środa, 30 czerwca 2010

Mrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr



bo film mi się podobał
bo piosenki współgrają z moim nastrojem
bo ;*




Dobrej nocy

wtorek, 29 czerwca 2010

decyzyjnie ;)

Zdezerterowałam dzisiaj z roboty po 9 godzinach męki w słońcu i skwarze (mało mi resztek Czesia nie wypaliło ;) Mam teraz tak śmiesznie czerwono opalone ramiona i kark, bo resztę okrywała koszulka...

Po pracy oczywiście wybrałam się do szpitala. Zabrałam ze sobą Michaśka. Zajrzeliśmy przy okazji do kumpeli z akademika, która leży w sąsiedniej sali. Ale nie pobyliśmy długo, bo zmęczenie z pracy zrobiło z nami swoje...

Napisałam ostatnio, że podjęłam jakoś na czasie pewne decyzje. Czas się z nich wypisać publicznie :)

Po pierwsze "egoistycznie" wybrałam Michaśka na współlokatora, nie Izz.
Ja i Izz mamy zbyt silne charaktery, by przebywać ze sobą non stop. Pobiłybyśmy się prędzej czy później. Lepiej ni narażać naszej przyjaźni na tak ciężką próbę... Izz ma zupełnie inny sposób bycia - i taka odmienność w jednym pokoju oznacza wytłuczenie wszystkich talerzy... Już w robocie widać było zgrzyty, a gdyby to jeszcze przenieś do pokoju - "apłokalipsaaa" .
Może to dziwnie brzmi, ale mam rację, a w tym wypadku lepiej zapobiegać, niż leczyć.
Poza tym - zależy mi na wolnych weekendach, żeby móc cieszyć się sobą, a Izz dużo rzadziej jeździ do domu niż ja.
Przyzwyczaiłam się do tego, że pokój mam przynajmniej co drugi weekend dla siebie i zrobił się z tego swoisty rytuał, gdy drzwi za Aneszkiem zamykały się, a ja, siadając na parapecie, wymachując nóżkami na zewnątrz, gapiłam się na chmury, słuchałam takiej muzyki, na którą przyszła mi ochota itd. Nie chcę tego tracić.

Michasiek.
My już razem mieszkaliśmy, na III roku. Nie pozabijaliśmy się. Dogadywaliśmy się całkiem nieźle. Elastycznie układało się nam w 319... Owszem były zgrzyty, ale takie do wyprowadzenia - czyli dobrze rokujemy na okres zarówno wakacyjny, jak i późniejszy rok akademicki.
Podejrzewam, że znów dokoła zadziała plotkarska stacja radiowa TaśTaś, ale mnie to już nie interesuje. Przeżyłam jedno wieszanie psów na mnie za to, że mieszkam ze świetnym przyjacielem, a nie jakąś wredną "tipsoboginią", więc i teraz sobie poradzę z wszechobecnymi jęzorami:)))

Kolejna rzecz. Szalona... Szalona, jak nie wiem, co. Bijąca wszystkie moje zwariowane pomysły na głowę.
Postanowiłam w przyszłym roku zdawać maturę z dwóch przedmiotów ściśle ścisłych, oczywiście w wersji rozszerzonej, bo w mojej pokręconej łepetynie zapadła klamka, by pójść na studia, które kiedyś były marzeniem, potem uciekły w niebyt planów, a teraz - stały się celem i zrobię wszystko, by się na nie dostać.
Piszę o tym dzisiaj, bo jutro nabędę materiały do nauki... I już wkrótce zaczynam intensywne przygotowania :)
A jeśli się nie uda, to przynajmniej będę wiedziała, że próbowałam :)
Lepiej tak żałować, niż twierdzić: "powinnam była robić taki kierunek" i zupełnie bezpodstawnie uważać, że skończyłoby się go z wyróżnieniem i wieńcem laurowym na łbie, bo w fantazjach, to ja mam 7 centymetrów wzrostu więcej, sporo kilogramów mniej , długie rude kręcone włosy i oczy zielone, jak trawa, o!

No, to napisałam.

Teraz? Uczę się do jutrzejszego egzaminu, a właściwie zastanawiam się, o czym chcę na nim opowiadać: tolerancja, tradycja i herby lub historia kalendarzy, tak mi się wydaje... Jeśli uda mi się tak nakierować rozmowę z panią profesor, to tylko o dziejach Lubomirskich będę paplać, bo to nadal jeden z moich koników ;) Życzcie powodzenia...

Wyszperane w sieci :)

Herb Lubomirskich z mojej Lipnicy... Sekret bzika... ;)

Przerywnikiem w czytaniu jest bieganie po pranie, które udało się zapisać w poniedziałek po znajomości ;) Dziś 5 rundek, jutrzejszej nocy jeszcze ze 3 i będzie wszystko...

Moim wywodom towarzyszy niezmiennie płytka Raz Dwa Trzy... Przyjemna, lekka, łagodna, przepływa wręcz przeze mnie. I bardzo się cieszę, że posiadam na własność. Świetna to była inwestycja :)

Dobrej nocy
życzą:
Malutka i Kazimierz wcinający plasterek banana ;)


Ps. Kubuś już pojechał do domu na wakacje. I jakoś pusto się zrobiło od razu. I smutno. Mi. Wczoraj się żegnaliśmy. Buuu :( Czystki w akademiku, zostają desperaci, którym się marzą pieniążki na wakacje lub inne życiowe niezbędniki...
Ps.2. Ciekawe czy studniówka w moim przypadku wchodzi w rachubę raz jeszcze? ;)

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Tekst dnia :

Lewi do Kuby:

"Ty nie podskakuj, ona ma magistra, a ty tylko maturę!"


;)

magisterskie :)

W przerwie obiadowej pisze się post pachnący sałatką bananowo- jeżynową z domieszką imbiru... Będzie pysznie :)

Korzystając z odwołania wizyty u dentystki - hiphiphurahurahura - wybrałam się wczesnym świtem (czyli koło 8.00) do szpitala. Wuj ma dziś badanie docelowe - koło 17 pójdę sprawdzić, co i jak, bo czeka go kilka godzin leżenia w bezruchu... Rozmówca śmiał się, że pilnuję, by wuj nie uciekł ze szpitalnego wyrka i coś w tym jest ;)
Na korytarzu spotkałam kumpelę z akademika która zdaje się, będzie leżała w sali obok wujka... Dziewczyna ma 24 lata, pięcioletniego Mateusza i generalnie megawielgachną wadę serca, którą wykryli u niej przypadkiem w zeszłym roku.

W drodze ze szpitala zadzwoniła Izz i przedstawiła się jako magister chemii I.M. Brawa dla tej Pani :))))))) Jestem dumna, bo wiem ile zachodu kosztowało ją dojście do tego etapu, ile było problemów po drodze. Tym bardziej - gratuluję!

W ramach uczczenia sukcesu Izz dużo wcześniej nabyłam dla niej kolczyki-motyle, bo ma fioła na punkcie wielobarwnych owadów uskrzydlonych... Do kompletu brakowało mi tylko słonecznika, który jakimś zrządzeniem losu sam wpadł dzisiaj w moje rączki. Teraz czekam już tylko na Izz...
Pozwoliłam sobie pstryknąć kilka fotek, przy okazji, oczywiście...

Mądra utytułowana głowa :******
zdjęcię wcześniejsze, spacerowe...

Miłego dnia!!! :)

niedziela, 27 czerwca 2010

Niedzielnie było ;)

Po tygodniu istnego zabiegania/zachodzenia/zalatania przyszła niedziela, Dzień Pański, wolny od pracy i obowiązków wszelakich :)
Obudziłam się więc zupełnie legalnie o 11, wybyłam pod prysznic i mogłam spokojnie rozpocząć funkcjonowanie własne kubkiem pachnącej cynamonem i imbirem kawy... Uroku całości nadawało figlarnie wpadające do pokoju złotym blaskiem słońce, które wymalowało na ścianach fikuśne esy floresy...
Oprawę muzyczną zapewniło Raz Dwa Trzy nabyte wczoraj pod impulsem konstruktywnym :)
Udany ranek, choć w porze południa, taki w stylu Malutkiej. Ciut kawiarniany, na pewno leniwy, właściwie wyczekiwany od dawna.

Zdecydowanie odgoniwszy sen - opuściłam 418 na kolejnych kilka godzin (mam wrażenie, że ostatnio tu nie mieszkam, a jedynie nocuje...).

