Wieczorową porą - szykuję się do powrotu do domu: masa pakunków mniejszych i większych, kwiatki i Kaziu będą mi jutro ciążyły, a wizja mnie jutrzejszej przywodzi na myśl wielbłąda z masą tobołków... Podobnoż On ma mnie odprowadzić na stację, żebym się sama nie męczyła ;)
Co słychać dobrego i złego?
Po pierwsze - u Dziadków było cudnie i miło. Aneszka chyba zadowolona, choć stanowczo za dużo wspomnień nabiegło do jej głowy. Czasem tak jest, że pozornie zwykły wyjazd okazuje się wielka podróżą w czasie.
Ja też miałam taki moment. Byłyśmy na cmentarzu. U Wojcieszka. Pozwoliłam sobie pobyć z nim samej na krótki moment, żeby nie zaniedbywać Aneszki, lecz tak, by być sam na sam z nim... Wypruwanie z uczuć, mogłabym tak to nazwać, choć nie wprowadziło do mojej duszy takiego smutku, jakiego się spodziewałam i jakiego się bałam. Naprawiam się od środka, leczę z tego wszystkiego...
Wracam do Dziadków. Babcia serwowała moje ukochane frytki ze śmietaną, były kotlety, tona faworków i wielkie apetyty. W piątek Aneszka gotowała swoją zupę, w sobotę ja robiłam mojego popisowego kurczaka z curry w sosie śmietanowym i skromnie pisząc - było pysznie. Dziadek wydaje się sprzyjać mojej propozycji znalezienia towarzysza Psocie, więc szczeniak pojawi się lada moment.
Z innych spraw: było trochę powrotów do mojego dzieciństwa, wyszło kilka afer rodzinnych na światło iście wiosennego dnia. Ot i tyle. Spokojnie, miło, z nutką refleksji leniwych.
Poznań powitany na nowo nic się nie zmienił. Wszystko po staremu. Chyba jedynie Kazik dużo odważniej po swojej kosmicznej klatce biega.
Spotykam znajomych, śmieję się i czas płynie mi bardzo szybko. Wczoraj na przykład było wiśniówkowanie i karmelkowanie z Bobikiem - wódeczki smakowe podbijają moje podniebienie. Takie życie ma mnóstwo uroku.
PODSUMOWUJĄC: jest lepiej niż dobrze; kwitnie moja samodzielność; uczę się egoizmu w wersji soft i szafa gra.
Ze spraw gorszych - mój zakichany uniwerek obniżył mi stypendium - na 220 zł. To mniej więcej połowa z tego, co dostawałam do tej pory. I nikt już nie udaje, że studia dzienne, to tylko studia. Trzeba szukać PRACY!!! Fuckkkkk.
Przepraszam za jakoś tego wpisu, ale oczy mi się zasłaniają ciemnością. A to jedyna okazja - korzystam ;) Bo mi tu blog, odłogiem leżący, dogorywa...
Dobranoc.
Ps. Będą o moich mamach:
Ps. 1. Mam nowe buciorki ;) Takie trochu męskie, w brązie. Chwała zwrotom kasy przy reklamacjach.
Ps.2. Mam kolczyki z najsłynniejszym pocałunkiem - z Przeminęło z wiatrem :) Ku pocieszeniu po stypendium głodowym.
Ps. 3. Mam nowe spodnie - w brązie, bo wszystkie inne już poprzecierałam... Bu.
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
środa, 31 marca 2010
po przerwie :)
Jestem, jestem ;) A nie mam kiedy pisać...
Tak czy siak. Dziś wieczorem wymęczę długaśnego posta :)
(teraz piorę, sprzątam i zmykać na zajęcia muszę :)
Ale:
Tak czy siak. Dziś wieczorem wymęczę długaśnego posta :)
(teraz piorę, sprzątam i zmykać na zajęcia muszę :)
Ale:
U MNIE WSZYSTKO GRA!!!
I STWIERDZAM Z NIEKRYTYM ZASKOCZENIEM - DOBRZE MI!!!
I STWIERDZAM Z NIEKRYTYM ZASKOCZENIEM - DOBRZE MI!!!
środa, 24 marca 2010
Decyzyjnie na spokojnie - główka pracuje :)
Dzisiaj troszkę spokojniej, żeby nie popaść w szaleństwo. Wyciszam się, co nie zmienia faktu, że w głowie nadal słonecznie i kolorowo! :) :) :)
Myślę, że Czesław Śpiewa, T.Love i U2 to dobry początek dnia: żeby grało, nuciło, szemrało. Moje muzyczne odskocznie, oderwania. Od kiedy mój laptop nie istnieje (tak tak, umarło mu się na dobre) słucham tego, co u Aneszki na kompie: mamy zbieżne gusta, ale czasem brakuje mi moich staroci...
Leniuchuję, wagaruję w tym tygodniu dość konkretnie, ale po prostu nie wysiedziałabym od rana do nocy na uczelni. Wczoraj skończyłam zajęcia o 20. 30 - dziś pewnie potrwają dłużej, bo wykład okraszony jest zażartą dyskusją :) No to pass - potrzebuję swobody, a nie przykucia do krzesełka :) Post pisze się z łóżka, jeszcze w nocnym stroju Pisząca, kawa na stole, Kaź przy miseczce, Aneszka wybyła na miasto. Harmonia, moi Mili. Harmonia.
A jutro wyjazd do Dziadków kochanych. Stęskniłam się za Nimi już bardzo... Tak dawno nie spędziłam u nich więcej niż jednego dnia... A teraz - od czwartku do niedzieli :) Zabieram Aneszkę. Hi hi, porzucać Poznań dla małej wioseczki - i wyczekiwać tego z wypiekami na twarzy - dość abstrakcyjne, co? Wreszcie, wreszcie, wreszcie :) :) :) Babcia obiecała, że zrobimy faworki, mam nadzieję trochę jej pomóc przy przedświątecznym sprzątaniu, wymyśliłam, że ugotuje mojego kurczaka curry w śmietanie. Z Dziadkiem muszę wynegocjować, by jakiś szczeniak dołączył do staruszki Psoty, bo luka po Uszatym daje się odczuć zbyt intensywnie. Ten wyjazd to perspektywa powrotu do dzieciństwa, bo w T. zawsze jestem małą dziewczynką, beztroską i rozpieszczaną, a ja lubuję się w rozpieszczaniu :) Mam nadzieję, że Aneszka będzie zadowolona i że jej się spodoba. W ogóle niesamowite jest mieć przyjaciółkę, która faktycznie wtapia się we mnie i moje życie (i vice versa) - dobrze nam w takim splątaniu żywotów nieświętych studentek UAMu ;D
(Chciałabym, żebyście teraz zobaczyli, jak pięknie wygląda moja krakowska kamienica w blasku wiosennego słónca - jasna, wyraźnie zarysowana, otoczona takim ciepłem niedefiniowalnym... ).
Dzieje się ostatnio mnóstwo rzeczy w mojej głowie. Ruszam do przodu, dziarsko i z zapałem. Wybrałam trudną trasę, szlak, którego istnienia tylko się domyślam i nie jestem pewna, czy nie okaże się on prowadzić donikąd, może nawet będzie ślepym zaułkiem. Ale wiem, że nie mogę postąpić inaczej - trzeba coś stracić, żeby coś zyskać. To, co poświęcę wydaje się być święte i przeraża mnie świadomość tego. Tylko, że jestem już na takim etapie mojego życia, że nie mogę ciągle liczyć na fart losu, pora na coś samodzielnie zapracować, o coś zawalczyć, a stawka jest ogromna. Przepraszam, że nie piszę jasno o co chodzi, ale jeszcze nie czas na to. Teraz muszę wewnętrznie przygotować się do zmian, które przyjdą.
Przekonałam się ostatnio, że naprawdę jestem coś warta, że są we mnie cząstki: piękna, mądrości i dobra. Chcę je pielęgnować, chcę by takie poczucie we mnie dojrzewało - by Cześ mógł kiedyś dumnie powiedzieć, że jest Czesławem z prawdziwego zdarzenia.
Świat wokół jest niesamowity - spotykam codziennie ludzi, którzy zarażają mnie pasją istnienia: są pogodni i otwarci, a ja przy nich - nagle zyskałam zdolność przeżywania szczęścia, które wcześniej było ledwie wspomnieniem. Moja codzienność opiera się ostatnio na fundamencie takich rozmów, na które wcześniej sobie nie pozwalałam, o których nie śmiałam nawet marzyć.
Wczoraj zrobiłam bilans tego, co mam i co mogę mieć - przyszłość wygląda zdecydowanie lepiej niż przeszłość i teraźniejszość. Trzeba zmian, trzeba odwagi i konsekwencji...
Tyle na teraz... Aneszek wrócił: zakupowo, zakupowo :) Pogaduchy się szykują - poddam się im ochoczo.
A Wam - miłego dnia, cieszcie się cudna pogodą! :)
Aha - a tak jest teraz we mnie w środku; spokojnie, z ciepłym światłem i nutką marzycielstwa - obiecujący widok, nie sądzicie?
wtorek, 23 marca 2010
Przesłanie dnia :)
Hedonizm rządzi - dogadzanie sobie jest formą największej celebracji własnej osoby, a przyjemności z tego płynące tak liczne, że wymienianie byłoby jedynie marnym żartem...
Wniosek z tego taki - żyć pełnią życia, oddychać tlenem w postaci czystej i szczerzyć kły do wszystkich, co nam w drogę wejdą!!!
He he... czyżby dobrego nastroju dzień kolejny? (Czy to się nie robi nudne, co?) ;)
Wniosek z tego taki - żyć pełnią życia, oddychać tlenem w postaci czystej i szczerzyć kły do wszystkich, co nam w drogę wejdą!!!
He he... czyżby dobrego nastroju dzień kolejny? (Czy to się nie robi nudne, co?) ;)
poniedziałek, 22 marca 2010
"Czas jak rzeka, jak rzeka płynie..."
