czwartek, 30 września 2010

zasiedlony!

Oznajmiam wszem i wobec, że dnia dzisiejszego, to jest 30 IX, pokój 418 zyskał nową mieszkankę - pannę Julię.

Panna Julia to dziecię pierwszoroczne, którego głowę zdobią urocze loczki :)
Panna Julia zaczyna hebraistykę i do Poznania przybyła aż ze Słupska (podejrzewam, że ona i ByłyOn przyjechali dzisiaj tym samym pociągiem).
Panna Julia była bardzo przerażona warunkami tutaj, brakiem internetu i zapewne moją malutką osobą też :D

Miniemy się. Ja jutro pomykam do domu, a Julia będzie się od jutra rozgaszczać.
Mam nadzieję, że ładnie nam się ułoży wspólne akademikowanie.

Wczoraj robiłam porządki ze śmieciami z przeszłości, a dzisiaj przyjechał niespodzianie ByłyOn.
I coś jest na rzeczy z tym sprzątaniem - bo żadnego wrażenia na mnie ów powrót Sławkowy nie zrobił.
Były
znaczy Były i już :)

Co jeszcze? Odwiedziła mnie Luiza. Po rozgrzaniu się herbatą cytrynową wybyłyśmy na łazęgę po mieście. Stary Rynek wyglądał dzisiaj tak:


Spokojny, cichy, kołysany zimnym wiatrem, prawie bezludny...

środa, 29 września 2010

porządkowy

Od dziś mieszkam w 418, tak naprawdę.
Pierwszy raz od bardzo dawna.
I czuję się z tym tak, jak musi się czuć ryba w wodzie lub Kazio w swoim domku :DDD


Zrobiłam ostateczny rozrachunek z przeszłością - czytać: pokój błyszczy i lśni, na półkach ład i skład, i generalniej jest tego więcej niż kilka butelek octu, o dziwo.

Dziwna to była archeologia, pośród tysięcy karteluszek i papierów, notatek i listów, jakichś komiksów i kser niezliczonych przewijało się wszystko: początki z ByłymNim, pisane dialogi wykładowe, jakieś zdjęcia, które nie wiedzieć czemu nie znalazły się w portfelu, moje zapiski błahe i inne dowody na to, że żyję z ludźmi, że mam z nimi wspólną historię.
Zostawiłam niewiele: notatki robione z rzadka, częściej kserowane. Jedną karteczkę, którą zrobiłam tuż po poznaniu ByłegoNiego, drobne bibeloty, schowane w małym kartoniku. I wystarczy.
Reszta już spoczywa w pokoju - w kontenerze.

Są takie opowieści, które nie wymagają kontynuacji. Są też początki, których przyjść nawet się nie zauważa...



Miłego wieczoru!

wtorek, 28 września 2010

imigracyjne sprawy

każdy szuka sobie miejsca dla siebie.
każdy mości sobie prędzej czy później jakieś gniazdko.
a we mnie te potrzeby chyba na dobre zagasły.

jedynym czego tak naprawdę chcę jest święty spokój.

Dalszy ciąg bycia tragarzem: Aneszka legalnie zamieszkuje już pokój 215. Niby nam do siebie dalej, ale nadal blisko :)
U mnie w pokoju niezmiennie stoi wolne łóżko - co cieszy i krzepi, bo nie jestem w nastroju towarzyskim.
Już tęsknię za Kaziem, który zamieszka na razie z Aneszką.
Kazik to przecież najwierniejszy mój kompan tego wszystkiego, co się tutaj działo. Był zawsze. I dla mnie był zawsze. A teraz pewnie będę łapać się na tym, że chcę go wyjąć z klatki, a klatki nie ma...
Kazik - mój nielegalny imigrant ze sklepu zoologicznego...



żałobnie na zewnątrz i wewnątrz.

poniedziałek, 27 września 2010

sokoli post

Jako i ta babka w trójkątnej chuście kwiaciastej, cupająca na drągu powalonym, jest dzisiaj Malutka cierpliwa i cierpliwość jest dziś cnotą najwyższą z najwyższych, doskonałą samą w sobie.

Ale po kolei.

W akademiku panuje histeryczna atmosfera wprowadzkowo- wyprowadzkowa. Kierownictwu gotuje się pod cylindrami, studenci kręcą się w kółko obłędne po korytarzach. Stan podniesionej gotowości chyba jednak wszystkim wymknął się spod kontroli, zważywszy, że przyszedł sobie dzisiaj, łaskawie, a do tego we własnej osobie, Kierownikus Niepospolitus (czyli: "gdyby głupota mogła fruwać, unosił by się, jako ta gołębica niewinna" - z pamięci cytuję, więc zapewne przeinaczyłam), żeby mi w pokoiku policzyć krzesełka i stoły, i jeszcze szafy - z dodatkowych sprzętów nie zauważył nic, prócz klatki chomika, ale o tym będzie później... I tak Kierownikus Nipospolitus zwiedził wszystkie pokoje, wszystko skrzętnie odnotował, a w godzinę później biegali pracownicy ze zmiany porannej: portier, sprzątaczki i księgowa, bo się Kierownikusowe notatki zagubiły w pracy natłoku. Do tego kilka osób zaliczyło już wylot za walety nadprogramowe; no tak, bo nikt nie doczytał małego druczku, że we wrześniu tylko do 27 można było mieszkać, a potem słodkie bye bye.
Nagle zrobiło się tutaj więcej bezdomnych, niż bezrobotnych, a proporcja zawsze była odwrotna.

