jest tak, jak było
chyba dlatego ostatnio hamuje spowiedzi wirtualne na blogu. powstał on ku mojej radości - nie chcę by został żałobnikiem mnie.
Na szczęście wiem, że życie jest nieprzewidywalne. Liczę na jakieś niespodzianki od losu. Sama też jakby zaczynam działać - odezwałam się do Muci, by spróbować scrapowania. Wybieram się do opery na Wesele Figara. Coś trzeba ze sobą robić. Jakoś się trzeba uaktywnić - a nie tylko stopować.
Akademik dudni sesją i pożeganiami Erazmusów, Mostów i innych żaków z nieuamowskiego światka.
Inaczej stoczył jakoś bitwę, i jak na kocura wielgaśnego - dał się poturbować całkiem konkretnie.
Kaź - wciąż ten sam.
A ja tęsknię za łąką, strumieniem, psami, spacerami, których się łaknie... Żeby niebo było niebieskie, słońce złote, drzewa zielone, a pies machał ogonem.
Może wyobcowanie wyzwoli we mnie jakiś potencjał twórczy - na razie stłamsiłam w swojej głowie całkiem niezły materiał na powieścidło... Jeszcze przemyślę, czy nie dałabym rady tego spisać, skoro wewnętrznie mi się podoba i robi na mnie dość błyskotliwe wrażenie. Cykl dialogów między trzema osobami a w nich dyskusja o P. jako obiekcie analizowanym przez W. i S. Chwilowo pasjami tworzę komunikaty w mojej głowie wszędzie, w autobusie, tramwaju, na łóżku. I w duszy mam powody do śmiechu i zadowolenia. Nie jestem tylko pewna czy mam jakąkolwiek szansę przelać ulotność i subtelność tegoż na papier, bez względu czy ręcznie czy przed uprzednim wykliwaniem.
Cieszę się tym, co mam, co mogę mieć. I chwilą, która na moment oddaliła mnie od realnego świata.
Tak na teraz:
A potem może tak:


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz