wtorek, 1 czerwca 2010

Wasza fryzjerskość ;)

Każdy w dzieciństwie nabawił się urazu do czegoś: do zielonych kokard we włosach, do rowerka na czterech kółkach, albo do marchewki z groszkiem. I to zupełnie normalne zjawisko.
Ja też mam takiego cusia.

Do fryzjerek/ fryzjerów i salonów fryzjerskich.

Każdego roku spędzałam całe wakacje u dziadków, jakieś 100 km od domu :) Było cudnie: babcia i dziadek rozpieszczali jedyną wnusię do granic możliwości, chłopaki (z Wojtusiem na czele) zabierali mnie na wyprawy przeróżne, potem było wielkie zbieranie porzeczek z pola prababci Anielki. Działo się wtedy, działo.
Niestety zwieńczeniem dwóch miesięcy wakacji był krótki, jednodniowy wyjazd do pobliskiego miasteczka, w którym mieszkał wuj/pan Tadeusz (jakoś nigdy nie przywykłam do tego, że z tej samej rodziny się wywodzimy).

Pan Tadeusz słynął z tego, że prowadził uznany w całej okolicy zakład fryzjerski, w którym proponowane usługi miały wzięcie większe niż Ich Trujka w najlepszym momencie swojej kariery. Farbowania, trwałe i inne takie dziadostwa, których zasadności nigdy nie rozumiałam, a potem, w ramach urazu, nawet rozumieć nie próbowałam.
Jeśli miałam farta - szłam za rączkę z dziadkiem do sklepu ze sprzętem elektrycznym (nooo tak - nie ma kabla, jest przewód) i miło gawędząc dowiadywałam się wielu ciekawych rzeczy, zwłaszcza spoza elektryki (najczęściej dziadek opowiadał mi o górach i górskich żyjątkach).
Jeśli farta nie miałam - a tak zdarzało się zdecydowanie częściej - maszerowałam wraz z babcią, z miną męczennicy, do zakładu pana Tadeusza.
I tam, od progu, odrzucał mnie zapach tych wszystkich niezbędnych mistrzowi chemikaliów i świństw innej maści. Potem było zetknięcie z dziwacznym światłem wewnątrz, wielką duchotą i ściskiem... Niezliczone ilości kobiet, siedzących na krzesełkach, a także stojących wszędzie, gdzie była ku temu możliwość. I on. Wybitny pan Tadeusz - w takim dziwacznym białym fartuchu, całym w spinkach i klamrach, z grzebieniami i nożyczkami w licznych kieszeniach, których istnienie zapewne nie było pierwotnie przewidziane, ale zostały doszyte - na potrzeby Fryzjera Złotej Szczotki.
O ile byłam dzieckiem raczej spokojnie nastawionym do obcych, o tyle na pana Tadeusza reagowałam zawsze w jednakowy sposób - chowałam się za babcią i wychodziłam z ukrycia dopiero, gdy mistrz odsuwał się od opiekunki na bezpieczną odległość 1, 5 metra. Mówiłam: "dzień dobry" i milkłam na kolejne minuty, które składały się na godzinę lub dwie, w zależności od tego, czy babcia też korzystała z talentów platynowych rączek fryzjera.
Największym wybawieniem był zawsze dziadek, ukazujący się w drzwiach, który tylko witał się w progu z "Tadziem" i oznajmiał, że zabiera mnie już na lody (i tu cytat z pamięci): "bo mała nie powinna tyle siedzieć w tym smrodzie".
Dziadek też miał uczulenie na fryzjerów, albo tylko na uwielbianego powszechnie pana Tadeusza.

Gdy już mi się podrosło do wieku podlotka wzniosłam wielkie veto i więcej się u pana Tadeusza nie pokazywałam. Zawsze podążałam z dziadkiem do sklepu z elektrycznościami, a babcia dołączała do nas na dworcu.
Gdy już mi się podrosło do wieku podlotka uczucie zniesmaczenia, wywołane choćby zapachem lakieru do włosów, znacznie się spotęgowało. Do tego stopnia, że włosy obcinała mi w domu babci znajoma (nie stricte fryzjerka), Kamila. W Gnieździe Rodzinnym obowiązek ten przejęła mama.
Na etapie licealnym sama zabierałam się do nożyczek (na szczęście fryzjerskich, nie szkolnych) i robiłam sobie porządek na głowie. Potrafiłam totalnie skrócić długie włosy, ładnie zrobić ukośną grzywkę, jakieś cieniowanie (czy jak się toto nazywa). I git.

Ale teraz - wiek jakby zobowiązuje do tego, żeby na głowie nosić coś układnego, dopracowanego itd. N I C B A R Z I E J M Y L N E G O ! ! ! ! !

W salonie fryzjerskim, odkąd mieszkam w Poznaniu, byłam 5 razy, z czego 3 jako klientka, dwa jako, niestety, baczny obserwator, innymi słowy: "poczekaj, zobaczysz i powiesz czy tak może zostać?".
Pierwsza wizyta - trauma - nie było tłoku, odoru ani niczego równie beznadziejnego. Salon duży, przestronny, w którym bardzo miła pani bardzo precyzyjnie, długo i delikatnie masowała mi mokrą od mycia głowę, wciskając przy okazji bardzo łagodnie, acz przekonująco, szyję w oparcie metalowe (czy jakie tam ono było). Potem bardzo miło zagadywała robiąc swoje - czyli pozbawiając mnie około 15 cm na długości :)
Kolejne dwie wizyty też tam. To już stałe miejsce, w którym pojawiam się rzadko, ale jednak, preferując mimo wszystko samotne potyczki z własną szczeciną.

I tutaj, po wywodzie długim i trochę bezsensownym, wybaczcie proszę, przechodzę do konkretów.

Izz w ramach dnia dziecka sprawiła sobie prezent - poddała swoje włosy zabiegowi upiększająco- pielęgnacyjnemu, podcięcia końcówek. A jam, jak ten kozioł ofiarny, polazła za nią, żeby jej smutno i samotno nie było (a może to o mnie, z tą samotnością, nie o Izz)...
Samo centrum Poznania, jedna z najważniejszych ulic Pyrlandii, i co - i zakład fryzjerski pana Tadeusza, jak Bozię kocham. Pierwsze skojarzenie - sentymentalnie - takie mam wyobrażenia rzeczywistości z czasów komuny, których nie pamiętam (bo za młoda jestem :), ale dokładnie tak jawią mi się przed oczyma:
wąsko, duszno, z charakterystycznym zapachem. Żółte nierówne i obdrapane ściany, meble niebieskie, liczące na swoich deskach ze 25 lat, jak nic. Fryzjerki w sztukach dwóch z czarnymi fartuszkami.
P O R A Ż K A...

Myślałam, że umrę, jak to zobaczyłam. I o ile w drodze DO zastanawiałam się, czy nie skorzystać z okazji i spontanicznie nie wrócić do krótkiej fryzurki, o tyle już w progu myśl ta zupełnie uleciała z mojej umęczonej widokiem/ zapachem/ wrażeniem głowy.

Przez 50 minut babka skracała włosy Izz o jakieś 3 cm... Dobrze, że czułam jeszcze ciut zapachu z wcześniej odwiedzonej perfumerii, bo dostałabym tam szału po prostu. Dobrze, że miałam ze sobą komórkę, bo bez skupiania się na SMSach - świat zawirowałby mi przed oczami, a potem nastałaby ciemność...


Kominiarze budzą sympatię, gdy się człowiek łapie za guzik.
Górnicy mają fajne święto barbórkowe.
Żołnierze mają mundury i teoretycznie powinni w nich wyglądać przystojnie.
Nauczyciele, z nimi bywa różnie, ale wspomina się ich potem, w kontekście baranka i żmii.
Itd, itd, itd.
A fryzjerzy?
Normalnie mam jakąś fobię chyba na ich punkcie...

I tylko To mi się kojarzy:


Dobrej nocy, moi Mili :)

Ps. A Kubuś mnie właśnie przytulił na dobranoc :) :) :) I wcale nie dlatego, że chciał pożyczyć (i mu się udało) suszarkę na pranie, o której już coś, kiedyś na blogu było, tylko tak po prostu, żeby sny dobre przyciągnąć ;)

Brak komentarzy: