środa, 30 grudnia 2009

W kalejdoskopie

Był taki serial nawet. I coś w tym jest. Mija jeden, pojawia się kolejny... Słońce, księżyc, gwiazdy, chmury, samotność, towarzystwo, smutek i radość, łzy i uśmiech - mieszanka wybuchowa, i nigdy nie wiadomo, co kiedy się objawi.

Ostatni czas nie był dla mnie dobry. Ciągłe przepychanki z Nim, rutyna, osamotnienie i właściwie nikt nie wiedział, czy jest w "nas" jakiś sens, "nas" w ścisłym rozumieniu "razem", ja nie wiedziałam. Wielkie plany końca, wielkie próby odejścia.
I jedno spostrzeżenie: nie mogę, nie jestem w stanie...

On wrócił do Poznania spragniony mnie, zachłannie wykorzystując każdą sekundę, bym zrozumiała, że dla Niego zwariowałam bardzo dawno temu, a On dla mnie. Cudowny. Czarujący. Znów taki mój. Najintymniej wypowiedziane: "kocham" - gdy usta wcale nie wypowiadały słów, gdy to spojrzenia łapczywie wyszukiwały spojrzeń, a dłonie wypisywały na dłoniach te iskry uniesień...
Zaskoczona, poddałam się nurtowi tego, co się tak pięknie między nami działo.
Szczęście nieopisane...
Koniec knowań theendowych.

Właściwie ten post miał być długi i wielowątkowy. Ale przenosimy to na któryś z kolejnych, bo... :
^ w pokoju toczy się coś na kształt imprezy, ale bardzo rozczłonkowanej
^ wizyta Jolki znacznie zmąciła mój nastrój, i kurcze nad tym nie umiem zapanować
^ w mojej głowie siedzi teraz jedna wielka potrzeba: SNU!

Na swoje usprawiedliwienie;
^ początek imprezy = Jolka= spadek nastroju
^ pobudka o 7.45 wykończyła organizm przyzwyczajony ostatnimi czasy do długiego wylegiwania się w łóżku
^ stresogenne badanie, bo zwykła morfologia, ale wynik ważny...

Tyle na dziś, sprostowanie będzie niedługo. Obiecuję!

niedziela, 27 grudnia 2009

Spacerrrr, ścieżkiii

Siedzę w domu. Atmosfera zrobiła się senna i leniwa. Nawet na obżarstwo nikt nie ma już siły się zdobyć. Dziś ku pokrzepieniu serc (i układów pokarmowych)- rosołekkkkkk... Przepysznyyyy. Mój ulubiony zresztą ;)

Właściwie nie wiem, o czym pisać.

Mam znów ciche dni sama ze sobą.
Samodyscyplina wewnętrzna chroni mnie przed wybuchem tego całego chaosu we mnie.
Chyba jestem na rozdrożu. A przede mną dwie drogi: jedną znam i kocham, ale nie potrafię idąc nią piastować w sobie radości i spokoju. Druga jest zagadką, czymś co przeraża... I nie wiem, czy jest we mnie tyle odwagi, by na nią wejść. Ta ścieżka oznacza też rezygnację ze stabilizacji, jaką teoretycznie już mam, jest rezygnacją z całego dotychczasowego życia... Obawiam się jej i póki co - odrzucam ją, choć coraz bardziej ciągnie mnie w jej stronę...

Piszę list do Niego. Pełen zdań przydługich i chyba dziecinnych.
Sama nie potrafię już określić, czy faktycznie jestem tak dorosła i dojrzała, jak mi się wydaje, czy jednak wciąż jestem dzieckiem... Bo:
* wierzę w bajki
* mam swoje ideały
* nie potrafię kierować się w wielu sprawach rozumem, zawierzając sercu i emocjom nieopanowanym
* wciąż nie potrafię zainteresować się szczegółami, pozwalając sobie na uleganiu magii całokształtu, być może tylko tej wierzchniej warstwy
* nadal nie umiem powiedzieć, czym chcę zajmować się w przyszłości niecało 2 letniej.

Pocieszającym jest fakt, że Jovan nie odstępuje mnie na krok, a dzisiaj rano budził mnie w urzekający sposób, drapiąc łapką moje ramię, ale tak delikatnie, jak tylko on potrafi. Wczoraj wieczorem wybraliśmy się na spacer. Niby było bardzo ciemno, i bardzo mroźno, i bardzo niespacerowo, ale nam się podobało. Blask księżyca oświetlał nam drużki, odsłonięte spod śniegu trawy stanowiły osłonę przed zimnem, a tak Jovan, jak i ja, mieliśmy ochotę podreptać sobie trochę... Całe Święta przesiedzone i przeleżane - żadna z tego atrakcja. Jovan jak zwykle znalazł sobie żywy cel - okazało się, że tuż za domem sarny wybrały sobie miejsce na żer i sen... Jakimś cudem udało nam się je podejść bardzo blisko, ale szczekanie Jovana i tak spłoszyło dzikie zwierzęta te piękne...
Sarny = gracja... ;)
(Pamiętam, jak kiedyś znaleźliśmy małą sarenkę i była u nas przez kilka lat... - ale o tym to opowiem, kiedy indziej).