W 418 po spisie powszechnym, uczynionym przez Kierownikusa Niepospolitusa, nastał czas smutku i niepokoju: nastroje wstrząśnięte, bo nawet nie zmieszane.
Nie pociesza fakt posiadania objętych normą (unijną, zapewne) ilości krzeseł, stołów, łóżek i łódek (i jak polskie hale kocham! - bladego pojęcia nie mam, cóż to jest, ta "łódź", a mieszkam z nią, a może w niej lat pięć, tak z grubsza się w czasie obrachowując).
No bo jak ma mnie pocieszać stan pokoju wzorcowy, skoro wg. wyżej scharakteryzowanego Kierownikusa Palantusa, w 418 znajduje się nadprogramowy gryzoń i nadprogramowe gryzonia mieszkanie - załamka, jak moją Rodzicielkę kochaną wielbię!
Po pierwsze: Kierownikus zażyczył sobie usunięcia "ciała obcego" w trybie natychmiastowym, co nie wiem jakim, perswazyjnym cudem, udało mi się odroczyć do końca tygodnia, bo opcja początkowa zagrzmiała tak (drukowane litery użyte zostały w słowach zaakcentowanych tak dosadnie, że aż mi pierwsze siwe włosy na skroniach zasrebrzyły się z wrażenia):
- Pani pokojowa S. proszę TO, TO COŚ wynieść stąd natychmiast do kontenera.
Tu zrodził się we mnie w***w potężny i zagrzmiałam dużo bardziej grzmiąco od przedmówcy:
- Chomik nie wyląduje w żadnym kontenerze, bo jeżeli tak - sprowadzę na pańską głowę całą armię zielonych, opiekę zwierząt i ministra środowiska, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Tu nastąpiła chwila refleksji i milczenia złotego, które uwieńczone zostało zgodą na pobyt Kazika w akademiku na czas limitowany, tj. do 2 X roku bieżącego.
Spoglądam na Kazia, śpi sobie słodko, nieświadomy zamieszania wokół jego małej osóbki, zaplątany między sianem a trocinami, a ja mam istny wyścig myśli, co dalej z nim począć. Na początek spróbuję ukryć go u kogoś innego w pokoju, maksymalnie do 15 października, później mam nadzieję odzyskać spokój i klatkę wraz z jej domownikiem.
Inną kwestią jest to, że czekam na nową współlokatorkę... I lepiej, żeby nie miała alergii (co prawda mam w szafce jakiś specyfik antyalergiczny, ale to raczej nic nie da...). Szafki i półeczki dla dziewczątka opróżnione, zwolniłam przynależne miejsce w lodówce. I czekam, z pozycją gumowego ucha, nasłuchując, czy te kroki na korytarzu nie zbliżają się właśnie do drzwi 418, czy nie ma zatrzymania przed nimi, czy to już pukanie - i póki co - cisza na froncie, na moje małe szczęście.

Żeby nie zrobiło się jednak zbyt dramatycznie były i dzisiaj całkiem miłe chwile. Wysłałam list jeden, dostałam decyzję pewną i jeszcze Sioma jakoś tak pojawił się na korytarzu niespodziewanie. Z Boskim robiliśmy też za Szczygieł-przeprowadzki: wytargaliśmy biurko dla Śliwki z IV na II piętro, a że biurko było kolosem w swojej klasie - zmordowaliśmy się przyjemnie. No i jeszcze wykazałam się miłosierdziem wielkim i cichym - przenosząc czyjeś rzeczy z pokoju dwuosobowego do pokoju jednoosobowego - czemu miłosierdziem? - bo ja po prostu miła dziewczynka jestem, nawet jak ktoś ze mną gra nie do końca fair :)


Tak na koniec: wyobraźcie sobie widną polanę, zaszytą gdzieś w głębi lasu, porośniętą złotą, wysoką trawą, na skraju której (polany, nie trawy :) położony jest staw głęboki, na którym kaczek mnogość. Kolory nasycone intensywnością mienią się w oczach i nie wiecie, gdzie nie spojrzeć, by się nie zachwycić. Skupcie się! Skupcie się, bo... Nagle słyszycie niesamowity dźwięk, takie połączenie gwizdu spadania z zaciętym zgrzytem ataku - wzrokiem podążacie ku górze, próbując wypatrzeć, z której strony zbliża się do Was zagrożenie. I wreszcie widzicie: to sokół, najpiękniejszy, najszlachetniejszy, ponad Waszymi głowami. Jego lot pewnie kieruje się ku ofierze. Stoicie bardzo blisko niej, już prawie czujecie na skórze otarcie jego piór, świst dzwoni w uszach. Ptak uderza w jedną z kaczek, nie raniąc jej, jedynie ogłuszając, ta upada na poszycie. Zastanawiacie się gdzie jesteście i czy to możliwe. Naprzeciw Wam wychodzi mężczyzna ubrany w strój myśliwego, na jego twarzy wymalowane jest zadowolenie, wydaje niezrozumiałą dla Was komendę. Syczący sokół wiruje jeszcze przez moment nad głowami, aż wreszcie ląduje na rękawicy Nieznajomego, dopominając się nagrody w postaci kawałka mięsa, którą otrzymawszy, pochłania powoli, jakby rozkoszując się nią, lub kolejnym zwycięstwem swojego instynktu. Nieznajomy drugą dłonią lekko głaszcze ptaka mówiąc do niego cicho, szeptem jakby, może czule, a Wy ciągle stoicie obok, zahipnotyzowani, zastanawiając się nadal, gdzie tak naprawdę jesteście, co to za miejsce i czego świadkami przed chwilą byliście?
A odpowiedź jest bardzo prosta: znaleźliście się w moim śnie, tym, który przydarzył mi się tej nocy, i którego wspomnienie budzi we mnie nadal dreszcze i fascynację, bo o sokolnictwie wiem tyle, co o fizyce kwantowej, czyli nic, nie mając żadnej styczności z tematyką polowań z ptactwem łownym.
Bo to jeden z tych abstrakcyjnych snów, który w jakiś sposób stanowi odbicie mojego pokręcenia...
Z samego rana trochę się w internecie rozgościłam i poczytałam w tym temacie. Zadziwiające. Polowania, układanie ptaków i same sokoły, choć nie tylko one. Coś mi się zdaje, że chwilowo będę o tym czytać i czytać... :)

fot. Michał Matuszewski - mam pozwoleństwo ;)
Piękny, prawda?

niedziela, 26 września 2010

zakamarkowo

Zakamarkowe skojarzenia i wspomnienia...
Schowane w sonacie, pod skrzypiec i fortepianu pledem miękkim...


Dobrego wieczoru!

sobota, 25 września 2010

polowanie ;)

Otworzyła oczy niepewnie, lekko przecierając je dłonią, zastanawiając się czy to już... Spodziewała się stanu własnego nieciekawego: nocne pokasływania, kichania i wzdychania, znacznie skróciły czas na sen i jego spokój, ale teraz chyba wszystko już dobrze, chyba lepiej - pomyślała. W jej głowie zanuciło spontanicznie jedną z piosenek z Evity, oglądanej wczorajszego wieczoru. Spoglądała w okno, słońce igrało promieniami z szybą wesoło, krakowska kamienica majaczyła w jakimś oddaleniu. Wstała wreszcie leniwie, sobotnio, bez pośpiechu. Spojrzała na niebieskie okulary, niebieską okładkę książki Lema i niebieski pokrowiec niebieskiego aparatu. Zaśmiała się w duchu do siebie, bo przecież skoro dokoła niebiesko, to czas już na wędrówkę myśliwską.

I w jakieś 30 minut później widziało jej się i polowało tylko tak, przez kolejnych kilka godzin też. Możecie popatrzeć ;)))

No, może nie do końca, tak... ;)










I nawet nie potrzebowała słów...

piątek, 24 września 2010

komunikacyjny post... z chaosem w tle

Chyba jestem już dość ostro chora, z całym tym dobrodziejstwem inwentarza i jedyne o czym myślę, to łóżko, a na nim podusia i kołderka.

Dzień był obłędny. Najpierw egzamin - ha hah - przełożony na przyszłą środę (nie z mojej inicjatywy), później sprzątanie w 418 - przede mną jeszcze masa pracy... Dalej: wyprowadzka Izz do inszego akademika, a teraz: przeprowadzka Aneszki do akademika - zwariować można, jak polskie góry kocham!


Poznań dzisiaj okropny, tłoczny, upalny, ociekający potem w tramwajach i autobusach, a wszystko przez paraliż komunikacyjny - remontują pyrlandzką stolicę na Euro (i kojarzy mi się to ze słowami : "Na początku był chaos"...) - a do tego czasu - koszmar na kółkach, szynach, a nawet nogach. Autobusy pokonują swoje zwyczajowe siedmiominutowe trasy w, bagatela, 50 minut lub dłużej. Nie lepiej z tramwajami. Do tego chyba w trzech miejscach padły światła i nim zjawili się policjanci z gwizdkami i lizakami- armagedon się dział, najdelikatniej rzecz ujmując, a mnie brała zwykła ku***ca... Najchętniej - nie korzystałabym już dzisiaj z żadnego środka transportu, ale się nie da - jakoś muszę z manelami wrócić do DSu. Na samą myśl robi mi się słabo.

Wyszperane w sieci :)
I końca nie widać...

W jednym z tramwajów podsłuchałam, nie-celowo,rozmowę dwóch licealistów:
- Ty wiesz, Maro, ja to jeszcze żadnego dnia w budzie nie opuściłem.
- Co? Mnie nie było jakieś półtora tygodnia.
- Eee, super. Ja nie mam jak - matka prawie za mną łazi do samej bramy.

Potem mijałam na chodniku grupkę małolatów - i jedna z pannic pochwaliła się "umiejętnością" głośnego i wielokrotnego bekania. A mnie - lekko odrzuciło, ale nic to.

W drodze powrotnej od Izz nowego lokum włączyło mi się "marudzenie", że "12" wlecze się jak flaki z olejem, co Boski skwitował tak:
- A wiesz, że połączenia w mózgu decydują się na najprostszą opcję działania. Nie marudź - bo ci się będzie pogłębiać i utrwalać taki system reagowania.
- Boski, toż ja tak pozytywna jestem jak pozytywka, ale mnie nogi bolą, głowa mi pęka i mam już 300 stopni Celsjusza. I wcale nie marudzę! O!

Dalej. Na przystanku w drodze do Aneszki spotkałam chlopaków, którzy grali w "ta jest moja", oczywiście chodziło o przechodzące kobiety/ dziewczyny/ dziewczynki(?), tylko właściwie nie jestem pewna, czy miarą "posiadania" była uroda czy inne licho. Fakt - nie sądziłam, że takie coś jeszcze funkcjonuje. Jak byliśmy mali ze Subkulturą, to czasem graliśmy w: "a ten samochód jest mój", ale żadne z nas nie przekroczyło wtedy 13 lat... A chłopaki z przystanku to już młodzian ekipa studencka, i to wyżej niż z pierwszego roku (zasłyszane informacje o II i III na informatyce).

Teraz? Zastanawiam się, jaki będzie efekt końcowy dyskusji Aneszki z dotychczasowym wynajemcą. Strach się bać.

Mam już też plan na jutro, jeśli tylko zdrówko pozwoli - zabiorę Eden Lema i aparat, i wybędę na Cytadelę, żeby wreszcie poczytać w spokoju i złapać trochę jesieni w obiektyw ;) I podoba mi się ten plan - Boski byłby ze mnie dumny - bo optymistycznie to chyba brzmi i wygląda.

Napisał(a): Cześ nad Czesiów, czyli pozytyw nad pozytywów. Ja.

czwartek, 23 września 2010

ciszej...

Szczególnie mi dzisiaj...




Została cisza. Już 5 lat ciszy. A będzie już tylko ciszej i ciszej...

Dziadek. Najbardziej wyjątkowy Jegomość, z jakim miałam do czynienia, z nienaganną aparycją, z charakterystycznym szykownym kapeluszem i laseczką u nogi.
...


Odwiedził mnie Olo. I pomyliło mu się troszeczkę: Boskiego bez koszulki uznał, w wyniku nie wiem czego, za wpół roznegliżowaną dziewczynę NAWET bez stanika. A potem Ali szczerzył się radośnie, podczas gdy ja usiłowałam zaczerpnąć powietrza, pękając ze śmiechu, po wysłuchaniu "zgorszonego spostrzeżenia" :DDD
Przy okazji - Ali weźmie się za ten mój angielski, wreszcie.

No a jutro "ustnik".



środa, 22 września 2010

nowe-stare 418

418.
Pięknie tu czasami... Gdy ze ścian spływa wrażenie przytulności i ciepła. Gdy świeczki radosnymi ognikami rozświetlają mrok wieczornej pory. Dokoła unosi się upajający zapach wanilii.
Znów wszystko ma swoje miejsce. Dopiero jestem na etapie urządzania/ sprzątania. Ale nagle, nie wiedzieć jak, kiedy i dlaczego poczułam, że to znów mój pokój.
Ugotowałam pierwszy obiad od mniej więcej 2 miesięcy, w ramach deseru zjadłam owoc granatu i teraz... tylko myśli kołyszę przy blasku świec, przy melodiach słów pozbawionych...

Nastawienie: szczęśliwej kobiety.


I jeszcze jedna maleńka wstawka: bardzo mnie ucieszył przyjazd Ewy :) Pojawiła się tutaj akurat teraz, gdy potrzebowałam jej obecności... Ewka to taka nasza dobra "wiedźma". I dzięki niej chce się wierzyć w czary.
I odzyskuje się niemożliwe, nierealnie i to, co poza zasięgiem...
Dziękuję!
Pomogło.