Nie zaglądałam tutaj od czterech dni, ale cóż to były za dni!!! :) :) :)
Wbrew wcześniejszym obawom - uśmiech nie schodzi mi z ust. Mój dobry humor odbija się od wszystkiego, co dokoła mnie... I jakoś tak mi spokojnie, błogo w środku, co przekłada się na RADOŚĆ w postaci czystej! Łatwiej zasnąć, łatwiej wstać z łóżka, łatwiej przebrnąć przez codzienne obowiązki. Jest tylko mały mankament: napływ myśli pędzi w mojej głowie, niczym wyścigówka wyścigowa numer 6 na wyścigach wyścigowych . Stąd krótkość zdań - żeby nie umknął mi ich sens. Zdolność kojarzenia wzrosła o jakieś 150%. ;P
Małe zestawienie tego, co się działo podczas mojej niebytności:
* Impreza u Niego w piątek- wielkie ognisko za domem - pierwsze w zadziwiająco ciepłą noc marcową. Paliło się sheeshę z tytoniem o smaku malagi (prosto ze Sudanu). Całość prezentowała wielkie nicnierobienie studentów i niestudentów: były rozmowy o Cejrowskim, granie na dżidżeridu. Zebrała się cała ferajna - nasza akademicka paczka plus ekipa domowych, a słodki, upojny klimat unoszący się w powietrzu narzucał się wszystkim jakimś lirycznym wyciszeniem, choć gwar i śmiech przebijały się echem między nami. Podkreślić należy, iż wreszcie udało się zebrać wszystkich na Sarmackiej (no, Misiaka nie było - ale akurat wyjechał do domu)...
*Sobotnio... No tutaj to będzie dłuższy opis ;) Wieczór panieński Marleny, który tak pieczołowicie organizowała Aneszka udał się nam wybornie (mam na myśli nas dwie, bo...hmmm, chyba bawiłyśmy się najlepiej - obie w swoim żywiole). Udało mi się wreszcie wlać w siebie alkohol w ilości przekraczającej jeden kufel piwa - pełen sukces ;D A oto my dwie: -Red Aneszka i Black Cześ :

Najpierw zlot w Wesołym Rogerze, później przedefilowanie z winkiem dziadka Władka przez rynek, by zakotwiczyć w Brogansie. Tam (chyba) urwał mi się film (pierwszy raz w życiu), choć po skonsultowaniu z wszystkimi obecnymi udał mi się odtworzyć te kilka godzin i wierzcie mi: działo się, działo... Wniosek z tego taki, że Cześ is the monster zabawowy, tylko musi mieć do tego odpowiednią kompanię/ szampanię. Wieczór udaję za udany; wyglądałam bosko, czułam się bosko i rozrabiałam całkiem, całkiem.
I choć panna młoda była nieco przygaszona i niegramotna w temacie "bawmy się" - reszta korzystała ile wlezie, że tak to kolokwialne ujmę ;) I Izu poznała chłopaka, który wczoraj zaprosił ją na naleśniki (podobno były pyszne). On wytańczył się na całego, choć raczej nie ze mną, ale to szczegół nieistotny zupełnie :) Aneszka wyszalała się przy boku Piotrusia. A ja - miałam przerwę na mały spacer, by "zjeść co nieco" w towarzystwie Młodego ;) Powrót do domu brutalnie przerwał czar wieczoru...
*Dzisiaj to już trochę lżejsze sprawy. Wyspałyśmy się. Poszłam na zajęcia (40 minut wykładu). Po czym udałyśmy się z Aneszką na Maltę, by dokupić jej cosia fioletowego do fryzury, nie znalazłyśmy nic ciekawego w tym temacie. Zamiast tego uposażyłyśmy znów Kazika - ma teraz klatkę z prawdziwego zdarzenia, dwie różne karmy i naszą miłość względem niego ogromną (choć ta to już dużo wcześniej się narodziła)... Oto Kaź i jego nowy dom, z którym przemierzyłyśmy pół Poznania, albo i więcej :)

Kazik jest jeszcze nieco oszołomiony, z trudem zwiedza klatkę, wdrapuje się do tunelu - zaprzyjaźnił się za to z kołowrotkiem, którego skrzypienie mogłoby zabić, ale spotkanie go z oliwką dla dzieci odniosło pożądany skutek.

Wyczerpał mnie nieco wypoczynkowy weekend. Ale mam siły na resztę tygodnia - w czwartek jadę do babci, Aneszka ze mną ;) Byle do czwartku.
A tutaj zajrzę, jak znajdę czas, bo czas, jak rzeka, jak rzeka płynie...
Pa ;)
Wbrew wcześniejszym obawom - uśmiech nie schodzi mi z ust. Mój dobry humor odbija się od wszystkiego, co dokoła mnie... I jakoś tak mi spokojnie, błogo w środku, co przekłada się na RADOŚĆ w postaci czystej! Łatwiej zasnąć, łatwiej wstać z łóżka, łatwiej przebrnąć przez codzienne obowiązki. Jest tylko mały mankament: napływ myśli pędzi w mojej głowie, niczym wyścigówka wyścigowa numer 6 na wyścigach wyścigowych . Stąd krótkość zdań - żeby nie umknął mi ich sens. Zdolność kojarzenia wzrosła o jakieś 150%. ;P
Małe zestawienie tego, co się działo podczas mojej niebytności:
* Impreza u Niego w piątek- wielkie ognisko za domem - pierwsze w zadziwiająco ciepłą noc marcową. Paliło się sheeshę z tytoniem o smaku malagi (prosto ze Sudanu). Całość prezentowała wielkie nicnierobienie studentów i niestudentów: były rozmowy o Cejrowskim, granie na dżidżeridu. Zebrała się cała ferajna - nasza akademicka paczka plus ekipa domowych, a słodki, upojny klimat unoszący się w powietrzu narzucał się wszystkim jakimś lirycznym wyciszeniem, choć gwar i śmiech przebijały się echem między nami. Podkreślić należy, iż wreszcie udało się zebrać wszystkich na Sarmackiej (no, Misiaka nie było - ale akurat wyjechał do domu)...
*Sobotnio... No tutaj to będzie dłuższy opis ;) Wieczór panieński Marleny, który tak pieczołowicie organizowała Aneszka udał się nam wybornie (mam na myśli nas dwie, bo...hmmm, chyba bawiłyśmy się najlepiej - obie w swoim żywiole). Udało mi się wreszcie wlać w siebie alkohol w ilości przekraczającej jeden kufel piwa - pełen sukces ;D A oto my dwie: -Red Aneszka i Black Cześ :
Najpierw zlot w Wesołym Rogerze, później przedefilowanie z winkiem dziadka Władka przez rynek, by zakotwiczyć w Brogansie. Tam (chyba) urwał mi się film (pierwszy raz w życiu), choć po skonsultowaniu z wszystkimi obecnymi udał mi się odtworzyć te kilka godzin i wierzcie mi: działo się, działo... Wniosek z tego taki, że Cześ is the monster zabawowy, tylko musi mieć do tego odpowiednią kompanię/ szampanię. Wieczór udaję za udany; wyglądałam bosko, czułam się bosko i rozrabiałam całkiem, całkiem.
I choć panna młoda była nieco przygaszona i niegramotna w temacie "bawmy się" - reszta korzystała ile wlezie, że tak to kolokwialne ujmę ;) I Izu poznała chłopaka, który wczoraj zaprosił ją na naleśniki (podobno były pyszne). On wytańczył się na całego, choć raczej nie ze mną, ale to szczegół nieistotny zupełnie :) Aneszka wyszalała się przy boku Piotrusia. A ja - miałam przerwę na mały spacer, by "zjeść co nieco" w towarzystwie Młodego ;) Powrót do domu brutalnie przerwał czar wieczoru...
*Dzisiaj to już trochę lżejsze sprawy. Wyspałyśmy się. Poszłam na zajęcia (40 minut wykładu). Po czym udałyśmy się z Aneszką na Maltę, by dokupić jej cosia fioletowego do fryzury, nie znalazłyśmy nic ciekawego w tym temacie. Zamiast tego uposażyłyśmy znów Kazika - ma teraz klatkę z prawdziwego zdarzenia, dwie różne karmy i naszą miłość względem niego ogromną (choć ta to już dużo wcześniej się narodziła)... Oto Kaź i jego nowy dom, z którym przemierzyłyśmy pół Poznania, albo i więcej :)
Kazik jest jeszcze nieco oszołomiony, z trudem zwiedza klatkę, wdrapuje się do tunelu - zaprzyjaźnił się za to z kołowrotkiem, którego skrzypienie mogłoby zabić, ale spotkanie go z oliwką dla dzieci odniosło pożądany skutek.
Wyczerpał mnie nieco wypoczynkowy weekend. Ale mam siły na resztę tygodnia - w czwartek jadę do babci, Aneszka ze mną ;) Byle do czwartku.
A tutaj zajrzę, jak znajdę czas, bo czas, jak rzeka, jak rzeka płynie...
Pa ;)
czwartek, 18 marca 2010
Bonus...
Muzyka w głowie... Dodaję jeszcze TO, bo mnie usidliła ta melodia jakiś czas temu, a może głos mnie usidlił - sama nie wiem. Tak czy siak: pewnie znacie ;)
Kolorowo ;)
Tak a propos tematów miłosnych, których w literaturze bez liku i które prześladują mnie ostatnio z siłą gniotącą... Bo jak nie portrety zakochanych kobiet, to słynni kochankowie, a jak nie to, to wątki miłosne zakończone ślubami, no i o zgrozo literackie cudzołożenie i zdrady... He he: dla każdego coś miłego, pomyślałam więc, że ładnie podsumuję to jednym z ulubionych obrazów :) Drodzy Państwo: Henri Gervex - i dzieło, które działa na moją wyobraźnię - światłem... ;)
Zauważam, że ostatnio w mojej głowie jest więcej miejsca na sztukę - chwała Kantorowi, bo inaczej pewnie nawet nie próbowałabym jej poznawać, a teraz jest mój czas wchodzenia w twórczość plastyczną. I choć oczywiście nadal preferuję rzeźbę, z niezrównanym Michałem Aniołem na czele, to i na malarstwo znajdzie się skromny, malutki pokoik w mojej głowie. Śmiałam się dzisiaj nawet do Niego, że w naszym domu ma zawisnąć któryś z obrazów najulubieńszego Kantora - i trzeba się wziąć na poważnie za zarabianie kokosów, palm czy innych kaktusów, bo jak się będziemy w płotki całe życie wcielać, to wielkiej sztuki na swoich czterech ścianach nie powiesimy... :P A mi się marzy...
Poza tym... Dobrego nastroju dzień 4! Ha ha! Niemożliwe a jednak - i się utrzyma jeszcze trochę, a co ;) Bo dobrze czuć się dobrze ze sobą. I fajnie patrzeć do koła bez słynnego grymasu "Paulinistej". Lepiej mi i innym :) I lepiej mi ze sobą.
Poza tym - robię sobie delikatną dietę, choć ciężko odstawić żywieniowe łakocie, które zawsze bliskie były memu sercu, ale że ostatnio moje ciało mnie nie zadowala, to trochę się na nim popastwię, tyle, że rozsądnie.