Znów krótko, ale problemy z internetem skończą się już jutro...
Jutro wracam do Poznania ;P

Miłego popołudnia, a później wieczoru.

Ps. Koniec słodzenia Czytaczom moim, bo wyczułam sama, że wazelina blisssko... ;)
Ps. 2. I tak jesteście cudowni!!!

piątek, 25 grudnia 2009

Na chybcika.

Wyszperane w sieci :)

Pozdrowienia i życzenia dla Was wszystkich ode mnie i od mojej... Babci :)

Tak, tak. Popełniam tę gafę i piszę podczas świątecznej wizyty u Dziadków. Ale skoro necik śmiga tutaj jak szalony... to nie potrafię się temu oprzeć. I piszę dla Was i dla siebie.
(Przyznać muszę, że świadomość, iż czyta mnie kilka osób, w tym hmmm, Ci, których czytam z podziwem, dodaje mi skrzydeł i napędza ten mechanizm, że piszę i pisać chcę, tym chętniej, tym skwapliwiej, baczniej nawet. Poczucie przynależności do wirtualnej wspólnoty blogowiczów towarzyszy mi od jakiegoś czasu i wzrasta z każdym komentarzem. Przyznam też, iż nie sądziłam, że tak mnie to wciągnie).

Odwiedziny w T***ówce to jeden z elementów tradycji świątecznej :) Miły i wyczekiwany, bo zawsze brakuje czasu na to, by tu zajrzeć... A dziś atmosfera jest szczególna: przez pierwsze 4 godziny nie było prądu: a to oznacza brak światła i wody (niestety), a skoro dotarliśmy już po 16 to z ciemności w ciemność.

W tym roku Gwiazdor niósł ze sobą w prezentach aromaty, zapachy i wonie cudne... To przeważało... A reszta to słodycze i cytrusy.
Nasza niespodziewajka dla Rodziców udała się przecudnie. Olo/ Aleksander/ Gwiazdor/ Sternmann wczuł się w rolę, a Dorosłe Dzieciaki zaskoczone były do tego stopnia, że słów brak, by oddać ich miny. Wszyscy pękali wręcz ze śmiechu... I czego by nie powiedzieć - to była najweselsza Wigilia ze wszystkich, które pamiętam...

I już kończę. Bo piszę ukradkiem.

Weselcie się resztą Świątecznych Dni i Uroków :)
Ode mnie nadal korzenne uściski lecą w świat i sieć...

środa, 23 grudnia 2009

domowo mi...

Internet póki co grzecznie śmiga, choć laptop w takim miejscu i takiej pozycji ułożony, że wyczynem jest uderzać w klawiaturę lekko zziębniętymi koniuszkmi palców. Parapet, pierwsza szyba otworzona... Wyobraźcie to sobie, a jako podkłada (dla utrzymania poziomu) - stara encyklopedia - tak na dodatek...

Dokoła biel, choć taka jakaś przygaszona i niemrawa. Termometr wskazujący temperaturę na plusie nie wróży nic dobrego na Święta. Śnieg topi się z zadziwiającą szybkością. Od czasu, do czasu z nieba leci gęsty puch, jednak tuż przy ziemi zamienia się w krople deszczu, a nie w śnieżynki tak teraz pożądane.
Dom pachnie makowcem i ciastem drożdżowym. Wczoraj upiekł się piernik. Rybki grzecznie pływają w swoich zalewach. Itd. Dom już praktycznie lśni... O zgrozo, plecy chcą mi odpaść, głowa pęka, a kolana same się uginają. Marzę o krótkiej drzemce. Gdy tymczasem reszta ferajny ogląda tv, podczytuje jakieś powieści o wampirach - reszta, czyli brat i kuzynowie. Słodkie lenistwo, jakie zaserwowali sobie chłopcy wydaje mi się być jawną niesprawiedliwością.
W takich momentach łatwiej mi myśleć o feministkach... ;P
Tak czy siak - Święta już w pełni...