Ps. Bezsłowną muzykę zamieniam na Janis Joplin... Mrrrrr...
Ps. 2. Stan totalnego kOchAnIA siEBiE
I WIEŚĆ DNIA:

ZOSTAJE MI SIĘ W 418!!!


Może się uda nie zwariować :) Chyba jednak zacznę tu pisać własna historię na nowo ;)

brak pomysłu na tytuł

koszmarnie było
nawet gorzej

słowa nadal mnie bolą

pół wieczoru spędzonego na wypytywaniu mnie o ByłegoNiego, komentowaniu ByłegoNiego poczynań i zachowań, ale i obserwacji tego, jak temat na mnie wpływa - pastwieniem było najzwyklejszym, bo jak niby ma wpływać???

rany głębokie!
ten chłopak był przez lata prawie 3 najważniejszą osobą w moim życiu - i nie zmienię tego. a to, co robi teraz - już mnie nie dotyczy.

na szczęście przez pół nocy opowiadano dowcipy, więc dochodziłam jakoś do siebie ;)

a gdy przyszedł Jeremiasz - ciut mnie odciążył. tzn. odciążył moje myśli. później bezczelnie odłączyliśmy się od powracającego tłumu. poszliśmy na piwo, pogadaliśmy o tym i owym. wreszcie nie było o ByłymNim, o układach, relacjach itd. temat osiadł na bólu wątroby Jeremiasza, realnym niestety...

wnioski:
* traktowanie mnie na zasadzie "Cześ to dziecko specjalnej troski" prędzej czy później doprowadzi do wybuchu furii u Malutkiej;
* znów trzeba będzie użyć sposobu "bzzzz";
* chyba można spalić za sobą te mosty, po których i tak już nie chce się chodzić;
* czasem mam wrażenie, że te przypadkowe cięte riposty wcale nie są przypadkowe i cedzenie ich przez zęby daje perwersyjną przyjemność z dobijania leżącego.


A dzisiaj: przeprowadzka, Ewka ma mi pomóc, może Izz też przyjdzie. Aneszka musi odespać :)


Ps. Nie trzeba się martwić, gorycz wieczoru tylko buduje we mnie przekonanie, że mam tam w głowie co nieco ładnego i składnego - a to budzi samozadowolenie :))))))

wtorek, 21 września 2010

Ballada o Pancernych


Nuci się to w głowie mojej od rana wczesnego (proroczo?), który sprowokowała wieść o konieczności przeprowadzki dzisiejszej. Obłędne tempo postawiło na nogi, ubrało, wygoniło na miasto, załatwiło wszystko, co należało i teraz jak na szpilkach czekam na klucz do nowego, oby, domu, znaczy się pokoju :)

A jak Pancerni, to Kubuś!!!

I Kubuś powrócił dzisiaj z wygnania, to znaczy właściwie z wakacji do naszego akademika, w którym mu miejsca wredne urzędasy nie przyznały, z jednym warunkiem na prawie i masą zaraźliwej dobrej energii!!!
Stoiwszy sobie na korytarzu z Izz, okazjonalnie wobec palonej przez nią fajki filozoficznej, zatytułowanej :"Jak z tą przeprowadzką poukładać normalne życie i Czesia egzamin, i przeprowadzkę Izz do innego akademika", najpierw posłyszałam, potem zobaczyłam. Było: "Cześć dziewczynki! O Czesiek, skróciłaś włosy, ładnieee." Kubuś wyprzytulał obie, pogadał, streścił co i jak, a ja podskórnie czuję, że się jakaś wódeczka powitalna kroi.
Stęskniłam się za jego melodyjnym głosem, wiecznie roześmianym spojrzeniem (no chyba, że w pobliżu jest Ola) i śmiechem, który mógłby trwać i trwać...

Nie muszę więc chyba tłumaczyć, że fajny ten dzień, co? ;)

poniedziałek, 20 września 2010

zimno-ciepło-zimno-ciepło, ciepło-zimno-ciepło-zimno

Skostniałe palce same garną się do kubka parującego gorącą herbatą słodką, cytrusową, która złocąc się, stanowi ostatnią deskę ratunku przed nieuchronnym zamarznięciem, gdyż akademik nadal nieogrzewany, staje się lodowym królestwem, w którym prym wiedzie orkiestra apsik- apsik, wspierana chórem kasłających tenorów, basów i innych altów zaczerwienionych, z miłym zawodzeniem gdzieś w tle szczękających zębów. Zima już? Czy tylko mi się wydaje?

Wyszperane w sieci :)

Zza okna dobiega moich uszu głuche pohukiwanie wiatru, jakieś liście uniesione aż na wysokość czwartego piętra odbijają się od szyby z łoskotem, który momentami przestrasza, chwilami ściąga moje myśli nieprzytomne z marzeń, bajań i rojeń do przyćmionego wnętrza 418. Pokój umoczony w zmysłowym półświetle, skropiony zapachem przypraw korzennych, przypominać zaczyna dawną ostoję, jakby ostatnim tchnieniem jesiennej aury luksusu zdławić chciał żal nieuchronnego rozstania, które lada dzień nastąpić powinno, nastąpić musi; pokój oczekuje...

