poniedziałek, 31 maja 2010

Łzy...

Wieczór piwny. Izz, Przem i ja.

Wnioski:
przyjaźń, to ta niesamowita więź, która łączy jedną osobę z inną;
nie ilością detali,
a szczerością, która kryje się poniżej....

Ode mnie oczekuje się wszystkiego, pełnej spowiedzi, bo związek z ByłymNim był dla osób, spoza naszego duetu - trudny?!
Macho i mała dziewczynka, która nie radziła sobie z rzeczywistością, a potem wysłuchiwała jakie to imprezy nie miały miejsca pod jej (poznańską) nieobecność... Ano - miały. Wiedziałam o nich, w większości. Wystarczy.

A teraz - przy piwie, przy Stokrotce Radka, mam mówić, czy ktoś zaprząta moje myśli, a właściwie kto; i czy Sław nadal siedzi we mnie na tronie, jako pan i władca Malutkiej???
....
Wyszukane w sieci :)

Tylko dlaczego mam mówić tylko ja????????????????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Czemu inni nie mogą???????????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Żałuję, wielu rzeczy żałuję...
Tak już jest.

chyba pisze nie Malutka, a rozgoryczenie, w niej mieszkające...


smutno mi,
łzy spływają po policzkach.
to jest wybitnie nie fair!
bo kim JA jestem - elementem przedstawienia cyrkowego???!!!!!!
za wszelką cenę???!!!!!!
o to tylko chodzi???!!!!!
tak ma być zawsze???!!!!!

zawiodłam się...
naprawdę. na was. wszystkich. i każdym z osobna.

choć sama nie jestem bez winy
P.


płaczę, po prostu płaczę

niedziela, 30 maja 2010

"Wyglądasz, jakby cię czołg przejechał"... :P

Dzień pod znakiem tej oto piosnki, miłej memu usposobieniu od zawsze ;)


Postanowiłam, że nie będę się dzisiaj specjalnie napinać i spędzę sobie miły, leniwy dzionek, w zgodzie z wewnętrznym głosem, mówiącym mi: "usaaaa" :) :) :)

Post, pisany w kompanii Kazimierza I Wielkiego i kubka z magicznym napojem mlecznym o smaku czekolady, będzie jak taki zlepek różnych różności, jakby to powiedział mój brat młodszejszy, bo będzie o dniu wczorajszym, długim bardzo i przepełnionym wydarzeniami i emocjami, o późnej nocy i stanowczo zbyt wczesnym poranku, jak na wolną niedzielę...

Sesja za pasem, pora więc na mobilizację i trwanie w stanie pełnej gotowości bojowej do pozaliczania tego i tamtego na uczelni. Grzecznie więc wczoraj przy biureczku u Izz usiadłam i zabrałam się za zaległe prace, z nastawieniem na tę z historii języka polskiego - o nazewnictwie kobiet. Definicje, słowniki i jeszcze babowanie/babienie/kobitkowanie ;P Dodatkowo wgrzebanie się w książki z komparatystyki i... człowiek/ Czesiu/ Malutka zaczyna mieć dość.
(Czasem te studia są naprawdę ciekawe i radosne, ale rzadko...).

Telefon:
- Jestem na dole. Masz 5 minut.
- Ale ja się ubrać muszę... Yyyy, potrzebuję dokładnie, z zegarkiem w dłoni, jedenastu minut. I kropka.
- Ok. Czekam.
Piotrek. I kolejna, ostatnia już wizyta w szpitalu "p".
Właściwie nawet nie wchodziliśmy do środka. Ona wyciągnęła nas, albo my Ją na spacer mały. Najpierw miasteczkowe obchody, kątem oka dostrzeżone, watą cukrową uczczone, później wypad nad rzekę, pałętanie się po podmokłościach i starym moście kolejowym. Potem zabawa: kto pierwszy zwali Ją z torów na powierzchnię płaską? I się okazało, że trzeba wracać, po ledwie dwóch godzinach spędzonych razem...

Powrót... No właśnie. Powrót. Dopiero wczoraj zdałam sobie sprawę z tego, że do Poznania i okolic też wdziera się woda... Że Warta wcale pokorna nie jest... Okolice Lubonia i Mosiny pływają... Podejrzewam, że to, co zalane, to obszar polderowy, ale pewności żadnej nie mam. Po drodze obserwowaliśmy, jak straż i policja zamykała drogi i ścieżki prowadzące do niższych partii terenu.
Dziwne uczucie - patrzeć na wysokie drzewa, które praktycznie w całości stoją pod wodą, widać ledwie czubki koron...
Już w Poznaniu Piotrek postanowił, że przyjrzymy się sytuacji na Warcie. Przejechaliśmy mostem. Zamknięto niektóre drogi. Na Śródce, przy Estkowskiego itd - może być nieciekawie, chociaż wydaje mi się, że do przekroczenia wałów nie dojdzie, bo tam około metra jest rezerwy... Ale z drugiej strony - kto wie - wszak woda to żywioł, w obliczu którego człowiek nie ma nic do powiedzenia...
Z drugiej strony: masa gapiów, dzieciaki, całe rodziny, z aparatami, z kamerami... Głupie. I bezmyślne...

W akademiku kochanym Izz zrobiła mi ciepłą herbatę z cytryną, żebym się rozgrzała, bo zmarzłam, wracając późnym wieczorem w dość cieniutkiej tunice/ sukience... Ręce nieboszczki, ramiona z lodu i twarz jakby z zamrażalnika (na szczęście niższe partie ciała chroniły przed odmrożeniem jeansy ulubione) :) Izz okryła taką sinoniebieską Malutką kocykiem, na to położyła kołderkę, a koniec końców siebie :) I rozgrzewała te moje członki zimne do uzyskania efektu cieplarnianego :)

Po jakimś czasie pomaszerowałam do 418. W ramach kolacji zjadłam obiadowe pozostałości - genialny szpinak z curry i sokiem z limetki, mojego oczywiście autorstwa. Niby było późno, ale organizm dopominał się pożywienia, a ja nie mam zamiaru opierać się samej sobie :) (Czyli dietę "sz." turystyczny trafił).
I tutaj małe spostrzeżenia kulinarne.
Izz twierdzi, że wystarczy mi cokolwiek polać jogurtem naturalnym - a zjem na pewno. Ma rację. Co prawda w wersji smakowitszej powinna być śmietana, ale próbuję być bardziej light.
Poza tym - stwierdzam, że curry to przyprawa mojego życia: uwielbiam w wersji z kurczakiem, ze szpinakiem, z frytkami i całą rzeszą innych cudów, które da się w akademiku przyrządzić.
Aha - krewetki wchodzą na stałe do naszego menu.

Rano obudził mnie Kazik, o nieludzkiej 8... Kołowrotek wylądował na kołowrotku (tak, tak, chomik ma dwa takowe w swojej posiadłości) i hałas sen przegonił... Rozstawiłam kołowrotki i stwierdziłam, że warto już wstać na stałe, bo gdyby podkusiła mnie jeszcze godzinka w łóżku, to pewnie wstałabym około południa lub później. Młody powędrował do swojej kuli i biegał po całym pokoju, a ja zabrałam się za porządki w Kaziowym domu. Całkiem sprawnie poszło.
Popatrzyłam na Kazika, popatrzyłam na aparat... No tak. Mała sesja z małym modelem. Chyba obojgu nam się podobało, a oto, co się z naszej współpracy zrodziło:








Po zabawach z Kazimierzem postanowiłam obudzić Izz. No i masz. Na mój widok zareagowała tekstem: "Co ci się stało? Wyglądasz, jakby cię czołg przejechał". Hmmm, czyżby zbyt krótki sen aż tak odbijał się na mojej twarzy...? No nie wiem. Dodam tylko, że potem Tomuś wyleciał z tym samym czołgiem, a stojący za nim Suszek dopowiedział tonem mędrca czy innej wyroczni boskiej: "Nooo" :)

Izz postanowiła, że jak już bawię się aparatem, to ona na tym skorzysta i... była kolejna sesja. Tym razem dłuższa, dwugodzinna, bo modelka zdecydowanie większy profesjonalizm prezentowała, a i zasoby cierpliwości w niej bez porównania większe :) Poza tym - jej oczekiwania były bardziej wyrafinowane...
Na marginesie: ja to faktycznie powinnam być chłopcem - jak zobaczyłam ile Izz ma manatków i ciuszków do ubrania, to mi szczęka spadła na podłogę z hukiem... Do tego kosmetyki i biżuteria. Moja szafa to jednak jest szafeczka maleńka. Stawiam na minimalizm? Yyyy?
Izz zadowolona z efektów mojej ciężkiej pracy postanowiła rozpieścić mnie obiadkiem: frytki :) Malutka szczęśliwa :)
Po obiadku - Izz poszła się uczyć, ale już wiem, że jej nie wyszło - podziwiała fotki :) A ja - zakopałam się na blogu :)

Plan na wieczór - film: "Człowiek, który gapił się na kozy".
Teraz zmykam na spacer, bo chce mi się wyjść z moich cudnych czterech ścian :)

Na koniec - najlepsza pieśń Lady Pank...
Wczoraj w samochodzie zgodnie uznaliśmy z Piotrkiem, że to faktycznie dobry kawałek, taki z werwą i czymś jeszcze, co nadaje znaczenia i nie pozwala wyrzucić tegoż z pamięci...


Ps. Post publikowany o 18, a nie 11.53 ;)

sobota, 29 maja 2010

Nocnie

Zagrały mi w duszy takie ciche dźwięki...
W 418 ciepłe światło, rzucające czerwoną łunę na pokój. Ja i Kazimierz (chwilowo w kołowrotku) trwamy na posterunku.



Po niebiańskiej wręcz wyżerce skorupiakowej, po winku białym, a pysznym niesłychanie, było wielkie oglądanie Avatara...
Chyba nie będę wyjątkiem, jeśli napiszę, że film mnie nie zaskoczył, a co za tym idzie - nie poruszył. Przedobrzyli z całością. Grafika mnie nie urzekła. Kolory nie podziałały. Treść zbyt przewidywalna...

bardzo amerykański film... jak dla mnie - za bardzo - ze wszelkimi odnośnikami, które się w nim złożyły na świat nieistniejący...



Zmieniając temat - chciałabym czasem potrafić zetrzeć smutek z oczu, zmartwienie z ust, zmęczenie z ramion...
To byłaby cenna umiejętność... Jedna z najważniejszych...


Dzisiaj moją głową rządziło TO, bo melodia, głos... :





Dobrej nocy

czwartek, 27 maja 2010

Dopóki...

Wyjątkowo dziwny ten maj.
Nie dość, że z pogodą jakoś na bakier, bo mało wiosennie, to jeszcze i w innych dziedzinach felerny bieg tego miesiąca daje mi się we znaki...
Dobrze, że to końcówka.

Dzisiejszy dzień oceniam na 4.
Pierwszy raz od kilku dni spałam normalnie. ByłyOn czuwał nad moim snem. Za nami kolejna długa, poważna rozmowa nocna. I dobrze. Układam to sobie powoli w środku. Jest jak jest, ale gorzej już nie będzie.
Świat budowany od nowa wygląda teraz trochę jak ser szwajcarski - masa dziur, właściwie dziura na dziurze: z kim pójść na spacer, z kim film obejrzeć, komu zaparzyć kawę, w kogo się wtulić, komu się skarżyć na własne lenistwo...?
Ale mój świat łatany od nowa - będzie dobry. Wiem to.

Poranek na Sarmackiej otworzył kolejną furtkę...
Zjedliśmy tosty, obejrzeliśmy jakąś bajkę o chłopcu mającym azjatyckie imię i azjatyckie rysy, pogłaskałam Hazelkę i pognałam do 418.

Tutaj szybkie sprzątanie pokoju porzuconego w nieładzie. Prysznic. I czekanie. Na Klaudię.
Przy butelce dobrego winka wymieniłyśmy się zaległymi informacjami, wrażeniami, zaskoczeniami i nadziejami. Dobrze mi z tym.
Klaudia jest świetna. Ma na głowie pomarańczowe szaleństwo (ze wzorkiem nawet, nad prawym uchem), a w duszy - masę ciepła i wyrozumiałości. Zdecydowanie pozytywna, optymistycznie mierząca się z życiem osóbka z gatunku tych: od tańca, od różańca.

Potem było szybkie logistyczne zaplanowanie dnia jutrzejszego z Izz: rano laboratorium, potem dużooo nauki i jeszcze może się skuszę na jakieś wieczorne wyjście, co by nie zapomnieć, że poza 418 też jest jakiś świat. Do tego mam zamiar upichcić jutro obiad udziwniony (jak na moje gusta i możliwości kulinarne), ze skorupiakami w roli głównej (ups, czyli czekają mnie jeszcze zakupy jakieś - a tego harmonogram nie objął).


Teraz - film i lulu, grzecznie, spokojnie, bez zbędnego chaosu.


O cierpliwości...
Jan Vermeer, Nalewająca mleko/ Mleczarka.

Wyszukane w sieci :)

Dopóki mleko płynąć będzie z dzbanka...
Coś w tym jest.

wtorek, 25 maja 2010

...

Ten blog jest opowieścią opartą na prawdziwych perypetiach z życia pewnej Malutkiej.
Jest historią jej samej i najbliższych jej osób.
Spisany niczym pakt.

Pakt.
O miłości. O przyjaźni. O uczeniu się siebie i siebie nawzajem. O tym, że tak niewiele wiemy o życiu. O potrzebach. O przyszłości.
O przeszłości, która pulsuje w skroniach, teraz boleśnie, później mam nadzieję - spokojniej, wspomnieniowo, ciepło.

Wczoraj wraz z ByłymNim doszliśmy do wniosków, że Malutka skrzętnie odnotowywała wszystkie fazy naszego związku, zawarła w postach refleksje słodko- gorzkie, tysiące planów i marzeń...

Gdy się rozstajemy po ponad dwóch latach bycia razem - przychodzi moment, gdy pęka ostatnia zapora i łzy powodzią spływają po policzkach, koszuli.
Wczoraj pękła we mnie ostatnia zapora. Już nie muszę udawać, jak świetnie sobie z tym radzę. To ja nas skończyłam, to ja powiedziałam: "żegnaj". To ja wyparłam się dalszego ciągnięcia tego związku.
Ale to i tak cholernie boli. Może boleć. Właściwie musi. Taka jest kolej rzeczy.

Wyszukane w sieci :)

Rozłożył mnie nic nieznaczący drobiazg. Nagle zamarło wszystko. Grunt usunął mi się spod nóg. Przez kilka godzin usilnie wciskałam sobie serce do piersi, bo coś z zewnątrz wyrywało je i rozrywało.

Mam takie głupie wrażenie, że nie ma już nic z nas. Nie chcę, by coś jeszcze było. Jak w klatce.



Potrzebuję czasu.



Poza tym - dobrze. Nawet wstałam na wykład. Zjadłyśmy z Izz obiadek.
Ona wraca w środę ze szpitala ;) ;) ;)

poniedziałek, 24 maja 2010

zdekonspirowanie Czesia

Wyszukane w sieci :)


Przesłuchanie.
Pod lampą najciemniej.
Albo najjaśniej :D

Mam w głowie sieczkę.

Jako, że wybrałam ostatnio opcję życia zakręconego, niczym ruski słoik - blog ucichł.
Do bloga znów dotarli ludzie, którzy nie powinni. Znają moje personalia, ideały, marzenia i kilka innych istotnych szczegółów. I pytam grzecznie: po co to komu?!

Ano po to, żeby moi rodziciele kochani poznali życie córci na wskroś. I chwała IM (tym, którzy tutaj dotarli) za to, bo zawsze dużo sprawniej oddawałam myśli pisząc, niż mówiąc. Taka to mała przysługa, która zdecydowanie bardziej włączy rodziców do mojego poznańskiego życia studenckiego ;) ;) ;) W końcu latorośl dużą jest dziewczynką, a duże dziewczynki nie zawsze radzą sobie z wielkimi nadziejami, planami, obowiązkami - więc doczytajcie o moich sukcesach i wpadkach tutejszych, o tym, co dodawało skrzydeł i co je podcinało, o grzejnikach i soplach lodu. Taka jestem. Taką mnie życie ukształtowało, taka Wam wyrosłam, taką mnie powinniście znać. Taka Was kocham ;* ;* ;*
Wszelkie zaskoczenia - wynikają z mojej wrodzonej skrytości ducha, ale to akurat doskonale znacie. Wszelkie zaskoczenia - niczego nie zmieniają, fundament jest ten sam.

Dziękuję IM za wiarę w potęgę słowa, za docenienie mego kunsztu blogowego i znalezienie sposobu na zbliżenie Poznania z Gniazdem Rodzinnym. Za to, że chciało się wam/IM szperać po stronach itd - a przecież wystarczyło zapytać. I patrzy niestrudzenie to twór upubliczniony przeze mnie i powszechnie dostępny. To jedna z jego podstawowych cech.



Rozrabianie zazwyczaj wiąże się z przyjemnym urozmaicaniem sobie czasu, żeby coś się działo, żeby zlikwidować nudę. I nie trzeba pod to podkładać żadnych ideologii, każdy przecież zna jego smak, choćby w wymiarze bardzo minimalnym.

Moje rozrabianie.
Jest takie, jakie jest. Bo ja tak chcę. Bo ja tak postanowiłam. Bo ja taka jestem.
Bo to lubię.

Koniec spowiedzi na dzisiaj.
Bo za oknem już nie pada, bo krakowska kamienica wygląda najpiękniej na tle błękitnego nieba, bo właśnie podchodzi do lądowania samolot Lufthansy, bo Michasiek po trzech tygodniach nieobecności w akademiku wypił ze mną herbatę (tzn. ja piłam kakao, a Michasiek herbatkę z cytrynką), bo Kazik rozpędził się w kołowrotku obłędnie nieco (na samą myśl kręci mi się w głowie), bo zaraz ma do mnie przyjść mój ByłyOn z winkiem czerwonym, bo lubię czasem coś napisać bez sensu i znaczenie, co nie odbije się żadnym echem w świecie wielkim, ciekawym i zaskakującym. Bo nic nie działa tak stymulująco jak Raz Dwa Trzy ;)



Dobrej nocy :)

niedziela, 23 maja 2010

weekendowo...

Miało być dużo słów - nie będzie (w wyniku pewnych komplikacji losowych).
Będą za to zdjęcia. Takie, które weekend w domu podsumowują najtrafniej. Bo tak właśnie było:Przywitał mnie stały skład: Jovan, leniwie się tutaj przeciągający i Żaba dziarsko pozująca przez całe 5 sekund, później już mi się jej nie udało złapać w bezruchu:

Odbyłam długi spacer po okolicy, śladami, które też uwieczniłam, nieco nieporadnie, ale no... hmmm, warunki były niesprzyjające (butki mi przeciekały, a powódź dokoła, do tego trzy tony ubrań na sobie), poza tym - nawet Jovan wymiękł i wrócił do domu, a wcześniej chodził za mną krok w krok, jak cień maleńki... Ślady prowadziły mnie do czasu... znalezienia odpowiednio zielonej drogi ;) ;) ;)

Na spacerze przyglądałam się otoczeniu domu - pod lupę/oko/aparat poszedł lasek olszynowy, nasz stawek, trochę łąk i pól, i jeden ugór, na którym skrywałam się jako mała dziewczynka przed caluśkim światem...

Po spacerze postanowiłam zajrzeć do pewnych uroczych maluchów i przez przypadek spędziłam z nimi kilka godzin;) Tak jakoś czas mijał szybko w kampanii mruczącej, w złocie słomy... I jak nie Cześ, skoro Cześ? ;)


Weekend należy więc zaliczyć zdecydowanie do udanych: sielsko, anielsko i z motywem przewodnim: tu duzie oko, tu duzie oko. Nacieszyłam się wiosną, zapachem bzu i jabłoni, wymęczyły mnie psiny, a i kociaki do najgrzeczniejszych nie należą. Poza tym - zrobiłam 4 zastrzyki pewnej czarnuli i to jest pierwszy duży zwierz, którego kłułam, a który nie okazał się być prosiakiem ani psem - rozwój umiejętności dostrzegam (pod stałym nadzorem taty oczywiście). No i chyba tyle z wieści mniejszych i większych :) :) ;)



Poza tym - za oknem leje, a ja muszę na wykład biec... Hmmmm... Mokra Malutka = zadowolona Malutka (o ile nie przemarznę) ;)


Całusy
Miłego popołudnia ;)

czwartek, 20 maja 2010

marginalnie ;)

A gra mi HURT z nieśmiertelnym kawałkiem: Załoga G, ale nie tylko :)

To tak na marginesie.

Szybka piłka

Ze mną jest ostatnio tak:

można mnie zasmucić, zdenerwować czy też inny niepokój i burze wprowadzić do mojej głowy, ale taki stan utrzyma się nie dłużej niż pół godziny ;)
Potem wraca ten sam roześmiany Czesiek ;D


Życie jest piękne. ;)


Pozytyw nad pozytywów - Malutka



Ps. A w Poznaniu nie pada od wczoraj :) Piękne niebo, piękne obłoki, jakby słońca odrobina...

wtorek, 18 maja 2010

Melankolia

Jako, że na zewnętrznym leje jak z cebra - posmutniało mi chyba we łbie na niebiesko, wodno, deszczowo.

Martwię się o Nią i o Izz, i jeszcze paru ludzi, którzy myśli grzeją, a jakoś im się knoci w życiu.

Z Nią rozmawiałam dziś przez telefon chwilkę. Wychodzi na weekend na przepustkę, a ja wtedy będę w domku. Czyli się miniemy, w najlepszym wypadku - ja dojadę na stację, a Ona pojedzie. Ehhh... Już chciałoby się powrotu do starego systemu, ale jeszcze chyba nie da rady. Trza czekać na efekty leczenia. ;*

Izz. Prawie się rozkleiła jak przy praniu mała wpadka wyszła - jej, Aneszkowa i moja (już nie)biała część garderoby ma teraz kolory w takich odcieniach: kanarkowy, dojrzała i niedojrzała cytryna ;)
(Mnie to raczej ubawiło, ale wiadomym jest, że ja mam pstro w głowie, a żółty ostatnio całkiem do mnie pasuje).
Izz ;*


Poza tym...
I jeszcze...
I do tego...
I już na koniec...

Ehhh. Wielokropnie jakoś się porobiło.
Noż melankolia typowa.
Wieczorową porą, przy kubku kakao.

świeca nr 124 ;) chyba adekwatna?

Śpiewa mi Grechuta słodko.
Kazik robi szum typowy jego nocnej aktywności.
A ja sobie myślę, że rano trzeba wstać, pójść na wszystkie zajęcia i jeszcze pozałatwiać na mieście kilka spraw.
A przecież wolałabym siedzieć w ciepłym 418, nie zaś błąkać się po burych urzędach i wydziale, w deszcz, z dylematem: z parasolem czy bez (do dzisiaj nie używałam wynalazku takowego wcale, ale jutro już się chyba ugnę...).

Od Pauliny dostałam prezent dzisiaj na wieczornym wykładzie: Dlaczego mężczyźni kochają zołzy, Sherry Argov. To sobie poczytam o tym, jak powinna postępować kobieta idealna... Dobrze, że jest we mnie Cześ, to mi na głowę nie padnie zbyt poważnie :D :D :D :D :D

Marzy mi się Lipnica. Marzą mi się moje pagórki w górach. I stara drewniana chata. Coś w tej mojej krwi z gór płynie i rwie mnie do stron tamtejszych, ze szczególnym uwzględnieniem potrzeby wielkiej skoku ze stodoły dwa metry w dół, w bujną trawę, co upadek zamortyzuje. Może w wakacje się uda ;) Pora pogadać o planach wakacyjnych z dziadkiem.


Zmykam już. Jeszcze prysznic. I lulu. Bo jutro od 8 rana ciężkie boje na uczelni i nie tylko ;P



Ps. Spadek nastroju incydentalny. W skali od 1 do 10 - czuję się dzisiaj na 8 :) ;) :)
Alem zmęczona straśnie.

poniedziałek, 17 maja 2010

Kasztanowe...

Maj.
Słoneczny.
Kolorowy.

Ni-hu-hu.

Poznański maj deszczem stoi, kropi, leży, siąpi.

Zalało nam ze 20 (słownie: dwadzieścia) metrów chodnika przed akademikiem, że nie da rady suchą stopą pokonać odcinka w wersji: go out czy go back. Dzisiaj chyba ze trzy razy zmieniałam skarpetki i buty, aż w końcu ostały się tylko jezuski, a na to za wcześnie jakby(?)...

Załatwiłam jednak kilka spraw niecierpiących zwłoki:
* lekarz rodzinny powiedział, co z moją nóżką: przede mną jakoweś masaże, bo mięśnie mi szwankują nieco i chwała Panom, że tylko to ;)
* mam wreszcie dobry modem do neta: do tej pory używałam Aneszki, a ona miała mój - od dziś wreszcie na własnym, he he, a wszystko za jedyne 100 groszy ;P
* doczytałam tę książkę, która odłogiem leżała od czasu długiego
* i jeszcze na pranie zapisałam się jako pierwsza, kolejeczkę otwierając skromną swoją osóbką, zajmując terminy upragnione: jutrzejszy i niedzielny wieczór.

Poza tym - uganiałam się w deszczu, zupełnie przemoknięta, mogąc każdą kałużę poznać w sposób najlepszy - w rozprysku "dokumentnym" (:D). Postanowiłam, że czas poznać uroki błotka i polazłam środkiem parku, pośród wszech rozrzuconego kwiecia kasztanowców, dumnie kwitnieniem maturzystów wspierających.
Opustoszały od ludków park wyglądał niesamowicie: rosłe w zieleni kasztany rysowały swoje sylwetki wysoko, wysoko, kwiecie zasypało ścieżyny i trawniki, tylko huśtawki lekko kołysał wiatr - widok jak z bajki... Taki, który dech zapiera i daje power na cały boży dzień (fakt, że było już dość późne popołudnie niczego nie zmienia).
Uwielbiam zapach deszczu i ziemi, która chłonie wilgoć - a te, w połączeniu z zapachem kasztanowym przyrządziły mieszankę, że najlepszym jej określeniem będzie : aromatyczna wirtuozeria. Aromaterapia, że mucha nie siada. Dawno temu, gdy miałam zbolałą duszę, podziałałoby kojąco. Na radośnie usposobioną Malutką podziałało bardziej motywująco lub też dowodowo: że jest się z czego i do czego szczerzyć wesoło.

Izz dokształca mnie w kwestii umuzycznienia klasycznego: Ravel i Mozart, no i Bizet. Opery to jednak nie mój żywioł, przykro. Sama muzyka - jest cudna, ale śpiew...

Na wykładzie z dramatu wytrzymałam godzinę i 7 minut. Po tekście: "Absurdalnym jest postrzeganie absurdystów absurdu poprzez absurd w rozumieniu szerokim, nie zaś absurd w rozumieniu wąskim, bo tutaj absurdystyczne spojrzenie przechyla się na szalę absurdystów absurdu lat 60, nie zaś preabsurdystów lat 20." - spasowałam.
Cytat jest wierny. Zanotowałam skrzętnie, pragnąc zrozumieć o co pani doktor chodziło, z myślą, że może w domu, może w moim 418, może jakimś cudem... Jednak cudu nie będzie. Bladam, gdy to czytam po raz wtóry.

Dzwoniła mamusia. W domu mam się stawić w weekend. Bez szemrania i protestowania. No i git, gitara i kaloszki.
Z wieści maminych wiem, że mamy nowego, maleńkiego cielaczka ;) Się wie - już sobie załatwiłam karmienia małej podczas pobytu w domu.
Już widzę te chudziutkie, chwiejące się nóżki. Ten pyszczek czarny i język drapiący...I oczy - wielkie, miłe, przyjazne, z takim czymś, czego określić nie umiem, z czymś, co mój zachwyt budzi. Hmmm, taki smyk to najsłodszy maluch, jaki pod słońcem się zjawia... :) :) :)

Poza tym: stwierdzam, że muszę zwiać choć na kilka dni z Poznania. Pomyśleć i się zastanowić nad tym kwestiami życia i życia.
Coraz częściej słyszę pytania: co dalej, co po studiach? I nie wiem, sama nie wiem.
Jak się wybierało kierunek studiów hobbystycznie (rodziciele chytrze/ przezornie planowali mi przyszłość na nauczycielskim wikcie - a ja psikus - specjalizacja wybitnie niepedagogiczna), to się ma potem taki młyn we łbie, jak ja teraz.
Bo niby możliwości jest od cholery, od wydawnictw począwszy, na zwykłych firmach wypośrodkowując, a na kasie w Biedronce czy innym Realu skończywszy, ale jednak... wybrać coś trzeba. Nawet nie tyle wybrać, co się gdzieś dostać...
(Obawiam się, że w przyszłym roku moje I patrzy niestrudzenie przemieni się w I szuka pracy nieustannie... I dużo będzie stresów, frustracji i zwątpień).


Aha, dowiedziałam się, że mam nową ksywkę, z wizyty w laboratorium u Izz. Doktor, znaczy się opiekun Izz magisterki, był obecny przy moim krzątaniu się między odczynnikami a sprzętem szklanym itd. I sobie wymyślił: "Pasterówkę", bo docelowo miałam jedną pasterówkę dostać, ale coś nie wyszło, pewnie z roztargnienia, bo Izz za posterem się musiała uganiać, do tego zapomniała zmienić format tegoż i był burdel na kółkach, że tak to zgrabnie ujmę ;) Tak czy siak - pasterówki nie mam, więc czeka mnie kolejna wyprawa do Collegium Chemicum ;) ;) ;) I fajnie, bo tam dużo ciekawych i wybuchowych zabawek. I może w końcu jakieś doświadczenie pozwolą mi zrobić, a nie tylko chloroform wdychać? ;)

Jakoś tak mi poszarpało posta... Hmmm... Bo tyle myśli jednocześnie się kłębi we mnie, że sama już nie nadążam z ich rejestrowaniem.
Malutka ;) ;P :D


Dodatkowo: mam w głowie mnóstwo konspiracyjnych pomysłów, co z tą stolicą i z Krakowem.

niedziela, 16 maja 2010

Śkrótnie.

Cosiestałosie się nie odstanie - dewiza kończącego się weekendu. ;) ;) ;)


Ilość wrażeń, jakie ostatnio sobie serwuję, przyćmiewa smutki zaprzeszłe. Jak tylko wyczuję granicę w działaniu - będzie mi z tym cacy - póki co - się uczę, na błędach też.

Parapetówka u Przemka miała dość makabryczny finał. (Niezręczne było to, że dziewczyna Przema była wysoce niepocieszona obecnością gości wszelakiej maści, z nastawieniem na ekipę z DSu). Wkurzona Izz wyszła wcześniej, ByłyOn też. Tylko ja dotrwałam końca, czym nagrabiłam sobie u kompanów,wracających beze mnie. No cóż. I tu zmilczeć muszę. ;)


Wizyta w szpitalu "p" nr 4. Inna. Wieczorna. Znów zabrałam się z Piotrkiem. Ona jakoś się trzyma, choć nie jestem pewna jak. Irytują Ją szczegóły i drobiazgi, na które nawet nie potrafię zwrócić uwagi. Zadaje pytania bez odpowiedzi...
Miałam dziś problem by się skupić na tym, co się działo w sali, co na korytarzu szpitala. Do tego moja noga...

Moja noga to jedna z tych historii, które obnażają chamstwo w polskiej służbie zdrowia, sorry dohtory, czytające mojego bloga.
Łydka boli mnie jak cholera, do tego puchnie i generalnie git. Od powiedzmy tygodnia, około. Ale: "to nie dzisiejszy nabytek, pani się z tym jutro przejdzie do rodzinnego" i porada: "potasik". Po sprawie. Bez badania. Bez wywiadu. W wersji podwójnej: najpierw pani w rejestracji, później medyk jeden już w gabinecie szpitala nr 2.
Szkoda tylko, że się nikt nie zainteresował, nawet spojrzeć nie raczył. Bo niby po co.
A swoją drogą - świeży nabytek - jakbym pojechała tuż po kurczu - to by mnie wyśmiali, że z pierdołą przyszłam. A jak stan się utrzymuje dłużej, to przedawnienie, k***.
Jutro rano spotkam się z moim rodzinnym lekarzem, może on cosik poradzi.


Tyle dzisiaj. Krótko i zwięźle, ale chce mi się spać. Muszę ułożyć jeszcze stertę poduszek na łóżku, żeby nózia była wyżej niż reszta cielska. I zęby wyszorować. A potem to już tylko lulu.

Dobrej nocy, snów ciekawych.

piątek, 14 maja 2010

z innej perspektywy ;)

śródnocne poszukiwania zakończyły się znalezieniem TEGO:

Wyszukane w sieci :)

ale to ledwie rys maleńki piękna "Pas de deux" Francisca...

reszta w linku:
http://www.franciscosfineart.com/sculpture.htm

dopiero tam można wychwycić piękno szczegółów, ich dopracowanie i dokładność... śliczny neoklasycystyczny twór, który tylko piękno przywodzi na myśl, który tańcem ocieka i jakieś nuty niespokojne wygrywają teraz w mojej głowie...

dodatkowy smaczek: w linku wyżej można zobaczyć, jak rodziło się cudo z kamienia... proces twórczy to coś niesamowitego, niepowtarzalnego... pomysł z rejestrowaniem jego przebiegu to niezła gratka dla, no właśnie, chyba dla każdego, taką mam nadzieję...



dobrej nocy, snów złotoskrzydłych



ps. link z tego nie wyszedł, ale sobie poradzicie na pewno ;) warto ;)
ps. 2. dlaczego ja tu linka wstawić nie potrafię?! trza się będzie przyuczyć tego i owego, żeby blog "trzymał poziom" :D :D :D

środa, 12 maja 2010

:)


Jestem szczęśliwa. Tak po prostu.

Wielki przewrót majowy w mojej głowie trwa już ponad miesiąc, a teraz tylko się uwydatnia. Dziób śmieje się nieustannie. Słońce świeci nawet teraz (choć niekoniecznie nad Poznaniem). Mam ochotę tańczyć, właściwie to już tańczyłam w 418...



Wizyta nr 3 w szpitalu "p" zupełnie inna. Byłam sama. Rozmawiałam z Nią. Rozmawiałam z lekarzem. (Rozmowna jestem ostatnio ;).
Konkretniej. Dobitniej. Właściwie. Wiem na czym stoimy. I na czym musimy jeszcze stanąć - to bardzo dużo. To dużo więcej niż się spodziewałam. Choć wszyscy wiemy, że póki co - to mogą być ledwie
gruszki na wierzbie, śliwki na sośnie. No, ale to przynajmniej jakiś początek sensowny.
Oddział otwarty bardziej komfortowy. Pokój, a nie korytarz, szafa
na ciuchy, szafka na prowiant i książki. Bardziej kontaktowne persony. Praktycznie nie widziałam nikogo z personelu.
Właściwie wygląda jak to jak letnisko, gdzie się wypoczywa. Piękny park. Wyjścia nad rzekę, a na niej kaczek ilości mnogie. Miasto, miasteczko, mieścin
ka.
...


i takie cusie znalazłyśmy między kobiercami konwalijek ;)

wtorek, 11 maja 2010

***

Dzisiaj będzie tekst krótki i banalny w swojej wymowie. Ale ważny. Zwłaszcza w centrum tego zamieszania wielkiego.


Dawno temu, kiedy Malutka była dzieckiem-dorosłym-już-odludkiem-mimo-wszystko życie było cholernie puste i mogę to napisać dopiero teraz, gdy z tego wyrosłam.


Najpiękniejszym, co mi się przydarzyło w przeciągu ostatnich lat jest świadomość otaczających mnie ludzi.
Tych dobrych, najlepszych.
Przyjaciół.
Szczerość za szczerość.
Kubek z herbatą, dwa tosty - czasem ledwie nic, a bardzo dużo.
Rozmowa lub milczenie.
Razem.

To nie jest tak, że jesteśmy na siebie skazani. To jest tak, że pojawiamy się zupełnie przypadkowo, a zostajemy na stałe w czyimś życiu. Buduje się zaufanie, buduje się szacunek, nawet podziw.

I nic nie może tego zmienić.
Przyjaźń to wieczność z zegarem w tle.
Przeobraża się w czasie, ale jest, z tą podstawą niesamowitą, która sprawia, że dla Przyjaciela można zmierzyć się z całym światem.

Chciałabym, żeby moi Przyjaciele wiedzieli, jak fantastycznymi są ludźmi... Tylko tyle...

Wyszukane w sieci :)

Ps. Post napisany z myślą o Wszystkich, natchniony rozmową z Jeszcze Jednym Dobrym Duchem, ostatnio Pokojowym ;*

dobranocnie już

No to mogę spać.
Wcześniej nie dałam rady, jakoś się opierały oczy, nawet kakao nie pomogło.

Teraz, po lekturze przyjemnej, a długiej, maili, blogów itd. chyba już jakoś sen przywołam. Pobudka na 7. 20 - będzie cudem znad Warty (jeśli się uda). Na 13. 30 dentystka, o zgrozo. Potem wykłady.

Hi hi... a w środę zajęć NIE MA - jest dzień sportu ;) Rano śmignę do Niej ;) Spędzimy babskie, nasze popołudnie. I wcześniej niż planowałam będę mogła z dohtorem Jej pogadać, żeby się zorientować w tym całym galimatiasie.

Trzeba siły.
I myśli dobrych.
I Czesia, bez dwóch zdań, Czesia najbardziej potrzeba ;) Najlepiej zacząć z Czesiem od początku ;) ;) ;P

Wyszukane w sieci :)

(Nie ma to jak prawidłowy przebieg procesu automotywacji)



Ps. A Ray'a chyba setny raz słuchammmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm...

poniedziałek, 10 maja 2010

Nr 2.

wizyta w szpitalu "p" nr 2. nic przyjemnego. zaczynam łapać tamtejszy klimat. dzisiaj się przestraszyłam. Piotr też. Izz dziś była pierwszy raz - nie ma porównania. ale Piotrek i ja - tak: tragedia niegrecka, a nasza własna, z Nią w roli głównej.
Ona czuje się gorzej... do tego wizyta rodziców wcale nie pomogła: miast przytulić, wesprzeć - powiedzieli sporo gorzkich słów. a te słowa teraz w Niej szaleją, niszcząc wszystko doszczętnie: resztki godności i wiary. patrzyliśmy, jak dzielnie powstrzymuje łzy, bezsilni, z dobrą miną do złej gry.
żal Piotrka. wiem, obwinia się, a przecież nie powinien. jest wspaniałym przyjacielem i kompanem w niedoli, do tego świetnym kierowcą.
Izz stara się nas rozśmieszać. czasem jej wychodzi (zwłaszcza, gdy siedząc na tylnym siedzeniu, obejmuje mnie za szyję i przez przypadek opiera dłoń na czymś "dużym, ciepłym, miękkim, przyjeeeemnym").
ja - właściwie nie wiem, co robić i co tutaj o sobie napisać.

jak się ma zapalenie ucha czy gardła - trzeba leczyć, czyli kiedy ma się cyklofrenię - też trzeba leczyć. koniec kropka. tylko jak to wytłumaczyć innym?

więcej o tym, jak się w sobie do tego zbiorę. na razie - temat mnie przytłacza i przerasta, zwłaszcza po dzisiejszej konfrontacji.


zmęczona, czuję, że pora na zasłużony sen. jutro kolejny ciężki dzień.
do Niej pojedzie ByłyOn i Izz. ja i Piotr dopiero w czwartek. wtedy też dowiem się jakichś konkretów od lekarza.

majaczy mi się piosenka, której w drodze słuchaliśmy. 10 fotoradarów na 30 km odcinku - bajka ;) dla poprawy humoru poleciało więc to:


uwielbiam jazdę samochodem: szybką, zwinną, płynną, gdy biorąc zakręt - ciało balansuje lekko, czuje się, gdy prędkość rośnie z sekundy na sekundę. zwłaszcza wieczorową porą, gdy ni to ciemno, ni jasno, a do tego niebo chmurnie niesprzyjające. Piotrek ma podobny do mnie sposób wyżywania się. zrobiliśmy dodatkowo jakieś 30 minut, po to tylko, żeby móc zapomnieć się na chwilę. samochód wręcz z nami pomrukiwał. my - staraliśmy się ciągnąć rozmowy, częściej wyliśmy wraz z radiem. a poza tym - rozbujana fura to chyba najprzyjemniejszy środek transportu. zaczynam marzyć o zrobieniu prawka.

Ps. Uśmiecham się, nadal i nieustannie, naprawdę, proszę Państwa ;) ;* ;) ;* ;)

niedziela, 9 maja 2010

Wszędzie mi dobrze, ale w 418 NAJLEPIEJ ;)

Może to dziwne, ale moje przywiązanie do akademika nadal rośnie. Nie umiem określić skąd to poczucie, że pokój w DSie jest domem? Ale tak już mam.

Pierwsza wizyta w szpitalu "p" była ciężka. Wczoraj.
Pominąć powinnam fakt totalnego niedostosowania wnętrza do potrzeb chorych: ostre kanty, sznurki od rolet, niezabezpieczone grzejniki i gniazdka, a co najfajniejsze nad łóżkiem Jej tablica korkowa z pineskami. Hmmm - gdyby tylko chcieć to da się tego wszystkiego użyć dla zrobienia sobie krzywdy.
Powinnam jednak wspomnieć o czymś innym. Młodziutka zupełnie Ona, logicznie myśląca dziewczynka, leży na korytarzu, a dokoła Niej kobiety zdecydowanie powyżej 60 z wyraźnymi choróbskami, co to rzeczywistość zniekształcają, przerabiają, wytwarzają nową. ALE:
Przyznam, że myślałam, iż będzie gorzej... Spodziewałam się biegunów: katatonia - psychoza. Na szczęście choć obraz ogólny przytłaczający jak cholera - dało się normalnie pogadać z Nią, jakoś oderwać myśli od szpitalnego korytarza, na którym stoi Jej łóżko. Misiek z gatkami w serducha ma za zadanie dodać Jej otuchy - jutro pewnie zacznie się jakieś konkretne leczenie.
Ona na szczęście nie jest załamana. Przerasta Ją ta sytuacja, ale sobie radzi. Nie przywitała nas płaczem lub ciszą. Po prostu powiedziała co i jak. Do tego pożartowaliśmy, zrobiliśmy jakieś plany. Zjedliśmy pudełko truskawek i ciacha. Dwie godziny minęły jak z bata strzelił. Trudno było wyjechać, zostawić Ją tam, w tych warunkach, pośród szarości wszechpochłaniającej, ale tak trzeba.

Potem ciężkie rozmowy dwie z Jej rodzicami, (z każdym osobno, bo byli w dwóch różnych miejscach i nie mieli, jak się ze sobą skontaktować) żeby wiedzieli, co się dzieje z Nią. Że jest w szpitalu.
W życiu nie czułam takiej odpowiedzialności. W życiu nie było mi tak przykro, że mam złe nowiny. I znów myśl: nowiny mogłyby być dużo gorsze - cieszmy się, że tak to się na razie potoczyło. Potem - ma być JUŻ TYLKO LEPIEJ.


W domu było lepiej niż przypuszczałam. Dla taty jestem lekiem na całe zło. Nie usłyszałam nic złego, żadnych żali i pretensji. Tylko: "dobrze, że jesteś" ;) Kochany tata.
Z mamą jest gorzej. Ma coś na kształt klepek na oczach. Zupełnie nie dostrzega mojej pomocy, widzi jedynie to, że siedzę sobie wygodnie na pupie w Poznaniu i mam wszystko gdzieś.
(Swoje życie - mieć można, gdy ma się tytuł i pracę - wcześniej jest się obiektem posiadanym przez rodzicieli).
Tylko, kiedy powiedziałam, że żeby Młody do domu wrócił, to po niego pojechałam jakoś nie miała kontrargumentu.
Czuję się z tym trochę, jakbym w licytacji uczestniczyła: kto jest bardziej dla kogo? A to przecież zupełnie bezsensu.


Teraz rozkoszuję się moim 418.
Jutro wraz z Piotrem i Izz znów jedziemy do Niej.

Tyle na dzisiaj. Więcej - gdy odpocznę od zmęczenia i tych problemów nagłych i komplikacji. Nie myślcie tylko, że znów mój nastrój na dnie - nic bardziej mylnego: szczęśliwa Malutka jest silna. Szczęśliwa Malutka się nie łamie. A skoro dożyłam dziś to muszę być piekielnie mocna w wojowaniu z życiem, czyli baaardzo szczęśliwa ;) ;) ;)
Podoba mi się nowa- stara Malutka. A Wam?

Spokojnego wieczoru.
Pa

sobota, 8 maja 2010

8 V

A dzisiaj będzie najważniejsza wojna w moim życiu.

Kiedyś muszą mi dać spokój i pozwolić żyć wedle mojego scenariusza. Jeśli nie pogodzą się z tym dzisiaj, to będą mieli problem, a ja wrócę do Poznania z prędkością światła. Nikt nie będzie cierpiał za to, żeby u mnie w domu był spokój, za to, żeby w okolicy nie huczało od plotek. I mam gdzieś kolejny szantaż pod tytułem: "bo tacie się coś stanie i wtedy zobaczysz". Jak tata wreszcie pójdzie do lekarza, to go z tego wyleczą i nie będzie reagował stanem przedzawałowym na każdą moją decyzję, z którą się nie zgadza i której nie rozumie.

Napisałam.

I fakt: jestem zuch- dziewczynka. I twardy ze mnie Czesiek. ;)


Ps. Kurcze...

piątek, 7 maja 2010

:(

To nie był dzień i wieczór Czesia.

Smutny, podły dzień. Padało na dworze/polu. Padało w środku paru ludzi.
Przerosły mnie problemy. Przerosły mnie oczekiwania. Dorosłość jest do dupy...


Na szczęście ona jest bezpieczna.

A im wszystkim w tyłki nakopię, gdy zajdzie taka potrzeba.


W domu... wydaje im się, że mam robić to, co chcą, i jak chcą. A tak się nie da. Świat się zmienił.

Babskie picie, w skrócie wielgachnymmmmm...

W głowie mam właśnie tak :

Wyszukane w sieci :)

Cześ wypił sobie niegrzecznie flaszeczkę z Izz i mu, znaczy mi, znaczy Malutkiej, lekko odfruwa świat, ale w takim odlocie od razu kolorowiej ;)

Między Bugiem a prawdą, takie widoki to ja mam w Czesiu i bez pićku wyskokowego.
Maki przemawiają do mnie zawsze, bez względu na porę dnia czy nocy. I jakoś mi się tak ładnie kojarzą, z wakacjami, latem, beztroską. Tyle, że wprowadzają jakąś taką nastrojowość ulotną, nienamacalną. Sycą kolorem. A chabry? Oczy tej małej, jak dwa błękity... :)

A tak na poważnie, czemu z niektórymi wódeczka jest lodołamaczem, mimo, że znamy się od... no, dłuższego czasu? Strasznie to denerwujące, że na trzeźwo nie da się powiedzieć tylu rzeczy... Że dopiero przy butelczynie otwiera się wielkie zamknięcie, uchodzi ciśnienie, i można powiedzieć: "ja" oder "nicht". I czemu częściej pada ciężkozbrojne "nicht"???

Wyszukane w sieci :)

Ps. I czemu ja jestem trzeźwa nadal? Po tej ilości? A może nie jestem?! :D :D :D

środa, 5 maja 2010

dziwadło

że życie moje jak bombonierka, już pisałam
że życie moje jak białe zeszyty, co się zapisywać zaczęły teraz dopiero - to można było między słowami odnaleźć

a dzisiaj?

dzisiaj udowodniłam sobie, że mogę być taka, jak lubię ;)

najpierw wybawiłam się w szpitalu, bo wuj miał konsultację; nawet przez blok operacyjny czmychnęłam cichcem
potem sytuacja jak z filmu: na korytarzu stał sobie tak po prostu mój ByłyOn, wrócił ze Słupska, a ja mało zawału nie dostałam z zaskoczenia; przespacerowaliśmy korytarzem ze 2 razy i zahaczyliśmy o kawę w 418, którą piła również Aneszka, Piotrek wolał herbatę

teraz - po dużej porcji kojącego skołatane nerwy napoju mlecznego o smaku czekolady, myślę o przewrotności życia i czuję się jak całe wesołe miasteczko z tymi diabelskimi młynami.

postanowiłam pójść z prądem - co ma być, to będzie. nie chcę podejmować żadnych decyzji - chcę, żeby decyzje podejmowały się niezależnie ode mnie, tak, żeby stawiały mnie przed faktem dokonanym. bo po co robić coś wbrew sobie? ;) ;) ;)

nie wiem, czy ktokolwiek zrozumie cokolwiek z tego posta. jeśli nie - wybaczcie. Cześ to jednak Cześ, nic w jego wykonaniu nie może być normalne ;)
co nie zmienia faktu, że Cześ nadal szczęśliwy i radosny, choć bardziej skodowany dzisiaj. a czemu tak? - bladego pojęcia nie mam.

miłego wieczoru. jak chcecie - podśpiewajcie z innym wielkim, cudnym Cześkiem:

niedziela, 2 maja 2010

Rzeczowo jakby ;)

Słowem wstępu: dzisiaj nie będę przebierać w słownictwie, bo nie sposób, jeśli realia mam oddać tutejsze, akademikowe - tylko oryginalna wymowa miejsce tutaj mieć może, bo jeśli choć ciut spuszczę z tonu - niewypał Państwu zaserwuję, a nie o to mi przeca chodzi ;) Z góry więc za wulgaryzmy konieczne przepraszam.

Post ten zainspirowany został wydarzeniami prawdziwymi z dnia wczorajszego, które działy się w moim DSie kochanym...


CZYM JEST DZIWKA AKADEMICKA?

Pytanie jedno, proste i bardzo konkretne. Dla załagodzenie sytuacji dodać muszę, że pojęcie to odnosi się do rzeczy, a nie osoby, więc uffff, można zetrzeć pot, co nerwowo czoło zrosił...

Struktury akademickiego bytowania socjalnego są proste- na jedno piętro przypada: jedna kuchnia, dwa pomieszczenia z czterema kabinami prysznicowymi w każdym, dwa pomieszczenia z czterema toaletami w każdym i...

JEDNA PRALNIA Z CZTEREMA PRALKAMI na caluśki śliczny, przepchany akademik.

Wyszukane w sieci :)

Ludzi jak mrówków: swoi, nie swoi, spoza i zupełnie obcy. Jakieś 400 osób (granica błędu raczej niewielka). I dalej.
Każdy pokój ma prawo wpisać się na grafik, co by sobie wyprać to i owo, dwukrotnie w przeciągu tygodnia. Grafik wywiesza portier lub portierka (w zależności od tego, kto zacz na zmianie) w każdy poniedziałek punkt 15. I tutaj pojawiają się schody...
Jedno piętro - jedna pralka. Jedno pranie to 3 godziny. Prać można od godziny 6 do 24, czyli w przeliczeniu: dziennie możliwe jest 6 prań. Tygodniowo: 42.
Wygląda to nieźle, prawda?
Nic bardziej mylnego. Ja już nawet pomijam fakt, że od dwóch tygodni mi się na grafik nie udało zapisać (i wtedy stara metoda obowiązuje: micha, płyn do ręcznego i wio łapkami wszystko do czystości doprowadzać), bo albo byłam na uczelni, albo na mieście i żadna pora, dla mnie możliwa, wolna nie była, ale... Jedźmy dalej i nie dramatyzujmy, na miłość Czesia własną, a bezbrzeżną jak wszechświat.

Izz miała wczoraj pranie na godz. 15 (świątek, piątek czy niedziela - bez różnicy, bo to cud i święto w hierarchii akademickiej najwyższe).
Później się okazało, że po niej pralkę piętra nr 4 przejąć mieli sąsiedzi Izz uroczy (uwielbiam chłopaków: Kubę za śpiew cudny, Tomka za to, że zawsze ma filmów stertę na podorędziu, Daniela... za wczoraj - ale to dopiero doczytacie).
Jako, że Izz miała wczoraj ciuchów niedużo zgadałyśmy się, że razem zrobimy 3 prania najistotniejsze, potem ja ze dwa (jeśli czas pozwoli) i chłopakom kluczyk przekażemy.
Że życie moje ostatnio jest jak pudełko czekoladek i bladego pojęcia nie mam jaki smak w kolejnej - i z praniem mogą być jaja jak berety...

Pranie wspólne zostało ukończone, brałam się za przygotowanie tych moich rzeczy, które na kolejne rzuty planowałam. Do pokoju wpadł Daniel uradowany, że mam pranie:
- Czesiek, wypierzesz mi 2 koszule, 3 podkoszulki i jakieś jeansy ze swoim, bo Izz mówiła, że teraz Ty w pralni rządzisz.
- Jasne, jeśli się wszystko zmieści, tylko jeszcze ustalę z tymi, co po mnie, że im 10 minut skradnę niecnie.
- To ja mykam po ciuchy.
I luz - od zawsze wiadomo, że akademik to komuna wielka: wspólne jadło w lodówce, książki na całym piętrze, czasem nawet łóżko ;)

Po zapełnieniu pralki, spojrzałam na grafik i szok: godz. 18- 24: pokój 429. Noż by go kaczka, ten, teges - przecież to Daniela pokój...

- Daniel, teraz yyy... ty masz pranie.
- Ja? Żartujesz?
- Nie, a to znaczy, że robię sobie jeszcze kilka rundek do pralni, a Ty mi dorzucisz ciuchy.

No i git, gitara i kaloszki ;) Tyle, że padł wreszcie osławiony tekst:
- A do którego wrzucisz moje gatki? Co?
- Yyyyyy - zmieszania swego oddać nie potrafię
- No co? Przecież jak idę pod prysznic, to tam wasze majtki wśród reszty fatałaszków się suszą i afery z tego nie robię
- ...


I tutaj przechodzimy do meritum.
SUSZARKA NA PRANIE

Wyszukane w sieci :)

Zazwyczaj jedna na 6 pokoi, oczywiście własność studenta, z co szóstego pokoju.

Tak się szczęśliwie składa, że Cześ posiada jedną sztukę na wyłączność, z Aneszkiem oczywiście ;) Tyle, że... no tak w zeszłym tygodniu pożyczał ją od nas Człowiek, od niego powędrowała do Wielkiego Wojtka, potem miała chyba Maja i wczoraj... za cholerę nie szło cudu techniki zlokalizować. Po mniej więcej pół godzinie śledztwa, zguba znalazła się, w stanie idealnym.

Toż już wiecie czym jest dziwka akademicka. Ktoś wpadł na to?

Gdy już grzecznie ustawiłam sobie własność pod pokojem, celem porozwieszania tego i owego, naszła mnie myśl, że przecież prania będzie więcej, a perspektywa sznura przez cały pokój to ostatnie o czym marzyłam...

No więc - komu w drogę temu trampki. Byłam u większości: Girgusia, Kasiek, Chudej Anki, nawet u Turczynek, aż mi się pomysły skończyły... Szczęśliwym jednak trafem wleciał w krótkie odwiedziny Boski, który to udzielił mi informacji: : szukaj w 434 lub u Alego...

