Pokój szaleje od nadmiaru mnie. Jestem wszędzie. Na łóżku, przy lustrze, na podłodze, obok klatki Kazia, nawet na parapecie dla przewietrzenia umysłu. Sama. Kaź śpi w domku, cały zamotany w sianie. Zapach frytek delikatnie drażni moje nozdrza. Wszystko dzisiaj tu do mnie pasuje. Spokojne. Od niechcenia. Jak ja. Spokojna, wyciszona.
(Zauważyłam, że ostatnio każdego posta rozpoczynam od opisu pokoju w zestawieniu z moim nastrojem... Ale to pewnie dlatego, że to jedyne bezpieczne dla mnie miejsce i że jest tak bardzo zależne ode mnie.)
Muszę się do czegoś przyznać. Ja, będąca już prawie filologiem języka polskiego, rozkochana w dziełach Juliusza Słowackiego, z pasją czerpiąca z Schillera, ubóstwiająca prozę Conrada. Ja, osoba poważna i stateczna, oglądająca filmy Tarkowskiego i Lyncha, znająca przedstawienia Cieplaka. Ja, dziewczyna z 22 letnim stażem obserwatora rzeczywistości - nie potrafię przestać oglądać głupiego filmu dla nastoletnich dziewczynek...
Wstydem było już przeczytanie całej sagi Zmierzchu... Cel był ukryty - oswoić wroga, bo nie jest to mój nurt, nie moja filozofia literatury; ale się wczytałam, wessałam w stronice i nie mogłam oderwać się aż nie skończyłam... Od deski do deski. Kilkakrotnie nawet. Chłonęłam treść. Marzenia. Wyobrażenia. Z wypiekami na twarzy śledząc przygody Belli i Edwarda... Taka bajka mogła do mnie trafić 10 lat temu, ale teraz - nie powinna - a jednak...
Pokochałam fabułę, pokochałam bohaterów. A gdy już mogłam spojrzeć na wszystko z ekranu - oniemiałam. Nie, nie. Ja wiem i widzę ile we filmie niedociągnięć, ile przesady, ile wycięto z książek, ale nie zmienia to faktu, że i we mnie zrodziła się zmierzchomania... Obie części oglądam na przemiennie, co dnia, co wieczór, gdy tylko z pokoju znikają inne ludki.
Może to jest tak, że kocham takie bajki, w których to, co tak nierealne, staje się rzeczywistością? Nie wiem. Ale para składająca się ze zwykłej dziewczyny i wampira to musiał być murowany hit, a gdy na scenę wkraczają też wilkołaki - wyobraźnia wariuje rozbudzona legendowym bajaniem.
Podejrzewam, że wizja nieśmiertelności zawsze będzie kusić ludzi... Kusi mnie. Przynajmniej jej wyobrażenie...
Możliwość błądzenia po świecie, bez przywiązania do czegokolwiek, do którejkolwiek z normalnych/ ludzkich potrzeb, łazęgowanie między krajami, narodami. W jednej sekundzie Paryż, by w kolejnej stać na szczycie Kanczedzongi czy K2. Świat stałby się osiągalny, a całość można by objąć dłonią. Bez ograniczeń, bez jakichś przerywników. Rzeki, morza, góry, doliny, dżungla, step, pustynia - wszystko warte ujrzenia, przemierzenia, poznania, zrozumienia - to o czym teraz marzę, co stanowi swoisty wabik i podstawę błądzenia wśród niebieskich migdałów, wszystko, co tak bardzo chciałabym choćby ujrzeć... Tak prostym byłoby czerpanie z życia tego, co teraz wydaje się nieosiągalne. Emocje, adrenalina - ale miałoby to tylko sens pod warunkiem, że byłoby to odczuwalne tak mniej więcej, jak teraz, w zwykłym ludzkim ciele (lub bardziej ;P) Tyle, że wyrzuciłabym z zestawu przymiotów i potrzeb wampira ich kwintesencję - picie krwi (przynajmniej ludzkiej ;). Ups...
Nieśmiertelność postrzegam przez pryzmat W. Tego, że odszedł... I ze ja zostałam. To znaczy teraz mam własne, nowe życie, ale wtedy - byłam zupełnie sama i bezradna. Agdyby tak być wampirami - nic by nas nie rozdzieliło...
Teraz, gdy czekam na Niego liczę oddechy, kroki na korytarzu i nasłuchuję. On jest, przyjdzie... I nie potrafiłabym znieść Jego nieobecności, z tym nie mogłabym sobie poradzić, gdyby i Jemu coś się stało.
To trochę jakbym chciała naprawić popsute radio, by grało nadal, ale już inaczej. Ale chce się, by grało nadal...
Tyle na dzisiaj. Przepraszam, że znów tak pesymistycznie mimo wszystko. Chyba jest coś w powietrzu. Tak czy siak - miłego wieczoru, i nie dajcie się zawiać śniegiem ;P
Bez odbioru.
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
sobota, 30 stycznia 2010
środa, 27 stycznia 2010
nic się nie zmienia, nic
jest tak, jak było
chyba dlatego ostatnio hamuje spowiedzi wirtualne na blogu. powstał on ku mojej radości - nie chcę by został żałobnikiem mnie.
Na szczęście wiem, że życie jest nieprzewidywalne. Liczę na jakieś niespodzianki od losu. Sama też jakby zaczynam działać - odezwałam się do Muci, by spróbować scrapowania. Wybieram się do opery na Wesele Figara. Coś trzeba ze sobą robić. Jakoś się trzeba uaktywnić - a nie tylko stopować.
Akademik dudni sesją i pożeganiami Erazmusów, Mostów i innych żaków z nieuamowskiego światka.
Inaczej stoczył jakoś bitwę, i jak na kocura wielgaśnego - dał się poturbować całkiem konkretnie.
Kaź - wciąż ten sam.
A ja tęsknię za łąką, strumieniem, psami, spacerami, których się łaknie... Żeby niebo było niebieskie, słońce złote, drzewa zielone, a pies machał ogonem.
Może wyobcowanie wyzwoli we mnie jakiś potencjał twórczy - na razie stłamsiłam w swojej głowie całkiem niezły materiał na powieścidło... Jeszcze przemyślę, czy nie dałabym rady tego spisać, skoro wewnętrznie mi się podoba i robi na mnie dość błyskotliwe wrażenie. Cykl dialogów między trzema osobami a w nich dyskusja o P. jako obiekcie analizowanym przez W. i S. Chwilowo pasjami tworzę komunikaty w mojej głowie wszędzie, w autobusie, tramwaju, na łóżku. I w duszy mam powody do śmiechu i zadowolenia. Nie jestem tylko pewna czy mam jakąkolwiek szansę przelać ulotność i subtelność tegoż na papier, bez względu czy ręcznie czy przed uprzednim wykliwaniem.
Cieszę się tym, co mam, co mogę mieć. I chwilą, która na moment oddaliła mnie od realnego świata.
Tak na teraz:
A potem może tak:
chyba dlatego ostatnio hamuje spowiedzi wirtualne na blogu. powstał on ku mojej radości - nie chcę by został żałobnikiem mnie.
Na szczęście wiem, że życie jest nieprzewidywalne. Liczę na jakieś niespodzianki od losu. Sama też jakby zaczynam działać - odezwałam się do Muci, by spróbować scrapowania. Wybieram się do opery na Wesele Figara. Coś trzeba ze sobą robić. Jakoś się trzeba uaktywnić - a nie tylko stopować.
Akademik dudni sesją i pożeganiami Erazmusów, Mostów i innych żaków z nieuamowskiego światka.
Inaczej stoczył jakoś bitwę, i jak na kocura wielgaśnego - dał się poturbować całkiem konkretnie.
Kaź - wciąż ten sam.
A ja tęsknię za łąką, strumieniem, psami, spacerami, których się łaknie... Żeby niebo było niebieskie, słońce złote, drzewa zielone, a pies machał ogonem.
Może wyobcowanie wyzwoli we mnie jakiś potencjał twórczy - na razie stłamsiłam w swojej głowie całkiem niezły materiał na powieścidło... Jeszcze przemyślę, czy nie dałabym rady tego spisać, skoro wewnętrznie mi się podoba i robi na mnie dość błyskotliwe wrażenie. Cykl dialogów między trzema osobami a w nich dyskusja o P. jako obiekcie analizowanym przez W. i S. Chwilowo pasjami tworzę komunikaty w mojej głowie wszędzie, w autobusie, tramwaju, na łóżku. I w duszy mam powody do śmiechu i zadowolenia. Nie jestem tylko pewna czy mam jakąkolwiek szansę przelać ulotność i subtelność tegoż na papier, bez względu czy ręcznie czy przed uprzednim wykliwaniem.
Cieszę się tym, co mam, co mogę mieć. I chwilą, która na moment oddaliła mnie od realnego świata.
Tak na teraz:
A potem może tak:
poniedziałek, 25 stycznia 2010
pleplepleple
Zasłyszane są moje szepty zza szyby gdzieś poza mną. Skupiam wzrok na nieruchomych elementach. Jest zimno, zdecydowanie za zimno.
Pociąg przyjechał z 20 minutowym spóźnieniem. Mróz zajął moje stopy. Czułam jak kostnieją i mają ochotę odpaść. Straszna to musi być śmierć - zamarznąć... Przez godzinę doprowadzałam moje ciało do ładu pod prysznicem w akademiku. Znów Poznań. Wróciłam.
Moje ciało wyraźnie protestuje przed temperaturą otoczenia. Nawet wietrzenie pokoju jest problemem - dreszcze, koc wszechogarniający. Pocieszam się tym, że wszyscy narzekają na aurę podobnież jak ja.
Jest tu Aneszka, Łukasz, który jest Jezusem. Wcześniej była Iza i On. Chyba znów się uodporniłam na ludzi. Owszem, jestem bardziej milcząca, owszem, raz straciłam nad sobą panowanie. Ale wytrzymuję. Nie czuję się osaczona, nie czuję, że ktoś wkroczył na moje terytorium, wbrew mej woli. Nadal wolałabym stronić od ludzi, najchętniej po poznańsku zakluczyłabym się w 418 i wyrzuciłabym zasłonkę - brakuje mi widoku zza okna, tego, że coś jest za szybą, że jest tam jakieś życie, codzienność.
A co w domu? Napisałam wypracowania bratu i kuzynowi. Opiekowałam się Młodym, który dość ciężko znosi przymus leżenia. I jedzenie do niego nie przemawia. Jednak dostęp do telewizora, komputera i wszystkich ludzi w domu rekompensuje mu niekomfortową sytuację. Mam wrażenie, że się nagadaliśmy i że Młody jakoś tak dorośleje dzięki mnie, i to jest fajne uczucie i ważna świadomość. Nawet, kiedy poprawiałam mu poduszkę wiedział, że robię to, bo chcę, a nie nie dla tego, że muszę.
Jest we mnie jakieś takie skrzywienie, że lubię siedzieć przy kimś, kto jest chory. Zapominam wtedy o sobie. Pozwalam, by druga osoba stała się obiektem mojej uwagi 100%. Pamiętam boje o Radka, czuwanie przy Dziadku, później Wujek. A w międzyczasie wszystkie grypy w domu spędzałam na podawaniu soku malinowego itd. I to nadawało sens chwili, ubarwiało życie.
Dyskusja w pokoju. Ja - prowodyrka. Ograniczenia słowne w nazywaniu stanów chorobowych psychicznych. Hehe... Ojj.
Poza tym. Byłam samotna, choć nie sama. Zastanawiam się czy kiedyś zrozumiem te wszystkie moje reakcje i pobudki. Wielki labirynt i pułapki w moich myślach. Czasem zapaści, czasem przepaści, a czasem zwykłe skały. A ja drepczę gdzie pośród, zdezorientowana, bez busoli. Niby wiem, czego chcę, jak to osiągnąć, umiem przewidywać. A jednak największa zagadka tkwi we mnie samej, w moim wnętrzu. Znam już pewne zakamarki, są pewne półwyspy, na których mogę się schronić sama przed sobą. Chyba właśnie wdrapałam się na brzeg którejś z lepszych plaż mnie, choć dopłynąć było mi bardzo trudno. Ale muszę tu zakotwiczyć na dłużej. Bo nie mam na razie sił na dalszą wojaczkę, dalsze autoprzepychanki. Podążam dawno wydeptanymi śladami mnie samej, ścieżką, która już kiedyś ratowała moje "ja" przed załamaniem.
(Chyba mam lepsze 20 minut - żywo dyskutuję).
Chwilowo pasjonuje mnie to, co można zrobić z kartki papieru i jakichś dodatkowych pierdułek. Chciałabym sama coś zacząć robić. Z nudy. Mam dość książek. I nauki. I gadania, że powinnam się uczyć. Na razie chcę wypocząć od...
On znów jest... mój.... Chyba się stara... Jakoś tak... Doceniam to, choć muszę się nauczyć okazywać podziw i zachwyt... Kocham Go, mam nadzieję, że to wystarczy ;) Musi...
Ps. Może uda mi się do Bratysławy wybyć na dwa dni ;P
Pociąg przyjechał z 20 minutowym spóźnieniem. Mróz zajął moje stopy. Czułam jak kostnieją i mają ochotę odpaść. Straszna to musi być śmierć - zamarznąć... Przez godzinę doprowadzałam moje ciało do ładu pod prysznicem w akademiku. Znów Poznań. Wróciłam.
Moje ciało wyraźnie protestuje przed temperaturą otoczenia. Nawet wietrzenie pokoju jest problemem - dreszcze, koc wszechogarniający. Pocieszam się tym, że wszyscy narzekają na aurę podobnież jak ja.
Jest tu Aneszka, Łukasz, który jest Jezusem. Wcześniej była Iza i On. Chyba znów się uodporniłam na ludzi. Owszem, jestem bardziej milcząca, owszem, raz straciłam nad sobą panowanie. Ale wytrzymuję. Nie czuję się osaczona, nie czuję, że ktoś wkroczył na moje terytorium, wbrew mej woli. Nadal wolałabym stronić od ludzi, najchętniej po poznańsku zakluczyłabym się w 418 i wyrzuciłabym zasłonkę - brakuje mi widoku zza okna, tego, że coś jest za szybą, że jest tam jakieś życie, codzienność.
A co w domu? Napisałam wypracowania bratu i kuzynowi. Opiekowałam się Młodym, który dość ciężko znosi przymus leżenia. I jedzenie do niego nie przemawia. Jednak dostęp do telewizora, komputera i wszystkich ludzi w domu rekompensuje mu niekomfortową sytuację. Mam wrażenie, że się nagadaliśmy i że Młody jakoś tak dorośleje dzięki mnie, i to jest fajne uczucie i ważna świadomość. Nawet, kiedy poprawiałam mu poduszkę wiedział, że robię to, bo chcę, a nie nie dla tego, że muszę.
Jest we mnie jakieś takie skrzywienie, że lubię siedzieć przy kimś, kto jest chory. Zapominam wtedy o sobie. Pozwalam, by druga osoba stała się obiektem mojej uwagi 100%. Pamiętam boje o Radka, czuwanie przy Dziadku, później Wujek. A w międzyczasie wszystkie grypy w domu spędzałam na podawaniu soku malinowego itd. I to nadawało sens chwili, ubarwiało życie.
Dyskusja w pokoju. Ja - prowodyrka. Ograniczenia słowne w nazywaniu stanów chorobowych psychicznych. Hehe... Ojj.
Poza tym. Byłam samotna, choć nie sama. Zastanawiam się czy kiedyś zrozumiem te wszystkie moje reakcje i pobudki. Wielki labirynt i pułapki w moich myślach. Czasem zapaści, czasem przepaści, a czasem zwykłe skały. A ja drepczę gdzie pośród, zdezorientowana, bez busoli. Niby wiem, czego chcę, jak to osiągnąć, umiem przewidywać. A jednak największa zagadka tkwi we mnie samej, w moim wnętrzu. Znam już pewne zakamarki, są pewne półwyspy, na których mogę się schronić sama przed sobą. Chyba właśnie wdrapałam się na brzeg którejś z lepszych plaż mnie, choć dopłynąć było mi bardzo trudno. Ale muszę tu zakotwiczyć na dłużej. Bo nie mam na razie sił na dalszą wojaczkę, dalsze autoprzepychanki. Podążam dawno wydeptanymi śladami mnie samej, ścieżką, która już kiedyś ratowała moje "ja" przed załamaniem.
(Chyba mam lepsze 20 minut - żywo dyskutuję).
Chwilowo pasjonuje mnie to, co można zrobić z kartki papieru i jakichś dodatkowych pierdułek. Chciałabym sama coś zacząć robić. Z nudy. Mam dość książek. I nauki. I gadania, że powinnam się uczyć. Na razie chcę wypocząć od...
On znów jest... mój.... Chyba się stara... Jakoś tak... Doceniam to, choć muszę się nauczyć okazywać podziw i zachwyt... Kocham Go, mam nadzieję, że to wystarczy ;) Musi...
Ps. Może uda mi się do Bratysławy wybyć na dwa dni ;P
sobota, 23 stycznia 2010
piątek, 22 stycznia 2010
Krótko, zwięźle, domowo.
Jest już dość późno. Ciemno. I zimno.
Młody jest już po operacji - i mimo, że przepuklina to niby nic poważnego, to jednak dziwi mnie, że wypuścili go do domu ledwie 12 godzin po... Jest obolały, głodny i w ogóle, ale cieszy się domem.
Ja - skorzystałam z okazji i uciekłam od Poznania do domu. Zajmę się czymś konkretnym, mam sporo prac do pisania. I zaległości.
Jovan dzisiaj ze mną nie śpi - jako, że dzielę pokój z Młodym, to lepiej dodatkowych zarazek nie sprowadzać. Ale mądre oczy mojego psa wyrażają smutek i powagę - wie, że Młody jakiś inny niż zazwyczaj.
Co do mnie? Chyba znów lekko nałożyłam maskę... Chyba przyczaiłam wszystko na dnie. Mój paskudny nastrój znów skrył się pod powagą, obojętnością i "czarnym poczuciem humoru". Jest jak jest. Na razie stopuję. Spróbuję przestać myśleć. Wypocząć choć na trochę.
Ps. PKP robi sobie jaja z pasażerów - moja osobówka miała dziś otwarte wszystki drzwi, częsci okien nie dało się podomykać i generalnie PUPA odpadała z zimna, a włosy zdobiły kryształki lodu. Horror, a do tego 67 minutową trasę pokonaliżmy w ponad 2 godziny ;/;/;/ Myślałam, że zamarznę i nie dożyję ciepła, które zapewniała fura Radka.
Dobrej nocy.
Młody jest już po operacji - i mimo, że przepuklina to niby nic poważnego, to jednak dziwi mnie, że wypuścili go do domu ledwie 12 godzin po... Jest obolały, głodny i w ogóle, ale cieszy się domem.
Ja - skorzystałam z okazji i uciekłam od Poznania do domu. Zajmę się czymś konkretnym, mam sporo prac do pisania. I zaległości.