Wizyta na Długiej stanowiła priorytet wyprawy wielkomiejskiej. Na dworze/polu upał, na ulicach jedna wielka golizna, więc ku pokrzepieniu zimnolubnego usposobienia mojego zainwestowałam w pudełko lodów, które pochłonęliśmy z wujkiem w przeciągu 5 minut.
W szpitalu na szczęście było chłodniej niż na zewnątrz ;) Wuj oczywiście przestraszony jutrzejszą koronarografią - zdradzał wszystkie swoje obawy, obietnice trzymania ścisłej diety i tego, co zrobi jak już go uwolnią z medycznego przybytku mądrości.
Moja funkcja ograniczała się do: słuchania, upominania, by o piciu wody nie zapominał, mówienia, że po wyjściu ze szpitala będzie miał dużo czasu na realizowanie własnych planów (a nie szykowanie miejscówki na cmentarzu!) i zjedzenia winogrona (co przypadło mi do gustu niesamowicie), które wuj dostał od cioci w ilości takiej, że nie przejadł. Przesiedziałam chyba ze trzy godziny na cholernie niewygodnym krzesełku, usłyszałam o zaległych plotkach z okolicy Gniazda Rodzinnego i paru innych ciekawostkach pobliskich. Udało mi się nawet obejrzeć pierwszą połowę meczu Niemcy - Anglia, ku chwale sąsiadów, jawohl ;))))

Drugą połowę spędziłam na chodniku, który prowadził mnie ze szpitala wprost na Kościuszki, do Ewy, na ostatnią gadaninę przed jej wyprowadzką z Poznania, która notabene dokonała się porankiem, gdy ja jeszcze spałam, tylko Ewa pozostała w mieszkaniu do jutra, jej rzeczy wywieźli rozradowani rodzice pani magister filologii rosyjsko- ukraińskiej. (Brzmi nieźle). U Ewki był już Przem, dołączyłam więc do zacnego grona kółeczka samopomocy psychoanalitycznej - bo u Ewy kryzys, Przem uczy się rozdzielać czas między swoje potrzeby i zachcianki a wieczne adorowanie Maryi Dziewicy, a ja - no wiadomo - Malutka ostatnimi czasy rozwija skrzydła, więc nie narzekałam :))))) I bardzo mi się to podoba, że nie narzekam, bo nie mam na co :))))))))))))))) Bonusem całego spotkania było bawienie się z tym oto kiciusiem, PanKubą, który z niesamowitą gracją i cierpliwością znosił moje obfotografowywanie go:


Z Kościuszki powędrowałam na Niepodległości 26, czyli do DSu mojego. Dom. Wreszcie... Takie łazęgowanie męczące jest. A dom - wiadomo - dom. Można klapnąć na łóżko, włączyć muzykę/ film, zaparzyć kawę, pochłonąć coś niedozwolonego (bo nikt nie widział ;).
Zrobiłam dzisiaj generalne porządki u Kazika w klatce. W tym czasie jego uwagę przykuwała Izz, tarmosząc go i mordując pieszczotami...
Wieczorem miał przyjść ByłyOn, ale znalazł sobie lepsze zajęcie, postanowiłam więc poczytać Esterhazyego i cieszyć umysł jakąś godną go strawą. Po mniej więcej 30 minutach słodkiej lektury pokój przeszył odgłos pukania.
Misiek. Wrócił z domu i wpadł na herbatę (właściwie nawet 3 herbaty :))).
Ustaliliśmy pewną rzecz, o której napiszę za dni kilka. Powspominaliśmy. I było fajnie. Udało się porozmawiać wreszcie sam-na-sam. Zasadne były moje refleksje nad przyjaźnią sprzed jakiegoś czasu...

I jeszcze tylko to: jestem osobą, która stawia ludzi na skrajnych biegunach, nie dając możliwości wypośrodkowania. Albo się mnie pokocha od razu, albo znienawidzi. I tak to się potem utrzymuje. Nie można być wobec mnie obojętnym. Myślę, że to dobrze - zostawiam w pamięci ślad, nacechowany w jedną czy drugą stronę, ale jednak ślad...
Ci, którzy mnie lubią - dali się uwieść spojrzeniu lub pisaniu, za którym kryje się taka specyficzna strefa buforowa.
Ci, którzy mnie nie cierpią - do strefy buforowej nie dotarli.

Uwaga na podstawie: "Ze zwierzeń przyjaciela, którego siostra nie znosi Autorki od pierwszego wejrzenia"...


Ps. Ewa stwierdziła, że piękne mam piegi i opaleniznę - a ja zamarłam: piegi są bleeee, a opalenizna to efekt uboczny, niestety nie do uniknięcia...
Ps. 2. Izz zachwyca się tym, że mi się schudło tu i tam...
Ps. 3. A ja tego nie widzę :D :D :D
Ps. 4. Rozmawiałam z Jej mamą. Ona już w szpitalu. I jestem zdezorientowana, bo nic nie wiem. Nie jestem rodziną, nie rozwiązałam problemów, nie odczarowałam złego zaklęcia. Ale i tak mnie to dotyczy/dotyka/interesuje...
Nie umiem się zachować, bo może Jej rodzina wie, co robi, a ja niepotrzebnie się wciskam. Passsss?

sobota, 26 czerwca 2010

Jedna taka piosenka...

Co może się stać, gdy niewinnie uchylę uszu na muzykę?
...

Po powrocie z roboty-szpitala-miasta-od Izz zakotwiczyłam u siebie wreszcie.

I przez przypadek usłyszałam to:



Rozpadłam się zupełnie. Na tysiące małych kawałków. Na fragmenty nie wiadomo czego. Na nieposkładanie. Na zapomnienie. Na zatracenie. Na amen.
Coś spadło w duszy na samo dno, gładko niesione każdym słowem, wersem, strofką...
Nagle. Totalnie. Przepastnie.
Zawyłam
rażona zwierciadłem nas

słodki sztylet przewiercał na wskroś tę część mnie, która kocha

Przez godzinę nie mogłam uspokoić łez. Płynęły i płynęły słonymi strugami...
Wojcieszek między palcami, na ustach, w kącikach oczu...
Nasza historia zamknięta w tak cholernie głupi sposób...
Bliskość, miękkość zgniecione w głupim samochodzie tak cholernie daleko ode mnie...

Powoli na myśl przychodzić zaczęły ostatnie historie:
rozstanie z ByłymNim
Aneszka z chorobą, która próbuje Ją zabić Jej własnymi dłońmi
spory w domu
i te moje dwa miesiące

I mimo wszystko - dałam się ukoić aksamitnie, delikatnym brzmieniem, mojemu Raz Dwa Trzy... Uśmiechnęłam się do Tych, co to mnie o łzy przyprawili, choć oni nie widzieli... Uśmiechnęłam się, bo chyba już nie umiem żyć jedynie w zapadlinie. Uśmiechnęłam się tak po prostu.

Prowadzili mnie do miejsca, w którym jestem teraz: radosna, spokojna, powoli akceptująca siebie Dziewczynka/Dziewczyna/Kobieta... Jak feniks z popiołów.

Gdy już nieco emocje zelżały - poszłam do Empiku, kupiłam płytę. Musiałam...



***
słowa: Adam Nowak
(muzyka: Jarek Treliński, Grzegorz Szwałek)

Już

Już nie powiesz "dobrych snów"
Twych słów
W niebie nie potrzeba już

Bądź
dniem, nocą przy mnie bądź
Jak duch
Jak czarodziej dobrych snów

Czas niech płynie poprzez nas
Kto zgasł
Temu niepotrzebny czas

Głos twój ciepły ucichł głos
Już noc
Niebu niepotrzebna noc

Łzy niech płyną
wyschną łzy
Więc wiesz
W niebie nie potrzeba łez

Jeśli spotkasz tych
Których znałeś idź
Mieni się wśród gwiazd
Obietnicy blask

Graj aniele ciszy graj
Twych strun
Niechaj dotknie smutek mój

Weź na drogę dobrych chwil
Kto wie
Co tam w niebie dadzą ci

Jeśli spotkasz tych
Których znałeś idź
Mieni się wśród gwiazd
Obietnicy blask

Próg przekroczyć nieba próg
Byś mógł
Pukaj aż uchylą wrót

Śpij
O wschodzie słońce drży
To nic
Już nadchodzi chłodny świt.

piątek, 25 czerwca 2010

;*

To było niezamierzone...
;)

dzień świra

kiedy wstaje się pół godziny później - powinno być lżej... nie było. ale to kolejny dzień z cyklu dni specjalnej troski... więc luz - sama siebie rozgrzeszam.

rano szybka wyprawa na stację po moich. jeszcze szybsze przemieszczenie się do szpitala na kardio.
i na dzień dobry poraził mnie taksówkarz: "panie, przecież oni tam biorą w łapę legalnie. na przeciwko szpitala mają swoje gabinety prywatne". do tej pory nie trafiłam na coś takiego. i oby nie. drażni mnie więc takie gadanie, choć niestety doskonale wiem, że jest w tym ziarno prawdy...
na Długiej jest dziwnie. oddziałowa to herszt- chuchro. lekarzy nie widać, ale czuć ich obecność podskórnie. nim załatwiliśmy wszystkie formalności papierkowe, żeby przyjęli wuja na oddział - minęły dobre dwie godzinki. potem szybkie ekg, pobranie krwi i takie tam żadne ekscesy szpitalne. i "goście już dzisiaj nie są panu potrzebni", czyli do widzenia.

zabrałam więc ciocię do 418, które, z racji mojego przesiadywania w robocie, nie wygląda na świątynię porządku, ładu i czystości. ale ciocia przeżyła. ważne, że zrobiłam śniadanie i kawę mocną.
Kazik wykorzystał sytuację i postanowił pobyć w centrum uwagi. najpierw hałasował strasznie, potem zaczął myśleć o ewakuacji z klatki, a na końcu piszczał, przeraźliwie piszczał. wyciągnęłam go więc z lochu, dałam trochę sałaty i ogórka, wybawiłam się z nim, ale uspokoił się dopiero, gdy położyłam go na ramieniu i pozwoliłam łazić po mojej szyi (strasznieeee łaskoczeee).
ciocia miała wytrzeszcz. he he. się wie, że mnie zwierze lubią ;Q

po odwiezieniu cioci na stację wybyłam jeszcze na 4 i pół godzinki do hurtowni. i się dobiłam fizycznie. szef sam stwierdził, że przeginam i zabronił Tobisiowi dawać mi zamówienia przekładające się na paczki i pakiety, czyli, że miałam robić pojedyncze egzemplarze, na szczęście Tobiś uległ moim namowom, bo ja małych faktur nie cierpię, i dawał normalne zlecenia.
a jutro od rana powtórka z rozrywki.
i po południu wyprawa do szpitala...

ps. 1. Izz mówi, że zrobiłam się oschła.
ps. 2. ByłyOn potwierdza.
ps. 3. a szef stwierdził, że w tym roku wyglądam lepiej, więcej się śmieje i że chyba mi się coś w życiu udało - optymistyczna jestem i dobrze rokująca wg. niego :)
ps. 4. skłaniam się ku opinii szefa - jest lepiej :)
ps. 5. tylko niech mi ktoś wyłączy w głowie myśl: "coś się spieprzy, coś się musi spieprzyć"...

ps. 6. jest taki ktoś, kto... ale poza moim zasięgiem. znów. no bo... ale... ciągnie mnie... zwłaszcza, gdy... i wtedy tak się... chciałabym choć...
ps. 7. łamigłówka ma imię na tę samą literę, co ja :D


a świat i tak najlepiej wygląda z tej perspektywy ;)

czwartek, 24 czerwca 2010

sza...

gorszy dzień

niby w robocie zeszło
od jutra będę się błąkać po kardiochirurgii
dziś się okazało że Piotrek kończy ratownictwo
czyściłam książki papierem ściernym i środkiem do szorowania powierzchni płaskich
Ewa się wybroniła na "4 i pół" a napisała na 5
Misiek wreszcie ze mną pracuje
a jednak

pusto
cicho
byle jak

topolowy puch amortyzował kroki na chodnikach
samochody wyły w korku z bezruchu
a ja
po placu zabaw
po huśtawce i tym czymś od czego kręci się w głowie
po poznańsku
miałam mało
wrażeń
Wyszperane w sieci :)

bo przecież jeszcze dzień
koncert w perspektywie
i Bazyl
w domu czekanie
w głowie plan cały

i
nogi przestały współpracować
ledwie do 418 doczłapałam

środa, 23 czerwca 2010

pracuje się

Kolejny dzień w pracy. Schodząc o 18.00 byłam jedyną dziewczyną - została tylko męska ekipa z paczki... He he ;)
Wyszperane w sieci :)

Dzisiaj było świetnie. Pracowałam sama :) Przez 4 faktury miałam na głowie żółtodzioba, ale szybko spławiłam czarną owieczkę, bo mnie opóźniała wydajnościowo...Współpraca trwała ledwie 30 minut, więc się nie liczy.
No i udało mi się nos zanurzyć w książkach Conrada :) Ciekawe czy dam radę podczytywać w chwilach rzadkiej bezczynności? ;)

Poza tym: urzeka mnie widok szefa/ właściciela, który po placu jeździ sobie rowerkiem, rozmawiając przez komórkę o intratnych przetargach, wielkich dostawach i innych zerwanych kontraktach... Ma do tego tak niesamowicie ciepły uśmiech, że aż miło. Oczywiście obiecał mi dać urlopy w sztukach dwóch, z wiadomych powodów :)

I wszystko cacy :)

Tylko... Kogoś tu brakuje. Ale... tak musi być.
Gosia jest w ciąży. Ze starej trójeczki zostałam tylko ja... Sentymentalnie mi?

A jutro wieczór u Ewy :)

wtorek, 22 czerwca 2010

pracowicie

Malutka jest wykończona...
Hihi...

Pierwszy dzień w pracy i wyrobiona norma z nadwyżką: od 7.30 do 18.00... Czyli wyżej dyszki :) Coś czuję, że mi się schudnie nieco dzięki takim zabójczym maratonom. Było nieźle: faktura za fakturą plus zrobione około 800 zwrotów.
W zeszłym roku robota w hurtowni książek była czystą zabawą - teraz też tak chcę.
A póki co - miałam na głowie żółtodzioba, czyli Izz :) Uczennica z niej niezła, tylko ze mnie nauczycielka kiepska. Pewne rzeczy robię automatycznie, niektórych nie robię, a niby trzeba i tak to ze mną jest. Ale ja znam na pamięć rozkład magazynów, ba, od zeszłego roku niewiele się zmieniło w układzie regałów... Czyli: jesteśmy w domu. A dla Izz to zupełna nowość, która wsparta na jakimś stresie, emocjach związanych z obroną mgrki zabrała jej całą frajdę tej roboty.
W zeszłym roku kompletnie nie używałyśmy drabin, ani Aneszka, ani ja. Teraz? Izz do wyższych półek za każdym razem targa za sobą drabinę, a mnie szlag trafia, że czas traci i największą zaletę tej pracy - wdrapywanie się. Niby bhp zachowuje, ale... ja tak nie chcę. Za dużo powagi przeszkadza ;)
Popołudniem zostałam sama i hulaj duszo, piekła nie ma :)

Po powrocie szybki prysznic, małe pranko i już o 20.00 byłam u Ewy, bośmy się dawno nie widziały. Pogadałyśmy, powygłupiałyśmy się, zajrzałyśmy na plac zabaw i wreszcie wróciłyśmy do jej mieszkania. A tam... czekał na mnie dżem żurawinowy... Pycha... Łyżeczką wyjadłam cudo, na szczęście słoiczek nie był pełen ;)
Umówiłyśmy się na czwartek na ewentualne opijanie lub oblewanie obrony Ewy. Będzie Przem, bez Maryi Dziewicy ;) Czyli dobra impreza murowana :D (A ja na soczku żurawinowym, po ostatnim formacie/resecie).

Teraz? Padam na twarz na poduszkę. Czas spać, jutro wczesna pobudka. Praca. Wcześniejsze widzenie z dziekan. I znów praca...

Lubię, kiedy jest tak aktywnie ;)

Dobrej nocy

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Na szybko: poniedziałek

Po jakże burzliwie przeżytej nocy - przychodzi piękny, słoneczny, choć nie upalny, dzień :)

Dzień, w którym zwala się na głowę Malutkiej kilka spraw do załatwienia, a że ja z natury czuję wstręt do uczestnictwa w kieracie administracyjno- biurowo- urzędowym spodziewałam się, no...
ALE...

Zdeterminowana dziewczynka, idąca z uśmiechem poznańskimi chodnikami to widok niezwykły. Ma w oku zwycięski błysk, w ruchach pewność wojownika, we włosach - trochę wiatru :) I wiem, że skoro muszę - to muszę. Koniec kropka. Nie takie rzeczy się załatwiało. Za trochę zacznę o sobie myśleć: "fajna dziewczyna", ale to za trochę :)

Najpierw dziekanat:
* przyznano miejsce w pokoju 2-osobowym na rok akademicki 2010/ 2011 w DS. Hanka - Malutkiej :)
* pani dziekan przyjmie Malutką na dyżur w przyszłym tygodniu.
Miło, grzecznie, kompetentnie, aż dziw, że to mój dziekanat...

Kolejnym miejscem potencjalnych tortur miała być administracja w robocie, ale:
* Malutka możesz od jutra? jasneeeee :)
* ale w pracy równie pilnie co w zeszłym roku? jasneeeee
* a do kiedy? najlepiej do grudnia :)

Jeszcze mi został bank do odwiedzenia, bo pisemko przysłali jakoweś. Pofatyguję się tam za godzinkę.

Teraz: język polski w kontekście wpływów z innych języków.

Miłego dnia, moi Mili :)))

...

sie skasowalam dokumentnie
bylo jak wtedy z makaronikami
tylko nikt mi nie opowie, co wyprawialam

wlasnie skonczylam sprzatac i ide pod prysznic

nigdy wiecej 5 wisniowek pod rzad, nigdy

swoja droga - dobrze - potrzebowalam formatu

niedziela, 20 czerwca 2010

Déjà vu albo raczej: déjà rêvé

Jako, że z francuskim nie mam nic wspólnego, poza podobno dobrym akcentem (lecz cóż to właściwie oznacza, rzekłby któryś z mędrców?) - musiałam pogrzebać trochę terminologiczne, by stwierdzić, że moje "déjà vu" to "déjà rêvé"...