To będzie pierwsze zatłoczenie od jakiegoś czasu, pierwsze zbiorowisko towarzyskie od mojej decyzji o wycofaniu się w cień - z jakimż to sprytem wydumała Malutka, że ci, którym na niej zależy pojawią się lub odezwą, zadzwonią czy najzwyczajniej w świecie odwiedzą w bliskiej perspektywie czasowej, a jeśli jedynie cisza z ich strony da się uszom mojej duszy wysłyszeć - znajomości podtrzymywać nie będę, bo wszystko prędzej czy później umiera śmiercią naturalną, nawet moje kontakty z innymi ludźmi (choć nieskromnym było by podejrzewać, że tak się dzieje tylko w moim wypadku, prawda to wszak wszech-obowiązująca).
Jeden króciutki sms, narady z Aneszką i dwa słowa kluczowe: posiadówka, wino. Możliwość pojawiła się zupełnie niespodziewanie: Ewka przybywa z wojaży, których geograficznie umiejscowić nie sposób, bo wyprowadzka z Poznania urwała mi śledzenie poczynań tegorocznie wybronionej pani magister. W asyście Ewy zawita tu Przem, któregom ostatnim razem widziała w stanie zupełnego zamroczenia alkoholowego (jego zamroczenia, nie mojego), na urodzinach Izz, w skutki różnorakie brzemiennych, trochę rozrabiającego, ciut zaczepnego, ale przede wszystkim spragnionego miłości/ klejącego się do pań obecnych, do obecnych pań biustów się klejącego, a który Ewy przyjacielem jest najlepszym i nieodzownym kompanem wypraw do DS. Hanki.
Będzie też Michaszko porą późniejszą, po pracy, zaskoczony i bardziej niezadowolony niż zadowolony, ale cóż - okazja czyni złodzieja, czytać: Czesiek towarzysko zwierzem jest nieudomowionym i musi się sprawdzić, czy podoła czy nie podoła. Mam też nadzieję, że Izz zawita, choć jak ją znam (i wcale mnie to nie dziwi, bo z autopsji...), to padnie bidula, po robocie wykończona, podgrypiona w dodatku...
Chciałabym, żeby było miło, żadnych więcej aspiracji Malutka nie ma, tylko, żeby było miło...




Palce błądzić poczęły wokół szala i rękawiczek - szalem już szyję owinąwszy szczelnie, rękawiczkami przyodziewając siebie pospiesznie - jakoś przetrwamy, byle do piętnastego, listopada piętnastego... I włączą nam ogrzewanie, nam soplom akademickim.


Miłego wieczoru, Czytacze!

Ps. Rum, rum by się przydał...

sobota, 18 września 2010

uroczysko

Szukam dziś chwili wytchnienia, by twarz zanurzyć w wodzie ze studni. Myśl o zatrzymaniu obłoków dręczy mnie urokliwie, myśl o niebie nad głową i pod stopami. Może kiedyś?
Chciałabym nauczyć się wreszcie odczytywać pajęczynę jego spojrzenia, utkanego z czułości i prostoty. Sam - nic mi nie powie.
Powoli sięgam dłońmi do brzozy, przysuwam twarz do srebrnego pnia licząc, że usłyszę w szumie skargę niewypowiedzianą... Kiedyś to ja...

Wyszperane w sieci ;)

Cześ snujący się po lesie, plączący się między chaszczami, odprawiający akrobacje pośród gałęzi i pni, to Cześ szczęśliwy. Szyszki i żołędzie spadające za koszulę flanelową i kamizelkę moro są jak zabawki z czasów beztroskiej pięciolatki.
Liście umorusane złotem i czerwienią skrzą się jeszcze przed oczyma, lekko poruszane wiatrem, opadające, wirujące, roztańczone. Las jest piękny, las pachnie, las mieni się kolorami. Wysokie i smukłe sosny dotykają powabnych brzóz, za nimi zaś rzędy starych dębów. Mokry mech wyjątkowym posłaniem soczystej zieleni utkał dywan dla każdego kto zechce przyjść, na moment zagłębić się w odludnej przestrzeni, nienaruszonej, dziewiczo dzikiej i czarownej, gdzie surowość pni wyznacza prostą ścieżkę podążania, spoglądania, podziwiania. Przypadkowy zabłąkany gość znajdzie tu ukojenie dla zmysłów przytępionych życiem gdzieś hen, w betonowym świecie nadmiernej szybkości, anonimowości i telefonów komórkowych.
A przecież tak łatwo wejść tutaj, w bór ciemny, w jasność polan słonecznych z drogi polnej, z drogi zagubionej, na mapach nieistniejącej. Tak łatwo dłoń wyciągnąć przed siebie, osłonić twarz i iść dalej, wbrew gęstwinie i zaplątaniu, wbrew unoszącym się pajęczynom z pająków przestworem przerażającym. Mięsiste kapelusze grzybów pstrzą się dokoła nóg, są wszędzie kolorowe, wysokie, niziutkie, nakrapiane i jednolicie ubarwione. Nachyl się - zobaczysz kolonie robaczków niewielkich, brunatnych z niebieskimi odwłokami, które ciasnym, zwartym szeregiem maszerują gdzieś przed siebie w tym mikrokosmosie, zważając na każdą grudkę i każdy patyczek. Niedaleko dostrzegasz gładką wstążkę strumienia, który korytem wąskim, głębokim przecina ściany lasu oddzielając dziksze od bardziej poznanego, rzadszego, widniejszego, bo słońce dociera tutaj jeszcze pełnym złotem promieni. Kryształowa woda z całym majestatem lodowej temperatury odbija się od skał i kamieni: wystarczy lekki skok, by przemieścić się z jednego brzegu na drugi. Zza parawanu jarzębinowych liści i korali niedojrzałych wyłania się maleńki przesmyk między krzewami malin dzikich, brzemiennych w czerwone owoce, brzemiennych w słodycz ich i śliczny zlepek maleńkich kropelek. Na którejś gałązce, tuż przy czerwieniejącej ledwie malinie, niebieskie piórko, sójki zapewne, zahaczone niedbale, lecz z gracją, subtelnie przyciągając spojrzenie intensywnym błękitem i lekkością zawieszenia. Powoli zaczyna rozsiadać się rosa. Chłodna wilgoć klei się do liści i igieł opadłych, przypadkiem zapewne, bo modrzewi tutaj nie znajdziesz, zabłąkany człowiecze. Maliny rozsiane na całej połaci ustępują wreszcie miejsca najstarszej w okolicy dębinie, poszycie zarastającym trawom przeróżnym, paprociom i wrzosom fioletem rozkwitłym. Między Maćkami, Jankami, Zdziśkami stuletnimi stoi niebotyczna postać wiekowego jaworu o szarawej korze, pniu żłobionym, pooranym zmarszczkami głębokimi z historią niewypowiedzianą, której strzępki dziad opowiadał mi kiedyś. Okrągła korona chyli się lekko ku ziemi, liście powoli żółkną, złocą się kształtem strzelistym, a w dłoni zdają się delikatnie i miękko pieścić meszkiem okalającym każdy z nich. Mnogość skrzydełek, niegotowych jeszcze do odlotu, sprawia wrażenie lata zatrzymanego: są jak motyle, które przysiadły, niby na moment, niby na chwilę, by wznieść się zaraz ponad ciebie, na chmur zdając się pastwę i łaskę. Nic tutaj nie ma końca. Ani droga, ani czas. Tutaj nie ma czasu. Jeszcze kilka kroków i stopa zapadnie się w maziste błoto. Padało tu, jeszcze pół godziny temu była ulewa, las pachnie żywiej i wyrazistsze są wonie wrzosów, sosen i mchów zielonkawych. Gdzieś jeszcze muszą cietrzewić się cietrzewie o granatowym i lśniącym upierzeniu; gdzieś jeszcze musi być miejsce wspinaczek dla rysi drapieżnych, tych kotów, co uszy mają zakończone czarnymi pędzelkami... Ciemny bluszcz pnie się zachłannie w górę kilku majestatycznych dębów, żołędziami ścielących podłoże, nieco za suche, jak na okoliczność niedawnego dżdżu. Szare prześwity zdradzają zbliżający się pod-wieczór. Kilka mijanych ambon przypomina, że to skraj myśliwych, którzy nocną porą zakradają się na jelenie, zające. Kilka mijanych ambon każe podjąć decyzję: drzew nie policzysz, ptaków nie wymienisz wszystkich, tylko w kałuży przyjrzysz się sobie, dłoń lekko zwilżysz i pójdziesz dalej: dalej lub z powrotem, w stronę domów szarych, kominów i ludzi, których głowy zaprzątają myśli, by więcej, mocniej, częściej... A w lesie ta sama cisza pozostanie nietknięta, niosąca się echem ptasich treli, szemrania gałęzi splątanych w supły życia.
Wychodząc - nie oglądaj się za siebie, bo możesz zawrócić uwiedziony przez głuszę, przez maliny i sowy, przez czystość wody w strumieniu i trzy krzyże schowane za jaworem...

Wyszperane w sieci :)

Cześ... mógłby z lasu nie wychodzić...

piątek, 17 września 2010

przed- domowo

Przed- domowo zawsze czuję jakąś taką presję, że wszystko ma być ze mną tip-top. Że nienaganny ubiór, uczesanie i obowiązkowo uśmiech przylepiony do twarzy.
Przed- domowo zawsze jest we mnie niepokój, że kiedyś się w końcu wyda, że Cześ to tylko człowiek, a nie...
Przed- domowo.