Jovan dzisiaj ze mną nie śpi - jako, że dzielę pokój z Młodym, to lepiej dodatkowych zarazek nie sprowadzać. Ale mądre oczy mojego psa wyrażają smutek i powagę - wie, że Młody jakiś inny niż zazwyczaj.
Co do mnie? Chyba znów lekko nałożyłam maskę... Chyba przyczaiłam wszystko na dnie. Mój paskudny nastrój znów skrył się pod powagą, obojętnością i "czarnym poczuciem humoru". Jest jak jest. Na razie stopuję. Spróbuję przestać myśleć. Wypocząć choć na trochę.
Ps. PKP robi sobie jaja z pasażerów - moja osobówka miała dziś otwarte wszystki drzwi, częsci okien nie dało się podomykać i generalnie PUPA odpadała z zimna, a włosy zdobiły kryształki lodu. Horror, a do tego 67 minutową trasę pokonaliżmy w ponad 2 godziny ;/;/;/ Myślałam, że zamarznę i nie dożyję ciepła, które zapewniała fura Radka.
Dobrej nocy.
czwartek, 21 stycznia 2010
ciiii... cyt...
Wreszcie zostałam sama. Pokój opustoszał. Ja piszę, rozmyślam, piszę, a Kazik śpi. Jest spokojnie, chyba na kształt spokoju przed burzą. Przynajmniej nie czuję tej presji dopasowywania się, która pojawia się wraz z Kimkolwiek, z tym, że nie można Komuś narzucić siebie, swoich pokręconych załamań i tej miny zbitego psa, która chyba przyrosła już do mojej twarzy. Słucham tylko jednej piosenki, na okrągło, od godziny, i nie zmienię repertuaru aż do wkroczenia do pokoju Kogoś, bez względu na to, Kto to będzie. Jest mi "dobrze", w porównaniu z tym, co działo się tej nocy, nieprzespanej zupełnie. Siedzenie do 5. 30 i połykanie łez to zajęcie niewdzięczne, ale chyba jedyne, w którym się spełniam i radzę sobie z nim bez problemu. Nie czuję się teraz dziwadłem i pokazowym obrazem klęski powojennej, sama między czterema białymi ścianami z tym całym martwym otoczeniem: książek, naczyń, ciuchów, pościeli...
Ciało boli mnie niesamowicie, a pani doktor nie ma - jest na tygodniowym urlopie zdrowotnym, więc muszę czekać na mój specyfik odpęcherzający... W sumie szkoda o tym pisać, bo tylko się wkurzam, że nie mogę wykupić leku za 8 zł - bo o zgrozo - nie mam recepty na niego ;/;/;/ Ehhh
Ale portret mnie, nie jest wymizerowany i lichy tylko ze względu na stan organizmu. Zżera mnie od środka smutek i pustka. Wszystko we mnie jest teraz trzciną na wietrze, kołyszącą się zgodnie z jego powiewem... Drży moja dusza, obnażona z wszelkich mechanizmów obronnych. Poryczałam się, ciągle powstrzymuję łzy. Ciągle staram się robić dobrą minę do złej gry - wtedy, gdy inni są obok mnie. Tylko przy Aneszce odsłoniłam moją ułomną przewrażliwość. Czasem tak jest.
Choć sama Aneszka przyznała, że w takim stanie mnie jeszcze nie widziała - jest to dla mnie miarodajny osąd. Muszę szybko znaleźć sposób, by nałożyć na twarz jakąś maskę, gdyż nie mam zbyt wielu sił, by powstrzymać się przed zupełną degradacją własnej osoby. To mnie rozrywa od środka. Czuję, że nie ma przede mną żadnej możliwości walki, nie marzę nawet o zwycięstwie.
Te wszystkie małe tropy, które prowadzą mnie niewiemgdzie, niewiemjak pokazują mi jak marne jest moje bycie, jak ja sama jestem zwichnięta. Rany ropieją, nie chcą się goić. A ja jeszcze sama je rozdrapuję wiem przecież jak to się robi. Czuję, że spadam w przepaść, popychana przez tę machinę, którą sama skonstruowałam.
Nie chce nic robić dla siebie. Żadnej odskoczni, żadnego odwracania uwagi, pozo tym blogiem, który pokochałam tak bardzo.
Chciałabym tylko znaleźć granicę między mną a światem, i nauczyć się zamykać siebie w pancerzu, tak, bym poza jego wnętrzem - była przynajmniej cywilizowana.
Milczę jak zaklęta. Chowam się pod koc, kołdrę, jak tylko mogę, szczelnie. Chciałabym wtopić się w ściany. Nie chcę jeść, pić, ubierać się nawet.
Wiem, że to, co mnie teraz ogarnia, co mnie pochłania to nie jest objaw jakichś zaburzeń ani chorób...
Ja tylko nigdy naprawdę nie nauczyłam się żyć, a teraz ta umiejętność jest niezbędna. A przecież nie mogę załatać tych dziur zadziorną miną, ponurym smutkiem.
Owszem, umiem się cieszyć. Owszem dostrzegam radość zaklętą w biegu chomika, wesołe obłoki i płatki się z nich sypiące też widzę. Cieszy mnie to, co dzieje się u bliskich. Ale tego szczęścia nie wystarcza mi dziś nawet na rękawiczki, by nie parzyły mnie pokrzywy i osty oszczerstw, krytyki, kompleksów.
Gdybym mogła - wyruszyłabym do Lipnicy. Na moje kochane pagórki, by uciszyć ból i choć częściowo rozsupłać poplątane myśli. By wreszcie wykrzyczeć wszystko, co mnie dusi, na głos, tak, by płynąc w dół - zabrało ze sobą ten stan, który tak bardzo destabilizuje moją codzienność. Zaszyć się w starej, opuszczonej chacie z piecem, gdzie tylko kawa i cukier zawsze czekają na strudzonego wędrowca... I tam - zlitować się nad bezsensem tego wszystkiego, o czym tu piszę. Z dala od świata, od miejsc i ludzi, którzy są świadkami mojego topienia się w wartkiej rzece planów, marzeń, pasji.
Poza tym? Młody jest już w szpitalu. Jutro operacja. Będzie dobrze! Ale i tak szkoda, że swoje ferie spędza sam w szpitalu, od jutra pozbawiony każdego intensywniejszego ruchu. I jedzenia, które tak lubi, też. Ale nic - za pół roku zapomni o tym epizodzie.
Ciało boli mnie niesamowicie, a pani doktor nie ma - jest na tygodniowym urlopie zdrowotnym, więc muszę czekać na mój specyfik odpęcherzający... W sumie szkoda o tym pisać, bo tylko się wkurzam, że nie mogę wykupić leku za 8 zł - bo o zgrozo - nie mam recepty na niego ;/;/;/ Ehhh
Ale portret mnie, nie jest wymizerowany i lichy tylko ze względu na stan organizmu. Zżera mnie od środka smutek i pustka. Wszystko we mnie jest teraz trzciną na wietrze, kołyszącą się zgodnie z jego powiewem... Drży moja dusza, obnażona z wszelkich mechanizmów obronnych. Poryczałam się, ciągle powstrzymuję łzy. Ciągle staram się robić dobrą minę do złej gry - wtedy, gdy inni są obok mnie. Tylko przy Aneszce odsłoniłam moją ułomną przewrażliwość. Czasem tak jest.
Choć sama Aneszka przyznała, że w takim stanie mnie jeszcze nie widziała - jest to dla mnie miarodajny osąd. Muszę szybko znaleźć sposób, by nałożyć na twarz jakąś maskę, gdyż nie mam zbyt wielu sił, by powstrzymać się przed zupełną degradacją własnej osoby. To mnie rozrywa od środka. Czuję, że nie ma przede mną żadnej możliwości walki, nie marzę nawet o zwycięstwie.
Te wszystkie małe tropy, które prowadzą mnie niewiemgdzie, niewiemjak pokazują mi jak marne jest moje bycie, jak ja sama jestem zwichnięta. Rany ropieją, nie chcą się goić. A ja jeszcze sama je rozdrapuję wiem przecież jak to się robi. Czuję, że spadam w przepaść, popychana przez tę machinę, którą sama skonstruowałam.
Nie chce nic robić dla siebie. Żadnej odskoczni, żadnego odwracania uwagi, pozo tym blogiem, który pokochałam tak bardzo.
Chciałabym tylko znaleźć granicę między mną a światem, i nauczyć się zamykać siebie w pancerzu, tak, bym poza jego wnętrzem - była przynajmniej cywilizowana.
Milczę jak zaklęta. Chowam się pod koc, kołdrę, jak tylko mogę, szczelnie. Chciałabym wtopić się w ściany. Nie chcę jeść, pić, ubierać się nawet.
Wiem, że to, co mnie teraz ogarnia, co mnie pochłania to nie jest objaw jakichś zaburzeń ani chorób...
Ja tylko nigdy naprawdę nie nauczyłam się żyć, a teraz ta umiejętność jest niezbędna. A przecież nie mogę załatać tych dziur zadziorną miną, ponurym smutkiem.
Owszem, umiem się cieszyć. Owszem dostrzegam radość zaklętą w biegu chomika, wesołe obłoki i płatki się z nich sypiące też widzę. Cieszy mnie to, co dzieje się u bliskich. Ale tego szczęścia nie wystarcza mi dziś nawet na rękawiczki, by nie parzyły mnie pokrzywy i osty oszczerstw, krytyki, kompleksów.