Z rzeczy mniej istotnych - plan gwiazdorzenia, z Gwiazdorem-Aleksandrem dopracowany do ostatniego szczegółu. Będzie schodzenie po drabinie, worek pełen prezentów i dzwonki, którymi dawno temu tata i dziadek obwieszali sanie.A obdarowanymi dziećmi... będą nasi RODZICE, jako, że czasem trzeba ich zaskoczyć. Oby plan wypalił, bo jak będzie klapa, to ja nie chcę patrzeć na zawiedzione miny moich chłopaków... ;*

Szkoda mi śniegu, bo miał być kulig, duuuużymi saniami właśnie, przez las i pola... Taki, który kojarzy mi się z dzieciństwem i jego urokami. Gdy enta ilość nakryć ciała nie przeszkadza w swobodnym balansowaniu ciałem, a to, żeby ominąć kamień jakiś zagubiony, gałąź oderwaną niewdzięcznie. Tak, rodzice na dużych saniach, u boku których radośnie migocze światło małych latarenek, i dzieciarnia z uczepionymi saneczkami, dla większej adrenaliny... Silny powiew wiatru zsuwał na oczy czapki lub bujne czupryny... TO były czasy...

Tęsknię za Nim i za Aneszką. Ale to wiecie, i opisywać tego nie będę.

Miłego kończenia przygotowań Czytacze moi. Całus pachnący przyprawami korzennymi... ;*


Ps. A PKP się spisało, skład był długi i mogłam spokojnie zająć miejsce tak ja, jak i moja walizka ;P

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Bry!

Minęło południe, a ja się czuję tak, jakby mnie ktoś zbudził bladym świtem. W tym miejscu dodać należy, że poległam już o 23. 20, a ostatecznie zasnęłam "nocnie" przebrana jakieś 24 minuty później.

On poszedł po pączki dla mnie, papierosy dla Niego i bilety na autobus dla nas... (Chyba słyszę Jego kroki na korytarzu).

Akademik opustoszał. Jakoś się tak zrobiło nijak, smutnie, trochę samotnie...

Nie wiem, co myśleć o powrocie do domu dzisiaj. Przeraża mnie wizja jechania pociągiem, stanie w kolejce po bilet itd. Jakoś się odzwyczaiłam. Liczę, że zaskoczy mnie dzisiaj PKP (MPK też by mogło ;)

Miałam dziś niesamowite sny. Takie urywane. Jak zwykle śniło mi się odcinanie kończyn na koślawym krzesełku. Potem były małe, czarne kózki, jakiś prosiaczek zagubiony w stogu siana. W ogóle moje sny były dziś wielkim skupiskiem zapachów: siano, poziomki, mokra trawa i mięta. A teraz, zza okna dobiega mnie woń śniegu.
Zastanawiam się, czemu tak często śnią mi się zwierzaki w początkowym okresie ich życia. W sumie wiem czemu - tata uroczyście oznajmił mi, że jak przyjadę, to czeka mnie asystowanie przy przynajmniej 2 porodach... Prosiaczkowo się robi w głowie mojej.

Adaś i Agnieszka wczoraj pojechali do domu, i pokój stracił sporo z tej świątecznej aury. Ja i On jednak starzy już jesteśmy (choć On baaardzo się z prezentu cieszył).
Tak czy siak. Uwielbiam Adaśka. I czas, kiedy Młody odwiedza siostrę. Niesamowicie pozytywny chłopak....

To tyle na teraz. Pisać będę w miarę możliwości mojego internetu na mojej zabitej dechami wsi. ;P
A tak swoją drogą pięknie musi być w domu teraz, wszystko zasypane śniegiem, las za domem, staw pewnie nadaje się pod jazdę na łyżwach.
Chyba cieszy mnie podróż do domu.
Cześć

piątek, 18 grudnia 2009

intymnie mi ;)

Taki to leniwy dzień, nie spieszący się usilnie za prezentami, nie goniący znajomymych, których trzeba świątecznie spapapować. Dzień rozpoczęty w południe. Zaczepiony o te chmury wolno sunące po niebie ponad moją "krakowską" kamienicą. Pierwszy szron wymalował nieśmiały wzór u dołu okna. Mroźne powietrze z lekkością wślizguje się do pokoju, przemycając zapach śniegu do mojej małej świątyni.

On sobie poszedł. I ok. Postanowiłam nie rozpaczać nad tym przeraźliwie, tylko wreszcie ucieszyć siebie samą sobą. Słucham Lisy Ekdahl, mam wyłączone światło... Tylko jasność świec rzuca ciepły blask na ściany pokoju 418. Tak jakoś jest magicznie. Wino lekko rozgrzewa moje ciało i duszę. Tak. Dzisiaj jestem leniwie wyrozumiała dla siebie, a właściwie, to chyba bardziej sobie dogadzam, niż odrywam myśli od tych spraw, które zcierają uśmiech z twarzy. Dość ich już było. Czas, by moje prywatne niebo rozpogodziło się. Intymnie mi teraz ze samą sobą ;)

Dym z komina szaleńczo rwie się ku górze. Kolor nieba znów zmienia się w ten niepojęty dla mnie róż. Piękny jest zimowy krajobraz. Śnieg, który pruszy sobie od czasu do czasu, trzeszczy wzrocowo pod butami. Widziałam nawet jednego bałwana, przed budynkiem Urzędu Wojewódzkiego - czy kryje się za tym jakaś aluzja do urzędników?! ;) Nie wnikam. Zapach gorącej kawy, pachnącej cnamonem i imbirem, budzi we mnie zaniedbywane poczucie nicnieróbstwa...

Dokonał się już mój osobisty ceremoniał świąteczny, ten jeden, bez którego nie byłoby Świąt, który stanowi o pełni Bożego Narodzenia - jeden baaardzo długi list poleciał do mojego wyjątkowego wujka. 6 stron a4 zabazgranych moimi wspomnieniami, marzeniami, planami... Opisałam wszystkich, którzy tak bardzo wryli się w moje życie, że bez ich szlifu nie byłabym taka, jaką jestem. Ci, którzy uczą, cieszą i ganią. Przyjaciele... Nie wiem, jaki sens ma pisanie takiego listu, wszak Jozef P. i tak ich nie zna, nie pozna nawet, ale jednak... jest we mnie taka przewrotna potrzeba pisania o sobie, a skoro o sobie to i o nich, tych tyatanach życia, bohaterach przygód...
Wiem, że nadejdzie taki dzień, gdy znów usiądę na gałęzi starej gruszy, tuląc się do pnia. Niebo będzie rozgwieżdżone, a długa lipnicka noc nie będzie skłaniała do snu... On będzie stał na przeciwko. I będzimy rozmawiać, zachłannie, chciwie. Słowa będą jedynie tym jednym malenkim przekaźnikiem myśli i emocji. Resztę dopowiedzą nasze oczy, dłonie gestykulujące żwawo.
Wuj to chyba jedyna osoba w całej naszej rodzinie, która wydaje się być moim pierwowzorem. Osobowościowo to jego przypominam. Popełniam podobne gafy, równie bardzo buntuję się i walczę o prawo do własnego światopoglądu. Do tego oboje mamy pewien hmmm "defekt" fizyczny (kuperek..:).
Kiedy widzieliśmy się ostatnim razem, a było to jakieś 4 lata temu... brakowało nam czasu, by o wszystkim podyskutować, by wymienić się spostrzeżeniami i żartami. Potem były telefony... I rozmowy trwające średniopo 2 godziny.
I ja się cały czas zastanawiam, co można dostrzec w dwunastoletniej dziewczynce, że ona, jako młoda kobieta wciąż z utęsknieniem wspomina wszystkie rozmowy, odkurza w pamięci każdy zapomniany szczegół ze wspólnie spędzanego czasu? Czym jest ta niewidzialna nić łącząca naszą dwójkę...
Wiem, doskonale wiem, z jaką radością i podeksytowaniem wuj rozrywał będzie kopertę. Jak sycił będzie oczy każdym nakreślonym przeze mnie wyrazem. Jak czytać będzie raz pierwszy, drugi, trzeci i kolejne tę całość spisaną tak daleko od niego. I jak poczuje, że jestem blisko, ja i moje zrozumienie pewnych spraw ważkich i delikatnych, tych, o których nikt inny wiedzieć nie powinien.
Jeśli ktoś kiedyś będzie mógł powiedzieć, że naprawdę mnie rozumiał - to tylko on... Przysłowiowy wuj z Hameryki, przysłowiowy i dosłowny ;)

Czekam na Agę i Adasia, którzy pojawią się tu lada moment... Aneszka chce pokazać bratu urok Świąt tutaj, u nas, w akademiku, w wielkim (a przynajmniej większym) mieście. Liczymy, że Adasiowi się spodoba ogrom zaplanowanych atrakcji!
A mi zamarzyły się właśnie własne łyżwy, figurówki... Czy ja się już chwaliłam na blogu, że zaliczyłam pierwszą wizytę na lodowisku? I było tak jak lubię najbardziej: półtorej godziny na gładkiej tafli lodu, pięć tzw. "przysiadów" treningowych, zmarznięty nos i dużo śmiechów... Dźwięk rysowania lodu ostrzem łyżwy... i wzory, które na nim pozostają po niesfornych łyżwiarzach... Coś, dlaczego warto zrobić sobie post, odwyk i inne tego typu zabiegi, służące zgromadzeniu odpowiedniego budżetu łyżwołaknącego...

Wyszperane w sieci :)



Odrobina zadumy...

Wyszperane w sieci...

Z kilku kolejnych blogów dowiedziałam się o śmierci Dotty...

Samobójstwo wymaga wielkiej odwagi i pewności tego, że życie dotarło do kresu cierpienia, że nie można już nic więcej unieść na barkach własnego jestestwa...
Samobójstwo nie jest czymś łatwym, nie jest dowodem głupoty i bezradnej klęski.
Nie potępiajmy tych, którzy taką właśnie drogę obrali do wolności i wyzwolenia się spod pęt, z których istnienia nie zdajemy sobie nawet sprawy...
Wyrazy współczucia tym, którzy Dotty znali, którym była Ona bliska...

środa, 16 grudnia 2009

Antropologicznie o kulturze...

Obiecałam Matce Poruszycielce (tej Białogłowie, co mnie do pisania bloga namówiła), że stworzę pięknego, pozytywnego, radosnego posta :) Dostałam w tym celu nawet jakąś dawkę czasu ;)
Obiecuję słowa dotrzymać!

A dzisiaj nie będę się rozpisywać, bo nie mam sił.

Jednak coś ku pokrzepieniu umysłów/ dowcipu/ błazenady zamieszczę:

~Małżeństwo to forma ograniczenia popędu seksualnego do 1 partnera.

Wyszperane w sieci :)

~ Taniec zbójnicki powstał w 1910 roku w efekcie pomysłu Szczęsnego Potockiego, jako forma uczczenia 500 rocznicy zwycięskiej bitwy pod osławionym Grunwaldem, a że się spodobało... to mamy tradycję ludową ;)

Wyszperane w sieci :)

~ Stroje łowickie, stanowiące jedno z najpiękniejszych polskich dziedzictw narodowych... wywodzą się z Watykanu... A było to tak: władca ziem łowickich wyruszył w pielgrzymkę, by przyklęknąć przed papieżem, ale zamiast spozierać na biskupa Rzymu - gapił się z oczarowaniem na Szwajcarów - papieską straż. Wiadomym było, że nie uzyska zgody na skopiowanie stroju Szwajcarów, zadowolił więc owego Pielgrzyma materiał podobny, w pasy...

Wyszperane w sieci :)


To tyle na dzisiaj. Spokojnego wieczoru i kolorowych snów...

wtorek, 15 grudnia 2009

Zagadka...

Za tym pytaniem czai się mała intryga...
Może ktoś zgadnie, bo ja

jestem między "S" a "W" na "K"?


Jak wykombinujecie o co chodzi, to piszcie... Temu kto zgadnie postawię 5 kolejek ;)

Zakaz odzywania się w tej kwestii ma tylko AGA/ Kalliope.

*** A. ***

Trzęsą mi się ręce, wszystko wewnątrz mnie drży... z zimna, chłodu...
W pewnym sensie zostałam dziś sama ze sobą.
Nie liczę na zrozumienie, na klarowne objaśnianie mi, co i jak?

Ale na moment zawieszenia się nade mną.

Przykro mi, że to wymaga tyle poświęcenia.
Przykro mi, że Ty też masz po górkę...

Dziś jednak bardzo Cię potrzebuję. I potrzebuję, by choć odrobina Ciebie skierowała się na mnie, nie bezsilnością, agresją, izolacją...

Nie wiem, czy ja zbywam Ciebie półsłówkami, wtedy gdy mnie potrzebujesz... Kiedy masz tylko mnie, tak jak ja dzisiaj Ciebie. Jeśli tak to przepraszam, teraz wiem, jak to boli. A boli bardzo.

Nie chcę zawodów, która ma gorzej. Nie chcę wiecznego użalania się nad nami. To czego chcę - tak inne jest od aury dnia dzisiejszego...

A.

sobota, 12 grudnia 2009

Poszarpany post...

Wyszperane w sieci

Przypomniał mi się pewien krajobraz: stary dąb na skraju leśnej polany... Słońce zachodzi. Chmury skąpane są w czerwieni, pomarańczy i złocie. Jaskółki prędko kreślą swoje historie w powietrzu. A dwoje ludzi siedzi na miękkiej posadzce z mchów. Są starzy. Ich złączone dłonie poorał czas. Tylko oczy - młode, żywe i radosne.

Widziałam jak spoglądali sobie w oczy, jak kierowali swoje uśmiechy ku sobie. A potem razem odeszli z polany. Stary dąb powiewał liśćmi na pożegnanie.

A ja podziwiałam ich, oparta o brzozę i patrzyłam na blask, jaki bił od postaci tychże staruszków...