Scenka rodzajowa nr 1.
Budzę się rano. Nie ma jeszcze 8. Rozglądam się po pustym pokoju. Kazik chyba już śpi, bo z klatki nie dochodzą żadne dźwięki. I jakoś mi tak dziwnie. Wstaję, wstawiam wodę na kawę, żeby dobudzić ciało i duszę. Nasypuję kawy do kubka. Spoglądam w międzyczasie do lustra czy zszedł już zupełnie chomik z mojej twarzy czy jeszcze nie? (Jeszcze nie, ale już się żegnamy ze sobą). Zaczynam ścielić łóżko.Wyjmuję notatki. I... wchodzi Izz ze skacowanym uśmiechem błogim. Normalne? Jasne, że tak. Tylko w głowie świdruje wrażeniem, które w snach ma podłoże, że zaraz poprosi o coś do chleba i połaskocze mnie włosami po szyi (wie, jak bardzo tego nie znoszę)... 3 sekundy później właśnie to ma miejsce... Jej włosy drażnią mi kark, a ona prosi o jakieś fanty z lodówki, które wczoraj u mnie zostawiła...
No i dobra. Lubimy taki stan, że niby coś było, choć z pewnością tego nie było, bo być nie mogło :) Zakręcone?

Czytajcie dalej...

Scenka rodzajowa nr 2.
W ramach przerwy od nauki robię sobie mix warzywny: sałata, pomidory, ogórek, rzodkiewka, koperek i szczypiorek. Stoję przy lodówce. Rozlega się migotliwe: puk puk -puk puk - puk puk. Po oczywistym: "proszę" do pokoju wchodzi uśmiechnięty od ucha do ucha Kubuś i pyta o kuchenkę zwaną maszynką, na której stały miseczki i patelnia. Udostępniam. Kuba wyjmuje wtyczkę z gniazdka, zdejmuje miseczki, bierze do ręki patelnię, a ja... robię unik z wytrzeszczem oczu totalnym i baranim śmiechem. Kuba przyłącza się koniec końców do mojego chichotu.
"Co jest?" - "Nic, śniło mi się, a przynajmniej mam takie wrażenie, że widziałam już jak zdejmujesz tę patelnię i...yyy" - "I co? I walę cię nią po głowie? Malutka, za dużo kawy od rana, za dużo, a mówiłem wczoraj, odpuść sobie kofeinę, mówiłem" - "No wiem, wiem. Ale takie fajne déjà vu... Każdemu się przytrafia".

I się okazało, że w kwalifikacjach typologicznych to było déjà rêvé, czyli coś "już śnione"... Bo wszystko sprowadza się do tego, że mi się to śniło wcześniej i nawet założyłabym się, że tak jest, tyle, iżżżż to niemożliwe.
Tak czy siak: lubię takie urozmaicenia codzienności w rzeczywistości :) Oby częściej.

Poza tym: opanowałam dzisiaj (i pewnie dlatego powyżej bredziłam dość konkretnie;) :
* istotę historii języka
* polszczyznę wśród innych języków
* genezę polszczyzny
* zewnętrzne uwarunkowania dziejów języka
* periodyzację dziejów języka polskiego
* pojęcie polskiego języka literackiego i jego pochodzenie

Na teraz: pass.
Jeszcze nad tym chwilę posiedzę, zostało mi chyba 8 zagadnień do naumienia i szykuję się dzielnie do egzaminu na przyszły tydzień.

Na wieczór plan wygląda tak: Brogans, mecz, jakiś soczek (bo piwa to nieee, jeszcze jedno zalega lodówkę po wczorajszym posiedzeniu przy Across the universe).

Aaaa, zapomniałabym. A takie foty wyszły mi dzisiaj:


A ci państwo właśnie się do mnie dobijali... Właściwie jeden z nich, reszta korzysta z naszej relacji bliższej :) Bo jakoś tak mam, już któryś raz z rzędu, że sobie gołębia dogruchałam, niby taką namiastkę posiadania zwierzaka w akademiku :) Pierwszy był Gieniek, ale to już stare dzieje, sprzed dwóch lat, potem były dwa inne, a teraz ten, który grzecznie uderza dziobem w szybę w ramach upomnienia, że podwieczorku jeszcze nie wysypałam... Obowiązki, obowiązki, obowiązki...

Miłego wieczoru :)

sobota, 19 czerwca 2010

***

Gapienie się w okno na wschodzące słońce jest moim prywatnym cudem. Ale nie tylko wschody działają na mnie w ten sposób. Krakowska kamienica uwodzi mnie kształtem i tym, jak kolorystycznie zmienia się w ciągu dnia. Jest niesamowita, pnąc się wysoko, łagodna z zaokrągleniami dachu i łukami gdzieniegdzie. Jasność nadaje jej powabu. Szarość przynosi skojarzenia surowości.
Każdy nowo uchwycony przeze mnie portret kamienicy ma w sobie coś urzekającego, coś, co mnie wiąże z tym pokojem, z tym widokiem zza okna.

Kiedy zaczynałam pisać tego bloga myślałam, że będzie wyłącznie miejscem, gdzie się wyspowiadam sama przed sobą, zganię, ale i pochwalę, będę się tu usprawiedliwiać i szydzić z własnej małostkowości.
Teraz? Każdy post jest ważny, z różnych względów, 2 najważniejsze:
* jest opowieścią o ludziach, których spotykam, którzy mi towarzyszą, z którymi coś przeżyłam; to także ich historie...
* czasem ma jakiegoś konkretnego odbiorcę, adresata, rzec by można, i nieważne czy w wersji life czy jużnielife...

I dobrze, bo to mnie motywuje. Mam powód, by nie skupiać się wyłącznie na własnych rozterkach i analizowaniu nieustannym. Ludzie są ważni i naiwnie będę wierzyć, że umiem się z nimi porozumieć. Mimo częstych ucieczek - wolę wiedzieć, że jest do kogo i dla kogo wracać... Pancerz opada, coraz więcej mnie jest odsłonięte, nieschronione pod skorupą. Nie jestem pewna czy to dobrze, ale wiem, że bez udziału innych Malutka zawsze kryłaby się na końcu świata, czyli w najciemniejszym kącie... Teraz wychodzę, czasem nawet na sam środek sceny...
***

Po przygodzie z zębem musiałam zostać w domu, bo 418 okazało się być jamą chomików dwóch: Kazika i Malutkiej. Czyli z realizacji ambitnych planów wyjściowych - nici.
Zabrałam się więc ponownie za Iwaszkiewicza i oczywiście podczytałam Conrada ulubionego. Wreszcie w spokoju zanurzyłam głowę w książkach, sycąc się każdym przeczytanym zdaniem...
Brakowało mi takiego stanu przyjmowania literatury: łagodnie i lekko wpełzającej do świadomości, poddawanej rozmaitym procesom myślowym, bez pośpiechu i nagonki, że to na wczoraj, a właściwie przedwczoraj...

Do tego - chyba wreszcie wygrałam małą wojenkę... Ale wolę nie pisać o niej nic więcej, żeby nie zapeszyć ;)

Dobrej nocy

piątek, 18 czerwca 2010

Taki sobie post

Z okazji nieistniejącej rocznicy bloga - post ;)

Trochę mnie łupie w głowie od pozbywania się dolnej szóstki nieszczęsnej, która mimo bycia tylko jednym ząbkiem wymagała przedstawienia 90 minutowego, dentystki, dentysty i chirurga szczękowego, bo się tak we mnie korzenie zakorzeniły, że mimo rozłupania, wydobywania pojedynczego każdego z nich - opierały się dzielnie i długooo, nie ulegając moim wewnętrznym prośbom, groźbom i błaganiom. Efekt: dentystka zwichnęła rękę, dentyście tylko zdrętwiała, a chirurg bawił się ze mną 30 sekund i po pieruńsko upiornym bólu moim - poprosił o numer telefonu ;)
Polecam...
Fakt, że przeżyłam wizytę - jest największym moim prywatnym/ jednostkowym/ własnym/ indywidualnym pozytywem miesiąca, dotyczącym jedynie mnie samej, bo wiadomo, że coś ważniejszego miało miejsce, ale w oderwaniu od, a propos tylko Malutkiej - SUKCES ;)
Diabeł tkwi w szczegółach...

Rankiem wczesnym przyjechała Ona z Jej mamą. Nie byłam gotowa do odwiedzin, ale jakoś to było.
Ona wygląda nieźle. W papierach ma wpisane: niestabilna. Do tego załatwiła skierowanie do kliniki. Czyli same dobre wieści, że będzie leczenia ciąg dalszy. Znów się to kręci. Oby skuteczniej niż wcześniej.
Trzymajcie kciuki, się przyda.

A teraz: czas na relaks. Miałam się kimnąć, ale nie umiem tak na zawołanie zamknąć ślipków i gadać słodko z Morfeuszem... Dlatego spozierałam lekko na Gregorego Housa w akcji :D Z uwielbieniem wręcz... Nie łatwo wpadam w nałogi tego typu, ale każdy odcinek pożeram i pochłaniam... No cóż...