Gdybym mogła - wyruszyłabym do Lipnicy. Na moje kochane pagórki, by uciszyć ból i choć częściowo rozsupłać poplątane myśli. By wreszcie wykrzyczeć wszystko, co mnie dusi, na głos, tak, by płynąc w dół - zabrało ze sobą ten stan, który tak bardzo destabilizuje moją codzienność. Zaszyć się w starej, opuszczonej chacie z piecem, gdzie tylko kawa i cukier zawsze czekają na strudzonego wędrowca... I tam - zlitować się nad bezsensem tego wszystkiego, o czym tu piszę. Z dala od świata, od miejsc i ludzi, którzy są świadkami mojego topienia się w wartkiej rzece planów, marzeń, pasji.
Poza tym? Młody jest już w szpitalu. Jutro operacja. Będzie dobrze! Ale i tak szkoda, że swoje ferie spędza sam w szpitalu, od jutra pozbawiony każdego intensywniejszego ruchu. I jedzenia, które tak lubi, też. Ale nic - za pół roku zapomni o tym epizodzie.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Jak kot, nie, jak Cześ z pęcherzem...
Koszmary z dnia dzisiejszego:
# pęcherz - gdyby był wyrostkiem, to już bym go nie miała - boli niemiłosiernie od samego rana i na nic domowe środki w postaci wygrzewania, duuużej ilości płynów itd;
# goście, goście - codziennie, na chwilę, pojedynczo lub grupowo - skutecznie odciągają od bieżących zadań i rozpraszają w najmniej odpowiednich momentach;
# pranie - bo nie ma sił latać 4 piętra w dół i górę, gdy zimno korytarzy daje mi ostro popalić;
# rozbijanie naczyń/ rozsypywanie wszystkiego, co wpadnie w moje ręce - tydzień = 4 zbite kubki, wysypane pół kg cukru, sól i przyprawy - istny horror;
# sen - oczywiście jego brak i ulotność: budzi mnie szmer, budzi mnie najmniejszych ruch, zasypiam nad ranem albo i później, stąd wieczne zmęczenie i spadek kondycji.
Jutro postaram się pójść do pani doktor, by mi mój złoty środek na upierdliwy pęcherz przepisała. Może zbiorę kilka wpisów, a może zwyczajnie nie będę robiła nic. Poczekam, co przyniesie mi los, o ile wytrwam z moim organizmem...
A dzisiaj: praktycznie nie wychodziłam z łóżka - jedynie odziałam się od stóp do głów, w szczególności dbając o to, by koc szczelnie mnie owinął... I czekałam, podczytując Historyka i Edelmana w międzyczasie. Parzyłam jedną herbatę za drugą, pykałam z Przemem fajkę i ogólnie było smutno, pusto.
Młody ma w piątek operację. Wrócę więc pewnie do domu w czwartek. Lepiej, żebym była - ja wiem, że on twardy jest, ale lepiej, jak siostra będzie gdzie trzeba, kiedy trzeba.
Tyle dzisiaj, wybaczcie, ale oczy mi się zamykają, a ból opanowuje całość mnie.
Ku pokrzepieniu, dzisiaj dobrej nocy życzę wraz z moim ukochanym Misiem Kolargolem :)
I jego śliczną narzeczoną... A w tle leci:
# pęcherz - gdyby był wyrostkiem, to już bym go nie miała - boli niemiłosiernie od samego rana i na nic domowe środki w postaci wygrzewania, duuużej ilości płynów itd;
# goście, goście - codziennie, na chwilę, pojedynczo lub grupowo - skutecznie odciągają od bieżących zadań i rozpraszają w najmniej odpowiednich momentach;
# pranie - bo nie ma sił latać 4 piętra w dół i górę, gdy zimno korytarzy daje mi ostro popalić;
# rozbijanie naczyń/ rozsypywanie wszystkiego, co wpadnie w moje ręce - tydzień = 4 zbite kubki, wysypane pół kg cukru, sól i przyprawy - istny horror;
# sen - oczywiście jego brak i ulotność: budzi mnie szmer, budzi mnie najmniejszych ruch, zasypiam nad ranem albo i później, stąd wieczne zmęczenie i spadek kondycji.
Jutro postaram się pójść do pani doktor, by mi mój złoty środek na upierdliwy pęcherz przepisała. Może zbiorę kilka wpisów, a może zwyczajnie nie będę robiła nic. Poczekam, co przyniesie mi los, o ile wytrwam z moim organizmem...
A dzisiaj: praktycznie nie wychodziłam z łóżka - jedynie odziałam się od stóp do głów, w szczególności dbając o to, by koc szczelnie mnie owinął... I czekałam, podczytując Historyka i Edelmana w międzyczasie. Parzyłam jedną herbatę za drugą, pykałam z Przemem fajkę i ogólnie było smutno, pusto.
Młody ma w piątek operację. Wrócę więc pewnie do domu w czwartek. Lepiej, żebym była - ja wiem, że on twardy jest, ale lepiej, jak siostra będzie gdzie trzeba, kiedy trzeba.
Tyle dzisiaj, wybaczcie, ale oczy mi się zamykają, a ból opanowuje całość mnie.
Ku pokrzepieniu, dzisiaj dobrej nocy życzę wraz z moim ukochanym Misiem Kolargolem :)
I jego śliczną narzeczoną... A w tle leci:
Kolargol to właśnie ja,
Miś, co zawsze śpiewać chciał.
Lecz choć bardzo kochał śpiew,
Wciąż fałszował pośród drzew.
Aż raz ptaków król dał mu flecik tak czarowny,
Że dziś mały miś śpiewa prawie jak słowik.
Fiu fiu fiu fiu fiu fiu. Fiu!
Miś, co zawsze śpiewać chciał.
Lecz choć bardzo kochał śpiew,
Wciąż fałszował pośród drzew.
Aż raz ptaków król dał mu flecik tak czarowny,
Że dziś mały miś śpiewa prawie jak słowik.
Fiu fiu fiu fiu fiu fiu. Fiu!
niedziela, 17 stycznia 2010
na jutro...
Skończyłam pisać zaliczeniówkę ;) Więc przybywam tutaj, do mego królestwa, którym władam dyktaturnie i tyrańsko (czy jakoś to tak miało być), żeby odsmęcić wczorajszego smęta.
Dziś było pracowicie, choć nie do końca. Dałyśmy radę obejrzeć z Aneszką film, zjadłyśmy u Przemka uroczysty 9jak on to powiedział altruistycznie zupełnie zgotowany) obiad, a w międzyczasie byli goście- przeszkadzcze.
Od 2 dni nie wynurzyłam się poza akademik. Jest zima ;) Dzisiaj z nieba leciał puch, same pióra... tak gęsto i śnieżno- biało za oknem. Piękny widok, jak z bajki o Dziewczynce z zapałkami. A że okno było jak szeroko otwarte na świat - śnieg padał nam radośnie do pokoju.
Kaź ma przemeblowanie. Wyjęłam kołowrotek, bo jak zaczął biegać wczoraj o 22, to do południa dzisiaj nie odpuszczał, więc z troski niekłamanej o jego zdrowie - przyrząd tortur usunięto ;) Zobaczymy czy da nam spać w nocy czy będzie dokazywał w akcie sprzeciwu i buntu. Ehhh...
A poza tym - jestem wykończona, ale już mam to z głowy.
Jutro mam zamiar czerpać z życia i korzystać i bawić się.
Dobranoc...
Dziś było pracowicie, choć nie do końca. Dałyśmy radę obejrzeć z Aneszką film, zjadłyśmy u Przemka uroczysty 9jak on to powiedział altruistycznie zupełnie zgotowany) obiad, a w międzyczasie byli goście- przeszkadzcze.
Od 2 dni nie wynurzyłam się poza akademik. Jest zima ;) Dzisiaj z nieba leciał puch, same pióra... tak gęsto i śnieżno- biało za oknem. Piękny widok, jak z bajki o Dziewczynce z zapałkami. A że okno było jak szeroko otwarte na świat - śnieg padał nam radośnie do pokoju.
Kaź ma przemeblowanie. Wyjęłam kołowrotek, bo jak zaczął biegać wczoraj o 22, to do południa dzisiaj nie odpuszczał, więc z troski niekłamanej o jego zdrowie - przyrząd tortur usunięto ;) Zobaczymy czy da nam spać w nocy czy będzie dokazywał w akcie sprzeciwu i buntu. Ehhh...
A poza tym - jestem wykończona, ale już mam to z głowy.
Jutro mam zamiar czerpać z życia i korzystać i bawić się.
Dobranoc...
***
To chyba nie jest najlepszy czas na smęcenie o osamotnieniu.
Chciałabym, żeby On tu był... A przecież odesłałam Go grzecznie do domu.
Albo, żeby Aneszka wróciła...
tylko Kaziu biegnie jak szalony w tym swoim kołowrotku... tylko on nie śpi, i ja...
Chciałabym, żeby On tu był... A przecież odesłałam Go grzecznie do domu.
Albo, żeby Aneszka wróciła...
tylko Kaziu biegnie jak szalony w tym swoim kołowrotku... tylko on nie śpi, i ja...
sobota, 16 stycznia 2010
zapada zmrok...
Opustoszały pokój jest jak symfonia: gra dosłownie wszystko - lodówka, kołowrotek chomika, kran, laptop, szum zza okna... A ja słucham, w ciszy, skupiona, tak jakby noc zawierała ze mną pakt o szemraniu do ucha... Świece, choć kupione wczoraj, już prawie dogasają w swojej czerwonej formie. Gdybym miała wino - pewnie upiłabym teraz kilka łyków, dla rozluźnienia.
Spięta chyba jestem.
On powędrował szlakiem dobrze mu znanym do swojego królestwa w celach edukacyjnych i porządkowych.
Aneszka powędrowała na randkę, a przynajmniej coś w tym guście. Jakaś kawiarnia, spacer, czy cokolwiek przyszło im na myśl. Mam nadzieję, że dobrze się bawi, bo nie ma jej od 4 godzin... A wiadomo, że z nudziarzem tyle czasu się nie spędza, prawda?