Wyszperane w sieci

Na taki blask nie mam szans.
On... Cóż. Kocha jak umie. A mi musi to wystarczyć, choć chyba nie starcza.
Cudowny wspólny weekend i Jego zachwycone spojrzenie. I rozmowy, długie, ciepłe, pełne wzajemnego pragnienia.
Chciałabym Wam napisać, że tak jest, było...
Było. Ale nie ze mną.
Ze mną tak nie jest.
Nie zasłużyłam. Nie potrafię.

Parapetówka przybrała niespotykany wymiar. Do 6 rana. Potem ja ruszyłam na miasto po 2 godzinach snu. I spędziłam ranek i popołudnie z przyjacielem. On i Aga czekali z obiadem.
Po obiedzie film - a potem On sobie poszedł.

Kolejny raz zostałam sama. Nakarmiony - chyba jest szczęśliwy.
Ja - przesiedziałam na korytarzu jakiś czas. Dla mnie to za mało. Za mało.
On - więcej czasu spędza z innymi. Z nimi rozmawia, wygłupia się, bawi.
Ja - tak potrafię tylko wtedy, gdy jesteśmy sami.

On nie chce mnie sam na sam.

Właściwie, co ja tu wypisuję? Żale, pretensje, bezsilność? Chciałam tej miłości, może nie takiej, ale z pewnością TEJ!!!
Nic to, że łzy, smutek i rozczarowanie. Nic.

Chciałabym wiedzieć, co zrobić, żeby było inaczej, żeby to rozwiązać, żeby zmienić.

Tyle się działo, tyle Wam miałam do opisania, przekazania. Nic z tego się już nie liczy. Nie mam w głowie obrazów, ludzi, dźwięków i zapachów... Zniknęły pod naporem tego bólu, o którym krzyczy każde z zamieszczonych tu słów. A ja nie potrafię się przed tym bólem ochronić. I nie mogę go już bagatelizować.
On mi nie pomoże. Dla Niego to naturalne, że ja mam problemy sama ze sobą.

Pewnie mam.


Wyszperane w sieci

I tylko jeszcze z mojego prywatnego archiwum notka; 24 maj 2009:
Nie umiem być bez Niego, tak jakby On stał się częścią mojego ciała, mojego ducha. Rozsądek, choć się przeciw temu buntuje, zawsze przegrywa z resztą mnie. Bo wszystko we mnie jest Jego: serce, dłonie, usta, myśli... Stał się tlenem, który, gdy On jest tam hen daleko, dozuję sobie przypominając miękkość naszych złączonych ust, aksamit dotyku, ten najintymniejszy moment, gdy On stoi za mną i tuli mnie, patrząc na nasze odbicia w lustrze, taki męski, taki zdecydowany, mój... A ja? Gdzie w tym moje miejsce? Czasem myślę, że moje miejsce to ta mała -przestrzeń, między moją a Jego dłonią, splątanymi w uścisku; między naszymi wargami...

środa, 9 grudnia 2009

Zoologicznie

Dzień pod znakiem ŚWIĄT...

Poranek był trudny... Ledwie udało mi się zwlec z łóżka o godzinie haniebnej: 7. 41 - zajęcia na 8.00. Na szczęście mieszkam siedem minut od wydziału (filologii polskiej, bo na socjologię to kawał drogi mam), więc zdążyłam bez większego pośpiechu... Ale męczarnią jest wstawać przed 8 enty raz z rzędu... Snu mi trzeba.

Pierwszy wykład był niezły. Profesor opowiadał o literaturze okupacyjnej itd. Wykład ten nie skończył się bez echa - mam kolejną pozycję do bibliografii mojej pracy mgrskiej. I tylko przeraża mnie ile tego jest do przeczytania, opracowania itd... Że też chce mi się o Czarnym Lądzie i mroku pisać... Conrad rządzi!!!

