i wyglądam prawie jak ten pan... ale zważywszy na to, że mieszkam w państwie, gdzie kaczki mają bardzo wysoki status społeczny, to wyglądam trochę tak (choć z kaczkami nie mam nic wspólnego):
Wyszukane w sieci :)
Wyszukane w sieci :)nie było mnie-bo mój komp się spalił, delikatnie rzecz określając ;/ (fuck, fuck, fuck) na naprawę widoków nie ma, bo za mało sianka w portfeliku... takie czasy.
piszę od Aneszki.
Miałam intenswny bardzo tydzień, poprzeplatany różnymi zdarzeniami dobrymi i budującymi, oraz takimi, które sprowadzały się do żałosnego zawodzenia (o czym było ostatnio). Tak się jakoś we mnie wszystko mierzy ze sobą: smutek z niepohamowanym uśmiechem, narodziny (mamy nowe bliźniaki w familii - dwóch chłopaków) ze śmiercią, białe z czarnym. I dobrze: mam o czym myśleć, jest jakaś treść wpisana w każdy dzień - ranki i wieczory nie płyną monotonnie i jednostajnie. Buzuje się, buzuje w Czesiu.
Weeend spędzałam w domu - bez pośpiechu, bez obowiązków właściwie. Nagadałam się z rodzicami, którzy i piątkowy i sobotni wieczór spędzili ze mną, i Subkulturą (brat mój, zwany tudzież Małym, bo w gruncie rzeczy rozkoszny z niego Konradek z prawie dziewiętnastką na karku). Sobota była przeznaczona na wyjazd do babci - pojawiliśmy się koło południa, po dość ciężkiej jeździe oblodzonymi drogami, przypominającymi ser szwajcarski. Oczywiście były faworki, zwane gdzieniegdzie chruścikami (przysmak wszystkich), były pierogi z kapustą i grzybami (najulubieńsze danie Subkultury) i frytki wcinane przez Autorkę ze solą i śmietaną (tak jak tylko ja lubię najbardziej :)
I było lekko i przyjemnie, wiosna wkracza do młodszych i starszych głów (choć zima uderzyła znów śniegiem i mrozem - a ja do domu w tenisówkach się wybrałam). W domu ciepło i pachnąco. U babci naleweczki owocowe.
Poza tym - Jovan pokonal Żabę w przeciąganiu pluszaka - było na co popatrzeć! Pojedynek trwał ponad 10 minut. Rozpoczął się w moim pokoju (na piętrze), a skończył na korytarzu za kuchnią (parter). Było latanie między fotelami, czołganie, atak przednimi łapami, zapieranie ogonem, szczerzenie, warczenie, przewrócony wazon, stratowana palma w doniczce i masa misiowego wnętrza (wata) wszędzie wokół. Uśmiałam się jak mała dziewczynka, bo Jovan wygląda jak szczenię w porównaniu z Żabą - o dwakroć większą. Zuch - dał radę, choć na schodach myślałam, że się podda - oczywiście Żaba ciągnęła go za sobą - efekt: Juv latał...
A teraz - czas spać, oczy pieką niemiłosiernie, głowa pęka, rozrywana jakimś ogniem piekielnym.
Poznań...
Dobrej nocy!
Ps. I miałam jeden przecudny telefon od Przecudnego Wujka - będzie się pisał dłuuugi list :)

4 komentarze:
W takim razie zdrówka życzę... i pamiętaj, że na łóżku zawsze można polegać :)
Hej! Zdrówko się musi wyklarować w międzyczasie... Zajęcia na 13. 30; wcześniej biblioteka, naprawiacz laptopów i pani w obuwniczym, bo mi się trampki rozpadły prawie... A później - pokoik, łóżeczko, podusia i kocyk + herbata z sokiem malinowymmmm :)
Po takim wypasie u babci może być już tylko lepiej! Zdrowia życzę:-))
Oby :) Dziś kolejna porcja polopirynki i gorąca herbata z sokiem malinowym do snu - a jutro będę jak nowa (chyba)!!! Pozdrawiam
Prześlij komentarz