On jest ze mną :) Ja piszę na Jego lapku kolejną pracę, On czyta Heban Kapuścińskiego - git, gitara i kalosze :) Dobrze tak razem siedzieć i robić dwie różne rzeczy, ale mieć możliwość spojrzenia na siebie, jakąś przerwę na przytulnik całuśny :) Stan na dzisiaj: błoga pracowitość okraszona krótkim spacerem po Poznaniu. W planach mam jeszcze zrobienie kurczaka grillowanego - chwała za opiekacz/ toster Kasiom i Izom.
Wczoraj 418 nawiedził Przem i jego historie. Wywiązał się temat zaręczyn, który wyewoluował na zagadnienia: ślub i małżeństwo, a w końcowej fazie poruszano kwestie macierzyństwa i tacierzyństwa... Moi drodzy: Przem jest niewierzący, Michasiek wierzący, Aneszka ma podejście bardziej racjonalne, a ja wychodzę na walniętą romantyczkę (której ku chwale ojczyzny brak Romea, bo zamiast Romea mam Jego, a On w poglądach najbliżej ma o Aneszki). Hmmm. W szczegóły nie będę się wdawać, bo to bez sensu, ale fajna wyszła nam analiza współczesnego podchodzenia do TYCH SPRAW przez ludzi młodych (bo za takowych się uważamy, aczkolwiek wg. poglądów mojego psora- polonisty, to my już starzy wyjadacze jesteśmy, bo młodość kończy się w liceum :) 4 osoby a zupełnie różne podejścia, inne motywacje... I dobrze, ale chyba najważniejsze jest podejście do poglądów innych z szacunkiem, bez mówienia, że ktoś myśli źle i w ogóle jest tępy i ograniczony. Aha.
Konsekwencją wywodów o tej tematyce było bawienie się w wybieranie preferencji imionowych. Przem wybrał: Aarona i Wiktorię, Michu: Wiktora i Kasię, Aneszka tak pokątnie: Wiktora i coś jeszcze (ale mam sklerozę - bo jednak oponowała świętymi słowami: "jeszcze nie wiem"), a ja niezmiennie: Sambora i zmiennie Arnikę... Co o tym myślicie? Mody na nadawanie dzieciom imion są różne, ja zdecydowanie uciekam do starszych: Leopoldów, Cyprianów, Jonaszy i innych Staszków (co do dziewczęcych - właściwie żadne mi się nie podobają, ale to szczegół). Rażą mnie za to amerykańskie wejścia Allanów, Jessic i innych Kevinów. Ot i tyle w tym temacie.
I się przy okazji dowiedziałam, że moje imię faktycznie oznacza: "Mała", co ja sobie z jakąś intuicją przerobiłam na "Malutką" :)
Hi hi, a "paulus" znaczy "mały" i kiedyś było obelgą, że aż pięści szły w ruch, a zęby pozywających wypadały nagle i z hukiem bolesnym, czy jękiem raczej :)
A teraz On pyta, co sądzę o zabijaniu słoni, w kontekście cmentarzysk? Ehhh - niektórym ludziom powinno robić się dokładnie to samo, co oni robili zwierzętom, albo i więcej... W takich kwestiach nie jestem humanitarna...
I coś czego nie wiedziałam wcześniej - wg Kapuścińskiego - stary, wycieńczony słoń wchodził do zbiornika wodnego i w nim umierał, bo nie miał sił wydostać się z grząskiego, mulistego dna... I nie wiem, co o tym myśleć.
Koniec wagarowania od uczelnianego pisania... Czas się wziąć do roboty, bo jutro tracę kompa, i w ogóle jutro przypada termin przesłania pracy... ;/;/;/
Miłego wieczoru!
Ja jeszcze pomęczę oczy przed ekranem...
I tak na koniec:
Zauważam, że ostatnio w mojej głowie jest więcej miejsca na sztukę - chwała Kantorowi, bo inaczej pewnie nawet nie próbowałabym jej poznawać, a teraz jest mój czas wchodzenia w twórczość plastyczną. I choć oczywiście nadal preferuję rzeźbę, z niezrównanym Michałem Aniołem na czele, to i na malarstwo znajdzie się skromny, malutki pokoik w mojej głowie. Śmiałam się dzisiaj nawet do Niego, że w naszym domu ma zawisnąć któryś z obrazów najulubieńszego Kantora - i trzeba się wziąć na poważnie za zarabianie kokosów, palm czy innych kaktusów, bo jak się będziemy w płotki całe życie wcielać, to wielkiej sztuki na swoich czterech ścianach nie powiesimy... :P A mi się marzy...
Poza tym... Dobrego nastroju dzień 4! Ha ha! Niemożliwe a jednak - i się utrzyma jeszcze trochę, a co ;) Bo dobrze czuć się dobrze ze sobą. I fajnie patrzeć do koła bez słynnego grymasu "Paulinistej". Lepiej mi i innym :) I lepiej mi ze sobą.
Poza tym - robię sobie delikatną dietę, choć ciężko odstawić żywieniowe łakocie, które zawsze bliskie były memu sercu, ale że ostatnio moje ciało mnie nie zadowala, to trochę się na nim popastwię, tyle, że rozsądnie.
On jest ze mną :) Ja piszę na Jego lapku kolejną pracę, On czyta Heban Kapuścińskiego - git, gitara i kalosze :) Dobrze tak razem siedzieć i robić dwie różne rzeczy, ale mieć możliwość spojrzenia na siebie, jakąś przerwę na przytulnik całuśny :) Stan na dzisiaj: błoga pracowitość okraszona krótkim spacerem po Poznaniu. W planach mam jeszcze zrobienie kurczaka grillowanego - chwała za opiekacz/ toster Kasiom i Izom.
Wczoraj 418 nawiedził Przem i jego historie. Wywiązał się temat zaręczyn, który wyewoluował na zagadnienia: ślub i małżeństwo, a w końcowej fazie poruszano kwestie macierzyństwa i tacierzyństwa... Moi drodzy: Przem jest niewierzący, Michasiek wierzący, Aneszka ma podejście bardziej racjonalne, a ja wychodzę na walniętą romantyczkę (której ku chwale ojczyzny brak Romea, bo zamiast Romea mam Jego, a On w poglądach najbliżej ma o Aneszki). Hmmm. W szczegóły nie będę się wdawać, bo to bez sensu, ale fajna wyszła nam analiza współczesnego podchodzenia do TYCH SPRAW przez ludzi młodych (bo za takowych się uważamy, aczkolwiek wg. poglądów mojego psora- polonisty, to my już starzy wyjadacze jesteśmy, bo młodość kończy się w liceum :) 4 osoby a zupełnie różne podejścia, inne motywacje... I dobrze, ale chyba najważniejsze jest podejście do poglądów innych z szacunkiem, bez mówienia, że ktoś myśli źle i w ogóle jest tępy i ograniczony. Aha.
Konsekwencją wywodów o tej tematyce było bawienie się w wybieranie preferencji imionowych. Przem wybrał: Aarona i Wiktorię, Michu: Wiktora i Kasię, Aneszka tak pokątnie: Wiktora i coś jeszcze (ale mam sklerozę - bo jednak oponowała świętymi słowami: "jeszcze nie wiem"), a ja niezmiennie: Sambora i zmiennie Arnikę... Co o tym myślicie? Mody na nadawanie dzieciom imion są różne, ja zdecydowanie uciekam do starszych: Leopoldów, Cyprianów, Jonaszy i innych Staszków (co do dziewczęcych - właściwie żadne mi się nie podobają, ale to szczegół). Rażą mnie za to amerykańskie wejścia Allanów, Jessic i innych Kevinów. Ot i tyle w tym temacie.
I się przy okazji dowiedziałam, że moje imię faktycznie oznacza: "Mała", co ja sobie z jakąś intuicją przerobiłam na "Malutką" :)
Hi hi, a "paulus" znaczy "mały" i kiedyś było obelgą, że aż pięści szły w ruch, a zęby pozywających wypadały nagle i z hukiem bolesnym, czy jękiem raczej :)
A teraz On pyta, co sądzę o zabijaniu słoni, w kontekście cmentarzysk? Ehhh - niektórym ludziom powinno robić się dokładnie to samo, co oni robili zwierzętom, albo i więcej... W takich kwestiach nie jestem humanitarna...
I coś czego nie wiedziałam wcześniej - wg Kapuścińskiego - stary, wycieńczony słoń wchodził do zbiornika wodnego i w nim umierał, bo nie miał sił wydostać się z grząskiego, mulistego dna... I nie wiem, co o tym myśleć.
Koniec wagarowania od uczelnianego pisania... Czas się wziąć do roboty, bo jutro tracę kompa, i w ogóle jutro przypada termin przesłania pracy... ;/;/;/
Miłego wieczoru!
Ja jeszcze pomęczę oczy przed ekranem...
I tak na koniec:
wtorek, 16 marca 2010
I znów nie ma tytułu, bo tyle tego, że każdy byłby zły...
A dzisiaj od rana w głowie TUWIMOWO, bo przecież nikt bardziej nie urzecze lekkością pióra... I chce się pofrunąć do nieba za tymi rymami, za tymi słowami, tak pięknie splecionymi w całość - urzeka mnie prostota i niebanalność Tuwima.
I mój ukochany wiersz, który dawno temu pokazał mi pewien Mądry Człowiek, może miałam wtedy 7 lat, może jeszcze nie miałam...
Przy okrągłym stole
Du holde Kunst, in wieviel grauen Stunden
pieśń Szuberta
A może byśmy tak, jedyna,
Wpadli na dzień do Tomaszowa?
Może tam jeszcze zmierzchem złotymTa sama cisza trwa wrześniowa...
W tym białym domu, w tym pokoju,
Gdzie cudze meble postawiono,
Musimy skończyć naszą dawną
Rozmowę smutnie nie skończoną.Do dzisiaj przy okrągłym stole
Siedzimy martwo jak zaklęci!
Kto odczaruje nas? Kto wyrwie
Z nieubłaganej niepamięci?
Jeszcze mi ciągle z jasnych oczuSpływa do warg kropelka słona,
A ty mi nic nie odpowiadaszI jesz zielone winogrona.
Jeszcze ci wciąż spojrzeniem śpiewam:
"Du holde Kunst"... i serce pęka!
I muszę jechać... więc mnie żegnasz,Lecz nie drży w dłoni mej twa ręka.
I wyjechałem, zostawiłem,
Jak sen urwała się rozmowa,Błogosławiłem, przeklinałem:
"Du holde Kunst! Więc tak bez słowa?"
Ten biały dom, ten pokój martwyDo dziś się dziwi, nie rozumie...
Wstawili ludzie cudze meble
I wychodzili stąd w zadumie...
A przecież wszystko - tam zostało!Nawet ta cisza trwa wrześniowa...
Więc może byśmy tak, najmilsza,Wpadli na dzień do Tomaszowa?...
Dochodzę do wniosku, że spotkałam bardzo wielu Mądrych Ludzi na mojej drodze i jakoś tak czerpałam z tego, co byli skłonni nie pokazać, przekazać. Ich wiedza i doświadczenie rzucały mnie na kolana, i dzięki nim sama powoli odkrywałam, co chciałabym sama robić z moim życiem, na co skierować moją pasję i energię. Teraz mam swoje koniki, mam własne zapatrywania.
To co w tym najprawdziwsze - spotykam codziennie takich "Wyjątkowców", którzy postrzegają życie i świat w kategoriach: zaskoczenia, upojenia, możliwości. I nie jest im szaro ani brudno, choć życie nieraz dawało im w kość... Trzeba potrafić docenić dzień dzisiejszy i jutrzejszy - bez perspektywy przyszłość wszystko się jakby rozpada...
Dobrego nastroju dzień drugi. Jest to zapewne konsekwencją pierwszej normalnej nocnej posiadów/ poleżówy z Aneszką, bośmy się ostatnio mijały jak "Frania przyszła, Mania poszła, poszła Mania, przyszła Frania, Frania poszła, przyszła Mania"... I brak mi było wieczoru tylko dla nas - skończyło się następująco: padłe około 3 nie wstałyśmy przed 8.00, nawet o 8.00, ale po 9. 20 - zdążyłam więc na ćwiczeniaz historii języka polskiego (na wyklad z metodologii badań składniowych zaspałam), i mam wolne do 18. 45 - odwołali mi fakultety, bo konferencja jakowaś się w Maiusie szerokim echem odbija na absencji wykładowców :)
Czas wykorzystam następująco: wypiję herbatkę o kwaśnym posmaku, zjem 4 krakersy z twarożkiem i pomidora; podczytam tomik Tuwima, zabiorę się za pracę o kobiecie zakochanej w literaturze i może poleniuchuję troszkę? Potem fakultet i nocna przeprawa autobusem na Sarmacką :*
Jest co robić, gorzej z moim lapkiem: naprawa obejmuje przysłowiowe sumy bajońskie. Nie ma co się drapać po głowie - kasy brak. W sumie, gdyby nie fakt, że mam od cholery prac do napisania, włącznie z pierwszym rozdziałem mgrki - to miałabym do tego stosunek nijaki. Niby mogłabym na Aneszkowym sprzęcie, ale on tak ma(sprzęt oczywiście), że tylko w jednym miejscu w Poznaniu da rade z niego drukować, a ja muszę na maile przesyłać moje wypociny - i raczej ich odbiorcy nie będą w stanie otworzyć, a co za tym idzie - odczytać... ;/;/;/ Ale nic - przyjdziesz czas, będzie rada, jak mawia mój sąsiad, gdy mu do flaszki brakuje ("będzie rada" oznacza w tym wypadku: u żony w portfelu coś się znajdzie).
Poznań rozświetlony słońcem. Błękitne niebo czyste niczym kryształ. Przyjemna aura, zwłaszcza dla spacerowiczów :) Podoba mi się!!!
Zmykam.Po pierwsze: "Nie marnotrawić czasu!"; po drugie: "Nie gadać/ nie pisać o niemarnotrawieniu czasu!"; po trzecie: "Won z internetu - natychmiast!!!".
Paaa
Aha. Dla smaczku na dzisiaj zalecam też takiego jednego pana - Auguste'a Rodina, a właściwie to, co stworzył pan August...




A to jest post szalony -Aneszka przyszła... I nici z pracy -jakoś nie ubolewam :P :P :P
I mój ukochany wiersz, który dawno temu pokazał mi pewien Mądry Człowiek, może miałam wtedy 7 lat, może jeszcze nie miałam...
Przy okrągłym stole
Du holde Kunst, in wieviel grauen Stunden
pieśń Szuberta
A może byśmy tak, jedyna,
Wpadli na dzień do Tomaszowa?
Może tam jeszcze zmierzchem złotymTa sama cisza trwa wrześniowa...
W tym białym domu, w tym pokoju,
Gdzie cudze meble postawiono,
Musimy skończyć naszą dawną
Rozmowę smutnie nie skończoną.Do dzisiaj przy okrągłym stole
Siedzimy martwo jak zaklęci!
Kto odczaruje nas? Kto wyrwie
Z nieubłaganej niepamięci?
Jeszcze mi ciągle z jasnych oczuSpływa do warg kropelka słona,
A ty mi nic nie odpowiadaszI jesz zielone winogrona.
Jeszcze ci wciąż spojrzeniem śpiewam:
"Du holde Kunst"... i serce pęka!
I muszę jechać... więc mnie żegnasz,Lecz nie drży w dłoni mej twa ręka.
I wyjechałem, zostawiłem,
Jak sen urwała się rozmowa,Błogosławiłem, przeklinałem:
"Du holde Kunst! Więc tak bez słowa?"
Ten biały dom, ten pokój martwyDo dziś się dziwi, nie rozumie...
Wstawili ludzie cudze meble
I wychodzili stąd w zadumie...
A przecież wszystko - tam zostało!Nawet ta cisza trwa wrześniowa...
Więc może byśmy tak, najmilsza,Wpadli na dzień do Tomaszowa?...
Dochodzę do wniosku, że spotkałam bardzo wielu Mądrych Ludzi na mojej drodze i jakoś tak czerpałam z tego, co byli skłonni nie pokazać, przekazać. Ich wiedza i doświadczenie rzucały mnie na kolana, i dzięki nim sama powoli odkrywałam, co chciałabym sama robić z moim życiem, na co skierować moją pasję i energię. Teraz mam swoje koniki, mam własne zapatrywania.
To co w tym najprawdziwsze - spotykam codziennie takich "Wyjątkowców", którzy postrzegają życie i świat w kategoriach: zaskoczenia, upojenia, możliwości. I nie jest im szaro ani brudno, choć życie nieraz dawało im w kość... Trzeba potrafić docenić dzień dzisiejszy i jutrzejszy - bez perspektywy przyszłość wszystko się jakby rozpada...
Dobrego nastroju dzień drugi. Jest to zapewne konsekwencją pierwszej normalnej nocnej posiadów/ poleżówy z Aneszką, bośmy się ostatnio mijały jak "Frania przyszła, Mania poszła, poszła Mania, przyszła Frania, Frania poszła, przyszła Mania"... I brak mi było wieczoru tylko dla nas - skończyło się następująco: padłe około 3 nie wstałyśmy przed 8.00, nawet o 8.00, ale po 9. 20 - zdążyłam więc na ćwiczeniaz historii języka polskiego (na wyklad z metodologii badań składniowych zaspałam), i mam wolne do 18. 45 - odwołali mi fakultety, bo konferencja jakowaś się w Maiusie szerokim echem odbija na absencji wykładowców :)
Czas wykorzystam następująco: wypiję herbatkę o kwaśnym posmaku, zjem 4 krakersy z twarożkiem i pomidora; podczytam tomik Tuwima, zabiorę się za pracę o kobiecie zakochanej w literaturze i może poleniuchuję troszkę? Potem fakultet i nocna przeprawa autobusem na Sarmacką :*
Jest co robić, gorzej z moim lapkiem: naprawa obejmuje przysłowiowe sumy bajońskie. Nie ma co się drapać po głowie - kasy brak. W sumie, gdyby nie fakt, że mam od cholery prac do napisania, włącznie z pierwszym rozdziałem mgrki - to miałabym do tego stosunek nijaki. Niby mogłabym na Aneszkowym sprzęcie, ale on tak ma(sprzęt oczywiście), że tylko w jednym miejscu w Poznaniu da rade z niego drukować, a ja muszę na maile przesyłać moje wypociny - i raczej ich odbiorcy nie będą w stanie otworzyć, a co za tym idzie - odczytać... ;/;/;/ Ale nic - przyjdziesz czas, będzie rada, jak mawia mój sąsiad, gdy mu do flaszki brakuje ("będzie rada" oznacza w tym wypadku: u żony w portfelu coś się znajdzie).
Poznań rozświetlony słońcem. Błękitne niebo czyste niczym kryształ. Przyjemna aura, zwłaszcza dla spacerowiczów :) Podoba mi się!!!
Zmykam.Po pierwsze: "Nie marnotrawić czasu!"; po drugie: "Nie gadać/ nie pisać o niemarnotrawieniu czasu!"; po trzecie: "Won z internetu - natychmiast!!!".
Paaa
Aha. Dla smaczku na dzisiaj zalecam też takiego jednego pana - Auguste'a Rodina, a właściwie to, co stworzył pan August...




A to jest post szalony -Aneszka przyszła... I nici z pracy -jakoś nie ubolewam :P :P :P
poniedziałek, 15 marca 2010
Tytuł: "bez tytułu"
Po wieczorze długim i męczącym nadeszła wyczekiwana noc ze snami dziwnymi, niedefiniowalnymi: dzisiaj ja i niedźwiedź, pakujący swoje cielsko na czubki sosen, szliśmy do Pierwszej Komunii Świętej - czysta abstrakcja zakończona porwaniem księdza proboszcza niezmojejparafii. Fajna baza: las, dom, kościół drewniany.
Ranek... Przywitał wczesną porą, jeszcze przed budzikiem, ale poleniuchowaliśmy aż do 9 :) Pojechaliśmy na uczelnię do Niego na wydział. W drodze powrotnej spotkaliśmy Michaśka i jego kuzynkę. W pokoju była już Aneszka.
Mam dobry dzień, po prostu.
Za oknem słonko grzeje i blaskiem rozpromienia szary widok brudnych kamienic. Leci muzyka, której nie potrafię zdefiniować.
Zjedliśmy już obiad, wraz z Aneszką - wspólnymi silami wypichcone schabowe z ziemniakami i mizerią. Pycha :)
A teraz: napawam się leniwie Nim, śpiącym naprzeciwko, herbatą odchudzającą i spokojem wewnętrznym. nie ma dziś we mnie burz i rozterek. Jest tylko mała, niczego nieświadoma dziewczynka, do której nawet krzesło się śmieje. I dziewczynka zrobiła sobie dwa kucyki, szukając kolorów i szczęścia najbliżej gdzie można - tutaj.
Dziwne. Jedna noc i taka zmiana nastroju ;)
To może ja już skończę pisać, żeby nie zapeszyć...?
W głowie jeszcze słyszę:
Ranek... Przywitał wczesną porą, jeszcze przed budzikiem, ale poleniuchowaliśmy aż do 9 :) Pojechaliśmy na uczelnię do Niego na wydział. W drodze powrotnej spotkaliśmy Michaśka i jego kuzynkę. W pokoju była już Aneszka.
Mam dobry dzień, po prostu.