Wyszukane w sieci :)

W kwestii żywienia: sok marchew-banan-jabłko i jogurty pitne w sztukach dwóch.
ByłyOn w ramach przysługi ogarnął pokój, potem przytulił, żeby mniej bolało, całkiem skutecznie.
Izz towarzyszyła epizodycznie przebojom stomatologicznym i późniejszym.

Kazik biega w zawrotnym tempie w kołowrotku. Dobrze mi z nim. Jakoś tak nie mam poczucia osamotnienia w tym wszystkim. Zwłaszcza kiedy Kaź wdrapuje się na ramię, potem przebiega przez plecy, aż wreszcie ląduje na łóżku. Chomik nie do zdarcia :) W dodatku znalazłam wreszcie sposób na to, żeby wykorzystywał tunele.

Za oknem leje. Nie żałuję, że jestem uziemiona i na Ethno Port Poznań mnie nie ma. Tylko bym przemarzła i zmokła. A tak: suchutko, cieplutko, z głośników sączy się głos Louisa Armstronga... Czego chcieć więcej od takiego wieczoru???
(Może szarlotki na gorąco z lodami i bitą śmietaną? ;)



Plan na jutro: zakupy Izz i wyprawa na forty, z aparatem rzecz jasna, w składzie: Izz, ByłyOn i Malutka.


Zmykam spać
Spokojnej nocy, tak Wam, jak i sobie życzę

środa, 16 czerwca 2010

brze mi :D

Pozytywne?
- kilka słów z daleka
- wszystkie maki i chabry po drodze
- i poczucie, że jest się u siebie w domu

A w dodatku wszystko to bezcenne...

Wyszukane w sieci :)

Umiem się też wkurzyć z klasą, a o tym nie wiedziałam, bo ja z natury spokojną osobą jestem ;)

Dzień ciężki, ale dużo w nim było dobrego.


Ps. A Ona już w domku ;) ;) ;) Na szczęście :)

zaśpiewy

A to, choć mało adekwatne, koi trochę strach i działa na psyche łagodnym przytuleniem...

wtorek, 15 czerwca 2010

ciiiiiiiiiiiiii

kiedys bylam inna
obojetniejsza
ale pusta

i zylo sie po japonsku - jako tako
teraz tyle rzeczy moze bolec na raz

sytuacja w szpitalu - wiadomo jaka

sytuacja w domu - napieta

sytuacja u moich lekarzy, w sztukach dwoch - do d***
jeden - zrobi to co musi,
drugi - nic wiecej nie moze zrobic

uwielbiam byc na straconej pozycji
bo niby da sie tak zyc i z tym
ale... taka siebie tylko znienawidze

mam jeszcze wzglednie bezpieczne 2 miesiace
potem - trzeba bedzie wyrazic zgode na wykonanie zabiegu

chcialabym napisac, ze jestem spokojna
bo jestem
bo mam jeszcze dwa miesiace normalnosci
a ja umiem doceniac czas
nauczylam sie kondensowac wszystko do kilku sekund
dwa miesiace to bardzo duzo sekund

ludzilam sie przez dwa lata
o ironio
Babilon to mrzonka
nie mozna nieustannie uciekac
i za cholere nie pomaga swiadomosc ze nic nie moglam zrobic
ze tego nie mozna bylo uniknac
bo czasem jest tak ze lek pomoze na jedno cos a cos drugiego spieprzy
i nie ma zmiluj
i tak przedluzylam egzekucje o dwa lata

od jutra zaczynam oddzielac moje zycie od tego calego bajzlu, w jakim siedze po uszy
chce sie cieszyc tymi dwoma miesiacami - potem bede musiala sie odseparowac
od jutra pisac bede tylko o tych radosnych aspektach mojej rzeczywistosci
o malych sukcesach
o udanych chwilach
o rzeczach optymistycznych
i tylko o nich bede rozmawiala prywatnie
obiecuje
i sobie i wam
ale bardziej sobie

na dwa miesiace zawieszam czarnowidztwo
ponuractwo
i szarosc

mam zakaz desperowania - i bede sie go trzymac

ale tu musze sie wypisac

faktem jest ze wydoroslalam
odnajduje sie w tym wszystkim
i krok po kroczku robie co trzeba
z opanowaniem i pewnoscia
a tego sie po sobie nie spodziewalam
Ona przezyla
w domu jakos sie pogodza z moja wakacyjna nieobecnoscia
moi lekarze spisza sie na medal
i ja to wiem

tylko ze zostane z takim czyms, a wlasciwie bez takiego czegos...
zaczynam sie godzic
bo nie mam innej opcji
i jakos to sobie w glowie poszufladkuje
predzej czy pozniej
wlasciwie to maly problem w porownaniu z problemami np Jej
ale to ja kazdego dnia bede patrzyla na siebie w lustrze
i bede widziala to
moja prywatna ulomnosc

za dwa miesiace nie bede juz taka Malutka

zatesknilam...

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Już

Ja już chyba wiem, jak Dante przechodził przez piekło.
Za mną kolejny krąg.

Na szczęście w perspektywie jest i niebo, znaczy się raj, tyle, że dużo, dużo później, aha i ja poproszę o bardzo miłego, inteligentnego, błyskotliwego, przystojnego przewodnika (zamiast Beatrycze).

Jest równowaga.

Wybudziła się :) :) :)
Czyli nie udała się Jej ta akcja, czyli się udało - będzie żyć. Podjętych jest mnóstwo trudnych decyzji, przed nami zupełnie nowe realia. Zmiany będą ogromne. Nadzór nieustanny, ale nie mój - tym zajmą się Jej rodzice.
Najważniejsze, że żyje. Że odzyskała przytomność. Że nadal jest!!!!!

na szybko

mam 22 lata i niektorych problemow nie umiem rozwiazac, tym bardziej
fakt, ze ludzie bardziej wiekowi tez by sobie nie radzili

kolejne blakania sie po korytarzach szpitalnych
kolejne rozmowy z lekarzami
potem rozwiazywanie kwestii akademikowych

bycie z Nia i z jej rodzina

ciezko mi, naprawde


Ona
pod kroplowkami
bezwolna
bezradna
nieobecna

moze snia Jej sie gory i taternictwo? wczoraj o tym rozmawialysmy
a moze nic Jej sie nie sni

ja
znow walcze z rzeczywistoscia
ale trzymam sie lepiej niz ostatnio
tym razem wiedzialam co robic
udalo mi sie zdystansowac na tyle, by dzialac, by opanowac sytuacje
zdecydowanie i pewnie

zycie uczy pokory
uczy cierpliwosci
znow to zrobila
nie mam sil
kompletnie bezradna

przyjechal ten sam sklad karetki

interwencja boska
ze budzik dzwonil ponad dwie godziny wczesniej niz powinien

;)

I jeszcze to:



bo lubię, bo mi się kojarzy, bo jest we mnie, bo tak właśnie gra, bo może warto, bo trzeba, bo ja...

Jak to mówi Elka - trza się o dyskografię postarać...
I ja wiem, wiem, że trzeba...

Bo to zawsze była moja muzyka, moje słowa, moje klimaty, absurdy, rymy i Maciek...
Proste kochanie...
Muzyki.

Ps. I nie trzeba tego przyjmować specjalnie refleksyjnie. Wystarczy posłuchać, przymknąć oczy i być...

niedziela, 13 czerwca 2010

Summa summarum...

Poranek o 7.00 - szybki prysznic i bieg na Teatralkę.
Później slalom gigant między peronami na Ratajach.
W autobusie MPK - emeryten party (Pudelsi się kłaniają) - rozkład jazdy dostosowany do końców mszy w pobliskim kościele.
Średnia wieku: 62.

Udało mi się dotrzeć na czas. Kuba jakoś przeżył moją niezborność i temperaturę na powierzchni. Właściwie oboje radośnie szczękaliśmy zębami, tylko Szamo (owczarek niemiecki długowłosy) czuł się świetnie w takim chłodzie/ ziąbie/ zimnie... Na szczęście rozgrzaliśmy się w saunie ;) Ale półtorej godziny na basenie chyba dało dobry plon...? Oby ;D

Wieczór, jak wieczór, w Brogansie. Z Aneszką, Waynem i Marcelem. Na meczu.

Mogłam się tego spodziewać - obstawiłam naszych w składzie deutschlanderów (hi hi). Do tego wynik też przewidział siedemdziesiąty pięty zmysł. Pełnia szczęścia.
Tylko pytanie Wayna za trudne: sens życia, miłości, związków, małżeństw itd...

Nie nadaję się do tego typu publicznych występów, ale jest Mundial - z miłości do piłki - wszystko można przeżyć :)))))))))))))))))))


(Pieśń zawsze aktualna... Zawsze...)

