niedziela, 30 maja 2010

"Wyglądasz, jakby cię czołg przejechał"... :P

Dzień pod znakiem tej oto piosnki, miłej memu usposobieniu od zawsze ;)


Postanowiłam, że nie będę się dzisiaj specjalnie napinać i spędzę sobie miły, leniwy dzionek, w zgodzie z wewnętrznym głosem, mówiącym mi: "usaaaa" :) :) :)

Post, pisany w kompanii Kazimierza I Wielkiego i kubka z magicznym napojem mlecznym o smaku czekolady, będzie jak taki zlepek różnych różności, jakby to powiedział mój brat młodszejszy, bo będzie o dniu wczorajszym, długim bardzo i przepełnionym wydarzeniami i emocjami, o późnej nocy i stanowczo zbyt wczesnym poranku, jak na wolną niedzielę...

Sesja za pasem, pora więc na mobilizację i trwanie w stanie pełnej gotowości bojowej do pozaliczania tego i tamtego na uczelni. Grzecznie więc wczoraj przy biureczku u Izz usiadłam i zabrałam się za zaległe prace, z nastawieniem na tę z historii języka polskiego - o nazewnictwie kobiet. Definicje, słowniki i jeszcze babowanie/babienie/kobitkowanie ;P Dodatkowo wgrzebanie się w książki z komparatystyki i... człowiek/ Czesiu/ Malutka zaczyna mieć dość.
(Czasem te studia są naprawdę ciekawe i radosne, ale rzadko...).

Telefon:
- Jestem na dole. Masz 5 minut.
- Ale ja się ubrać muszę... Yyyy, potrzebuję dokładnie, z zegarkiem w dłoni, jedenastu minut. I kropka.
- Ok. Czekam.
Piotrek. I kolejna, ostatnia już wizyta w szpitalu "p".
Właściwie nawet nie wchodziliśmy do środka. Ona wyciągnęła nas, albo my Ją na spacer mały. Najpierw miasteczkowe obchody, kątem oka dostrzeżone, watą cukrową uczczone, później wypad nad rzekę, pałętanie się po podmokłościach i starym moście kolejowym. Potem zabawa: kto pierwszy zwali Ją z torów na powierzchnię płaską? I się okazało, że trzeba wracać, po ledwie dwóch godzinach spędzonych razem...

Powrót... No właśnie. Powrót. Dopiero wczoraj zdałam sobie sprawę z tego, że do Poznania i okolic też wdziera się woda... Że Warta wcale pokorna nie jest... Okolice Lubonia i Mosiny pływają... Podejrzewam, że to, co zalane, to obszar polderowy, ale pewności żadnej nie mam. Po drodze obserwowaliśmy, jak straż i policja zamykała drogi i ścieżki prowadzące do niższych partii terenu.
Dziwne uczucie - patrzeć na wysokie drzewa, które praktycznie w całości stoją pod wodą, widać ledwie czubki koron...
Już w Poznaniu Piotrek postanowił, że przyjrzymy się sytuacji na Warcie. Przejechaliśmy mostem. Zamknięto niektóre drogi. Na Śródce, przy Estkowskiego itd - może być nieciekawie, chociaż wydaje mi się, że do przekroczenia wałów nie dojdzie, bo tam około metra jest rezerwy... Ale z drugiej strony - kto wie - wszak woda to żywioł, w obliczu którego człowiek nie ma nic do powiedzenia...
Z drugiej strony: masa gapiów, dzieciaki, całe rodziny, z aparatami, z kamerami... Głupie. I bezmyślne...

W akademiku kochanym Izz zrobiła mi ciepłą herbatę z cytryną, żebym się rozgrzała, bo zmarzłam, wracając późnym wieczorem w dość cieniutkiej tunice/ sukience... Ręce nieboszczki, ramiona z lodu i twarz jakby z zamrażalnika (na szczęście niższe partie ciała chroniły przed odmrożeniem jeansy ulubione) :) Izz okryła taką sinoniebieską Malutką kocykiem, na to położyła kołderkę, a koniec końców siebie :) I rozgrzewała te moje członki zimne do uzyskania efektu cieplarnianego :)

Po jakimś czasie pomaszerowałam do 418. W ramach kolacji zjadłam obiadowe pozostałości - genialny szpinak z curry i sokiem z limetki, mojego oczywiście autorstwa. Niby było późno, ale organizm dopominał się pożywienia, a ja nie mam zamiaru opierać się samej sobie :) (Czyli dietę "sz." turystyczny trafił).
I tutaj małe spostrzeżenia kulinarne.
Izz twierdzi, że wystarczy mi cokolwiek polać jogurtem naturalnym - a zjem na pewno. Ma rację. Co prawda w wersji smakowitszej powinna być śmietana, ale próbuję być bardziej light.
Poza tym - stwierdzam, że curry to przyprawa mojego życia: uwielbiam w wersji z kurczakiem, ze szpinakiem, z frytkami i całą rzeszą innych cudów, które da się w akademiku przyrządzić.
Aha - krewetki wchodzą na stałe do naszego menu.

Rano obudził mnie Kazik, o nieludzkiej 8... Kołowrotek wylądował na kołowrotku (tak, tak, chomik ma dwa takowe w swojej posiadłości) i hałas sen przegonił... Rozstawiłam kołowrotki i stwierdziłam, że warto już wstać na stałe, bo gdyby podkusiła mnie jeszcze godzinka w łóżku, to pewnie wstałabym około południa lub później. Młody powędrował do swojej kuli i biegał po całym pokoju, a ja zabrałam się za porządki w Kaziowym domu. Całkiem sprawnie poszło.
Popatrzyłam na Kazika, popatrzyłam na aparat... No tak. Mała sesja z małym modelem. Chyba obojgu nam się podobało, a oto, co się z naszej współpracy zrodziło:








Po zabawach z Kazimierzem postanowiłam obudzić Izz. No i masz. Na mój widok zareagowała tekstem: "Co ci się stało? Wyglądasz, jakby cię czołg przejechał". Hmmm, czyżby zbyt krótki sen aż tak odbijał się na mojej twarzy...? No nie wiem. Dodam tylko, że potem Tomuś wyleciał z tym samym czołgiem, a stojący za nim Suszek dopowiedział tonem mędrca czy innej wyroczni boskiej: "Nooo" :)

Izz postanowiła, że jak już bawię się aparatem, to ona na tym skorzysta i... była kolejna sesja. Tym razem dłuższa, dwugodzinna, bo modelka zdecydowanie większy profesjonalizm prezentowała, a i zasoby cierpliwości w niej bez porównania większe :) Poza tym - jej oczekiwania były bardziej wyrafinowane...
Na marginesie: ja to faktycznie powinnam być chłopcem - jak zobaczyłam ile Izz ma manatków i ciuszków do ubrania, to mi szczęka spadła na podłogę z hukiem... Do tego kosmetyki i biżuteria. Moja szafa to jednak jest szafeczka maleńka. Stawiam na minimalizm? Yyyy?
Izz zadowolona z efektów mojej ciężkiej pracy postanowiła rozpieścić mnie obiadkiem: frytki :) Malutka szczęśliwa :)
Po obiadku - Izz poszła się uczyć, ale już wiem, że jej nie wyszło - podziwiała fotki :) A ja - zakopałam się na blogu :)

Plan na wieczór - film: "Człowiek, który gapił się na kozy".
Teraz zmykam na spacer, bo chce mi się wyjść z moich cudnych czterech ścian :)

Na koniec - najlepsza pieśń Lady Pank...
Wczoraj w samochodzie zgodnie uznaliśmy z Piotrkiem, że to faktycznie dobry kawałek, taki z werwą i czymś jeszcze, co nadaje znaczenia i nie pozwala wyrzucić tegoż z pamięci...


Ps. Post publikowany o 18, a nie 11.53 ;)

2 komentarze:

Kama pisze...

Szpinak curry? Daj przepis - uwielbiam curry i szpinak też :D, ale w połączeniu nigdy nie jadłam. :-)

Malutka... pisze...

Potrzebujesz: patelni (jako osprzętu niezbędnego) i reszty maszynerii pod tytułem: "szpinak i przyprawy + limonka".
Na patelni ciut oleju i masełko (wedle uznania, ale w ilości niewielkiej) rozgrzać. Na to wrzucić szpinak, posolić i popieprzyć, wedle uznania (kurcze, na filo lubimy uznanie:). Podlać sokiem z połowy limonki i odczekać, aż szpinak przybierze gęstą konsystencję. Dodać bazylię suszoną i curry (i tutaj znów wedle uznania - ja uwielbiam i cała paczuszka curry schodzi). Dodać kubek jogurtu naturalnego/ śmietany, bądź połówkę (jak kto lubi, ja tutaj znów muszę użyć sformułowania: "uwielbiam", i daję cały 444 ml pojemniczek). Dać całości czas, żeby sos nabrał gęstej konsystencji. I na sam koniec - dodać sok z drugiej połówki limonki i ciut białego winka (jeśli masz w zapasie)... Jak sobie szpinaczek tak przyrządzony postoi odrobinę na ogniu, nabierze dziwnego odcieniu zieleni lub żółci - znaczy, że czas spróbować i w razie potrzeby jeszcze curry lub inszą przyprawą potraktować... No i gotowe. Ja to wcinałam z makaronem curry... Ale pasuje też do ryżu, co kto lubi.
Życzę smacznego :) :) :)
Ps. Izz próbowała mojego wynalazku. Nie dość, że żyje, to jeszcze mówiła, że było pyszneee (ale może kłamała, bo chciała być miła...) Ja zaś byłam dokumentnie zachwycona.
Pozdrawiam
P.