Za oknem słonko grzeje i blaskiem rozpromienia szary widok brudnych kamienic. Leci muzyka, której nie potrafię zdefiniować.
Zjedliśmy już obiad, wraz z Aneszką - wspólnymi silami wypichcone schabowe z ziemniakami i mizerią. Pycha :)
A teraz: napawam się leniwie Nim, śpiącym naprzeciwko, herbatą odchudzającą i spokojem wewnętrznym. nie ma dziś we mnie burz i rozterek. Jest tylko mała, niczego nieświadoma dziewczynka, do której nawet krzesło się śmieje. I dziewczynka zrobiła sobie dwa kucyki, szukając kolorów i szczęścia najbliżej gdzie można - tutaj.
Dziwne. Jedna noc i taka zmiana nastroju ;)
To może ja już skończę pisać, żeby nie zapeszyć...?
W głowie jeszcze słyszę:
niedziela, 14 marca 2010
Na dwoje babka wróżyła.
Każdy czasem parzy sobie palce, dotykając słońca.
Sięga, gdzie nie dosięgnie.
Choć czarne i przypalone - dłonie do słońca przykłada.
Zaczynam żyć w sferze marzeń.
Rzeczywistość gniecie - za bardzo.
Wróciłam do Poznania po nieoczekiwanym wyjeździe do domu. Jovan przywrócił mi równowagę, ale zmagania z Iwaszkiewiczem wypompowały energię zupełnie.
Smutna pogoda, i przyroda, i szaro, i buro. Czuję powrót jesieni.
Czas na refleksje. Potrzebuje oderwać myśli od moich trzech potrzeb: kurczak z KFC, laptop na moich kolanach i ... święty spokój.
A przecież wszystko już było, wszystko to znam. Przekroczyłam własne granice. A było to tak:
Siedziałam w pociągu, w rozgrzanym wagonie, w bluzce z krótkim rękawem, z włosami zaczesanymi do tyłu, w kucyk. Zmęczona, znużona - pragnęłam się zdrzemnąć. Stacja: Mokrz - zamykam oczy. Stacja: Rokietnica - otwieram oczy. Przede mną starsza kobieta i jakaś nastolatka szczupła, śliczna, jak z wybiegu. Obie spoglądają na mnie z wielkim zainteresowaniem, a ja... no cóż, uciekam wzrokiem za okno, przymykam oczy, przecież nie lubię być w centrum uwagi. I wtedy padają półszeptem słowa święte, niepowtarzalne, jedyne: "I widzisz. Jak chcesz tak wyglądać, to jedz, co popadnie. Ty chociaż nie będziesz miała takiego brzydkiego znamienia i tej szramy, dziecko".
Matka i córka. Bestia i piękna. A ja... do wytykania palcami.
Tak. Nad lewym okiem mam znamię. Całkiem sporą myszkę, taki większy pieprzyk, żeby było bardziej obrazowo. Mój znak szczególny.
Tak. Na czole mam bliznę, całkiem dużą, jakieś 5 centymetrów. Efekt niekontrolowanej zabawy trzylatki z owczarkiem niemieckim - psa na szczęście uwolniłam spod zarzutów, bo krwią pomazałam jakieś żelastwo za stodołą, że niby spadłam.
Jestem u Niego. Dobrze mi tutaj. Bo nie ma nikogo poza nami. Wielka wartość, gdy gwar innych, ruch innych drażni i drażni bardziej. Czyżbym wyrastała już z życia w komunie, z życia akademikowego? Może.
Póki co, to na Sarmackiej czuję się najlepiej, najpewniej, najbezpieczniej.
Zimno mi. Ręce nieboszczki - ogrzewam nagrzanym kompem. W sumie nic mi nie jest. Oj, dużo już tych sum tutaj było.
Mam taki plan perfidny: wybyć na jakiś czas gdziekolwiek poza Poznań i Wieś Rodzinną, poza zasięg tych, którzy mnie znają. Czekam tylko na odpowiedni moment; a potem, z 8 dolarami jak Hłasko, pojadę w cholerę.
Coś musi się we mnie przebudzić po zimie, może nawet odrodzić. Bo inaczej pierwsze przebiśniegi, jakie dzisiaj zobaczyłam będą tylko przebiśniegami, niczym więcej. Bo inaczej nie znajdę sobie miejsca tu, gdzie moje miejsce. Bo inaczej stracę kontrolę nad własną irytacją. I okaże się, że zgryźliwą tetryczką jestem - choć chyba jestem?
A zapomniałabym, a nie powinnam - nasz Szarusek miał wypadek i wylądował u weterynarza. Nocą podążył za jakimś zwierzem, a w południe wrócił, ledwie żywy, wyjący z bólu - z rozerwanym frontem. Ale pan doktor zdziałał cuda, i choć pies obolały - czuje się nieźle, a szycie wygląda całkiem... uroczo.
Dobrej nocy.
Ps. Wybaczcie smęcenie. W sumie to pewnie z niewyspania. Generalnie - jest znośnie i tego trzymać się trzeba! A poza tym: JESTEM U NIEGO!!!! Jupiiiiii :)
Sięga, gdzie nie dosięgnie.
Choć czarne i przypalone - dłonie do słońca przykłada.
Zaczynam żyć w sferze marzeń.
Rzeczywistość gniecie - za bardzo.
Wróciłam do Poznania po nieoczekiwanym wyjeździe do domu. Jovan przywrócił mi równowagę, ale zmagania z Iwaszkiewiczem wypompowały energię zupełnie.
Smutna pogoda, i przyroda, i szaro, i buro. Czuję powrót jesieni.
Czas na refleksje. Potrzebuje oderwać myśli od moich trzech potrzeb: kurczak z KFC, laptop na moich kolanach i ... święty spokój.
A przecież wszystko już było, wszystko to znam. Przekroczyłam własne granice. A było to tak:
Siedziałam w pociągu, w rozgrzanym wagonie, w bluzce z krótkim rękawem, z włosami zaczesanymi do tyłu, w kucyk. Zmęczona, znużona - pragnęłam się zdrzemnąć. Stacja: Mokrz - zamykam oczy. Stacja: Rokietnica - otwieram oczy. Przede mną starsza kobieta i jakaś nastolatka szczupła, śliczna, jak z wybiegu. Obie spoglądają na mnie z wielkim zainteresowaniem, a ja... no cóż, uciekam wzrokiem za okno, przymykam oczy, przecież nie lubię być w centrum uwagi. I wtedy padają półszeptem słowa święte, niepowtarzalne, jedyne: "I widzisz. Jak chcesz tak wyglądać, to jedz, co popadnie. Ty chociaż nie będziesz miała takiego brzydkiego znamienia i tej szramy, dziecko".
Matka i córka. Bestia i piękna. A ja... do wytykania palcami.
Tak. Nad lewym okiem mam znamię. Całkiem sporą myszkę, taki większy pieprzyk, żeby było bardziej obrazowo. Mój znak szczególny.
Tak. Na czole mam bliznę, całkiem dużą, jakieś 5 centymetrów. Efekt niekontrolowanej zabawy trzylatki z owczarkiem niemieckim - psa na szczęście uwolniłam spod zarzutów, bo krwią pomazałam jakieś żelastwo za stodołą, że niby spadłam.
Jestem u Niego. Dobrze mi tutaj. Bo nie ma nikogo poza nami. Wielka wartość, gdy gwar innych, ruch innych drażni i drażni bardziej. Czyżbym wyrastała już z życia w komunie, z życia akademikowego? Może.
Póki co, to na Sarmackiej czuję się najlepiej, najpewniej, najbezpieczniej.
Zimno mi. Ręce nieboszczki - ogrzewam nagrzanym kompem. W sumie nic mi nie jest. Oj, dużo już tych sum tutaj było.
Mam taki plan perfidny: wybyć na jakiś czas gdziekolwiek poza Poznań i Wieś Rodzinną, poza zasięg tych, którzy mnie znają. Czekam tylko na odpowiedni moment; a potem, z 8 dolarami jak Hłasko, pojadę w cholerę.
Coś musi się we mnie przebudzić po zimie, może nawet odrodzić. Bo inaczej pierwsze przebiśniegi, jakie dzisiaj zobaczyłam będą tylko przebiśniegami, niczym więcej. Bo inaczej nie znajdę sobie miejsca tu, gdzie moje miejsce. Bo inaczej stracę kontrolę nad własną irytacją. I okaże się, że zgryźliwą tetryczką jestem - choć chyba jestem?
A zapomniałabym, a nie powinnam - nasz Szarusek miał wypadek i wylądował u weterynarza. Nocą podążył za jakimś zwierzem, a w południe wrócił, ledwie żywy, wyjący z bólu - z rozerwanym frontem. Ale pan doktor zdziałał cuda, i choć pies obolały - czuje się nieźle, a szycie wygląda całkiem... uroczo.
Dobrej nocy.
Ps. Wybaczcie smęcenie. W sumie to pewnie z niewyspania. Generalnie - jest znośnie i tego trzymać się trzeba! A poza tym: JESTEM U NIEGO!!!! Jupiiiiii :)
środa, 10 marca 2010
Kra, kra, kra; bla, bla, bla itd.
Wielkich myśli to dzień, gdy jeden frasujący temat zamieniam na inny - wszystkie równoważne, równoznaczące.... Fikają, brykają pod deklem moim, swobodne, jak gdyby nigdy nic - a przecież to życie jest, przecież to się dzieje (bo nawet jeśli wszystko jest ledwie snem - to sen ten jest bardzo przekonujący, realny i prawdziwy)!!!
Pewnie tak bywa po 12 godzinach spędzonych na uczelni, że mózg wchodzi na inne tory, że znika prostota i drobiazgowość, a całe skupienie wędruje w okolice rozważań niebezpiecznych. Zaczynam bać się siebie, i tego, że faktycznie może jestem mądra (nawet w mikro wymiarze). Przeraża mnie zdolność racjonalizowania, podejmowania decyzji na zimno, surowo i sucho - gdy to rozum musi wybierać, nie organa odczuwające.
Nie ma w tym patosu.
Wiedza, nauka, mądrość i inteligencja to brzemię i wyzwanie.
Bez patosu; patos powinien przeszkadzać, będąc pożywką dla maluczkich, nie znających własnych ograniczeń; graczy uczuciem i emocją, tak, by sama intonacja wystarczyła do podbojów na wszelkich polach bycia - bo samą intonacją można sprzedać pastę do zębów i skarpetki na targu.
Nie lubię próżnych ludzi (choć post ten wskazuje, że ja jestem próżna...), którzy nie mają nic do powiedzenia, a mówią i mówią, i skończyć nie mogą.
Tyle na dzisiaj. Bo nie mam sił na więcej. Odmeldowuję się i zgłaszam gotowość do zasypiania!
Ps. Dostrzegam uroki aktywnego studiowania!!! Kurcze, fajnie jest być na wszystkich zajęciach, czasem przysypiać, czasem siedzieć ze wzrokiem mętnym i nieobecnym, a czasem nie odrywać wzroku od katedry, modląc się, by wykład nigdy się nie skończył... IV rok jest zdecydowanie najlepszy ze wszystkich do tej pory! :) :) :)
Pewnie tak bywa po 12 godzinach spędzonych na uczelni, że mózg wchodzi na inne tory, że znika prostota i drobiazgowość, a całe skupienie wędruje w okolice rozważań niebezpiecznych. Zaczynam bać się siebie, i tego, że faktycznie może jestem mądra (nawet w mikro wymiarze). Przeraża mnie zdolność racjonalizowania, podejmowania decyzji na zimno, surowo i sucho - gdy to rozum musi wybierać, nie organa odczuwające.
Nie ma w tym patosu.
Wiedza, nauka, mądrość i inteligencja to brzemię i wyzwanie.
Bez patosu; patos powinien przeszkadzać, będąc pożywką dla maluczkich, nie znających własnych ograniczeń; graczy uczuciem i emocją, tak, by sama intonacja wystarczyła do podbojów na wszelkich polach bycia - bo samą intonacją można sprzedać pastę do zębów i skarpetki na targu.
Nie lubię próżnych ludzi (choć post ten wskazuje, że ja jestem próżna...), którzy nie mają nic do powiedzenia, a mówią i mówią, i skończyć nie mogą.
Tyle na dzisiaj. Bo nie mam sił na więcej. Odmeldowuję się i zgłaszam gotowość do zasypiania!
Ps. Dostrzegam uroki aktywnego studiowania!!! Kurcze, fajnie jest być na wszystkich zajęciach, czasem przysypiać, czasem siedzieć ze wzrokiem mętnym i nieobecnym, a czasem nie odrywać wzroku od katedry, modląc się, by wykład nigdy się nie skończył... IV rok jest zdecydowanie najlepszy ze wszystkich do tej pory! :) :) :)
wtorek, 9 marca 2010
Już po...
Tak, tak. Od 33 minut siedzę w swoim pokoiku walcząc z bólem łamiącym w krzyżach... Ilość godzin spędzanych w sali Śniadeckich wychodzi bokiem mojej posturze - przygarbionej nieco i zaokrąglonej tu, gdzie nie trzeba ;/ Ale co tam - jak na dzisiaj starczy. A na Śniadeckich pojawię się już jutro, z samiuśkiego rana, na wykładzie nr1 o 8.00...
Poza tym było ciekawie, choć nie w kontekście intelektualnym - wykład nudny jak flaki z olejem, którego tematu nie potrafiłabym nawet określić (podobnież jak przynajmniej 40 % współmęczenników- była mała sonda na ten temat).
Aczkolwiek, siedząc na jednym końcu mojego rzędu, spoglądałam na moją koleżankę, siedzącą dokładnie po drugiej stronie i... po 37 minutach Paula nie wytrzymała - przesłała mi karteczkę, przez tych wszystkich ludzi, pomiędzy nami i luki w miejscach niezajętych, by oznajmić, że ma dość i chce wyjść wcześniej... Ha ha, łatwo pomyśleć: "wcześniej", gdy wykładający doskonale toruje drogę ucieczki biednym skazanym na jego łaskę i niełaskę. Nie udało się wyjść, ani wyczołgać, ani ukradkiem, ani boczkiem, ani, ani jakkolwiek. Stąd rozwinęła się poczta ręczna/ z rąk do rąk, z rąk do rąk, że pozwolę sobie ją tak określić. Do końca zajęć zdołałam dowiedzieć się się wszystkiego o postępach w pracy Pauli: opera a dramat. Poza tym - wiem na kogo uważać na IV roku w zakresie wykładowym...
Tuż po wykładzie zaliczyłam wprawkę do zawodu - robiłam korektę tekstu pięciostronicowego o nazewnictwie kobiet w ujęciu historycznym. Pastwiłam się nad autorem, wykazując liczne błędy, ale jego potknięcia to dla mnie rzecz pożyteczna o tyle, że sama nabieram świadomości posiadanych przeze mnie umiejętności i kompetencji.
Co ważne - czym innym jest korekta tekstu czyjegoś, a czym innym własnego. Trudniej kontrolować własne wypociny i weryfikować ich poprawność - bo głowa pamięta, co chciała przekazać, a oko zbyt naiwnie zawierza mądrości głowy, nie bacząc, że praca bykiem na byku stoi, że aż się włos na głowie jeży z głupot własnych, kompromitujących jednostkę stworzoną przecież do pisania, literaturowania! (Był to jakże zawoalowany akt skruchy wywołany świadomością licznych moich przekrętów niepoprawnościowych...).
Teraz zaś mam w planach szybki, chłodny prysznic, by lekko gorączkę odpędzić, ciało moje prześladującą od dni kilku. Czas wypocząć, by jutro podołać uczelnianym obowiązkom - taki mój los... Bo czuję się, i wyglądam jak ten psiak biedny, umęczony i w ogóle przygaszony (strasznie nie lubię takiego widoku - za bardzo kocham psy, by patrzeć obojętnie na ich los zły i niesprzyjający wesołemu machaniu ogonem).
Dobrej nocy, kolorowych snów i miłego wstawania jutrzejszego poranka - Wam i sobie życzę!!!
Ps. A na dobranoc - puszczam ładne oczko, bo kocie :)
Poza tym było ciekawie, choć nie w kontekście intelektualnym - wykład nudny jak flaki z olejem, którego tematu nie potrafiłabym nawet określić (podobnież jak przynajmniej 40 % współmęczenników- była mała sonda na ten temat).
Aczkolwiek, siedząc na jednym końcu mojego rzędu, spoglądałam na moją koleżankę, siedzącą dokładnie po drugiej stronie i... po 37 minutach Paula nie wytrzymała - przesłała mi karteczkę, przez tych wszystkich ludzi, pomiędzy nami i luki w miejscach niezajętych, by oznajmić, że ma dość i chce wyjść wcześniej... Ha ha, łatwo pomyśleć: "wcześniej", gdy wykładający doskonale toruje drogę ucieczki biednym skazanym na jego łaskę i niełaskę. Nie udało się wyjść, ani wyczołgać, ani ukradkiem, ani boczkiem, ani, ani jakkolwiek. Stąd rozwinęła się poczta ręczna/ z rąk do rąk, z rąk do rąk, że pozwolę sobie ją tak określić. Do końca zajęć zdołałam dowiedzieć się się wszystkiego o postępach w pracy Pauli: opera a dramat. Poza tym - wiem na kogo uważać na IV roku w zakresie wykładowym...
Tuż po wykładzie zaliczyłam wprawkę do zawodu - robiłam korektę tekstu pięciostronicowego o nazewnictwie kobiet w ujęciu historycznym. Pastwiłam się nad autorem, wykazując liczne błędy, ale jego potknięcia to dla mnie rzecz pożyteczna o tyle, że sama nabieram świadomości posiadanych przeze mnie umiejętności i kompetencji.
Co ważne - czym innym jest korekta tekstu czyjegoś, a czym innym własnego. Trudniej kontrolować własne wypociny i weryfikować ich poprawność - bo głowa pamięta, co chciała przekazać, a oko zbyt naiwnie zawierza mądrości głowy, nie bacząc, że praca bykiem na byku stoi, że aż się włos na głowie jeży z głupot własnych, kompromitujących jednostkę stworzoną przecież do pisania, literaturowania! (Był to jakże zawoalowany akt skruchy wywołany świadomością licznych moich przekrętów niepoprawnościowych...).
Teraz zaś mam w planach szybki, chłodny prysznic, by lekko gorączkę odpędzić, ciało moje prześladującą od dni kilku. Czas wypocząć, by jutro podołać uczelnianym obowiązkom - taki mój los... Bo czuję się, i wyglądam jak ten psiak biedny, umęczony i w ogóle przygaszony (strasznie nie lubię takiego widoku - za bardzo kocham psy, by patrzeć obojętnie na ich los zły i niesprzyjający wesołemu machaniu ogonem).
Dobrej nocy, kolorowych snów i miłego wstawania jutrzejszego poranka - Wam i sobie życzę!!!
Ps. A na dobranoc - puszczam ładne oczko, bo kocie :)
Pomiędzy historią kultury a inszym fakultetem, wypisałam kilka słów...
Nastrojowe popołudnie rozpieszcza mnie godziną przerwy między zajęciami. Pokój należy teraz do mnie, jestem tylko z Kaziem, ale ja tutaj rządzę :) Mamy nieład w 418, ale widać u nas to już taka norma (odwiedziny mojego taty w zeszłym tygodniu poprzedzone były dwudniowym pucowaniem, szorowaniem i chuchaniem - ale tamten ład, sprzed 6 dni, jest już tylko wspomnieniem). Kaziu raźnie biega w swoim kołowrotku, a ja postanowiłam, że cosik naskrobię, na szybcika:) (Bo mi się tu ostatnio małopości).
Zacznę od czegoś, co mnie zaskakuje z każdym dniem coraz bardziej - budzę się wcześnie! I jestem zupełnie wyspana :) Może dzisiejsza pobudka o 6. 40 okupiona była wielkim bólem, ale bardzo szybko doszłam do siebie i o 8 grzecznie stawiłam się na metodologii badań składniowych (ehhhh, jak ja nie cierpię gramatyki!). Nie jestem pewna czy ranki od 7. 30 czy 8.00 to efekt wcześniejszego kładzenia się spać, czy raczej zmian wiszących w powietrzu, związanych z przejściem na czas letni? Choć dopuszczam również możliwość, że skoro mam spokojniejsze noce, bez gapienia się w sufit czy okno, to organizm po prostu działa jak trzeba - a w środku mnie - jak w szwajcarskim zegarku - mechanizmy bezbłędne na wiosnę :)
Dostrzegam też, że każda minuta jest ważna - czasem wystarczy poleżeć jeszcze 2, no może 3 i wstaję rześka, gotowa do aktywnego działania; a gdy tych minut mi zabraknie - jestem w zupełnej rozsypce, sennie zmagając się przez cały długi dzień z opadającymi powiekami.
Przeraża mnie postrzeganie mnie przez pryzmat gadżetów - jeśli nowe rzeczy, jakieś bzdury czy pierdoły, maja mi dodać pewności siebie - to ja dziękuję bardzo, ja tak nie chcę, bo to nie jest efekt dojrzałości, krok do przodu, tylko kolejna maska, pod którą skrywam samą siebie.
