środa, 27 stycznia 2010

nic się nie zmienia, nic

jest tak, jak było
chyba dlatego ostatnio hamuje spowiedzi wirtualne na blogu. powstał on ku mojej radości - nie chcę by został żałobnikiem mnie.

Na szczęście wiem, że życie jest nieprzewidywalne. Liczę na jakieś niespodzianki od losu. Sama też jakby zaczynam działać - odezwałam się do Muci, by spróbować scrapowania. Wybieram się do opery na Wesele Figara. Coś trzeba ze sobą robić. Jakoś się trzeba uaktywnić - a nie tylko stopować.

Akademik dudni sesją i pożeganiami Erazmusów, Mostów i innych żaków z nieuamowskiego światka.

Inaczej stoczył jakoś bitwę, i jak na kocura wielgaśnego - dał się poturbować całkiem konkretnie.

Kaź - wciąż ten sam.

A ja tęsknię za łąką, strumieniem, psami, spacerami, których się łaknie... Żeby niebo było niebieskie, słońce złote, drzewa zielone, a pies machał ogonem.

Może wyobcowanie wyzwoli we mnie jakiś potencjał twórczy - na razie stłamsiłam w swojej głowie całkiem niezły materiał na powieścidło... Jeszcze przemyślę, czy nie dałabym rady tego spisać, skoro wewnętrznie mi się podoba i robi na mnie dość błyskotliwe wrażenie. Cykl dialogów między trzema osobami a w nich dyskusja o P. jako obiekcie analizowanym przez W. i S. Chwilowo pasjami tworzę komunikaty w mojej głowie wszędzie, w autobusie, tramwaju, na łóżku. I w duszy mam powody do śmiechu i zadowolenia. Nie jestem tylko pewna czy mam jakąkolwiek szansę przelać ulotność i subtelność tegoż na papier, bez względu czy ręcznie czy przed uprzednim wykliwaniem.

Cieszę się tym, co mam, co mogę mieć. I chwilą, która na moment oddaliła mnie od realnego świata.

Tak na teraz:

Wyszukane w sieci :)


A potem może tak:

Wyszukane w sieci ;)

Brak komentarzy: