braci ponad 150 osób, a serki były na śniadanie ze 3 razy w tygodniu. Wymknęliśmy się przez kuchnię, na parking, Standarddd stał na warcie od strony wjazdu, Wi od wyjścia awaryjnego, a Dżdżownica, Mały i ja zajęliśmy się serkami: samochód pokryty został tak grubą warstwą tłustej brei, że nie mam pojęcia jak Ruda to doczyściła. Zapchaliśmy nawet zamki. Jedynie na przedniej szybie została niewielka czysta strefa, żeby Ruda mogła patrzeć przed siebie. Sprawców nie ujęto, mimo licznych przesłuchań i gróźb najrozmaitszych... Sprawcy przyznali się sami, dokładnie w dniu, gdy ostatni z nas, Mały, skończył szkołę i wyprowadził się z internatu.
*** Tak sobie myślę, że powinno mi być tego teraz trochę wstyd, ale jakoś nie jest. Ruda truła nam codzienność na wszelkie możliwe sposoby: na chłopaków zrzucała wszystkie sanitarki, Wi i mi dawała dodatkowe dyżury na kuchni. Doszło do tego, że Małemu zabroniła grać w szachy po 21. Wredna, wścibska baba. Należało jej się. Ale... tego raczej nie będę dzieciom opowiadać - z autopsji wiem, że to niebezpieczne. (Jak Subkultura powielił kilka moich pomysłów, na skalę zdecydowanie zbyt wielką, to kończyło się u dyrektora na dywaniku i aplikowaniem kropli uspokajających Rodzicielom). ***
Wyszperane w sieci :)
A Adaś? Zawsze nam było do siebie najbliżej: to samo barbarzyństwo we krwi, taka sama ignorancja na świat, podobna irracjonalność i jeszcze ironia o wyostrzonym jęzorze... Jesteśmy trochę jak Flip i Flap, fajtłapowaci mentalnie, tyle... że Adasia wszyscy kochają i wielbią, a ja gdzieś z boku i w kącie. Układ idealny, nienaruszony zakochiwaniem się i smaleniem do siebie cholew, bardzo zdrowy i pożądany, bo dobrze jest się wygadać, przytulić, bez podtekstów, bez ryzyka, tak po prostu.
Póki co siedzę i śmieję się do tego Behemota, do Adasia i Julki, którą chyba już szlag trafia, gdyż po dzisiejszej nocnej pobudce ja zrobiłam sobie wczesny poranek i zasłuchuję się w Wagnerze i Mozarcie, których mi wczoraj Izzz zgrała, bo laptop Subkultury (którym się muszę chwilowo posługiwać) to muzyczna dziewica, nie licząc drobin hip-chłamu i zbyt perwersyjnego rocka, jak na moje miłe usposobienie...
A tutaj: Monty Python - Always Look on the Bright Side of Life...