Nowe nabytki:
* niebieskie okulary,
* czapka męska,
* bransoletka w kolorach niebieskawo- zielonkawych,
* 2 pary kolczyków: pomarańczowo - czarne i zielono -niebieskie,
* wysokie trampki oliwkowe,
* hustka zielona, w kratkę niebieską.
I jakoś, od kiedy się odziewam w te moje nowości - więcej ludzi chce ze mną rozmawiać, że niby ja się tak otworzyłam na świat, przybrałam go barwnie i radośnie, z entuzjazmem i energią wychodząc naprzeciw wszystkim tym, którzy znajdują się w zasięgu połowy metra.
Kit.
Wcale tak nie jest.
Ucichłam wewnętrznie. Jakoś we mnie bez echa przebrzmiewa zewnętrzne otoczenie. Liczę się ja i to, co we mnie, choć na razie nie werbalizuję tego z powodów kilku, ale jakoś nie widzę w tym niczego dziwnego. Lubię mieć coś tylko dla siebie - lubię siebie dla siebie. Rozmawiać nie lubię, tracę tę zdolność od jakiegoś czasu, choć wiem, że nie bezpowrotnie, to taki czas, że słucham innych milcząca. I tak jest dobrze.
Jako, że zajęcia na uczelni już pełną parą - nie mam czasu na leniuchowanie. Dzisiaj zmagania w Maiusie od 8 do 20. 15 z dwoma półtora godzinnymi przerwami. Jutro z jedną. A tak chciałabym wyjść sobie na miasto w trampkach, beztrosko, pozornie bez celu, połazić między kamienicami, wspiąć się na kilka murków i w ogóle popodwórkować poznańsko. Nie korcą mnie chwilowo spacery po parkach, na łonie natury - jak najbardziej ciągnie mnie do zabudowań, do wąskich uliczek, wydeptanych chodników, gdzie każda dziura, każdy koci łeb mają swoje historie, jakieś perypetie zawiłe - i chciałabym je poznać, wgryźć się w nie i rozgryźć; chłonąć miejską swoistość, pachnącą spalinami. Widok nieba, które przesłaniają jakieś budynki - jest ledwie urywkiem pewnej całości, której i tak nie można ogarnąć zupełnie - wszak jest to niemożliwe fizycznie - i ten skrawek niebieski, granatowy staje się kluczem, którym otwierać można furtę do ogrodu wyobraźni, marzeń, fantazji. Jak ja lubię myśleć o chmurach pierzastych, jasnych i ciemnych, o deszczu i płatkach zimnego śniegu, które spadając na mój nos - włączają mnie do tych Wysokości, od zawsze będących dla mnie źródłem zachwytu. Właśnie tak, zachwytu. Wilgotne cegły, resztki hałd śniegu, zatłoczone tramwaje - świat pędzi i gna, a jednocześnie wiąż pozostaje w bezruchu. Perspektywy ujmowania różnych momentów: korków, powrotów ze szkoły, czy nawet wizyt w sklepach, to szansa na znalezienia miejsca dla mnie i mojej głowy, przepełnionej niespokojnymi myślami, chwilowymi objawieniami, poglądami niepopularnymi i płochymi nadziejami. Chcę się wpasować, oddychając rytmem miasta, w tę moziakę kolorów, odgłosów, czynności; mieć sposobność na ubranie w słowa czegoś, czego wcześniej nie zauważałam, co było mi odległe i obce - ujarzmić mechaniczność takiego bycia, gdzie dzień zaczyna dźwięk porannych tramwajów, poruszających się na przystanku nieopodal, a kończy chwilową ciszą na drodze przed akademikiem, gdy ani samochód, ani motocykl żaden nie śmią zmącić krótkiego wytchnienia świateł i skrzyżowań. Bo Poznań to podobno trudne miasto, hermetyczne - a ja tego jeszcze nie doświadczyłam, nie dostrzegłam; bo wydaje mi się tak naturalnym mówienie, że "zakluczam drzwi" i wiem, co znaczy podróż bimbą i bimbrem, i wiedziałam wcześniej - nim przybyłam tu 4 lata temu.
Zmykam na zajęcia: Nauki społeczne a biologia (czy jakoś tak - idę po raz pierwszy, stąd kiepska znajomość nazwy).
Przyjemnego wieczoru, moi Mili.
Zacznę od czegoś, co mnie zaskakuje z każdym dniem coraz bardziej - budzę się wcześnie! I jestem zupełnie wyspana :) Może dzisiejsza pobudka o 6. 40 okupiona była wielkim bólem, ale bardzo szybko doszłam do siebie i o 8 grzecznie stawiłam się na metodologii badań składniowych (ehhhh, jak ja nie cierpię gramatyki!). Nie jestem pewna czy ranki od 7. 30 czy 8.00 to efekt wcześniejszego kładzenia się spać, czy raczej zmian wiszących w powietrzu, związanych z przejściem na czas letni? Choć dopuszczam również możliwość, że skoro mam spokojniejsze noce, bez gapienia się w sufit czy okno, to organizm po prostu działa jak trzeba - a w środku mnie - jak w szwajcarskim zegarku - mechanizmy bezbłędne na wiosnę :)
Dostrzegam też, że każda minuta jest ważna - czasem wystarczy poleżeć jeszcze 2, no może 3 i wstaję rześka, gotowa do aktywnego działania; a gdy tych minut mi zabraknie - jestem w zupełnej rozsypce, sennie zmagając się przez cały długi dzień z opadającymi powiekami.
Przeraża mnie postrzeganie mnie przez pryzmat gadżetów - jeśli nowe rzeczy, jakieś bzdury czy pierdoły, maja mi dodać pewności siebie - to ja dziękuję bardzo, ja tak nie chcę, bo to nie jest efekt dojrzałości, krok do przodu, tylko kolejna maska, pod którą skrywam samą siebie.
Nowe nabytki:
* niebieskie okulary,
* czapka męska,
* bransoletka w kolorach niebieskawo- zielonkawych,
* 2 pary kolczyków: pomarańczowo - czarne i zielono -niebieskie,
* wysokie trampki oliwkowe,
* hustka zielona, w kratkę niebieską.
I jakoś, od kiedy się odziewam w te moje nowości - więcej ludzi chce ze mną rozmawiać, że niby ja się tak otworzyłam na świat, przybrałam go barwnie i radośnie, z entuzjazmem i energią wychodząc naprzeciw wszystkim tym, którzy znajdują się w zasięgu połowy metra.
Kit.
Wcale tak nie jest.
Ucichłam wewnętrznie. Jakoś we mnie bez echa przebrzmiewa zewnętrzne otoczenie. Liczę się ja i to, co we mnie, choć na razie nie werbalizuję tego z powodów kilku, ale jakoś nie widzę w tym niczego dziwnego. Lubię mieć coś tylko dla siebie - lubię siebie dla siebie. Rozmawiać nie lubię, tracę tę zdolność od jakiegoś czasu, choć wiem, że nie bezpowrotnie, to taki czas, że słucham innych milcząca. I tak jest dobrze.
Jako, że zajęcia na uczelni już pełną parą - nie mam czasu na leniuchowanie. Dzisiaj zmagania w Maiusie od 8 do 20. 15 z dwoma półtora godzinnymi przerwami. Jutro z jedną. A tak chciałabym wyjść sobie na miasto w trampkach, beztrosko, pozornie bez celu, połazić między kamienicami, wspiąć się na kilka murków i w ogóle popodwórkować poznańsko. Nie korcą mnie chwilowo spacery po parkach, na łonie natury - jak najbardziej ciągnie mnie do zabudowań, do wąskich uliczek, wydeptanych chodników, gdzie każda dziura, każdy koci łeb mają swoje historie, jakieś perypetie zawiłe - i chciałabym je poznać, wgryźć się w nie i rozgryźć; chłonąć miejską swoistość, pachnącą spalinami. Widok nieba, które przesłaniają jakieś budynki - jest ledwie urywkiem pewnej całości, której i tak nie można ogarnąć zupełnie - wszak jest to niemożliwe fizycznie - i ten skrawek niebieski, granatowy staje się kluczem, którym otwierać można furtę do ogrodu wyobraźni, marzeń, fantazji. Jak ja lubię myśleć o chmurach pierzastych, jasnych i ciemnych, o deszczu i płatkach zimnego śniegu, które spadając na mój nos - włączają mnie do tych Wysokości, od zawsze będących dla mnie źródłem zachwytu. Właśnie tak, zachwytu. Wilgotne cegły, resztki hałd śniegu, zatłoczone tramwaje - świat pędzi i gna, a jednocześnie wiąż pozostaje w bezruchu. Perspektywy ujmowania różnych momentów: korków, powrotów ze szkoły, czy nawet wizyt w sklepach, to szansa na znalezienia miejsca dla mnie i mojej głowy, przepełnionej niespokojnymi myślami, chwilowymi objawieniami, poglądami niepopularnymi i płochymi nadziejami. Chcę się wpasować, oddychając rytmem miasta, w tę moziakę kolorów, odgłosów, czynności; mieć sposobność na ubranie w słowa czegoś, czego wcześniej nie zauważałam, co było mi odległe i obce - ujarzmić mechaniczność takiego bycia, gdzie dzień zaczyna dźwięk porannych tramwajów, poruszających się na przystanku nieopodal, a kończy chwilową ciszą na drodze przed akademikiem, gdy ani samochód, ani motocykl żaden nie śmią zmącić krótkiego wytchnienia świateł i skrzyżowań. Bo Poznań to podobno trudne miasto, hermetyczne - a ja tego jeszcze nie doświadczyłam, nie dostrzegłam; bo wydaje mi się tak naturalnym mówienie, że "zakluczam drzwi" i wiem, co znaczy podróż bimbą i bimbrem, i wiedziałam wcześniej - nim przybyłam tu 4 lata temu.
Zmykam na zajęcia: Nauki społeczne a biologia (czy jakoś tak - idę po raz pierwszy, stąd kiepska znajomość nazwy).
Przyjemnego wieczoru, moi Mili.
niedziela, 7 marca 2010
na skróty - wybaczcie...
zasypiam na siedząco, zagrypiała, zgorączkowana z podwójnym widzeniem - mówiłam, że jak wszystkie znajomi cudownie ozdrowieją - ja padnę, jak mucha, ścięta klapką przez dziadka w kapeluszu z zasłonką. no i padłam...
nie było mnie-bo mój komp się spalił, delikatnie rzecz określając ;/ (fuck, fuck, fuck) na naprawę widoków nie ma, bo za mało sianka w portfeliku... takie czasy.
piszę od Aneszki.