Później wybrałam się na skromne zakupy prezentowe: obdarowani zostaną: Aneszka, Iza i Babcia... (Właściwie, to się nie wybrałam, tylko zgrabnie urwałam z zajęć - dzięki zwolnieniu przez Samego Prowadzącego). Cała reszta mojej ferajny musi czekać na jakiś impuls zakupowy... A pierwszą osobą (albo i nie), która już korzysta ze swojego podarku jest Kazimierz Wielki - kupiłam mu w sklepie zoologicznym taką specjalną kulę, żeby mógł biegać po pokoju (ale zawsze w polu naszego widzenia - wykluczamy możliwość gry: znajdźcie mnie, nim pomrę z głodu i pragnienia za którąś z szaf...). Zielony, acz przejrzysty plastik ładnie sie komponuje z Kazikiem, który jakoś tak instynktownie od razu poprawnie korzystał z nowej atrakcji :)
A i jeszcze dotykałam gładkiej skóry węża... Chłopaki w zoologicznym mieli ubaw, bo nie chciałam - jakoś za wężami i pająkami nie przepadam, ale skutecznie mnie namawiali, więc im uległam... A poza tym - i tak wąż wił się po rękach jednego z nich, jakieś 30 cm od moich dłoni... No to się ODWAŻYŁAM. Wąż nie był duży, raczej młodzik z niego, ale przyjemnie było wodzić lekko ręką po jego ciepłym, gładkim ciele... Mimo to - nadal preferuję jaszczurki!
Tak sobie myślę, że zoologiczny ze mnie stwór...

Poza tym - kupiłam sobie w końcu skoroszyty, by posortować kserówki i notatki, bo się gubiłam baaardzo.

A teraz? Zmykam na kolejne zajęcia, bo taki mam poszatkowany dzień na uczelni...


Wyszperane w sieci :)

Ps. Trzy spore kubły kofeiny wcale mi sił nie dodały ;(
Ps.2. Chyba mam ochotę na długą wyprawę gdzieś na skraj świata... Może Mongolia? Jak na zdjęciu?

wtorek, 8 grudnia 2009

Pora na sen...

Kładę się już spać... Nie mam sił, by dalej oglądać film. Nie mam sił, by utrzymywać postawę pionową.
Starczy mi sił, by pościelić łóżko i złożyć głowę na poduszce...

Jutro znów na 8. Umieram... Nienawidzę wczesnego wstawania, pobudek, spania z otwartymi oczyma.

On śpi dzisiaj u mnie. Kto wie - może ja jutro będę nocowała u Niego.


Wyczerpujący rytm życia... Nawet sen to wysiłek... A kto nastawi budzik???

;) Kolorowych snów. Dobranocnie Wszystkim Nam!

W pokoju siedzę

Siedzę w pokoju. Jolka się maluję, make-upuje, czy jakoś tak to się zwie.

Mokra szyba wygląda niczym jakaś mozaika. Ciemność zza okna wdziera się do środka pokoju. Jest mi zimno. Światła z okien mojej "krakowskiej kamienicy" lekko przebijają się przez wieczorny mrok. W szybie odbija się też ciepły, czerwony blask naszej akademickiej lampy... Tak kojarzy mi się późna jesień. Chłód, wilgoć, ciemność. Czas wyczekiwania i oczekiwań niespokojnych. Na co? Przyroda - chce odpoczynku, człowiek - odrobiny zatrzymania, chwili dla siebie, przy herbacie, rumie i imbirze. Jeszcze tylko żywy ogień płomieni, kominek i obraz staje się kompletny. Nie liryczny, choć przyciężki. Budzący skojarzenia, przywołujący idee z zakamarków naszego jestestwa. Tak, jakby udało się uchwycić esencję dnia, życia. Uchwycić - i wydusić z niej ile się da. Teraz, gdy zdaje się nie być tak nieuchwytna, niespokojna, gdy sama ciśnie się do moich rąk... A może nie moich?



Wyszperane w sieci :|)

Tyle mam do napisania, do wyrażenia: myśli nieposkładanych, słów niezgrabnych, mnie zbyt niepojętej, bym siebie określiła.

Jednego żałuję: gdyby ten blog pisany był zupełnie anonimowo - pisałabym bezkarnie o tym, jak mi źle. Ale wiem, że czyta go moja Aga i On... Dlatego muszę przemilczeć tutaj pewne rzeczy, bo to JA mam problemy, nie oni, i dlatego nie będę ranić ich słowami, myślami, których nie zaakceptują... Bo są to kwestie, do których najbliższe mi osoby nie powinny zaglądać, wiedzieć o nich nie powinny nawet. I nie ma w tym nieszczerości, tylko potrzeba zupełnej spowiedzi, kompletnego negliżu mojej pooranej szaleństwem duszy chorej i ciemnej...

Kiedyś tak zrobię. Raczej nie tutaj, ale zrobię!

Miałam dziś zajęcia z Aurelą - nic ciekawego. Przegadała, przegadała i tyle. Jedyny plus - nie każe nam odrabiać zajęć, które nie odbyły się z powodu jej choroby - i dobrze, bo kolejny czwartek na 8 rano to przegięcie, niemożliwe do zrealizowania, dla mnie, śpiocha cierpiącego na lenia.