Korzystam więc z mojej umiłowanej samotności. Zmyłam naczynia. Powycierałam lodówkę. Wymęczyłam Kazia totalnie. Włączyłam film. Przeczytałam rozdział psychopatologii. Czekam.
Między szeptem a głosem ściszonym taka subtelna granica pobrzmiewa... Echo opada na stół. Noc wdziera się zza szyby do wnętrza tej mojej świątyni. Ciepłe światło świecy igra blaskiem z bielą ścian i lekkim wdzierającym się z zewnątrz wiaterkiem. Zima zagościła na dobre. Wszystko tak, jak kiedyś, tak jak lubię... Dawno nie rozmawiałam ze samą sobą. Bardzo dawno. Nie chciałam. Bałam się.
To, co trzeba sobie powiedzieć wymaga ode mnie dużej dozy szczerości i odwagi. Bo ze mną nie jest dobrze. Bo pozwoliłam by mój obraz, wyobrażenia najgorsze - stały się rzeczywistością. Bo walczę uparcie z tym, że ktoś może spojrzeć na mnie jak na młodą, zagubioną osóbkę z problemami, które mnie przerastają. Wolę, by świat postrzegał mnie jak złośliwą, kąśliwą jędzę.
Czasem taka jestem.
Ostatnio. Częściej.
Nie wiem, jak to zmienić. Jak wyciągnąć dłoń do ludzi, którzy mnie otaczają. Nie wiem, jak się uśmiechać. Jak przełamać niechęć i lęk.
Może to przez te dni. Przez sny z W. ... Przez strzępki wspomnień, dawnych marzeń i niespełnioną koncepcję istnienia w małym światku 2 ideałów, które choć nieidealne nie potrzebowały świata spoza nich - wszystko było w nas. A teraz - tak wiele jest poza mną...
On kocha tę dodatkową przestrzeń, zatapia się w niej i jest jej częścią, dokładnie tak, jak ja nie umiem.
Tyle chyba na dziś. Posiedzę jeszcze sama ze sobą. Postaram się dostrzec w sobie kogoś dobrego i wartościowego, by czas zagoił stare rany, a przynajmniej dał mi szansę na spokój...
Spięta chyba jestem.
On powędrował szlakiem dobrze mu znanym do swojego królestwa w celach edukacyjnych i porządkowych.
Aneszka powędrowała na randkę, a przynajmniej coś w tym guście. Jakaś kawiarnia, spacer, czy cokolwiek przyszło im na myśl. Mam nadzieję, że dobrze się bawi, bo nie ma jej od 4 godzin... A wiadomo, że z nudziarzem tyle czasu się nie spędza, prawda?
Korzystam więc z mojej umiłowanej samotności. Zmyłam naczynia. Powycierałam lodówkę. Wymęczyłam Kazia totalnie. Włączyłam film. Przeczytałam rozdział psychopatologii. Czekam.
Między szeptem a głosem ściszonym taka subtelna granica pobrzmiewa... Echo opada na stół. Noc wdziera się zza szyby do wnętrza tej mojej świątyni. Ciepłe światło świecy igra blaskiem z bielą ścian i lekkim wdzierającym się z zewnątrz wiaterkiem. Zima zagościła na dobre. Wszystko tak, jak kiedyś, tak jak lubię... Dawno nie rozmawiałam ze samą sobą. Bardzo dawno. Nie chciałam. Bałam się.
To, co trzeba sobie powiedzieć wymaga ode mnie dużej dozy szczerości i odwagi. Bo ze mną nie jest dobrze. Bo pozwoliłam by mój obraz, wyobrażenia najgorsze - stały się rzeczywistością. Bo walczę uparcie z tym, że ktoś może spojrzeć na mnie jak na młodą, zagubioną osóbkę z problemami, które mnie przerastają. Wolę, by świat postrzegał mnie jak złośliwą, kąśliwą jędzę.
Czasem taka jestem.
Ostatnio. Częściej.
Nie wiem, jak to zmienić. Jak wyciągnąć dłoń do ludzi, którzy mnie otaczają. Nie wiem, jak się uśmiechać. Jak przełamać niechęć i lęk.
Może to przez te dni. Przez sny z W. ... Przez strzępki wspomnień, dawnych marzeń i niespełnioną koncepcję istnienia w małym światku 2 ideałów, które choć nieidealne nie potrzebowały świata spoza nich - wszystko było w nas. A teraz - tak wiele jest poza mną...
On kocha tę dodatkową przestrzeń, zatapia się w niej i jest jej częścią, dokładnie tak, jak ja nie umiem.
Tyle chyba na dziś. Posiedzę jeszcze sama ze sobą. Postaram się dostrzec w sobie kogoś dobrego i wartościowego, by czas zagoił stare rany, a przynajmniej dał mi szansę na spokój...
wtorek, 12 stycznia 2010
luzzzzzzzz
Wieczorową porą... myślę o tym, co się dzieje. O naszych chwilach, o pieszczotach i słowach... O tym, że udało się pobyć bez nerwów... Jak kiedyś...
A teraz w głowie jedno słowo: relaks, które kojarzy mi się tak:
a właściwie to tak:
Wybierzcie lepszą z opcji...
A teraz w głowie jedno słowo: relaks, które kojarzy mi się tak:
a właściwie to tak:
Wybierzcie lepszą z opcji...
:) Spokojnie...
Wyprawę po pierwszy Jego wpis z kierunku: filozofia ogólna - przedmiot: technologie informacyjne cz. 1 - uważam za rozpoczętą. Jesteśmy na etapie: On: "ja się golę, a Ty mi indeks wypisz"; ja: "Byle gładko, a indeks zwarty i gotowy.Tylko weź się nazwisk dowiedz..."
No to w drogę.
(Mam wyśmienity nastrój, jest mi na duszy lekko i raźno. Znów uśpiłam na kilka chwil mój temperament złośnicy i buntowniczki... Teraz jestem potulną kotką, która leniwie przeciąga się po przespanej nocy pełnej snów dziwnych. Wewnętrzny spokój to rzadki gość mojej głowy i duszy... Pozwalam mu się więc dzisiaj rozsiąść na kanapach mojego "ja" i wylegiwać rozkosznie... Uczę się doceniać momenty, gdy nie targają mną skrajne emocje, gdy wszystko nie wisi na włosku, a ja sama mam jakąś taką potrzebę wyciszenia wszystkiego we mnie i w moim otoczeniu. Nie wskazana jest teraz muzyka, filmy, próby gitarowe Przemka, kłótnie z Nim, i zgrywanie szopki Czesiowej - choć Czesiu ze mnie nienegowany. Jest dobrze, tak jak jest. Nie muszę zadawać sobie pytań. Żadnych łamigłówek życiowych. I zbędne jest celebrowanie własnego pokręcenia/ rozkręcenia/ przykręcenia/ odkręcenia).
Będę później. Paaaa
No to w drogę.
(Mam wyśmienity nastrój, jest mi na duszy lekko i raźno. Znów uśpiłam na kilka chwil mój temperament złośnicy i buntowniczki... Teraz jestem potulną kotką, która leniwie przeciąga się po przespanej nocy pełnej snów dziwnych. Wewnętrzny spokój to rzadki gość mojej głowy i duszy... Pozwalam mu się więc dzisiaj rozsiąść na kanapach mojego "ja" i wylegiwać rozkosznie... Uczę się doceniać momenty, gdy nie targają mną skrajne emocje, gdy wszystko nie wisi na włosku, a ja sama mam jakąś taką potrzebę wyciszenia wszystkiego we mnie i w moim otoczeniu. Nie wskazana jest teraz muzyka, filmy, próby gitarowe Przemka, kłótnie z Nim, i zgrywanie szopki Czesiowej - choć Czesiu ze mnie nienegowany. Jest dobrze, tak jak jest. Nie muszę zadawać sobie pytań. Żadnych łamigłówek życiowych. I zbędne jest celebrowanie własnego pokręcenia/ rozkręcenia/ przykręcenia/ odkręcenia).
Będę później. Paaaa
"pierwszy" taki post
Tak. Moja własna niespodziewajka. Piszę od Niego, okryta Jego kołderką, z plecami opartymi o Jego poduszki, w Jego raju/ domu/ pokoju. Tego nie przewidziałam, nie miałam śmiałości.
Bo do tej pory - mój blog = mój komputer = mój dom lub akademik. A tu TAKI psikus ;)
Właściwie nie wiem, od czego powinnam zacząć, tyle się przez kilka dni nazbierało. Weekend w domu. Urodziny w międzyczasie. Akademik. A teraz Sarmacka. Może ład chronologiczny ochroni tę pisaninę od kompletnego wariactwa chaosu?
Czwartkowy wieczór pół na pół. Po sycącym obiedzie mieliśmy siły we trójkę pójść na miasto. Pierwsza knajpka - jakoś uszła, choć muzyka w stylu:"walę, walę, wrrrrrrrnaksojdihbas" nie przypadła nam do gustu. Po piwie Aneszki i Jego, a moim soku pomarańczowym (bleee) zmieniliśmy miejsce na starą, zakurzoną nieco Minogę, by wrócić do korzeni poznańskiego "melanżu" (słowo, którego nie znoszę!). I tam, czerpiąc z uroków nietuzinkowo ułożonej powierzchni i przestrzeni Aneszka i On snuli o tym, co by w układzie zmienili, jak by go zaaranżowali, by było po ichniemu acz z klimatem i stylem. Lekko wyłączona z rozmowy roiłam sobie w głowie, że na jednej za ścian zawisłyby fotografie mostów w czerni i bieli, a inną jeszcze przyozdobiłabym rzuconym grubo i trochę niedbale czerwonym, ciężkim materiałem; gdzie indziej stałyby parawan drewniany, orientalny ze zdobieniami bogatymi; jeszcze miejsce dla gramofonu, sekretarzyka i klatki dla ptaków (pustej oczywiście)... Wizja była piękna, i nie tak ulotna jak mi się zdawało. Gdy rozmowa zeszła na tory natury hmmm, erotycznej - zupełnie się wyłączyłam, acz gdy trzeba było - interweniowałam... (Nie lubię, gdy On opowiada o swoich starych dziejach, beze mnie, zwłaszcza, gdy tak intymne tematy poruszane są w rozmowie z kimś innym, której się przysłuchuję lub w której uczestniczę).