Miałam intenswny bardzo tydzień, poprzeplatany różnymi zdarzeniami dobrymi i budującymi, oraz takimi, które sprowadzały się do żałosnego zawodzenia (o czym było ostatnio). Tak się jakoś we mnie wszystko mierzy ze sobą: smutek z niepohamowanym uśmiechem, narodziny (mamy nowe bliźniaki w familii - dwóch chłopaków) ze śmiercią, białe z czarnym. I dobrze: mam o czym myśleć, jest jakaś treść wpisana w każdy dzień - ranki i wieczory nie płyną monotonnie i jednostajnie. Buzuje się, buzuje w Czesiu.
Weeend spędzałam w domu - bez pośpiechu, bez obowiązków właściwie. Nagadałam się z rodzicami, którzy i piątkowy i sobotni wieczór spędzili ze mną, i Subkulturą (brat mój, zwany tudzież Małym, bo w gruncie rzeczy rozkoszny z niego Konradek z prawie dziewiętnastką na karku). Sobota była przeznaczona na wyjazd do babci - pojawiliśmy się koło południa, po dość ciężkiej jeździe oblodzonymi drogami, przypominającymi ser szwajcarski. Oczywiście były faworki, zwane gdzieniegdzie chruścikami (przysmak wszystkich), były pierogi z kapustą i grzybami (najulubieńsze danie Subkultury) i frytki wcinane przez Autorkę ze solą i śmietaną (tak jak tylko ja lubię najbardziej :)
I było lekko i przyjemnie, wiosna wkracza do młodszych i starszych głów (choć zima uderzyła znów śniegiem i mrozem - a ja do domu w tenisówkach się wybrałam). W domu ciepło i pachnąco. U babci naleweczki owocowe.
Poza tym - Jovan pokonal Żabę w przeciąganiu pluszaka - było na co popatrzeć! Pojedynek trwał ponad 10 minut. Rozpoczął się w moim pokoju (na piętrze), a skończył na korytarzu za kuchnią (parter). Było latanie między fotelami, czołganie, atak przednimi łapami, zapieranie ogonem, szczerzenie, warczenie, przewrócony wazon, stratowana palma w doniczce i masa misiowego wnętrza (wata) wszędzie wokół. Uśmiałam się jak mała dziewczynka, bo Jovan wygląda jak szczenię w porównaniu z Żabą - o dwakroć większą. Zuch - dał radę, choć na schodach myślałam, że się podda - oczywiście Żaba ciągnęła go za sobą - efekt: Juv latał...
A teraz - czas spać, oczy pieką niemiłosiernie, głowa pęka, rozrywana jakimś ogniem piekielnym.
Poznań...
Dobrej nocy!
Ps. I miałam jeden przecudny telefon od Przecudnego Wujka - będzie się pisał dłuuugi list :)
i wyglądam prawie jak ten pan... ale zważywszy na to, że mieszkam w państwie, gdzie kaczki mają bardzo wysoki status społeczny, to wyglądam trochę tak (choć z kaczkami nie mam nic wspólnego):
Wyszukane w sieci :)
Wyszukane w sieci :)nie było mnie-bo mój komp się spalił, delikatnie rzecz określając ;/ (fuck, fuck, fuck) na naprawę widoków nie ma, bo za mało sianka w portfeliku... takie czasy.
piszę od Aneszki.
Miałam intenswny bardzo tydzień, poprzeplatany różnymi zdarzeniami dobrymi i budującymi, oraz takimi, które sprowadzały się do żałosnego zawodzenia (o czym było ostatnio). Tak się jakoś we mnie wszystko mierzy ze sobą: smutek z niepohamowanym uśmiechem, narodziny (mamy nowe bliźniaki w familii - dwóch chłopaków) ze śmiercią, białe z czarnym. I dobrze: mam o czym myśleć, jest jakaś treść wpisana w każdy dzień - ranki i wieczory nie płyną monotonnie i jednostajnie. Buzuje się, buzuje w Czesiu.
Weeend spędzałam w domu - bez pośpiechu, bez obowiązków właściwie. Nagadałam się z rodzicami, którzy i piątkowy i sobotni wieczór spędzili ze mną, i Subkulturą (brat mój, zwany tudzież Małym, bo w gruncie rzeczy rozkoszny z niego Konradek z prawie dziewiętnastką na karku). Sobota była przeznaczona na wyjazd do babci - pojawiliśmy się koło południa, po dość ciężkiej jeździe oblodzonymi drogami, przypominającymi ser szwajcarski. Oczywiście były faworki, zwane gdzieniegdzie chruścikami (przysmak wszystkich), były pierogi z kapustą i grzybami (najulubieńsze danie Subkultury) i frytki wcinane przez Autorkę ze solą i śmietaną (tak jak tylko ja lubię najbardziej :)
I było lekko i przyjemnie, wiosna wkracza do młodszych i starszych głów (choć zima uderzyła znów śniegiem i mrozem - a ja do domu w tenisówkach się wybrałam). W domu ciepło i pachnąco. U babci naleweczki owocowe.
Poza tym - Jovan pokonal Żabę w przeciąganiu pluszaka - było na co popatrzeć! Pojedynek trwał ponad 10 minut. Rozpoczął się w moim pokoju (na piętrze), a skończył na korytarzu za kuchnią (parter). Było latanie między fotelami, czołganie, atak przednimi łapami, zapieranie ogonem, szczerzenie, warczenie, przewrócony wazon, stratowana palma w doniczce i masa misiowego wnętrza (wata) wszędzie wokół. Uśmiałam się jak mała dziewczynka, bo Jovan wygląda jak szczenię w porównaniu z Żabą - o dwakroć większą. Zuch - dał radę, choć na schodach myślałam, że się podda - oczywiście Żaba ciągnęła go za sobą - efekt: Juv latał...
A teraz - czas spać, oczy pieką niemiłosiernie, głowa pęka, rozrywana jakimś ogniem piekielnym.
Poznań...
Dobrej nocy!
Ps. I miałam jeden przecudny telefon od Przecudnego Wujka - będzie się pisał dłuuugi list :)
poniedziałek, 1 marca 2010
żałosne zawodzenie...
Zły wieczór - jestem w środku pusta. Chłód dolatujący zza okna wywołuje gęsią skórkę na ramionach - nie otulę się kocem, chcę tego zimna, chcę chłodu... Lubię marznąć... Od zawsze, ale pewnie tak mają zimowe dzieciaki.
jak przekonać mnie o miłości - być ze mną... a nie uciekać...
pytając mnie o zdanie - uwzględnić je...
znając moją odpowiedź - nie pytać, by bolało bardziej...
przepraszam - chyba już nie działa jak kiedyś...
Dawno mnie tutaj nie było :/ Mam teraz spore deficyty czasu. Niby jest jakaś doza przyzwoita wolnego, ale ja potrzebuję snu i odpoczynku.
Głupie sny: ludzie, zwierzęta, huta, szklarnia, kilka pająków i wielka sosna, clown i góral - bez sensu, bez większy powiązań. Z tym zmagam się prawie codziennie, tuż przed przebudzeniem. Głowa potem boli i pęka.
dzisiaj, teraz, wyraźnie chciałabym do W. żeby mnie przytulił...
nie cierpię pustego pokoju, gdy mógłby być pełny.
ile razy można umierać w środku? ile czasu można czekać? ile razy można godzić się z własną porażką? jak długo można być odpychanym?
myślę sobie, że jestem sama. tak naprawdę jestem sama. gdy On coś mówi, coś złego - zmykam do ciszy we mnie tkwiącej, gdzie nikt nie ma wstępu.
przez ostatni tydzień mój nastrój, świetny i radosny, dawał nadzieję na więcej. a potem dwa epizody i trach! koniec.
poczułam się poniżona, upodlona...
teraz wszystko we mnie płacze. solidnym ciosem potraktowałam szafę, innymi ciosami drzwi. siła, tyle jej teraz we mnie. agresja, zrodzona ze złości, goryczy i porzucenia bez porzucenia.
dlaczego za każdym razem, gdy On wychodzi z pokoju MY traci na znaczeniu, przestaje istnieć w odniesieniu do Niego? ja jestem z Nim, jestem Jego. ale On - jest nieosiągalny pod tymi względami. zupełnie poza mną i naszą cierpką miłością.
to nie jest tak, że nie cieszę się wysokimi trampkami, które noszę od kilku dni, ani okularami niebieskimi.
chodzi o to, że ani wysokie trampki, ani okulary nie zmienią tego, iż dla jedynej osoby, dla której warto być - dla Niego - tak często jestem niczym...
jak przekonać mnie o miłości - być ze mną... a nie uciekać...
pytając mnie o zdanie - uwzględnić je...
znając moją odpowiedź - nie pytać, by bolało bardziej...
przepraszam - chyba już nie działa jak kiedyś...
Dawno mnie tutaj nie było :/ Mam teraz spore deficyty czasu. Niby jest jakaś doza przyzwoita wolnego, ale ja potrzebuję snu i odpoczynku.
Głupie sny: ludzie, zwierzęta, huta, szklarnia, kilka pająków i wielka sosna, clown i góral - bez sensu, bez większy powiązań. Z tym zmagam się prawie codziennie, tuż przed przebudzeniem. Głowa potem boli i pęka.
dzisiaj, teraz, wyraźnie chciałabym do W. żeby mnie przytulił...
nie cierpię pustego pokoju, gdy mógłby być pełny.
ile razy można umierać w środku? ile czasu można czekać? ile razy można godzić się z własną porażką? jak długo można być odpychanym?
myślę sobie, że jestem sama. tak naprawdę jestem sama. gdy On coś mówi, coś złego - zmykam do ciszy we mnie tkwiącej, gdzie nikt nie ma wstępu.
przez ostatni tydzień mój nastrój, świetny i radosny, dawał nadzieję na więcej. a potem dwa epizody i trach! koniec.
poczułam się poniżona, upodlona...
teraz wszystko we mnie płacze. solidnym ciosem potraktowałam szafę, innymi ciosami drzwi. siła, tyle jej teraz we mnie. agresja, zrodzona ze złości, goryczy i porzucenia bez porzucenia.
dlaczego za każdym razem, gdy On wychodzi z pokoju MY traci na znaczeniu, przestaje istnieć w odniesieniu do Niego? ja jestem z Nim, jestem Jego. ale On - jest nieosiągalny pod tymi względami. zupełnie poza mną i naszą cierpką miłością.
to nie jest tak, że nie cieszę się wysokimi trampkami, które noszę od kilku dni, ani okularami niebieskimi.
chodzi o to, że ani wysokie trampki, ani okulary nie zmienią tego, iż dla jedynej osoby, dla której warto być - dla Niego - tak często jestem niczym...
Subskrybuj:
Posty (Atom)