Śpijcie dobrze, kolorowo

sobota, 12 czerwca 2010

New-old day

Z dzisiaj:
- załatwiłam kwestię apteki :))))))
- zjadłam pierwszy normalny obiad od dawna (zapiekana feta z kosmicznymi dodatkami i grillowaną pitą)
- zaczęłam walczyć z dramatem, o którym pisałam ostatnio


W ramach poobiedniej rozpusty wybrałyśmy się do naszej ulubionej kawiarni, w której chyba ciut nielegalnie zrobiłam kilka zdjęć...
Przepiękna aranżacja wnętrza, ale my dałyśmy się uwieść urokowi ogródka, skąpanego w słońcu i zieleni... Liście winne wijące się ponad naszymi głowami pozwalały słońcu wdzierać się do wnętrza frywolnie niesłychanie, działając na zmysł piękna i estetyki... Całość uzupełniały kwiaty stojące wszędzie, skrzące się kolorami, sycące zapachem nasze nozdrza czułe...



Wypiłyśmy po mrożonej kawie z bitą śmietaną, lodami i sokiem z fiołków - nieziemski smak :)))) Polecam! Orzeźwiające, niewinnie słodkie, z nutą fiołkowych rozkoszy... I żal było wychodzić...

Wieczorem obejrzałyśmy jeden z filmów dla dorosłych i zdecydowanie mających powyżej 18 lat :) Dopiłyśmy nasze białe winko. I chyba czas spać. Bo wrażeń na dzisiaj wystarczy...







Dobrej nocy

piątek, 11 czerwca 2010

Dzień: off

Wieczorowo Malutka jest zmęczona. Kolejny aktywny dzień i właściwie prawie nie było mnie w 418.

Mimo wszystko znów wybyłam na plażę, czyli do wody. Potrzebowałam zmęczyć się fizycznie, odreagować to, co odreagować należało. I jestem zadowolona. Z moim pływaniem nie jest aż tak źle (przez ponad rok nie pływałam wcale).
Przy okazji zdałam sobie sprawę z tego, że nic tak na mnie nie działa jak mordęga fizyczna. Długi spacer nad Rusałkę, to było mało - wybyłam więc później do mojego maleńkiego parku, o którym tak niewielu wie.
Uroczy park pełen historii, położony na uboczu, piękny, dziki, a jednak nieuczęszczany, pozwalający na swobodę i intymność, tak myśli, jako i czynów ;)))))))))))))))))

Plaża - nie polecam. Tłoczno, duszno i w ogóle.

Wyprawa do parku - przełomowa. O tym można by napisać książkę: "Jak niesocjalizowana Malutka zdobywa świat", krok po kroczku, choć lepiej oszczędzić makabrycznych opisów, zwłaszcza samej zainteresowanej.

Wróciłam do 418 o 21. 40. U sąsiadów impreza.
Mogłam skorzystać, gdyż jedną z przypadłości Jaśka, zaraz po nurkowaniach, jest nomadyzm imprezowy - Jasiek wparował do nas już drugi raz - w celach: zapoznawczych.
I tak pokonwersował z Malutką, ale nie wzbudził mojego entuzjazmu - no cóż: bywa.

Narzekam powoli i lekko bardzo, że mi samotno, że tęskno, żeby nie strącić kropli rosy z własnych rzęs każdego kolejnego poranka. Uczę się. Od nowa. Tyle, że uczę się według zasady: nie kcem, nie potrzebujem, nie muszem.

Wyszukane w sieci :)

Ale to nic nie znaczy. Nie da się wejść do zajętego serca, nawet jeśli lokatora eksmitowano (lub sam się eksmitował). Tak mam. I nie da się, póki co, tego obejść.
Chyba sama zaczynam wreszcie godzić się z tym, że może mi być źle z tym wszystkim. I jest. Niewymownie: na wydziale, gdzie zrobiłam małą pokazówkę: On jest mój (a ona choć miała na imię Wiktoria - przegrała tamto starcie); w tramwaju, którym jeździliśmy z Ogrodów do mojego/naszego akademika; na Olimpii - gdzie przez dwie noce zamarzaliśmy śpiąc w kurtkach; nad stawkiem, po którym pływają nasze kaczki...

Wyszukane w sieci :)

Znam kilka tęsknot. Niektóre są miłe, przyjemne, wnoszą do myśli roztargnienie niegroźne, krzepiące nawet...
Ta tęsknota gniecie od środka. Miażdży myśli. Pojawia się i znika: niewiemjakniewiemkiedy. Budzi się prawie o tej porze, co ja. Zasypia podobnie.
Nauka egzystowania razem z nią - do najmilszych i najprzyjemniejszych nie należy.

Pora spać.

Plan na jutro -wstać o 5 i pójść pobiegać na Cytadelę. I wreszcie pojawić się w aptece.

Dobrej nocy

:(

odwołałam

nie mogę się nad sobą rozczulić, bo zacznę beczeć

beczenie jest złe

pozdrawiam
Cześ

...

Obudziłam się ponad godzinę temu. I nie dało rady ponownie zasnąć, mimo, że bardzo chciałam. Dooglądałam więc zachód słońca z parapetu :)

Wczorajsze winko - uśpiło mnie natychmiast.

Ledwie otworzyłam oczy miałam mały wypadek, który dla mnie ma rozmiary piramidy Cheopsa czy innego Chefrena. Czuję się strasznie. Moje demony zawsze wiedzą, kiedy wracać i jak mnie zabić (oczywiście niedosłownie). Nie wiem, co z fantem począć, ale no cóż, bywa. Jak nie znajdę sposobu na rozwiązanie problemu - zaszyję się w pustelni czy innej samotni. Żeby mnie nikt nie oglądał i nie męczył gapieniem się.
Cześ... chyba ma ochotę zniknąć z powierzchni ziemi.
Ehhh.
Szlag by to trafił!!!!!!!!!!!!!!!!!Wyszukane w sieci :)

Poza tym - moja krakowska kamienica wygląda teraz nieziemsko, skąpana w słońcu - nabrała pięknych kolorów.
Fajnie, że dzieciaki mają teraz więcej czasu - lubię patrzeć, jak się bawią na podwórku kamienicy. (Tylko bez żadnych podtekstów, proszę Państwa). Skakanki, guma, piłka i śmiech - plus kilka innych atrybutów zabawy. Jedna z dziewczynek wywija niesamowite rzeczy na trzepaku - w życiu czegoś takiego nie dałabym rady wykombinować - znaczy się: musi mieć ciało z gumy. Inna doskonale radzi sobie z chłopakami, którzy grając w piłkę, często robią sobie przerwy w postaci: rzut na dziewczynki - orientuj się - i poleciała wprost na gromadę. Reakcja - a masz - i po głowie im tą piłką.
Dzieciństwo dobre jest, kiedy jest dobre.
Miałam farta, tak sobie myślę.

Kończąc mój bezsensowny wywód - mam doła, ale kontrolowanego.
Nastój dobry, tyle, że mankament daje mi w kość. I dlaczego właśnie dzisiaj? Dlaczego w ogóle? Znów ja???

Mam ochotę odwołać dzisiejsze wyjście ranne, żeby mnie Kuba takiej nie oglądał, w sumie obcy facet i kompletnie mi wisi, co o mnie myśli, ale przez jakiś czas - musimy współpracować i głupio, by patrzył na mój mały-wielki horror... Mimo wszystko.
Fuckkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkk
Zawsze coś się musi sknocić.
Zawsze.

Napisałabym: HELP. Ale to bez sensu.
Z tym się nic nie da zrobić.

Za brak konkretnego podania, o co chodzi - przepraszam. Ale wolę nie.

czwartek, 10 czerwca 2010

Podsumowanie dnia

Mój organizm ma dość na dzisiaj. Brak snu przerodził się w Malutkiej w wersję zaawansowanego ADHD:
- odczyt zaliczony śpiewająco
- spacer i plażowanie na Rusałce
- trzygodzinny spacerniak w Hance (w kółko to było)
- porządki generalne (i wreszcie jest czysto :)
- spacerek po winko białe i sprite (dla ochłody, bo Poznań rozupalony)

Wyszukane w sieci :)

(teraz mam dość i wygląda mniej więcej tak moje ciało)

Jeszcze: obejrzę ze dwa nowe odcinki Housa i pójdę spać, bo jutro kolejny wielki dzień, że się doczekać nie mogę :))))))))))))))))))))))
Malutka lubi ten stan, gdy się na coś nie może doczekać :))))))))))))
A takich rzeczy, na które się czeka, jest więcej...

Dobrej nocy, wyspania i relaksuuuuu

Ps. Masaż by się przydał...

(po)nocny

Sen: niezbędny do życia, jak tlen, woda i pokarm (i kilka takich tam innych).

Położyłam się spać równo o 3. Padnięta, z pulsowaniem pod czaszką. Ale napisałam, bo jak nie ja to kto? Wniosek: następnym razem takie rzeczy to przynajmniej dwa dni wcześniej, a nie 8 godzin, bo się z Malutkiej zrobiły zwłoki totalne...
Miałam wstać ciut po 7, ale organizm przezorny jest, i żeby nie zaspać - obudziłam się o 6.05. Mordęga. Muszę jeszcze zrobić korektę tekstu, bo wiadomo, że jak się coś pisze na śpiącego, to potem wygląda to tak: "Marlow dostrzega barierę poduszkamiędzy nim, białymkocyk Europejczykiem, a tamtym światem, od którego oddziela gokołderkaściana ciemnego buszu. Zmysł widzenia – pozwala mu dostrzec spaćswoistość [...]".

Sen, mimo wszystko, przyszedł. Mój ulubiony z dziwnym powyginanym, kutym krzesełkiem... Kiedyś już o nim tutaj było. Dawno mi się nie śnił. Zadziwia mnie, jak wielka ilość szczegółów jest w tym śnie, jak bardzo angażuje on zmysły: widzę, dłonie wyczuwają fakturę, do nozdrzy przebija się zapach. Dostrzegam detale, błysk ostrza, kolor podłogi, ale i zmieniający się płynnie dźwięk.

Plan na dzisiaj - zdać ten durny odczyt. Położyć się spać i posprzątać, bo jakoś nie możemy dojść do ładu, a pokój wygląda jak po przemarszu wojsk zjednoczonych państw ościennych. (Albo gorzej).

Miłego dnia






środa, 9 czerwca 2010

Dobrze mi :)))))))))))))))))))))))))

Chwalmy Pana :)


Jest dzień Czesia :))))))





(jak mi coś w końcu dzisiaj nie wyjdzie, to niezwłocznie - opiszę, a póki co - narzekać nie mogę)

bo:
* napisałam napisaną recenzję (przeróbka starszej wersji, starszej, ale własnej)
* odczytałam owo dziadostwo (str. 3) na głos bez zająknięcia (pierwszy raz - mega sukces - zazwyczaj mnie trema zżerała)
* załatwiłam ksero po niższej cenie (się wie)
* kupiłam piwka 2 - dla Aneszki i siebie
* pochłonęłam zupkę przepyszną ;)


To jakby o Malutkiej, w wersji Cześ (i nawet płeć pasuje, no nie?) ;)

Żeby nie myśleć o nauce ;D

Za mną już 2 poranne kawy, a i tak mózg nie może wyjść z trybu działania: nocny. Tłumaczę sobie to tym, że tej nocy było dość dziwacznie, i to na pewno dlatego.

Kładąc się spać, zarówno Aneszka, jak i ja, miałyśmy nastroje podłe jak dwie małpy w zoo, tłuczące się po łbach skórką od banana, ot tak, bez powodu (dla sportu, rzec by można).

Na szczęście - opiewany w ostatnim poście - brak problemów z zasypianiem - szybko wyrwał mnie z posępności ;) I tutaj temat właściwy posta: SNY Malutkiej.

Tej nocy miałam 3 zupełnie różne sny. Płynnie przenikałam z jednego w następny. Szybko przystosowywałam się do zmian w otoczeniu, do zmian barw i emocji towarzyszących.

Pierwszy.
Była msza w kościele, a ja wpadłam do środka, zziajana, po to, by przekazać znajomej jakąś informację od rodzicielki, spisaną na kartce. Kara zamiast siedzieć w zwyczajowej przedostatniej ławce - usiadła w pierwszej. Malutka, przebijała się więc przez tłum i w krótkiej (w snach takie rzeczy możliwe bardziej, niż w Erze) spódniczce gnała do przodu, coraz bliżej ołtarza... Nie w smak byłoby przecież przesiedzieć w kościele ponad pół godziny, gdy w głowie buzowała świadomość spotkania niecnego, a przyjemnego, umówionego na za kilka minut :) Spotkanie niecne dodawało Malutkiej odwagi, by wreszcie stanąć przed Karą i podać jej, co podać trzeba było. Sen kończył się w momencie, gdy wybiegałam z kościoła, z miną triumfalną i wybitnie zadowoloną :))))))

Drugi.
Malutka siedziała na Sarmackiej. Była zamknięta i nie mogła się wydostać. Miotała się od ściany do ściany. Mieszkanie było zupełnie puste, pozbawione wszelkich mieszkańców i sprzętów - został tylko koc na łóżku (zresztą koc mój własny, darowany lokatorowi ulubionemu). Biel ścian powodowała fixum traumum, cisza - głośniejsza niż garkotłuki na koloniach - razem wypróżniały mi mózg, tworząc takie dziury, że zastanawiałam się, czym to zaszyć lub zakleić? Jedynym pozytywnym aspektem zaistniałej sytuacji były dostarczane mi niewiemjakniewiemkiedyniewiemprzezkogo pączki od Kandulskiego, których pudełko leżało ciągle pełne, mimo mojego wyjadania, na parapecie tego pokoju, który znam najlepiej. Wreszcie doszłam do tak monstrualnych rozmiarów, że pękłam, jak balon, który ktoś nadmuchał na dużej głębokości i chciał się z nim wydostać na powierzchnię (a tu wiadomo ciśnienie robi swoje i się balonikowi robi trach). Koniec snu.

Trzeci.
Malutka grała w szachy (jeszcze żeby umiała). Grałam z Jovanem. On miał białe pionki, ja czarne. Partia toczyła się i toczyła. Statycznie bardzo. Prawie nie dostrzegałam ruchu. Wszystko przesuwało się w niezwykle zwolnionym tempie, w zatrzymaniu wręcz. Wreszcie przegrałam i Jovan w nagrodę pożerał jakieś psie ciacha. Psiak położył mi głowę na kolanach i w sumie nic więcej. On leżał, ja się gapiłam na obraz, który pojawił się znikąd. Wielkie płótno, całe pomazane, jakby przez sforę dzieciaków z przedszkola. I z obrazu zaczęły wychodzić kolory. I tak, Malutka miała niebieskie ręce, zielony nos, czerwone ucho, brązowe usta i kretyńsko różowe nogi - bleeeeeeeeeeeeee.

Wybudził mnie sms. I dobrze, bo jak wyobrażę sobie, że mogłabym spojrzeć w lustro i zobaczyć siebie w wersji: TĘCZOWA MALUTKA, to lekko nerw mi się załącza...

Rano: okazała się, że ktoś zamknął nam okno, bo od kiedy w Poznaniu jest ciepło i pogodnie, okna nie zamykamy w ogóle. A jednak - rano było zamknięte. Ani Aneszka, ani ja tego nie zrobiłyśmy, a przynajmniej żadna z nas tego nie pamięta.

W dodatku - mam taką wielką rysę na plecach... Cosik mnie podrapało nocą. (Aneszka zauważyła, gdy się odziewałam ślicznie). Trudno samej sobie zrobić coś takiego, nawet we śnie. Krasnoludki? Lunatykowanie? Inny czort czy licho? ;)

Dziwna noc.
Długa noc.
(Może dziadów?)

Teraz - mam pisać, a nie przejawiam ochoty do tego najmniejszej... Chcę już piątku i pierwszych kotów za płoty. Dam radę? Jasne, że dam. Bardzo chcę. I bardzo mi się to podoba :)

Pozdrawiam z nad kubka maślanki: pieczone jabłko.
Miłego dnia :) :) :)
I energiiiiiiiiiiiiii (a jak macie nadmiary - to ja przygarnę - się przyda do mgrki )


Ps. I jak to zrobić, żeby mi się nie chciało nie chcieć, a chciało chcieć? Bo nie wiem :)))))))))))
Ps.2. I kocha się dalej :))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))
Ps.3. Odbija mi, poozyyytyyywnieeee.
Ps.4. Zaległe zdjęcia?


Ps.5. Gra mi w głowie:

wtorek, 8 czerwca 2010

Bez sensu, ale jednak.

Znacie to dziwne wrażenie, gdy mózg nie odczuwa upływu czasu? Gdy wszystko zatrzymuje się w miejscu? Gdy ciągle i nieustannie ma się do czynienie z TU i TERAZ, a nie z KIEDYŚ i GDZIEŚ...? Takie zapętlenie swoiste.

Wyszukane w sieci :)

Salvador Dalí, The Railway Station at Perpignan
(tak mi jakoś we łbie zabłysło).

Zaczynam myśleć, że nic się nie zmieniło. Że nadal jest po staremu. Że nie mogłoby być inaczej, bo niby jak?
To tyle z wywodów pod tytułem: "Malutka ma źle w głowie"

Ciąg dalszy - Malutka wczoraj uczestniczyła w babskim wieczorze z Aneszkiem i Hankiem w roli głównej, no i jeszcze z Malutką oczywiście.
Przed wyjściem Izz określiła Aneszkę i mnie mianem: "jajeczek wielkanocnych" - Aneszka miała żółtą bluzeczkę na ramiączkach, ja - jaskrawozieloną. Wyglądałyśmy wiosennie, albo i letnio ;))))
Na Hankowych Winogradach gadałyśmy o wszystkim, z nastawienie na: "Głodnemu chleb na myśli" i "Głodny głodnemu wypomina" i jeszcze: "A potem i tak sraczka murowana". Seks. Wszechobecny. Wszechogarniający.

Powrót. O północy mniej więcej - zmarzłyśmy jak cholera. Ale przyjemnie było się ciut wychłodzić - lubię, gdy czasem jest mi zimno. Mimo wszystko dzisiaj mam maleńki ból gardła w gratisie. W pokoju: padłam jak kłoda na łóżko i SPOKOJNIE usnęłam. Wreszcie sypiam jak człowiek :)

Puste łóżko da się przeżyć. Pustego pokoju - już przeżyć się nie da...

Związek, w którym druga strona szczelnie wypełnia sobą pustki przestrzeni ma swoje plusy, gdy trwa. Gdy się kończy - kończy się też komfort wypełniania luk. I ma się wtedy zdecydowanie za dużo miejsca. Sen obija się o ściany, łóżka, krzesła, ale nie wskakuje do głowy, nie przymyka oczu. Nie przenosi do krainy majaków/ widzeń i innych jaw.
Przynajmniej ja tak mam.

Plan na dzisiaj - zrobić to, co należy zrobić. Napisać, co należy napisać. I zapomnieć o Bożym świecie.

Przypomniała mi się taka historyjka:
mały Alejandro miał 5 lat, gdy odkrył do czego służy plastelina. Zalepił nią wszystkie dziurki od kluczy, przyczepiał nań uchwyty wszelakie (które wcześniej zgrabnie strącił/ popsuł) i generalnie nawet szafkę w biurku zamykał na plastelinę - wystarczyło odrobinę zamieścić na jednej z listew i potem tylko docisnąć drzwi - i gotowe. Było to problematyczne. Zwłaszcza, że Alejandrowi było mało. Postanowił pójść krok dalej - i zalepić buźkę, ale nie swoją oczywiście. Radzimir się do tego nie nadawał - był starszy, silniejszy - nie warto było, choćby próbować, bo gwarantowany cios w czapę. Kto został? - mały Cześ, jakiś taki prawie trzyletni. I Czesiek, standardowa dziewczynka - bronić się nie był wstanie, czyli pasował idealnie, jako nadrzędny królik doświadczalny. Tajne laboratorium zewnętrzne (wewnętrzne- domowe - było mniej tajne), mieszczące się w piaskownicy na ogródku stanowiło ośrodek wszelakich działań i inwazji pomysłów głupich i głupszych, ale błyskotliwych wielce. Pewnego pięknego popołudnia (Malutka pamięta, jakby to było dzisiaj) wrzeszczał mały Cześ niemiłosiernie, ledwie nadążając z wypluwaniem plasteliny, wciskanej na chama do jamy ustnej - Alejandro rzekł słowa święte, słowa wieszcza: "To jest plastelina. A Ty masz być cicho. To jest eksperyyyymentmm. Takie jest życie. Dzidzia". Na szczęście nadbiegła jedna z rodzicielek (i tu Malutka ma wątpliwości: Alejandrowa czy Czesiowa to była mama) i oczyściwszy buzię Czesia z plastelinowego wypełnienia - przerwała eksperyment, jako niezgodny z prawami człowieka, niebezpieczny dla zdrowia i życia czy coś. :)

Naszło mnie na wspomnienia, ale może życie faktycznie jest eksperymentem?
(Szkoda, że nie moim, trochę pokombinowałabym w całości przebiegu, począwszy już od samiuśkiej genezy...).

Tyle wymarudzania na dzisiaj.
Mykam, biorąc się do roboty, z oczyma wlepionymi w Kazimierza I Wielkiego, grzebiącego się między trocinami.


Ps. Mi się powinno wyłączyć zmysł węszenia podstępów. Mam chwilowo stan podgorączkowy, czyli umysł w pełnej gotowości do wyszukiwania przekrętów. Nie wierzę w przypadki, przekształcające się w przeznaczenie.
Ps. 2. Podobno wczoraj byłam jedną z dwóch części składowych medium. Część składowa nr 2 tak orzekła. :Q

sobota, 5 czerwca 2010

Po...

Przeżyłam.
Właściwie wszyscy przeżyli.
Oczywiście w kościele nie zrobiłam nic w związku z witaniem/ żegnaniem/ dziękowaniem.
Poradzili sobie beze mnie.

Jego Eminencja okazał się być fajnym facetem, właściwie w moim typie ;)
Ale to dopiero przy obiedzie, gdy przebił się w rozmowie z Resztą Gromady w moją stronę. Dziwne, bo siedziałam cicho, obserwując to, co dzieje się w pokoju, nie wychylając się (jak Alejandro), nie frapując spostrzeżeniami (jak większość). Po prostu cicho. I zaczęliśmy rozmawiać, trochę o książkach, trochę o Poznaniu, aż wreszcie tor boczny: "wyróżniasz się, masz coś w oczach". Tzn? "Jakiś smutek i wielką ciekawość"...
Bez komentarza.


Ale co racja to racja - wszystko zaczyna mnie interesować...
A do tego - wczoraj biegałam.
Dzisiaj też zdążyłam zrobić kółeczko. Dzielnie towarzyszył mi Jovan.


Motto dnia: dobrze mi :)))))))
P.


Ps. Nie mogę doczekać się jutra!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :))))))))))))))))))))))))
Ps. Może Adaś po mnie przyjedzie jutro...?

piątek, 4 czerwca 2010

Eminencja

wstałam.
wściekła jak dziki pies podrażniony przez, przez, przez kota, na przykład.
o 7 rano przywitał mnie dziwny ton mojej rodzicielki - miły, ciepły z prośbą niewypowiedzianą...

zazwyczaj prośby mamy wiążą się z kupieniem czegoś (najczęściej: tytoniu i filterków)
ale dzisiaj
rekord

że niby w Gnieździe Rodzinnym, a właściwie w obszarze okalającym, bunt wybuchł i nie ma komu podziękować Jego Eminencji za wizytę, i że niby Alejandro i ja mamy to zrobić pod koniec mszy ;/;/;/


Sajgonarium. Nie ma mowy. Over my death body!!!!!
Nie będę robiła z siebie durnia.
Ani innej ofiary losu.

Niech sobie idzie dziękować, witać, żegnać, jakaś inna panna - Cześ nie ma zamiaru.

i już!



Ładnie się ten dzień zapowiada. ;/;/;/;/;/;/;/;/;/;/;/;/;/;/

czwartek, 3 czerwca 2010

Aparatura... Mikstura... I Czesiowy bzik codzienny


Jest tak: to, o czym tylko marzyłam, zaczyna nabierać realnych kształtów :))))))

Jest też tak: to do czego dążyłam - staje się nie mar
zeniem, a celem...

Siedzę w pustym 418. Kaź śpi. A ja mam dzień na myślenie. Takie konstruktywne. Zaczynam planować przebieg sesji, wakacji, nauki w wakacje, żeby podejść do matury w przyszłym roku. Może wszyscy mają rację, że samoorganizacja jest drogą do perfekcji? Dalekie to mojej życiowej postawie, lubującej się w zdaniu: "co ma być, to będzie", ale sama się uparłam, jak osioł, więc nie machnę teraz rączką.
Powoli przekonuję siebie, że chcieć - znaczy móc :)

Wczoraj Ona wróciła. Koniec szpitala :) I chwała skrzatom wszystkim: za doping, kciuki i takie tam...

Wczoraj poszłyśmy powitalnie na miasto.
Wnioski: w życiu piłkarzyków nie opanuję... Dzięki Grześkowi - nasz duet zwyciężał niejednokrotnie, ale mojej w tym nie było zasługi (poza 7 bramkami, z czego 2 to były samobóje)... Do tego - boli mnie łapka od walecznego operowania drążkami dwoma - coś mi się musiało naciągnąć :D :D :D

...
Mam mały problem: popadam w uzależnienie, od picia...
Wiem, wiem, młoda jestem, to dam radę i wytrwam...
Ale...
Chyba nie umiem zrezygnować...
Kakao. Moja miłość. Mój nałóg. Minimum 4 kubki dziennie, a czasem kilka więcej. Zrezygnowałam z kawy, nie piję już herbaty, tylko i wyłącznie ka -ka -o...
Oby mój organizm zniósł to dzielnie ;)
...

Poza tym - opanowuję żywioł, czyli aparat ;) I to jest przednia zabawa, choć prawie nic jeszcze na nim nie umiem ;) Od obiektów żywych/ poruszających się przy użyciu kończyn własnych - wolę te bardziej statyczne, np. parapet, okno czy pierścionek ;) Dobrze jest, powolutku, po cichutku - okiełznam wynalazek :) Wreszcie mam na to więcej czasu i bardzo podoba mi się taka forma jego spędzania.


Teraz jeszcze 4 fotki. I zmykam spać - jutro wyprawa wielkomiejska po część garderoby do kolejnych życiowych podbojów niezbędną - ale się nie przyznam - bo wstyd :)
...(i kupię sukienkę w kratkę!!!!! ciiiiii)...


Dobrej nocy