Noc spędziłam u Niego. Noc - padłam na łóżko, zaraz po wejściu do pokoju i tyle, bo nie mam sił na wyprawy przez pół miasta o 1 czy 2 w nocy.
A noc była wyjątkowa o tyle, że z powiedzmy na w pół szurniętej 21 z wielkimi zachwianiami fantazji i rzeczywistości - przeistoczyłam się niedobrowolnie w 22 marzącą o kolejnych urodzinach. Nic to kolejny rok na karku. Nic to zmarszczki, wypatrywanie siwych włosów na skroniach, nic nawet kilogramy nadprogramowe. Ale rok oznaczony dwiema dwójkami to już kataklizm, tragedia grecka, dramat jak Szekspira i w ogóle kicha totalna.
Dawno, dawno temu wspominałam coś o mojej prywatnej szaleńczej numerologii. Że kocham cyfrę 5 i że w sumie preferuję to, co nieparzyste. A 2 nie cierpię od zawsze. (Może dlatego para, znaczy się związek dwojga ludzi to tak trudna sfera?) Bo złe, bo pecha ze sobą niosą. Irracjonalnie, zupełnie subiektywnie, może to szarlataneria?
Rano wszystko w pośpiechu: śniadanie, powrót do akademika, pakowanie i jazda do domu...
A potem dużo śniegu, moje psiny kochane, powrót do Poznania, ewakuacja z centrum handlowego, zakupy bez zakupów i wszystko inne...
Ale o tym to napiszę jutro. Dobranoc wszystkim ;)
Bo do tej pory - mój blog = mój komputer = mój dom lub akademik. A tu TAKI psikus ;)
Właściwie nie wiem, od czego powinnam zacząć, tyle się przez kilka dni nazbierało. Weekend w domu. Urodziny w międzyczasie. Akademik. A teraz Sarmacka. Może ład chronologiczny ochroni tę pisaninę od kompletnego wariactwa chaosu?
Czwartkowy wieczór pół na pół. Po sycącym obiedzie mieliśmy siły we trójkę pójść na miasto. Pierwsza knajpka - jakoś uszła, choć muzyka w stylu:"walę, walę, wrrrrrrrnaksojdihbas" nie przypadła nam do gustu. Po piwie Aneszki i Jego, a moim soku pomarańczowym (bleee) zmieniliśmy miejsce na starą, zakurzoną nieco Minogę, by wrócić do korzeni poznańskiego "melanżu" (słowo, którego nie znoszę!). I tam, czerpiąc z uroków nietuzinkowo ułożonej powierzchni i przestrzeni Aneszka i On snuli o tym, co by w układzie zmienili, jak by go zaaranżowali, by było po ichniemu acz z klimatem i stylem. Lekko wyłączona z rozmowy roiłam sobie w głowie, że na jednej za ścian zawisłyby fotografie mostów w czerni i bieli, a inną jeszcze przyozdobiłabym rzuconym grubo i trochę niedbale czerwonym, ciężkim materiałem; gdzie indziej stałyby parawan drewniany, orientalny ze zdobieniami bogatymi; jeszcze miejsce dla gramofonu, sekretarzyka i klatki dla ptaków (pustej oczywiście)... Wizja była piękna, i nie tak ulotna jak mi się zdawało. Gdy rozmowa zeszła na tory natury hmmm, erotycznej - zupełnie się wyłączyłam, acz gdy trzeba było - interweniowałam... (Nie lubię, gdy On opowiada o swoich starych dziejach, beze mnie, zwłaszcza, gdy tak intymne tematy poruszane są w rozmowie z kimś innym, której się przysłuchuję lub w której uczestniczę).
Noc spędziłam u Niego. Noc - padłam na łóżko, zaraz po wejściu do pokoju i tyle, bo nie mam sił na wyprawy przez pół miasta o 1 czy 2 w nocy.
A noc była wyjątkowa o tyle, że z powiedzmy na w pół szurniętej 21 z wielkimi zachwianiami fantazji i rzeczywistości - przeistoczyłam się niedobrowolnie w 22 marzącą o kolejnych urodzinach. Nic to kolejny rok na karku. Nic to zmarszczki, wypatrywanie siwych włosów na skroniach, nic nawet kilogramy nadprogramowe. Ale rok oznaczony dwiema dwójkami to już kataklizm, tragedia grecka, dramat jak Szekspira i w ogóle kicha totalna.
Dawno, dawno temu wspominałam coś o mojej prywatnej szaleńczej numerologii. Że kocham cyfrę 5 i że w sumie preferuję to, co nieparzyste. A 2 nie cierpię od zawsze. (Może dlatego para, znaczy się związek dwojga ludzi to tak trudna sfera?) Bo złe, bo pecha ze sobą niosą. Irracjonalnie, zupełnie subiektywnie, może to szarlataneria?
Rano wszystko w pośpiechu: śniadanie, powrót do akademika, pakowanie i jazda do domu...
A potem dużo śniegu, moje psiny kochane, powrót do Poznania, ewakuacja z centrum handlowego, zakupy bez zakupów i wszystko inne...
Ale o tym to napiszę jutro. Dobranoc wszystkim ;)
wtorek, 5 stycznia 2010
Uśpiona... Acz po przejściach/ przejazdach
Znienacka mały chłopczyk w czerwonej kurtce i niebieskiej czapie wybiegł na tory... Widoczny z daleka, ze względu na rażące barwy stroju - na torach pojawił się nie wiedzieć jak... Tramwaj zahamował gwałtownie. Słychać było pisk szyn. Maszyną ostro szarpnęło - grupka stojący młodych ludzi legła plackiem na zaśnieżoną podłogę. Strach i panika omotały pasażerów w tzw. "try miga". Przerażone miny, urywane krzyki i podniesione głosy zamilkły, gdy motorniczy z hukiem wyszedł z wagonu - wyciągnął malca za fraki... Szczęściem chłopcu nic się nie stało - upadł (przypuszczam że się po prostu poślizgnął), ale tramwaj zatrzymał się jakiś metr od niego. Niebezpiecznie. Wyraz twarzy motorniczego był tą niesamowitą mieszanką strachu i wk***ienia. Tym razem nic się nie stało... Do następnego razu.
17 jest chwilowo tramwajem mi najbliższym. Za każdym razem, gdy spoglądam na miasto zza jej szyb, gdy przyglądam się pasażerom - dostrzegam coś nowego, coś wartego opisania, zapamiętania tym samym. Przygodę z dzisiaj chętnie wymazałabym jednak z pamięci - opisana jest ku przestrodze:
^ rodziców, by z uwagą pilnowali swoich pociech;
^ i ludziów wszelkiej maści, by nie leźli na łeb na szyję tam, gdzie jest zakaz; lub nie ścigali się z autami mającymi zielone światło na przejściu, gdzie dla przechodnia świeci jak byk czerwone!
(Pomyśleć, że jest jedno miejsce, gdzie też kieruję się minimalizmem zużycia czasu i na szagę, przez jezdnię, bez przejścia - podążam ku przystankowi autobusowemu - PODĄŻAŁAM - NIGDY WIĘCEJ!!!)
Dzień upłynął z trudem. Nie mogłam się dobudzić po całonocnej debacie z Nim. Ileż wysiłku kosztowało słuchanie Aureli z otwartymi oczyma... Tak się zastanawiam: czemu łatwiej się jej słucha mając oczy zamknięte? Ku mojemu wewnętrznemu oporowi i buntowi ogromnemu Aurela mówiła dziś z ładem i składem, panując na mimiką, tonem i gestykulacją. Zdania składały się w spoistą całość i zawierały niekryty sens i mądrość.
Jestem tym zawiedziona. Bo to było ostatnie zajęcia ze socjologii rodziny. Później już tylko koło zaliczeniowe. A ja nawet nie mam tu jakiejść cięte pointy na pożegnanie Aureli, bo akurat dzisiaj, na ostatnim naszym rande vous nie pochwaliła się niczym godnym odnotowania.
Teraz siedzę sobie w pokoiku, czekając na moje Smerfy dwa (Aneszka i On). Przede mną gruby Sztompka (znaczy podręcznik tegoż) i wielkie obowiązek przeczytania jakichś 17 stroniczek... Bleee...
Plan na wieczór - pójść spać odpowiednio wcześnie, by się obudzić na poranny wykład ;/ Ehh
Spokojnego wieczoru, moi Drodzy!
I dobranoc - to piszę Ja, Malutka, w imieniu Uszatka i własnym ;)
17 jest chwilowo tramwajem mi najbliższym. Za każdym razem, gdy spoglądam na miasto zza jej szyb, gdy przyglądam się pasażerom - dostrzegam coś nowego, coś wartego opisania, zapamiętania tym samym. Przygodę z dzisiaj chętnie wymazałabym jednak z pamięci - opisana jest ku przestrodze:
^ rodziców, by z uwagą pilnowali swoich pociech;
^ i ludziów wszelkiej maści, by nie leźli na łeb na szyję tam, gdzie jest zakaz; lub nie ścigali się z autami mającymi zielone światło na przejściu, gdzie dla przechodnia świeci jak byk czerwone!
(Pomyśleć, że jest jedno miejsce, gdzie też kieruję się minimalizmem zużycia czasu i na szagę, przez jezdnię, bez przejścia - podążam ku przystankowi autobusowemu - PODĄŻAŁAM - NIGDY WIĘCEJ!!!)
Dzień upłynął z trudem. Nie mogłam się dobudzić po całonocnej debacie z Nim. Ileż wysiłku kosztowało słuchanie Aureli z otwartymi oczyma... Tak się zastanawiam: czemu łatwiej się jej słucha mając oczy zamknięte? Ku mojemu wewnętrznemu oporowi i buntowi ogromnemu Aurela mówiła dziś z ładem i składem, panując na mimiką, tonem i gestykulacją. Zdania składały się w spoistą całość i zawierały niekryty sens i mądrość.
Jestem tym zawiedziona. Bo to było ostatnie zajęcia ze socjologii rodziny. Później już tylko koło zaliczeniowe. A ja nawet nie mam tu jakiejść cięte pointy na pożegnanie Aureli, bo akurat dzisiaj, na ostatnim naszym rande vous nie pochwaliła się niczym godnym odnotowania.
Teraz siedzę sobie w pokoiku, czekając na moje Smerfy dwa (Aneszka i On). Przede mną gruby Sztompka (znaczy podręcznik tegoż) i wielkie obowiązek przeczytania jakichś 17 stroniczek... Bleee...
Plan na wieczór - pójść spać odpowiednio wcześnie, by się obudzić na poranny wykład ;/ Ehh
Spokojnego wieczoru, moi Drodzy!
I dobranoc - to piszę Ja, Malutka, w imieniu Uszatka i własnym ;)
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Relacja, acz z pewnością nie rewelacja ;P
Chłód bijący z lekko uchylonego okna otrzeźwia mnie z mojego zamyślenia, może nawet zamarzenia. Poznań śniegowy, mroźny, jest dziś dla mnie chyba łaskawy. Szybki, bezwzględny i solidny - pruska dyscyplina w wersji uszczuplonej musi być ;)
Pobudka o nieludzkiej porze jednak się udała. Wstaliśmy na zajęcia przed 7. (Nie zrozumiem chyba nigdy możliwości ludzkiego organizmu - jak niektórzy ludzie radzą sobie ze wstawaniem dajmy na to o 5 rano?!). A potem wyruszyliśmy na zajęcia.
I buba: psychologia społeczna odwołana - pocałowałam klamkę.
Stwierdziłam, że wyruszę po wyniki mojej morfologii i tutaj pierwsza przygoda, właściwie cudo:
* pan motorniczy zwlekał ładnych kilka minut widząc, że na tramwaj spieszyła się młodziutka dziewczyna prowadząca ostrożnie staruszkę... miło była patrzeć na wdzięczność obu pań, ale też nie krytą radość z czynu motorniczego - nie raz zdarza się że tramwaj rusza dosłownie sprzed nosa... dla starszej pani znalazło się miejsce bez problemu w zatłoczonej 17, a opiekunka czule spoglądała na bezpiecznie usadowioną kobietę, sympatycznie strzelając urzekającym (nawet, a może zwłaszcza mnie) uśmiechem... piszę o tym dlatego, że sama pamiętam jak trudno było opiekować się chorującym Dziadkiem, jak trzeba było podpierać jego ciało z tyłu, by poruszyć nogi: kroczek do przodu i jakim sukcesem było 7 pełnych łyżek zjedzonej zupy... na takie rzeczy spogląda się z rozrzewnieniem i sentymentem (kiedyś muszę tu o Dziadku moim napisać)...
W tejże samej 17 miałam osobisty epizod przygodowy:
* stojąc tuż przy drzwiach motorniczego trzymałam się oparcia jednego z siedzeń, na którym majestatyczny pan lat około 40 wesoło spoglądając w moją stronę śpiewał: "Dobry Jezu, a nasz Panie, daj JEJ wieczne spoczywanie"- uznana za żywego trupa stwierdziłam w duchu, że wreszcie zupełnie obca mi osoba poznała się na tym, że w moim babskim ciele mieszka Czesław, pieszczotliwie zwany przeze mnie Czesiem ;P
Pokrzepiona tą jakże budującą pieśnią/ odą pochwalną naładowałam mój pozytometr do granic możliwości, że skala nie wystarczyła i raźno pomknęłam do przychodni po wyniki badań, ba, nawet zapisałam się do lekarza. Niestety wizyta nie odbyła się z mojej winy, gdyż spóźniłam się jakieś 7 minut, ale cóż, bywa. Zapiszę się na" kiedyś". Tak czy siak wydaje mi się, że badanie wyszło nieźle, choć 3 wartości mam poniżej normy, a jedną powyżej (na razie to jeszcze zagadka: o co w tym chodzi?):
- średnia masa hemoglobiny w krwince czerwonej - nie mieszczę się w przedziale 28 - 34, zniżając się do poziomu 27, 4
- średnie stężenie hemoglobiny w krwince czerwonej też nieco poniżej normy - nie łapię się między 31 - 36, zatrzymując się na 30,3.
- rozmaz: neutrocyty też ciut za nisko, żadno 37% - 80%, a ledwie 35, 7%
- a to co powyżej to rozmaz: limfocyty - przedział 10% - 50% przeskakuję o 7,4%.
Nie wydaje mi się to jednak niebezpieczne, stąd luz z przesunięcia wizyty na piątek :)
Mam ochotę na nastrój romantycznej kawiarni w starym stylu... By czas choć na moment zatrzymał się lub choćby lekko zwolnił... I uwolnić się od tych wszystkich przytłaczających problemów i kłopotów starszych i bierzących. Lubię, gdy czasem wyjrzy ze mnie ta nieśmiała cicha radość i podziw dla spraw prostych, gdy maleńka rzecz cieszy bardziej niż ogromne pudła- niespodziewajki. Cicho, szeptem, bez poruszenia strun czasu, głosu, z pieszczotą... Ciepło, bezpiecznie i przytulnie, w świetle lampki, blasku świec...
O mały włos, a zapomniałabym o pewnym wyjaśniniu, które należy się kilku Czytaczom: nie będzie na blogu więcej szczegółów o sytuacji P. Tak postanowiłam, tak będzie rozsądniej. Bo nie chcę czuć się jak w potrzasku, a przez moment właśnie tak było.
Ale wszystko jest opanowane, zwłaszcza ja, więc nie ma sensu wklepywać kolejnych słów z tej kwestii, już nie trzeba.
Udanego popołudnia Wam życzę. Zajrzę tu jeszcze wieczorem.
Ps. Marta... mam tak jak Ty, że żal wolnego, ale perspektywa weekendowa musi mi, raczej NAM, wystarczyć ;)
Pobudka o nieludzkiej porze jednak się udała. Wstaliśmy na zajęcia przed 7. (Nie zrozumiem chyba nigdy możliwości ludzkiego organizmu - jak niektórzy ludzie radzą sobie ze wstawaniem dajmy na to o 5 rano?!). A potem wyruszyliśmy na zajęcia.
I buba: psychologia społeczna odwołana - pocałowałam klamkę.
Stwierdziłam, że wyruszę po wyniki mojej morfologii i tutaj pierwsza przygoda, właściwie cudo:
* pan motorniczy zwlekał ładnych kilka minut widząc, że na tramwaj spieszyła się młodziutka dziewczyna prowadząca ostrożnie staruszkę... miło była patrzeć na wdzięczność obu pań, ale też nie krytą radość z czynu motorniczego - nie raz zdarza się że tramwaj rusza dosłownie sprzed nosa... dla starszej pani znalazło się miejsce bez problemu w zatłoczonej 17, a opiekunka czule spoglądała na bezpiecznie usadowioną kobietę, sympatycznie strzelając urzekającym (nawet, a może zwłaszcza mnie) uśmiechem... piszę o tym dlatego, że sama pamiętam jak trudno było opiekować się chorującym Dziadkiem, jak trzeba było podpierać jego ciało z tyłu, by poruszyć nogi: kroczek do przodu i jakim sukcesem było 7 pełnych łyżek zjedzonej zupy... na takie rzeczy spogląda się z rozrzewnieniem i sentymentem (kiedyś muszę tu o Dziadku moim napisać)...
W tejże samej 17 miałam osobisty epizod przygodowy:
* stojąc tuż przy drzwiach motorniczego trzymałam się oparcia jednego z siedzeń, na którym majestatyczny pan lat około 40 wesoło spoglądając w moją stronę śpiewał: "Dobry Jezu, a nasz Panie, daj JEJ wieczne spoczywanie"- uznana za żywego trupa stwierdziłam w duchu, że wreszcie zupełnie obca mi osoba poznała się na tym, że w moim babskim ciele mieszka Czesław, pieszczotliwie zwany przeze mnie Czesiem ;P
Pokrzepiona tą jakże budującą pieśnią/ odą pochwalną naładowałam mój pozytometr do granic możliwości, że skala nie wystarczyła i raźno pomknęłam do przychodni po wyniki badań, ba, nawet zapisałam się do lekarza. Niestety wizyta nie odbyła się z mojej winy, gdyż spóźniłam się jakieś 7 minut, ale cóż, bywa. Zapiszę się na" kiedyś". Tak czy siak wydaje mi się, że badanie wyszło nieźle, choć 3 wartości mam poniżej normy, a jedną powyżej (na razie to jeszcze zagadka: o co w tym chodzi?):
- średnia masa hemoglobiny w krwince czerwonej - nie mieszczę się w przedziale 28 - 34, zniżając się do poziomu 27, 4
- średnie stężenie hemoglobiny w krwince czerwonej też nieco poniżej normy - nie łapię się między 31 - 36, zatrzymując się na 30,3.
- rozmaz: neutrocyty też ciut za nisko, żadno 37% - 80%, a ledwie 35, 7%
- a to co powyżej to rozmaz: limfocyty - przedział 10% - 50% przeskakuję o 7,4%.
Nie wydaje mi się to jednak niebezpieczne, stąd luz z przesunięcia wizyty na piątek :)
Za kilka minut będę się zbierać na podstawy socjologii, nie muszę chyba pisać, jak bardzo wolałabym posiedzieć sama w pokoju. Spokojnie delektować się swobodą myślenia o samej sobie w oderwaniu od rzeczywitości. Popijając kawkę, czytać ukradkiem Tuwima. I słychać jakiejść czarownej muzyki, może Lena Horn...
Wyszperane w sieci :)
Wyszperane w sieci :)Mam ochotę na nastrój romantycznej kawiarni w starym stylu... By czas choć na moment zatrzymał się lub choćby lekko zwolnił... I uwolnić się od tych wszystkich przytłaczających problemów i kłopotów starszych i bierzących. Lubię, gdy czasem wyjrzy ze mnie ta nieśmiała cicha radość i podziw dla spraw prostych, gdy maleńka rzecz cieszy bardziej niż ogromne pudła- niespodziewajki. Cicho, szeptem, bez poruszenia strun czasu, głosu, z pieszczotą... Ciepło, bezpiecznie i przytulnie, w świetle lampki, blasku świec...
O mały włos, a zapomniałabym o pewnym wyjaśniniu, które należy się kilku Czytaczom: nie będzie na blogu więcej szczegółów o sytuacji P. Tak postanowiłam, tak będzie rozsądniej. Bo nie chcę czuć się jak w potrzasku, a przez moment właśnie tak było.
Tamten post nie był po to, by komukolwiek coś udowodnić lub utrudnić. Był, bo ja tego potrzebowałam.
Wyszperane w sieci :)
Wyszperane w sieci :)Ale wszystko jest opanowane, zwłaszcza ja, więc nie ma sensu wklepywać kolejnych słów z tej kwestii, już nie trzeba.
Udanego popołudnia Wam życzę. Zajrzę tu jeszcze wieczorem.
Ps. Marta... mam tak jak Ty, że żal wolnego, ale perspektywa weekendowa musi mi, raczej NAM, wystarczyć ;)
sobota, 2 stycznia 2010
***
Spoglądaliście ostatnio na zimowe niebo podczas zachodu słońca z zachwytem?!
Kaziu biega w klatce. Aga i On wyszli na fajkę. Ja siedzę i myślę. Mam w głowie tysiące pytań. Tylko jakoś nie mam ochoty ich z siebie wyrzucać. Dzień ciągnie się niemiłosiernie. Nie pomogły lody i bita śmietana... Nawet chipsy nie zrobiły na mnie wrażenia.
Żyje się dalej.
Miłegoooooooooo ;)
Kaziu biega w klatce. Aga i On wyszli na fajkę. Ja siedzę i myślę. Mam w głowie tysiące pytań. Tylko jakoś nie mam ochoty ich z siebie wyrzucać. Dzień ciągnie się niemiłosiernie. Nie pomogły lody i bita śmietana... Nawet chipsy nie zrobiły na mnie wrażenia.
Żyje się dalej.
Miłegoooooooooo ;)
Zmęczenie rządzi...
Po ciężkiej nocy poprzedzającej Sylwester - nastąpiła kolejna ciężka noc... Fizycznie nie nadążam za wydarzeniami, więc moje oczy nadal są podkrążone, trapi mnie ziewanie nieustanne i ciało sprawia wrażenie ociężałego, sennego.
Finał imprezy przybrał dramatyczny wymiar... Karetka, szpital, akademik - aż kręci się od tego w głowie. Poprzedni post musiał zniknąć, ale chyba rozumiecie. Wierzę, że rozumiecie.
Dziś P. wróciła do domu. Mam Ją pod swoją pieczą. Taka odpowiedzialność zdecydowanie mnie przerasta, ale nie mam zamiaru umyć od niej rąk - zrobię wszystko, co w mojej mocy, a jeśli się da, to i więcej, by P. się polepszyło.
Do tego, w jakim położeniu znalazłyśmy się obie, można zaglądać przez wiele okien i dziurek od klucza. Nie ma jednego stanowiska, jednej poprawnej perspektywy, jednego sposobu na rozwiązanie problemu. Sieć zależności emocji, przekonań i argumentów rozsądkowych miesza się z oczekiwaniami, powinnościami i obowiązkami wobec siebie nawzajem, rodziny, znajomych... Nagle ta cała przynależność do społeczeństwa staje się piętnem, odciskającym się na wszystkich naszych działaniach...
Piszę tego posta dla mojej P. Być może lepiej zrozumie moje motywacje i sama odrobinę przemyśli swoją sytuację, może spojrzy na siebie z innej, unikanej do tej pory strony.
Ci, na których mogłam liczyć, gdy nie wiedziałam co robić - spisali się na medal.
I tak sobie myślę, że On miał rację, co do wczorajszej nocy. Świętowanie nadejścia Nowego Roku jest tak na prawdę świętem ku czci Nadziei. Bo przecież wczorajszy Sylwester oznaczał przejście z jednego etapu na drugi... A to, co ma nadejść, co się zmieni jest jeszcze zagadką. Wiara, że to, co przyniesie los będzie dobre, lepsze - jest wiarą krzepiącą, dającą siły. Nawet aspekt postanowień noworocznych potwierdza tę tezę: chcemy zrobić wszystko, by jakość naszego życia polepszyła się, by zmienić te złe nawyki, które w jakiś sposób nam szkodzą, przeszkadzają w rozwoju, stanowią barierę w dążeniu do zamierzonych celów.
Mój, właściwie nasz Sylwester był smutny. Tak On, jak i ja, byliśmy wytrąceni z równowagi poprzednimi wydarzeniami... Oboje jednak chcemy, by nadchodzące dni, te bliższe i te dalsze, dawały nam więcej satysfakcji, radości i szczęścia (nawet, jeśli nie potrafimy dokładnie sprecyzować czym ono jest).
Życzę wszystkim Czytaczom, aby Ten Rok stał się rokiem sukcesów w każdym wymiarze: prywatnym, zawodowym, rozrywkowym, naukowym. Doceńcie siebie i chwile, które macie, bo życie jest zbyt krótkie, by marnować z niego choćby 3 minuty ;)
Pozytywnie czuję w tle całokształtu mojego obecnego jestestwa ;)
Finał imprezy przybrał dramatyczny wymiar... Karetka, szpital, akademik - aż kręci się od tego w głowie. Poprzedni post musiał zniknąć, ale chyba rozumiecie. Wierzę, że rozumiecie.
Dziś P. wróciła do domu. Mam Ją pod swoją pieczą. Taka odpowiedzialność zdecydowanie mnie przerasta, ale nie mam zamiaru umyć od niej rąk - zrobię wszystko, co w mojej mocy, a jeśli się da, to i więcej, by P. się polepszyło.
Do tego, w jakim położeniu znalazłyśmy się obie, można zaglądać przez wiele okien i dziurek od klucza. Nie ma jednego stanowiska, jednej poprawnej perspektywy, jednego sposobu na rozwiązanie problemu. Sieć zależności emocji, przekonań i argumentów rozsądkowych miesza się z oczekiwaniami, powinnościami i obowiązkami wobec siebie nawzajem, rodziny, znajomych... Nagle ta cała przynależność do społeczeństwa staje się piętnem, odciskającym się na wszystkich naszych działaniach...
Piszę tego posta dla mojej P. Być może lepiej zrozumie moje motywacje i sama odrobinę przemyśli swoją sytuację, może spojrzy na siebie z innej, unikanej do tej pory strony.
Ci, na których mogłam liczyć, gdy nie wiedziałam co robić - spisali się na medal.
I tak sobie myślę, że On miał rację, co do wczorajszej nocy. Świętowanie nadejścia Nowego Roku jest tak na prawdę świętem ku czci Nadziei. Bo przecież wczorajszy Sylwester oznaczał przejście z jednego etapu na drugi... A to, co ma nadejść, co się zmieni jest jeszcze zagadką. Wiara, że to, co przyniesie los będzie dobre, lepsze - jest wiarą krzepiącą, dającą siły. Nawet aspekt postanowień noworocznych potwierdza tę tezę: chcemy zrobić wszystko, by jakość naszego życia polepszyła się, by zmienić te złe nawyki, które w jakiś sposób nam szkodzą, przeszkadzają w rozwoju, stanowią barierę w dążeniu do zamierzonych celów.
Mój, właściwie nasz Sylwester był smutny. Tak On, jak i ja, byliśmy wytrąceni z równowagi poprzednimi wydarzeniami... Oboje jednak chcemy, by nadchodzące dni, te bliższe i te dalsze, dawały nam więcej satysfakcji, radości i szczęścia (nawet, jeśli nie potrafimy dokładnie sprecyzować czym ono jest).
Życzę wszystkim Czytaczom, aby Ten Rok stał się rokiem sukcesów w każdym wymiarze: prywatnym, zawodowym, rozrywkowym, naukowym. Doceńcie siebie i chwile, które macie, bo życie jest zbyt krótkie, by marnować z niego choćby 3 minuty ;)
Pozytywnie czuję w tle całokształtu mojego obecnego jestestwa ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)