Właściwie tyle na teraz - bolą mnie plecy i reszta ciała, więc poleżę trochę na łóżku :) Później ugotuję obiad mojej Gromadce Kochanej (Aga i On) :* :* :*

poniedziałek, 7 grudnia 2009

***

Nim cokolwiek się zmieni - czas będzie płynął zbyt wolno i zbyt szybko równocześnie.



nim powiem coś o sobie - pomyślę trzy razy, czy muszę.
znów chcę być samodzielna i samowystarczalna.
moje wewnętrzne "ja" znów musi we mnie zamieszkać.



Nie zmieni się tylko miłość i przyjaźń, choć może z nadejściem mroku, jasne światło ich uleci gdzieś, gdzie nie znajdę sobie miejsca, bo nikt dla mnie nie stworzy tej bezpiecznej strefy.


zapominam, że można inaczej, niż tak.

przepraszam...

wtorek, 1 grudnia 2009

Uzupełnienie

Na szybko:

* Aurela odwołała zajęcia, ja pocałowałam klamkę, a na drzwiach wisi (myślę, że nadal) żółta kartka, że wolność grup 2 i 4 od 13.15 do 14. 45.

* po raz drugi obejrzałam świetną bajkę - Up, po polskiemu Odlot. I znów polecam. Kurcze, pierwsza bajka naprawdę dla dzieci, nienaszpikowana podtekstami ze świata dorosłych. Kolorowa, świetnie zrobiona. Nie razi kwadratowa animacja :) Zupełnie inna od np. shrekowej. Mądrze wyważona fabuła, pokazanie emocji, smutku, łamanie barier... Opowieść ciepła, pogodna, nastrajająca. No i chyba spodoba się Wam, starym wyjadaczom :) (Bo ci, co płynnie czytają i piszą, to już dziadkowie).

* a teraz mykam na wykład o kulturze :) ale mi się nie chce...



No i jeden mały smut, głupiutki, z pewnej nic nie znaczącej przyczyny. Taki, który istnieje w świadomości, a nie uczuciach - czyli smut niegroźny.


Ogólnie: FAJNY DZIEŃ!

Porannie

Jest rano, a ja zdążyłam wrócić z jednych zajęć. Nie idę na wykłady, bo muszę lekko wystopować... Znów odbija się na pracy mojego organizmu brak snu. Ale taki mój urok. I jeszcze ta dieta... mająca jeden dzień... Jakoś mi nie idzie... Ale jeszcze nie podjadłam nic ukradkiem. Choć dziś zakołowało mi w głowie i przed oczyma.

Czas na trochę sprawozdań.

Jestem perfidna. Stwierdziłam, że łatwiej będzie oswoić Elkę z moją osobą, niż tylko majaczyć w jej myślach jako majestatyczna dziewczyna Jego, zbyt wiele abstrakcji się w tym kryło. Jako, iż wiem, że panna z MISzu lubi towarzystwo, to zaprosiłyśmy ją na herbatkę. A potem wywiązała się bitwa na poduszki. Takie to nasze akademickie rozrywki. Ale swojego pilnować będę, tzn. nie dam okazji do słodkiego sam-na-sam z Nim. Możecie uznać, że to głupie, ale cóż... Lepiej zapobiegać, niż leczyć - prawda dohtory?

Ooo, a jeszcze muszę napisać o pewnej niespodziance :) Jak zwykle w poniedziałek, podróż na Ogrody z Fredry o 7. 20... A tam, między ludźmi chodziły PIKUSIE, takie misie, co w nich człowiek jakiś siedzi, ale i tak widać tylko plusz, plusz, plusz... No więc Pikusie, żółte, z pięknymi, dużymi oczętami namawiały do uśmiechania się i obdarzały wesołym tuli-tuli. Wytulone my, Aga i ja, jakoś raźniej podążałyśmy w stronę wydziału. I nawet fakt, że jechałam na marne, bo psychologii nie było - nie mącił mi dnia tym, że mogłam sobie dłużej pospać... :) Oby takich Pikusiów więcej chodziło i częściej.

A ja? No cóż... Bez owijania w bawełnę: znów mam mój pancerz, czyli ułudę dla świata otaczającego, że jest Ok, choć nie jest. Mam więcej siły, żeby budować złudzenie, że dobrze mi ze mną i z resztą ludziów.
Choć każda mała, ledwie drgająca oznaka ataku w moją stronę, kończy się moją obronę - atakiem. Aga mówi, że czepiam się szczegółów.



Miłego dnia. Czytacze :)



Ps. Żaba ma 5 szczeniaków - ktoś chce? Czarne i rude, wyrosną na psy średnich rozmiarów :) I mają fantastyczne uszka :)

Ps.2. O 13 idę na błogosławioną Aurelę od socjologów - obiecuję Wam smakowite kąski jej mądrości :P