każdy ma czasem tak, że chciałby być sam: posiedzieć, wypić lampkę wina, włączyć muzykę, która przewierca duszę i i sączyć własną alienację
tylko dlaczego mi przytrafiają się takie momenty, gdy wiem, że muszę być między ludźmi, gdy ja i oni jesteśmy na siebie skazani?!
Wyszperane w sieci :)
daj mi Niebo sił, żeby maska dobrze leżała na twarzy, bo nie chcę psuć Miśkowych urodzin... muszę, muszę, muszę wykrzesać z siebie odrobinę optymizmu!!! tylko, że to cholernie trudne do zrealizowania...
myślę złymi kategoriami... "dzisiaj" w złych kategoriach... "wokół" w złych kategoriach...
poza tym - w Poznaniu jest pięknie, słońce ciepło przebija się przez obłoki. w drodze powrotnej zafundowałam sobie frajdę w wyniku wirowaniu na kręciole. dzieci lubią się bawić? ;)
Siedząc na jednym z krawężników dworca PKP majaczyły w naszych głowach myśli dzielone wspólnie, mnożone przez dwa i generalnie jakbyśmy je sobie z głów wyjmowały: Aneszka i ja... Myśli: "Dlaczego to nie my"
Bo tak: * niektórzy już urlopują między jednym szczytem a drugim, wdrapując się coraz wyżej i wyżej * inni polegli rozkosznie na piaskach złotych plaż sącząc powoli drinki z palemką ;P * są i tacy, którzy szaleją na Woodstocku, gniotąc się w rozrywkowo usposobionym tłumie.
A my - na dworcu, w oczekiwaniu na Aneszkowy pociąg, po robocie, z wizją jutrzejszego zapieprzania na zbiorczym... Bez opcji relaksu dłuższej niż sobotni wieczór i niedzielna doba... Trochę mało, jak się zliczy czas spędzony na magazynach. Marzy się chwila zasłużonego wytchnienia.
Na zbiorczym zmiana. Moja pozycja - jeszcze się umocniła. Dla załagodzenia konfliktu z Heksami Węszącymi szef polecił, by Magda zmieniła fuchę na dawne fakturnictwo pospolite (za którym tęsknię niesamowicie). Jej miejsce, ku mojej uciesze (i zasłudze) zajęła Aneszka :)))))) Trzeba mądrze dobierać sobie współpracowników :D
Dzisiaj oglądam jeden z najulubieńszych moich filmów: C.K. Dezerterzy.
Wyszperane w sieci :)
Kurcze uwielbiam ten żart, którym okraszona jest każda ze scen. A do tego fenomenalnie grający Kondrat, Zborowski i Kowalewski plus głos Taty Muminka (Bukowski niezapomniany, nieodżałowany) i cała reszta ekipy międzynarodowej :) Chce się chcieć.
Znów mnie gna do domu. Ale teraz muszę zostać na weekend: Michaśka urodziny :)
Bredząc już na sam koniec. Zrobiło się pusto wokół. Szum i szmer, ledwie do uszu docierające, zdradzają mi moją tęsknotę. Nadal chciałabym tego, czego już mieć nie mogę. Gdybym jednak mogła cofnąć czas - zmieniłabym ledwie jeden epizod z mojego wojowania. Reszty nie żałuję. A tęsknoty mi nikt nie zabroni, i nie odbierze, i nie wyrzuci! Nadal kocham. Po prostu. Z resztą widać to po mnie , gdy spoglądam na ByłegoNiego po dwóch tygodniach niewidzenia. Ktoś mi powiedział, że może mi to przejdzie za jakieś dwa lata, albo już nie przejdzie. Nie wiem. Cieszę się sobą. Teraz egoistycznie uważam, że to jest najważniejsze. Bycie z zakompleksioną, wiecznie niepewną siebie mną musiało być irytujące. ByłyOn nie jest święty, ale anielska cierpliwość zdecydowanie w ByłymNim siedzi. W moim myśleniu zmieniło się wiele; wreszcie wierzę, że mogę coś komuś dać, że sama w sobie mogę być wartościowa - na tyle, by odmaszerować z kąta, do którego się postawiłam. Poza tym - w szafie wiszą wreszcie jakieś sukienki - a to mówi o rewolucji w moim podejściu do mnie samej więcej, niż tysiące słów...
Dokoła kryzysy. Takie, które rozrywają dusze. I cisną się do oczu łzy. Niesłuszne oskarżenia zawsze bolą najbardziej. Ale wiem, że sobie poradzisz, że zrozumiesz, że w końcu się nie dasz!
Wyszperane w sieci :)
We mnie spokój przemieszany z ekscytacją, że za niedługo, że wkrótce...
Na marginesie: planowana zmiana na przyszły tydzień w pracy: 7.00 do 20.00 (lub dłużej).
Od zawsze najbardziej cieszą mnie proste gesty, takie na które składa się czyjaś dłoń na ramieniu, czasem w objęciu... Dobrze, że tego nie można w sobie zatracić.
Melodia, która do mnie przyszła dzisiaj w pracy i odczepić się nie chce...
Zmęczenie wchodzi na moje ciało bardzo powoli i ociężale. 12 godzin na magazynach to za mało, by mnie rozłożyć na łopatki, ale zakupy z Michaśkiem to stanowczo za duże obciążenie - zwłaszcza, gdy chodzi o garnitur...
Miałam dzisiaj w planach zamieścić tu poradnik: "Jak (nie) zostać muchomorem, czyli życie bez siniaków...". Ale się chyba powstrzymam. Dziś dorobiłam się kolejnych dowodów na mordercze oblicze bycia magazynierem pośród książkowych palet. Normalnie porażka... Jedne dobrze nie znikną, a już mogę się chwalić kolejnymi, a dodatkowo w wyniku wdrapywania się na wyżyny, przekładanie podsufitowe - mam też jakieś drobne przecięcia... (A ostatnio zaczęłam zwracać wreszcie uwagę na to, by jakoś wyglądać, ale z tak poobijanymi nogami, rękami, plecami i generalnie chyba całą resztą, to niemożliwe, by było choćby po japońsku: jako tako...).
Chciałam Wam dzisiaj napisać o cudnej, króciutkiej bardzo książce, na którą polowałam od jakiegoś czasu, aż wreszcie udało mi się ją sobie kupić... Miało być o tym, że czasem proste słowa są cenniejsze niż cała ta ekwilibrystyka literacka, że takie codzienne mądrości celniej dotykają ukrytych prawd - ale nie będzie nic na ten temat. I wcale nie z powodu lenistwa Autorki bloga, lecz z przyczyny dość śmiesznej: książeczkę pożyczyłam Aneszkowi, a ta uprzedziła mnie w recenzowaniu :) Tak więc o Panu Ibrahimie i kwiatach koranu przeczytajcie u Niej: http://podroznik-poznanski.blogspot.com/2010/07/kwiatki-pana-ibrahima.html :)))
Tak sobie myślę, spoglądając na Kazikowe wyczyny w klatce, że dobrze mieć, co ze sobą zrobić. Chwała Panom, że pracę fizyczną wymyślili: sezonówka, ale dobrze na mnie wpływa.
Mogę się wyżyć. Jak to powiedział Głównodowodzący: "W tej robocie trzeba mieć twardy tyłek". Nadal mamy próby usunięcia małolat ze zbiorczego, ale Głównodowodzący i Strażnik Ogniska Magazynowego nas nie oddadzą bez walki dwóm Heksom Węszącym. Spisek upadł bo Żółta Baba-jaga* już dziś przepowiedziała nam jutrzejszą detronizację - i rachu- ciachu - fiasko. JaśnieNamPracęDającySzef powiedział: NIE RUSZAĆ MAŁOLAT ZARZĄDZAJĄCYCH ZBIORCZYM. Nie pomogły nawet zawodzenia żałosne Menopauzy Pierwszej i Jedynej Nas Pilnującej**.
Sprawa jest śmieszna i niewarta rozpatrywania, ale niechże zostanie po niej skromny zarys: Magda, zwana dalej WspółDeską*** , słynnie z niewyparzonego jęzorka, więc kiedy ktoś się jej czepia niesłusznie - reaguje pyskówką. A że Heksy Węszące sobie upodobały za cel właśnie WspółDeskowe lica, to przy każdej nadarzającej się okazji słyszały pod swoim adresem wiązankę takich życzeń, że no, ucho więdnie (choć moje niestety już zupełnie uodpornione). Tak więc Heksy Węszące chcąc udowodnić swoją sezonową wyższość wymyśliły detronizację mojej WspółDeski. Ja planowo miałam zostać "nietknięta". Tylko, że wedle zasady: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego - stwierdziłam, że dobrowolnie zrezygnuję z zarządzania nieczułego, ale jakże pociesznego, stadem chłopaczków młodszejszych i starszejszych, i tych książek i palet mnogich opuścić mi przyjdzie królestwo...
Wyszperane w sieci :)
ich powinno być trzech, przerobiono na czterech, to my skorzystałyśmy we dwie - bilans chyba wychodzi na plus :) swoją drogą kochałam, kocham i kochać będę miłością dziecięcia TEN film w TEJ właśnie obsadzie... :)))))
(Jeden tylko cierń: gdyby ktoś zadał mi jakiekolwiek pytanie z gatunku: "A wiesz, gdzie to na zbiorczym leży?" - odpowiedziałabym: "Pytać Heksy". I już. Albo wóz, albo przewóz. Lubię własne zdecydowanie. I wspólne dopiekanie Heksom Węszącym). ;P
Tyle chyba na teraz. Zmykam spać. Jutro od 7.00 do 8. 30 muszę złożyć 4 palety mieszane...
Dobrych snów, kolorowych i pokręconych, bo takie najlepsze. Wasz Cześ ;*
Legenda: * nazwa indywidualna Heksy Węszącej nr 2, niższej, blondfarbniętej, ** nazwa indywidualna Heksy Węszącej nr 1, wyższej, z burzą czarnych loków na łbie starym, zarządzającym podobno na co dzień jakąś bursą poznańską, *** nazwa osoby, z którą realizuje się fakturę: jedna druga pary wybiera książki, podczas, gdy druga jedna druga czyta fakturę z podkładki, zwanej deską (deska, czyli to, o co na początku pracy jest strasznie trudno, bo zawsze limitowane kolorystycznie wersje i niewielkie ilości).
Ps. Gdyby ktoś był ciekaw pierwszych idoli, męskich bożyszczy i w ogóle panów, których Malutka pożerała z ekranu telewizora - to już macie jasność... Muszkieterowie... Ehhh, to były czasy... Ps. 2. Sprawdziłam z ciekawości zwyczajnej, nakręcili toto w 1974 - yyy, mnie jeszcze nawet w sferze planów nie było... No dobra, ale oglądałam przedszkolnie i wczesnoszkolnie, i później, i później...
Spoglądam na zachmurzone niebo, na którym ciemne chmury, te zwiastuny deszczu nieuchwytne, przemykają między dachami a kościelną dzwonnicą... Czekam na moment, gdy coś pęknie, by uwolnić chłodne krople, rozbijające się już w moich myślach o szybę, o moją wyciągniętą, otwartą dłoń, spragnioną przyjemnego zimna zza okna... Czekam ulewy, która jak zwykle przyniesie mi wiele radości :) Bez parasola i kaloszy kolorowych.
W moim 418...Wyszperane w sieci :)
A może nie? Może właśnie słońce psotnie promieniami skakać zacznie po ścianach, po mojej twarzy?
Lista muzyczna utworzona według bliżej nieokreślonych kryteriów pogrywa trochę jazzem, trochę rockiem, a już na pewno poezją śpiewaną.
Mam dla siebie całe popołudnie w 418. Wróciłam z domu o 13. 20 (nie było mowy, żebym przyjechała wczoraj wieczornym pociągiem, lub dzisiaj porannym), więc do pracy nie opłaca się iść - Michaszko wróci zaś dopiero koło 19. Co będę robić? Dalej brnąć w Traktat o łuskaniu fasoli, rozmyślać naparapetowo i kombinować, co jeszcze muszę, co powinnam i co mogę sobie odpuścić :D :D :D I Kazika ciut pomęczę :)
***
W domu było domowo przede wszystkim, co znaczy ni mniej, ni więcej niż właśnie tyle. Pobyłam trochę z Tatą, trochę z Mamą, ze Subkulturą urządziliśmy sobie bitwę bratersko- siostrzaną na poduszki i 2 psy... Ja i Jovan contra Młody z Żabą. O zwycięstwie trudno przesądzić, powiedzmy: remis ;) Radzimir wziął urlop na sześć tygodni, Olo wraca na dwa, Subkultura ma jeszcze miesiąc wakacji - tylko mnie nie ma w domu na dłużej... Pewnie stąd postawa roszczeniowa C.K.?
Do tego: * jest i mały cielak, taki, że aż: spryciula pojawiła się na świecie zupełnie sama, w ekspresowym czasie pół godziny, między jedną a drugą rutynową kontrolą: to już? nie... :P * mamy prywatną sarenkę, no prawie prywatną: cudo przychodzi aż pod dom, zajada się trawą na łące przy stawie, chlipie wodę i generalnie tak od dwóch tygodni ;) - ale nie da się ukryć, że o oswajaniu mowy nie ma i nie będzie, zwierz to dziki i taki ma pozostać!
Zachcianki na teraz: kawa mocnaaaa i aromatyczna, a do niej jagodzianka... (W sferze marzeń - dieta w rzeczywistości). Na resztę dnia: Janerka, którego mi Subkultura zaserwował w drodze na dworzec i myślę, że fajnie będzie go tu wrzucić:
Śmiać mi się chce :)No to się śmieję :)))))
Pochwalić jeszcze muszę brata :) Minął mu etap hip-chłapu, techno wyparowało znacznie wcześniej, więc jest nadzieja... Dzisiaj zaskoczył mnie zestawem piosenek Kaczmarskiego i Gintrowskiego. W dalszej kolejności mniej poważnie: Hey i Pidżama. Może wyrosną jeszcze ze Subkultury normalni muzycznie ludzie? ;P
Do tej pory tutaj o Nim nie było. Postanowiłam jednak napisać coś enigmatycznie: to, że jeszcze Mu się chce. Ja - odpuściłabym sobie już jakiś czas temu. Ja - gdybym była Nim. On nie - nadal jest gdzieś na obrzeżach, czasem w centrum. Są ludzie, którzy jeszcze wierzą w...
W Poznaniu leje. Zmokłam caluśka: właściwie wyglądałam tak, jakbym w ubraniu weszła pod prysznic, odkręciła wodę na maksa i poczekała, by chłodne strugi pokonały warstwy materiału, by dotrzeć do nagiej skóry. Zdjąwszy w pokoju z siebie wszystko - pomyślałam, że już jesień. I myśli mam jesienne: sensy, bezsensy i bezkres...
Zazdroszczę: * tego ciepłego uśmiechu, którym można zaczarować wszystkich * naiwności i niewinności tym, którzy pierwszy raz, pierwszym splotem dłoni, na pierwszej ławce w parku * sobie: kilku dobrych decyzji - pewności, że były dobre
Może wyczerpałam limit...?
Łamigłówka stwierdził dzisiaj, że mi się klepki przestawiają z dnia na dzień. A do tego: - Przestań, rozpraszasz mnie! - Ale co ja robię? - Pracujesz. - A Ty? - Gapię się. - Na co? - Na Twoje mokre spodnie Cios deską w głowę. - Teraz nie będziesz się gapił? - Nie. Będę tylko zerkał. I przyszła jego Łamigłówka: baczność- spocznij- możesz oddychać żołnierzu- teraz padnij... Koniec końców: ona wylądowała pupą w jakimś kartonie, on był cały wymazany flamastrem, a ja schowałam się na górnym regale pośród bajeczek... Bitwa na to, kto kogo obwinie streczem... No i był Łamigłówka mumią :p
A teraz czas się spakować i zamiast do Zakopanego - do domu.
Kim jestem? Jestem kimś, kto potrafi zaskakiwać - przede wszystkim siebie. Myślałam, że pewne rzeczy mam w głowie ułożone w kosteczkę, jak nigdy ubrania w szafie, że da się je wyjąć i dopasować do sytuacji, bez uprzedniego krochmalenia, prania, suszenia i prasowania... Tymczasem - wszystko we mnie się zmienia:itd, itd, itd... Dziś: sukienka do kolan w kolorze morskiej toni z pięknie wykrojonym dekoltem, do niej - kowbojskie buty na obcasiku - chyba mi w tym i z tym kobieco. Nadal myślę o sobie w kategorii: "za-duża", ale jakoś mi bardziej... Przede wszystkim: wreszcie spędziłam dzień z Aneszkiem. Zerwałyśmy się z roboty. Wybrałyśmy na obiad do restauracji, w końcu była wypłata... Było kameralnie, cicho, tak, jak być powinno, by porozmawiać, ruszyć takie struny, które zadrżą, gdy ledwie się o nie otrzeć... A u nas... nazbierało się tego wszystkiego: nie powiem, że dobrodziejstwa, bo zbyt trudny to balast... Czasem fajnie jest myśleć i wiedzieć, że pewne rzeczy się nie zmieniają... Ta przyjaźń.Tak myślę. Taką mam nadzieję.
Wyszperane w sieci :)
Dziwne, jak wielką rolę w tym spektaklu odgrywają nasi rodzice. I jak bardzo martwi nas nastawienie jednych i drugich. Ma być cacy - czy jest? Rodzice są jak woda, w której ktoś zanurzył brzdąca - ucząc go, że inny strumień nigdy nie ugasi pragnienia. Czy zawsze? Dokoła widzę, że nie... Ale ja jutro do moich przemknę ukradkiem. Te wakacje miałam spędzać w domu, a wyszło, jak wyszło. Nie narzekam jakoś specjalnie, ale tęsknię za Gniazdem Rodzinnym... Z Mamą - rozmowa przy huśtawce... Z Tatą - chwile u maluchów... Jutro ma się pojawić cielaczek - zobaczymy czy zdążę? Bardzo bym chciała... Jakiegoś tak mam zoologicznego bzika położniczego ;)))))
I jedna myśl: zawsze stawiałam świat do góry nogami dla mężczyzny: najpierw Tata, potem Wojtek, ostatnio niezmiennie ByłyOn... Może czas zrobić coś przez siebie, dla siebie? Np. pojechać na Woodstock? Co myślicie?
Chciałam w tym miejscu wrzucić piosnkę cudnie wyśpiewaną w About a Boy... Killing me softly with his song... Znacie? No, niech będzie i w tej wersji...
Wszystko zmierza ku czemuś... Dobrze mieć jakieś zabezpieczenie...
W robocie dziwacznie: podszepty-podsłuchy-podzadki... Do tego z Zakopanego - nici - nie pytać, bom skłonna zabić!
Dzisiaj: jadę na Sarmacką. Kupiłam 2 książki: Pana Ibrahima i kwiatki koranu oraz Traktat o łuskaniu fasoli. Będę czytać na dachu i w pokoju Sławoja - korzystam, póki siedzi w Słupsku.
Samotność wdziera się do myśli. I niech ktoś przyspieszy czas, ja chcę, żeby był sierpień. Żebym mogła wziąć urlop. Pojechać na żniwa. I już.
Marudy proszę o nie zbliżanie się do Malutkiej. O to samo proszę zgryźliwych.
W robocie się wyprostowało. Jasno i klarownie określono to i owo. Mam spokój. I Vivaldi może mi mówić: "szefowo".
Z innych rzeczy: dyskutowałam dzisiaj z Łamigłówką. Okazuje się, że mojego wczorajszego poszkodowanego zawieźli do szpitala, w którym pracuje Łamigłówka. I to on się nim zajmował z doskoku. Nie jest źle. Znaczy jest, ale no... To było zasłabnięcie w wyniku nieleczenia cukrzycy, czy coś. He he - jaki ten Poznań mały :) Rozmawialiśmy też o tym, co nas pociąga w płci przeciwnej. I oboje jesteśmy nienormalni: Łamigłówka lubi kobiece... uszy, a ja... męskie ramiona... Dodatkowo oboje skupiamy się na głosie drugiej osoby - i to święta prawda jest. Się zachciało erotycznej pogawędki o flirtowaniu i innych takich. A na poważnie: on opowiadał o swojej drugiej połówce, ja o zamęcie u mnie. Zauważyłam pewne podobieństwa: idealizowanie, idealizowanie, idealizowanie...
Michaszko planuje urodziny. Aż się boję... Znów do ludzi mi każą wyjść...
Do tego mam zamówienie na 2 kubki: jeden z krową, a jeden z misiem - nie pytajcie, wstyd tłumaczyć.
Nie wiem, kiedy zajrzę na blogi do innych ludków. Na razie mam problem, by u siebie coś skrobnąć, bo mnie zmęczenie do łóżka goni... Obiecuję w weekend pojawić się tu i ówdzie na komentarzach, żeby nie było ;)
W związku z piosenką na dzisiaj: NIE ZABIJAĆ! Zazwyczaj lepsze rzeczy mi w głowie mruczą, ale teraz TO :)
Zeszło-rocznie, wakacyjnie, dziwnie... Niektórzy wiedzą...
Pozdrawiam wieczorowo
Ps. Tak mi się przypomniało - zarządzam na magazynie ekipą: Kuba, Filip i Timur ;) Wszystko to imiona, żadnych ksywek... Ps. 2. Magda zrobiła tatuaż - aż się boję... Wrrrrrrrrrrrr
Jakoś tak bez zapowiedzi wdarł się do moich myśli bezbrzeżny nocny smutek. Jest już po 23, a sen nie powinien teraz nadchodzić, bo nie chcę koszmarów... Otwarte okno symbolizuje dzisiaj bezpieczne z niebezpiecznym, przenikanie ciemnego w jasne. Noc cicha, ciężko dyszy oddechem z ulicy... Pomruki na torach drażnią rytmicznym postukiwaniem. Tylko blask latarni nie dociera na 4 piętro akademika.
W pracy było na tyle fatalnie, że zamiast dwunastu godzin - wyrobiłam ledwie 9, wku***ona jak nie powiem kto. I tyle mnie tam widzieli. Atmosfera robi się nieznośna, gdy Malutka, lat 22, dostaje pod władanie cały magazyn zbiorczy, a starzy pracownicy muszą uwijać się jak pszczółki w ulu. Z tej okazji poszłyśmy z Magdą w cholerę. Robimy swoje i nikt, poza szefem/właścicielem nie będzie zajmował się przydzielaniem nas do innych zadań, które chwilowo nie leżą w zakresie naszych kompetencji! Tak więc wcześniej wróciłam do domu. Ale...
Po drodze miałam nieprzyjemną sytuację, gdy należało udzielić pierwszej pomocy nieprzytomnemu mężczyźnie. O mojej własnej nieporadności pisać nie będę, bo przecież praktyki właściwie nie mam na tym polu, a teoria ucieka w las, gdy przychodzi co do czego... Starczy więc, że przyznam się do nieporadności niezaprzeczalnej. :/ Jednakże: dokoła "nietomnego", leżącego na posadzce, przy wejściu do jakiegoś sklepu, stał tłum ludzi raczej dojrzałych wiekiem, takich co to po 30, o ile nie po 40. I oni powinni jakoś zdroworozsądkowo zareagować. No i zareagowali: zadzwonili po pogotowie, ot co. Tyle, że nie zrobili nic więcej, a na moje pytania, czy ktoś sprawdzał puls, oddech padało pytanie rewersowe: "A pani po jakimś kursie tak?". Noż kutwa nie, niestety. Więc niczym dziecko we mgle, stwierdziłam tylko, że dycha, ma puls i tyle. O zmianie ułożenia ciała mowy być nie mogło, bo jakoś tak pan miał całość dziwnie poprzestawianą. Poczekałam na pogotowie. I poszłam coś zjeść. Z niemocy. Na stres. Bo najgorszy był ten moment, żeby się przemóc, wleźć w środek galimatiasu i na oczach widowni licznie zgromadzonej zrobić przedstawienie: "jak to cudnie, że umiem stwierdzić czy się panu oddycha czy już nie". Mała jestem w tym kontekście, taki pikuś. Łapki mi się trzęsły jeszcze długooo...
Co było dalej: wróciłam do 418. Pobawiłam się z Kaziem, wzięłam prysznic. Misiek wrócił. Wybraliśmy się na Maltę. Po pierwsze celem zakupienia pożywienia i innego niezbędnika dla chomika ;) Po drugie celem oględzin, czy da radę zrobić coś, cokolwiek, w ramach odświeżania garderoby. Udało się połowicznie. Mam mniejszy rozmiar spodni :))) Hura, hura, hura! Ale w tych lustrach wyglądałam strasznie... Się teraz czuję wyjątkowo brzyćko i grubo... Z drugiej zaś strony kupiłam sobie koszulkę jakąś taką, oczywiście w kolorze popiołu, co do której mam już pewien maleńki, chytry plan :D
Jednakże stwierdzam, że w moim przypadku należy rozpocząć leczenie na wszystko, co się jeszcze da wyleczyć/naprostować, bo żebym ja, zdeklarowany stwór czarno-brązowo-niebieskolubny, rozglądała się z wywalonym na wierzch jęzorem na żółciutkie bluzeczki, całe zabazgrane łączką, kwiatkami, ptaszkami (nie, no tu to się chyba zapędziłam...) - toż szczyt szczytów, koniec świata i w ogóle czas obumrzeć witkom opadłym z (prze)(w)rażenia. Ciągnie mnie do kolorowych szaleństw, jakichś bajecznych, słodkich kompozycji ciuchowych. Że aż mdli. Mnie mdli. Mnie samą.
Teraz? Spoglądam sobie nieznacznie na płytę, którą Maryja Dziewica kazała oddać mojemu ByłemuNiemu. Refleksja? ByłyOn zawsze przepadał za dziewczynami, które raczej nie budziły mojej sympatii. Teraz może spędzać z nimi czas, gdy tylko zachce. Nieswojo mi z tą myślą. Jakaś zazdrość babska została. W ogóle to tęsknię. Głupio, prawda? Bo ile można?
Specjalnie dedykowane TEY ;) Dla wszystkich pasjonatów (takiej) historii...
Nie brać na poważnie, nie brać na poważnie ;)))
Ps. Zegarek z komunii roztrzaskałam z nienawiścią w kościele, gdy mi go pierwszy (i jedyny raz :D) kazali założyć... Bo ja nie chciałam być komunistą Spider-Mana: na cyferblacie pająk sekundował po sieci ohydnej... Ps. 2. Kryzys nocny - po poznańsku zażegnany ;) Nie ma jak bajka, bo z pewnych rzeczy się nie wyrasta :)
Wszystko pięknie: praca git, z ludźmi niedogadywania się ciąg dalszy - nic nowego ;P (chwała Panom za Magdę) i jeszcze JEJ powrót :))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))) tylko w środku mnie kaktus - kuje... :(
Czasem myślę, że jutro to mrzonka.
Dobrze, że jest jeszcze jakaś "stała" w każdym dniu. Jak miarka mojej normalności. Jak centymetr w drodze do Patagonii.
Pewien pan powiedział mi dzisiaj, że mam zadatki przywódcze. Czyżby? A w środku mi miękko i cicho...
Tęsknię za czymś, czego prawie nie pamiętam, tak krótką trwało chwilę. To nie jest tak, że mi smutno, że mam jakiś kryzys - co to, to nie!!! Szczerzę się od rana do wieczora i fajnie mi ze sobą... Tylko, że w miarę jedzenia apetyt rośnie.
Wróciłam do akademika, cięższa o wszelkiej maści pokarmy i półprodukty do ich tworzenia, wmuszone mi (bez żadnych oporów moich!) przez Rodzicieli Kochanych.
Nie powiem, że wróciłam wypoczęta: zmęczenie kręci się wokół głowy, ale dobrze mi było w domku. Psy wykończyły mnie zupełnie - zwłaszcza nocki były uciążliwe: Jovan śpi ze mną na łóżku od niepamiętnych czasów, Żaba się z nami nie mieści,więc śpi na podłodze, pod wyrkiem. Teraz jednak, w wyniku upałów psom odbija: Jovan miotał się między łóżkiem a podłogą, kradnąc koc, ściągając poduszki, moją rękę, włosy i koniec końców mnie samą. Żaba zaś wpychała się na siłę, między mnie a ścianę, zrzucała Jovana, spychała mnie i generalnie robiła demolkę. Rankiem łóżko wyglądało jak po wojnie, nalocie bombowym i w ogóle. Za dnia, a właściwie wieczorami ganiałam się z psiakami - po łące i bagienkach pobliskich: Jovan odmłodniał, Żaba ćwiczyła skoczność, a ja mam ciut podrapane swoje łapki od łapania psiego Małysza :P
W sobotę zakupiłam sobie dwie pary bucików: cichobiegi do pracy i jakieś cudaczne białe szaleństwo do sukienki :)))
Po zakupach pojechaliśmy do dziadków. Prowadzę u nich szeroko zakrojoną akcję: "dziadek, no przecież potrzebujesz psa - za dwa tygodnie przywiozę szczeniaka". Moimi sprzymierzeńcami, niestety, są starość i choroba Psoty. Wrogiem - babcia zdecydowanie przeciwna podjętej inicjatywie... Ale przeforsuję i to :)))
Dzisiaj: miałam spory fart. Do Poznania przywiózł mnie Radzimir - przyjechał dosłownie na obiad i zagarnął mnie do swojej fury (i dlategoż Rodziciele tyle jedzonka wcisnęli córeczce). Wniosek: uwielbiam samochody i długą jazdę :) Rany, jak fajnie spoglądać na zmieniający się krajobraz, wygodnie wcisnąć się w fotel, słuchać dobrej muzyczki, konwersować ze świetnym kierowcą i pozwolić myślom odpłynąć hen daleko... Plusem jest przede wszystkim to, że ja i Radzimir (kuzyn mój najulubieńszy), z którym mijam się w domu wedle zasady Mania przyszła, Frania poszła, poszła Frania, przyszła Mania i tak wkoło Macieju - mialiśmy wreszcie okazję nadrobić zaległości :)
Ale żeby nie było za słodko: w ramach szaleńczego tempa pakowania się w domu zostały ładowarki od obu posiadanych przeze mnie telefonów ;/;/;/ A mama upiera się, że pocztą nie wyśle: "bo zginie i co wtedy?". Na "co wtedy" odpowiedziałam, że "wtedy wtedy" kupię nowe - czy jednak mamę przekonałam - keine Ahnung. Tak więc - za jakieś dni dwa będę: "Abonent czasowo niedostępny. Abonent czasowo niedostępny". (Pomysł pożyczania ładowarki od kogoś z akademika jest poraniony - wiem z doświadczenia)
A ja? Jestem sobie kimś, kto: * nie polubił nowego proboszcza - facet w sutannie z jakimś dziwnym syndromem tłumaczenia wszystkiego... * uważa, że kraj ten trumnami stoi, jak długi i szeroki - u babci w tv tylko pogrzeb i pogrzeb: dzieci nie przełączajcie, trzeba popatrzeć...
Ze spraw jeszcze bardziej poplątanych: widziałam syna Wojcieszka. Junior ma jakieś 7 lat i jest cholernie podobny do swojego Taty... Ciekawa jestem, czy charakter też ma podobny... Głupio mi myśleć, że Wojtek, mimo, że Go nie ma, ma syna, i że dla mnie to tak odległe. Jak już kiedyś mówiłam - lubię niegrzecznych chłopców, zawsze lubiłam :) Juniora spotkałam z babcią na cmentarzu, przy grobie Wojcieszka... Byli tam przede mną. Poczekałam, aż pójdą. Nie chcę mącić ich poukładanego świata. Inną jest kwestią, że...
Mam takie małe marzenie: jutro obudzić się w innym miejscu, w innym łóżku, z szerokim uśmiechem na twarzy, zanurzyć nos w kwiatach i wypić niespiesznie pyszną, aromatyczną kawę...
Zapomniałabym: u nas też przeszły burze, nawet dwie - PIASKOWE!!! Na podwórku nie było widać nic, a potem w całym domu, bo oczywiście nie zdążyliśmy pozamykać okien wszystkich, leżała całkiem spora warstewka piasku... Anomalia jakaś, przecież nie na te rejony takie cuda, a jednak...
Wyszperane w sieci :)
I było prawie tak, tylko bez piramidy, wielbłądów i nieznanych mi ludków, za to widoczność mieliśmy mniejszą...
Nastrój iście poetycki... Zachodzące słoneczko ślicznie niebo uciapało kolorami: róże, czerwienie, pomarańcze, na błękicie bezchmurnym. Moje psy grzecznie leżą u moich stóp, gapiąc się na mnie z zachwytem i vice versa. Moje myśli powoli wróciły do normy, potargane, poplątane, przez wichury, które się zjawiły tak nagle. Nawet brat mój kochany, od dziś Szumna Dziewiętnastka, ma ochotę pogadać i się powygłupiać. Zaraz pójdę kosić z nim trawę (jak znam siebie i Żabę, to się wytarzamy w tej trawie, nim cokolwiek).
Na jutro dość ekstremalne plany: zakupy i wizyta u dziadków. I dużo lodów w międzyczasie. Dzisiaj zamiast lodów były porzeczki czerwone z cukrem :)
Wszyscy twierdzą zgodnie, że po TAMTYCH przebojach coś we mnie pękło. A ja i tak jestem szczęśliwa :))))))))
jutro uciekam nawet do pracy nie pójdę jadę do domu
wezmę Żabę i Jovana i pobłąkam się gdziekolwiek
jakoś tak w pewnych kontekstach świat mi szarzeje
myślę o wyprowadzce z akademika i generalnie kilku innych bezludnych wyspach
z radości się dzisiaj poobijałam trochę mniej ;) i więcej się obijałam :) (dokładnie tak, jak obiecałam spróbować)
oczy mi się już kleją strasznie, czas na sen chyba
ps. najchętniej zamieszkam w leśniczówce, będę dokarmiać sarny i zające i gwizdać na wszystko, co poza ps. 2. gwiżdżę pasjami :) dla przyjemności; ostatnio bardzo KULT mi się wygwizduje, no i Raz Dwa Trzy :)
Jestem wykończona: codziennie praktycznie 12 godzin fizycznych męczarni w tym upale, w robocie.
Dziś zabrali nadgodziny. Wszystkim. Z małym wyjątkiem: Magda i ja pracujemy na starych zasadach - mamy dla siebie największy magazyn. Niby dobrze, ale doba jest za krótka.
Poobijałam się dzisiaj solidnie: siniaki mam teraz wszędzie, zwłaszcza na ramionach i kolanach - nie pytajcie jak i czemu... Niech żyje zwinność i zgrabność...
W takie dni jak ten - uczę się wiary w ludzi, starając się zepchnąć zwątpienie najdalej, jak się da. I tłumacząc sobie, że wyjątki to są, a nie ogół... A jeśli to ogół - to wielu poznałam tych spod szyldu: "wyjątek", na moje szczęście :)
Bo jak to jest, że do 22 letniej dziewczyny przyjeżdża ojciec i tyrańską szamotaniną usiłuje wyrzucić jej chłopaka z pokoju, jej samej grożąc wykluczeniem z rodziny itd? Była agresja i przemoc, a we mnie było za mało jeszcze odwagi, by zadzwonić po policję, bo znam ją i niejako jej sytuację i zgodnie z postawą: "nie komplikuj jej życia bardziej" tylko pana (skutecznie?) postraszyłam, że jeśli się nie opanuje - wezwę radiowóz - chyba podziałało - na razie cisza na froncie.
Jeśli jeszcze kiedykolwiek "takie coś" rozegra się na moich oczach - mimo wszystko - zadzwonię. Na świecie jest cholernie wielu dupków i h***w - trzeba zwalczać, jak stonkę!
a to wszystko na łamach porządnej katolickiej rodziny, takiej, co to tradycje kultywuje, wartości dalszym pokoleniom przekazuje, że miłosierdzie, miłość bliźniego, no i obowiązkowo, co niedzielę msza w kościółku, proboszcz na obiadku... obłuda i inne takie epitety przynależne, których lepiej nie wypisywać, bo słów szkoda; a poza tym - znam słowa ładniejsze...
Za oknem widok który do myśli wprowadza subtelność tęsknot i pragnień Granat który zachwyt wzbudza głębią i intensywnością Noc z miękkim posłaniem na bezchmurnym sklepieniu Jedna gwiazda lśniąca wysoko ponad kamienicą I ja wpatrzona zasłuchana rozmarzona Mam powody do mruczenia... Mrrrrrrrr ;))))
Wyszperane w sieci :)
Dziewczynka, zdecydowanie w mojej głowie mieszka sobie mała dziewczynka, która tylko czasem podejmuje dorosłe decyzje, wiedząc, że z doznań - najlepsze jest to z huśtawki, związane z majtaniem nóżkami (ja tak po pracy się relaksuję, drodzy Państwo).... :) I śmieje się ona teraz, ta dziewczynka wręcz niemożliwa, od ucha do ucha, ma roziskrzone oczy i generalnie zastanawia się, jak to zrobić, by zasnąć, bo rano do pracy pójść musi, a w głowie takie pomysły i plany, że sen przegrał w przedbiegu :) Mała z dziewczynki desperatka w pokonywaniu bezsenności :D
Jestem już... (Macie Dziewczyny: Mała Mi i Brises wyczucie - ściągnęłyście mnie myślami, czy co? ;)
Dlaczego mnie nie było? Bo nie przywykłam do oceniania, do wtrącania się w moje sprawy i komentowania kolejnych epizodów Czesiowych. Tylko tyle, ale nadal emocjonalnie to wszystko odbieram, aż za bardzo.
Ale: ja wiem, że jest tylko jedna taka Malutka, w której siedzi Czesiek. I, że taka Malutka jest szczęśliwa, nawet jeśli komuś się to nie podoba. Taka Malutka uśmiecha się do siebie, do Kazika gryzącego kalafior i dachówek krakowskiej kamienicy. Mam swoje pasje, plany. Praktycznie nie pamiętam, jak strasznie było mi wcześniej. Teraz jestem taka, jak być chciałam... Zaczynam odzyskiwać utraconą pewność siebie. W szafie wiszą skromnie, ale przecież jednak, 3 sukienki z czego jedna nówka ;))) Nie mam czasu na nudę, właściwie czasu brakuje, by zrobić wszystko, co zrobić bym chciała :)
Dzisiaj? Rozmówca mój sprzedał mi sposób: "bzzzzz" i tyle. Od much - opędzać się i już... (Tylko, że Czesiu lubi muchy). Będę się stosować, bo póki mi jest ze sobą dobrze - póty całość ma sens.
Tyle z autoanalizy sfer psyche.
Z innych kwestii: upał straszny - planuję zamieszkać w pobliskiej fontannie (miałabym bliżej do pracy).
Wyszperane w sieci :)
O w tej właśnie urządzę sobie przytulne M4/H2O...
Kombinuję z wyjazdem na Grenlandię ;))))) (Hipotetycznie). Słucham płytki Ani Dąbrowskiej z aranżacjami filmowych piosenek, z uwielbionym Bang, bang. Zakopane jest już postanowione - wreszcie rozprostuję skrzydła :))) Jeszcze jedna sprawa do załatwienia i gotowe. Zrobiłam już techniczne przygotowania z Kubą, wkrótce ruszam na wielką wodę. Łukasz dodatkowo zaproponował małe żeglowanie, ale chyba się nie skuszę.
Kolec tej róży jest taki: brak mi mojego Aneszka... I już. Tęskno.
Z tekstów wartych zapamiętania, typowo roboczych kwiatków: stoją sobie dwaj klienci, pakujący towar do swoich rumaków czterokołowych, dyskutują o wszystkim i niczym. W końcu padły zdania ostre jak brzytew, które napad śmiechu wywołały masowy: - Wiesz co Ludwik, moja stara jest tak samo głupia, jak Twoja. Tak samo. Mówię ci. Nie ma jak to miłość w związkach ze stażem z ery kamienia łupanego :))))) (Pozdrawiam pana Janka i pana Ludwika - bohaterów).
Dobrej nocy ;) Pozdrawiam wszystkich, a szczególnie tych, którzy się stęsknili, dzięki ;*
środa, 7 lipca 2010
Pojawię się za kilka dni, jak mi się zachce.
Bo na razie - mam dość gapienia się niestrudzenie.
Czy pracoholizm objawia się tym, że po wyjściu z pracy dostrzega się spadek nastroju?!
W robocie urwanie głowy. Ale atmosfera fajna, sprzyjająca :) Pracowałam dzisiaj z najulubieńszą dziewczyną z roboty, z Magdą. Były śmiechy, chichy itd. Później przyłączyli nam jeszcze 2 osoby do zespołu i było jeszcze weselej. Czyli ADHD ciąg dalszy...
Tyle, że: * rypnął się plan zajadania się lodami - może to i dobrze, mam trochę czasu na normalny odpoczynek na moim parapecie * niewymownie pusto mi, gdy spoglądam na jakieś pozostałości po Aneszkowym dobytku... * ByłegoNiego nie było w znów w pracy - niby to nie moja już sprawa, ale jednak, martwię się, bo przegina cholernie * i jakiś taki smutek w środku; poranny deszcz zamknęłam w sobie, tak, że nie pada już na dworze/ polu, ale we mnie jakby: wracając spod prysznica czułam ulewę, bo... pewnych rzeczy i tak nie przeskoczę... może da się zajrzeć pod podszewkę tego wszystkiego, ale po co?
z innej perspektywy, dziwnej, mojej
Z pozytywów: Izz będzie doktorką chemii :))))))))))))))) Z negatywów: nie chce mi się obiadu gotować, a jestem głodna. Z neutraliów: gołębie na daszku już stawiły się na kolację.
Może sekret tkwi w tym, że Łamigłówka pracował dzisiaj ze swoją Łamigłówką? Heh, jak niefart, to niefart! Mam ostatnio tendencje do sympatyzowania ze złymi chłopcami... Z resztą: zawsze wolałam łobuzów od poukładanych ;) i tak to się kończy, pomieszaniem z poplątaniem we łbie, ale żyje się dalej
Trzeba mi Lipnicy albo Poronina, albo jakiegoś zakątku, osadzonego w tym klimacie, w którym jeszcze nie byłam! Zdecydowanie! Świat z pagórków i wyższych szczytów zawsze wygląda lepiej. Jest bardziej mocarny, trochę nieosiągalny, ale przejrzysty, bez zakłamań: przecież wszystko i tak pachnie górami, wszystko zostało w nie wkomponowane (no może poza turystami). I przestrzeń wypełniają widoki, które się później odtwarza w głowie i odtwarza, i odtwarza... Jest jedna taka grań i limba jedna, że aż (a ja ich nie widziałam od 3 lat)... Skał, trudu włażenia i moczenia nóg w potoku trzeba. He he, czuję, że taka potrzeba została dodatkowo zmotywowana przez urlopową relację Cre(w)mastera: http://paramediconboard.blogspot.com/2010/07/wielki-comeback.html ... Chyba się choć na weekend wybiorę za dwa tygodnie albo trzy. Muszę, bo tu zwariuję. Zwariuję po poznańsku.
Ps. I się umordowałam z komentarzy publikowaniem, bo mi jakieś błędy wyskakują... Co jest???
Lubię moją pracę/ robotę. Bo fizycznie niby, między regałami, na palecie czasem, przeciskam się z książkami do wózka czy innego klienta.
Żeby jednak nie było: śmiem twierdzić, że jesteśmy bracią hurtowni o najwyższym standardzie pracowniczym pod względem wykształcenia zdobytego i zdobywanego.
Sami stwierdźcie: przyszła dr chemii (dziś miała egzamin), kilku inżynierów, od groma matematyków i informatyków, jest i absolwent seminarium (ale o tym cichosza, bo wie garstka), biolog i ratownik medyczny w jednym (Łamigłówka ;), jedna malarka już po studiach, paru polonistów (a nawet więcej niż paru), mgr od logistyki, licencjonowani od zarządzania i marketingu, jedna prawniczka, psychologów ze 3, z czego jeden już z mgrem., budowlańcowa i jeszcze kilku architektów na za rok , do tego automatycy i robotycy (czy jakoś tak) i wielu, wielu innych z dziedzin, że mózg się ślicznie lasuje (kognitywistyka, fizyka biomolekularna, lingwistyki i jakieś inne, alem nie spamiętała).
W tym zacnym gronie Malutka cieszy się jakimś tam poważaniem, bo dobrze robi, co do niej należy i sympatią, bo jakaś taka weselsza jest, uśmiechnięta i w ogóle. Dostałam dziś do zrobienia mamuta bez sprawdzanie (faktura za 45 tysiów, którą z moich wózków pakuje się wprost do fury klienta - i jeśli jest dobrze - to git, a jak nie - wypad!). P
Ale ja tu dzisiaj nie o tym. Wracam do starych nawyków pod tytułem: dobrze się pracuje i gada z płcią przeciwną, z dziewczynami i owszem, ale... z chłopakami jakoś luźniej ;)
Dzisiaj pracowałam z Łamigłówką. Było... ;) Tyle, że Łamigłówka postanowił sprawdzić czy się czerwienię, z jaką częstotliwością itd. No więc... ciut zmieszana znosiłam jego upiorne żarty i zaczepki (z resztą dłużna mu nie byłam) i z licem wyjagodzonym przemykałam między magazynami. Jak dzieci :) Korzystając z uprzejmości Łamigłówki: dałam sobie lekko masować plecy ( tam, gdzie nie ma kamer, oczywiście), bo ciężko znosiły moje boje z pakietami i paczkami - czyli, że Łamigłówka niósł chwalebną ulgę i otuchę miiiii ;))) Z jednej faktury zrobiły się kolejne i kolejne, i tak przez praktycznie cały dzień.
Epizodycznie rozmawiałam z Michaśkiem i ByłymNim, bo czasu nie było, nawet na śniadanie normalne i w spokoju, bo jeden mnie szukał (Michasiek), drugi chciał kanapkę w wymianie za wafelka (ByłyOn), a Łamigłówka po prostu przeszkadzał, dla sportu ;) Rozmówca mój słyszał te boje śniadaniowe.
Podobało mi się. Przeszło kąsanie na oślep. Przeszło smutowanie (choć w środku nadal czegoś brak...) i dzień był cudny.
Plan na jutro: po robocie idę na lody czekoladowo- jagodowe do kumpla, później na mecz ;)
A dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem szukania książeczek dla dzieci: * Karetka Mietka (tak, tak, kojarzy mi się z Panami z mojej linkowni) * Dźwig Darka (znam jednego, który ma uprawnienia na taki cud) * Koparka Marka (ooo, a to jakoś bez skojarzeń) * Wóz strażacki Jacka (no strażaków lubimyyy, zdecydowanie ;) * Śmieciarka Jarka (hmmm... z tą profesją to się bliżej nie znam, chyba, że moje wynoszenie śmieci do kontenera się liczy) * Samolot Karola (taaa, zmienić na Abnegata i będzie pasowało do dzisiejszego Jego wpisu: http://abnegat.blogspot.com/2010/07/malediwy-tona.html) * Łódka Jurka (na żagle piszę się od razu, jużżżżż, z miejsca) * Kolejka Błażeja (jutro PKPem do domu jadę... jakieś porady może?).
Żeby nie było, że o dziewczynkach zapominam. Nastał szał na kalendarze szkolne 2010/ 2011: * Kalendarz szkolny Hannah Montana (okładka masssakryczna, dobrze, że nie mam córki, która by coś takiego mieć chciała- zgrozaaaa) * Kalendarz szkolny Hello Kitty (moda nadal trwa, mam nadzieję, że zgon kiedyś nastąpi) * Kalendarz szkolny Kubuś Puchatek (jedyne, co dało się wziąć do ręki, bez odrazy, ale i to nie ratuje sytuacji młodzieżowego badziewia kalendarzowego).
Do tego od zarąbania podręczników, poradników, map i innych dziadostw heretyckich z ziołodupnictwa (mam uraz do tego typu szarlatanerii: wyleczę guza mózgu, sraczkę i rzeżączkę miętą pieprzową podawaną na ciepło tuż po spożyciu jabłka tartego, z sadu najlepiej własnego, koniecznie połowicznie czerwono- zielonego jabłka z sadu własnego...).
Wytchnieniem jedno jedyne zamówienie, w którym chodziło o dobre książki, a nie jakąś Grocholę czy inną Rowling. Jaką ulgą dla mnie było wąchanie stronic Dostojewskiego, Bułhakowa, Orwella i Conrada... Niesssaaamowitąąą... Uczucie nie z tej ziemi. A potem jeszcze ciut Kołakowskiego, Tischnera, Miłosza i wreszcie Wordswortha i Yeatsa. Na dokładkę Gombrowicz i Kafka plus najulubieńszy Mann z Czarodziejską górą. Dobra to była faktura, oj dobra :)
Nie umiem jeszcze zakwalifikować Tolkiena, Sapkowskiego, Pilipiuka i Piekary i innych Lewisów (chociaż tego pana kojarzę z Listów starego diabła do młodego - i mi się dobrze czytało...). Fantastyka to nie mój typ, ale o niebo albo o nieba lepsze to, niż walka a szitami Danielle Steel.
Teraz? Czas na relaks. W niebieskiej sukience ;)
Miłego wieczoru
Ps. I dzięki tym zaznaczeniom pierwszy raz widzę tutaj delfiny, a nie parę w sytuacji intymnej... Znalezione przypadkiem, a jak relaks - to relaks :))))))