Kolejna wyprawa.
434 zamknięte na 32 spusty albo 40 i 4, sama już nie wiem. Ale u Alego słychać: open. Wchodzę i czuję, jak niemoc na mnie spływa. Dwóch nieznajomych, którzy... only po angielsku szprechają, z czym ja akurat średnio sobie radzę. Wyjątkiem jest Ali - z nim dogadam się zawsze... So, sorry guyss. I kaszana.
Już drzwi miałam zamykać, gdy wpadł na mnie Ali:
- Palina, how are yoy?
- Ali, i need yyy, drier, no wiesz, suszarki na pranie, kurcze...
- Ok, Palina, mam, so one moment, oo, prosze.
- Dzięki ;))))))))))
I znów do wyjścia się zbierałam, dzierżąc w łapkach upragnioną suszarkę, gdy rozległo się puk-puk. Jeszcze przez zamknięte drzwi:
- Ali. Dasz suszarkę?
Myślę sobie, znam głos... Pół sekundy później: no przecież to Grzech z 2 piętra...
- Y, sorry, Palina była first.
- Fuck, fuck, fuck...
- Moge pożyczyć ci linkę, to sobie w pokoju jakoś doorganizujesz, ale suszarkę porywam - rzekłam nieśmiało.
- Nie, dzięki, też mam jakiś sznurek.

Zwycięstwo starej zasady: kto pierwszy ten lepszy. A swoją drogą nigdy na piętrach innych niż moje nie szukałam... Ale widać sytuacja niżej jest gorsza niż u nas, na 4 poziomie ;)


Tym sposobem pranie się dokonało, przy wielu wybrykach udało się je po ludzku wysuszyć.

I tylko nigdy nie wierzcie studentom, kiedy mówią, że najbardziej to trzeba lodówkę czymś zapełnić. Najważniejsze to mieć na czas suszarkę...


Tak sobie myślę, że może ja cosik nowego do bloga wprowadzę, żeby luki zbyt wielkiej po smętach wcześniejszych nie było? Może więcej o akademiku będzie, bo i pisać jest o czym i tematów sporo? Ehhh, dylemata to straszne ;) ;) ;)

Spokojnego wieczoru i dobrej nocy
życzy Cześ

sobota, 1 maja 2010

Wieczorowa Malutka

Za oknem upragniona ciemność, co znaczy tyle, że dzień znów minął, jakby z bata strzelił. Godzina za godziną i nawet nie zauważyłam, że dochodzi 23. Taki urok przyjemnego przesiadywania w DSie ;) Właśnie, przyjemnego - to chyba najwłaściwsze określenie 1 V 2010. Kurcze, wszechogarniające poczucie harmonii i spokoju błogiego - prawie zapomniała, że tak być może - no, ale się przyzwyczajam do luksusów typu: "żyć, nie umierać".

(Czytałam ostatnio jakoweś głupoty dzieciaków z internatu, które ładnie siebie określały jako półsieroty z placówki opiekuńczo- wychowawczej... Tak jakoś mi się z akademikiem skojarzyło, ale nieistotne to zupełnie ;D).

Zrobiłam ciut w kwestiach pisania tych słów miłych i lotnych. Zgotowałyśmy z Izz obiadek pyszny - ja się zastanawiam, kiedy mi warzywa apetyt odbiorą zupełnie, bo póki co - jedyny to mój prowiant - z wyboru, oczywiście ;) Jak nam się skupienie na pisaninie rozpraszało to sobie z Izz robiłyśmy wycieczki muzyczne do tak różnych świątyń słuchu absolutnego (czego załamaniem/ ciosem poniżej pasa/ męczarnią jedyną a ostateczną/ koszmarem opartym na scenariuszu Teksańskiej*** było zapodanie moim uszom, przez Izzowy sprzęt jakichś staroci słynnego, z ambitnych prób podboju świata, zespołu zwanego, jakże niebanalnie: Ich Trujka... pożal się Pan nad uchem moim oklapłym). No, ale poza tym - było ambitnie, ciekawie, sporo nowych rzeczy Czesia uwiodło i urzekło :)

Teraz sobie siedzę w moim 418. Skończyłam krótkie zabawy z Kazikiem, który raczej nieskory jest chwilowo do współpracy wymagających wyczynów rozrywkowo- wykończających.

Słucham mojego Raz, dwa, trzy namiętnie, z zacięciem, że się nauczę tekstów wszystkich wreszcie na pamięć... Podpaliłam pokój, znaczy się świeczki w sztukach trzech w pokoju, na podkładce glinianej. Zaczytuję się w międzyczasie w jednym takim blogu i jakoś tak nie mogę zapanować nad wybuchami śmiechu regularnymi - majstersztyk, że aż mi dech zapiera ;)

Leniwy, piękny wieczór, piękna noc.

Jeszcze tylko youtubowa wstawka najukochańszej Razdwatrzy piosnki i... dobrej nocy, moi Mili ;)


Majjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjj

Poranek miły, cichy, intymny bardzo.

Najpierw pobudka przez Radzimira, kuzyna mojego cudnego, który na Słowacji siedząc, pytał czy jakieś zapasy zrobić dla mnie trunkowe ;) Telefon prawie wypadł mi z ręki, bo wzmożona senność o godzinie 7 to chyba norma. No ale ustaliliśmy, że chcę: brzoskwiniowego szaleństwa i ewentualnie takiego czegoś na "a", co podobno wywołuje dziwne wizje pośród pijących - piłam to razy może trzy - smakowało bardzo i żadnych "odlotów" nie było :P

Potem dostałam pyszną herbatkę z cytrynką od Izzz. I się umówiłyśmy na wspólne uczenie, u niej, żeby motywacja była większa i całe rozproszenie rozbijało się o wizerunek ryjącej panny nr 1 lub panny nr 2 - w zależności od perspektywy znudzonej jej lub mnie. Obie mamy dziś raczej nastawienie spacerowe/ rozrywkowe, ale magisterka Izzz z chemii nie napisze się sama, a i moje prace pisemne wkładu własnoręcznego wymagają, i nie ma "zmiłuj Pany". A swoją drogą oligoaminy - to brzmi dumnie ;) Lepiej niż recenzja wydawnicza. Uwielbiam łączyć moje z czyimś, bo się zawsze czegoś douczę...
Rysunek Izz od kuchni ;) Mam pozwoleństwo na wklejkę upubliczniającą ;) Tyle, że Izz śmieje się, że najprostszą rzecz sobie wybrałam, bo reszta jest gorszejsza...

Rys. Synteza glikopolimerycznych nośnikow DNA.

Następnie odbyłam jeszcze jedną wielce radośnie nastrajającą rozmowę i poczłapałam pod prysznic. (Mam teraz tak śmiesznie wysuszone włosy, niby dobrze, ale po prawej stronie mi się jeden kosmyk lekko oddzielił od reszty, skręcił, i wystaje jak rożek, zadziornie, acz ekstrawagancko :)

Teraz - koniec sprawozdań - biorę się najpierw za list, co odłogiem leży od tygodni chyba dwóch... Trzeba zlikwidować rozpraszacze, bo się skupić na bazgraniu nie mogę... A to ważna ma być pisanina.


Poza tym - jest maj - Cześ szczęśliwy ;) Wreszcie, kochammmmm majjjjjjjjj!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Za zieloność, za wielobarwność kwiatową, za świeżość i za najpiękniejsze wspomnienia. Jakoś się tak dziwnie składa, że najlepsze zawsze mnie w maju spotyka, w maju się do mnie garnie, w maju mnie rozpieszcza, w maju stwarza możliwości i cuda świata kolejne - nic na to nie poradzę, nawet nic nie chcę z tym robić - oby tak już zostało ;) Piątki zawsze przynoszą mi szczęście, a maj przecież jest piąty... :P (A ktoś ostatnio mówił, że jestem normalna - nie jestem, ojjjj nie ;D )

I jeszcze taki znalazłam obrazek o endorfinach ;) Pasuje jak ulał, hi hi... Z przymrużeniem oka w serduchu ktoś to umieścił, ale mi się widzi :DWyszukane w sieci

Miłego dnia.