Nastawienie: bojowe.

Wyszperane w sieci :)

Ps. Ostatni film: Niezniszczalni nawet mi się podobał :) Taki hmmm... Bojowy :D

czwartek, 16 września 2010

zmiany u Czesia

Kazik żwawo biega w kołowrotku. Słyszę tylko jego szybkie tuptanie i odgłosy śruby mocującej. Podejrzewam, że to efekt (energia kazikowa) dokarmiania go brzoskwiniami i nektarynkami, w które Czesia uposażyła Rodzicielka kochana (wiedząc z całą pewnością, że ich smaku nie znoszę...). Kazik rozsmakował się zwłaszcza w nektarynce. Na jesień znów zmienia mu się futerko, ciut jakby zelżał i generalnie mniej sypia w ciągu dnia. I dobrze, mam do kogo buzię otworzyć ;)

Wczorajszego wieczoru wreszcie powiedziałam Michaszce, że jeszcze tylko kilka dni mieszkamy razem. Nie przyjął tego specjalnie dobrze: bomba zegarowa tyka. Zmieniam pokój na 235, sama... Ale to słuszna decyzja. Nie chcę dalej się dusić w czterech ścianach, które jeszcze 3 miesiące temu nazywałam domem.

418 to zawsze w mojej głowie będzie pokój Aneszka i mój - nasz. Michaszko nie stanowi jego części. Aneszka i ja już też nie - nikt tu nie pasuje. Dlatego pora stąd odejść. Żeby nie zniszczyć zupełnie wspomnień i przestrzeni, jaką mi dawał ten pokój. I znajomości z Michaszkiem. Nie chcę więcej zgliszcz.

235 to pokój, w którym przytulna atmosfera panowała zawsze. Niewielki, jasny. Mieszkałam tam z moją Madzią, po jej wyprowadzce zagościła tam Natalia, a koniec końców to było moje pierwsze (i jedyne) gniazdko z Kimś u boku.
Moja przeszłość w tym pokoju nie przeraża, dlatego wracam na stare śmieci.
Zamieszkam z zupełnie nową osobą, nieznaną. Bo tak powinno być łatwiej.

W ramach odnawiania siebie samej, czyli odszukiwania w sobie Czesia - wybyłam do fryzjera, by zrealizować zamysł sprzed dość dawna. Wróciłam do krótszej wersji fryzury: może grzeczniejszej, może bardziej łobuzerskiej :) Fryzjerka spisała się na medal, a ja jestem mega zachwycona! Z resztą, pokażę Wam co nieco:


A teraz? Jakiś film i lulu. Tak dla odprężenia. Bo dzień był z gatunku "przyciężkawych", a takich nie lubimy. Jutro do domu.

Miłego wieczoru
Cześ

...

Wstałam grzecznie. Wzięłam prysznic. Odziałam się ładnie.

A w głowie i tak pędzą straszne rydwany,
że muszę iść
i załatwiać te wszystkie głupie rzeczy na mieście... ;/;/;/

środa, 15 września 2010

"Taka grypa"

W głowie mruczy tym:



...
Dlaczego z niektórymi można się dogadać bez problemu, a z innymi nie?
Jestem na etapie omawiania terminów wrześniowych. I z dwójką Wielkich się już dogadałam (i to z tymi, których się bałam najbardziej).
Została jedna persona... Ehhh
Będzie się działo.
Może nie osiwieję...


Tyle na dziś.
Spadam się uczyć.

Cześ


Ps. Smutno wszędzie, czy tylko mnie "taka grypa" łapie?

wtorek, 14 września 2010

latarniane...

Za dużo się wydarzyło, by o wszystkim napisać ładnie i składnie, dlatego skorzystam ze znanego sposobu skrótowców;

- odkryłam blog Hołdysa Zbigniewa i nie mogłam nie wczytać się w niego wielogodzinnie, a z niego powędrowałam wprost na bloga Pauliny Pruskiej, która tak jak Black walczy z choróbskiem strasznym, ale nie z SM, tylko z nowotworem o długaśnej nazwie... strasznie uświadamiająco to na mnie działa... tak więc - jeśli możecie zajrzyjcie również do całej trójki ;)
- odkryłam kilka kolejnych blogów, z nastawieniem na jeden medyczny, ale taki inszy, bo o prywatność haczy, podobnież jako i mój ;)
- dostrzegam strasznie dziwaczne zawirowania w sferze blogów: kłótnie, spory, wyrzucanie linków i nie chce mi się wierzyć, że blogerzy tak bardzo wrośli w pisanie i znajomości tutaj; pewnie nie jestem odpowiednią osobą, by tak pisać, mimo to - dziwi mnie owe zjawisko; przypominam sobie sytuację, w której ja zagrałam główną rolę i kurka z mega-niedopisania wyszło osądzenie o mega-kłamstwo, a generalnie prawdę wszyscy mieli gdzieś: po czasie mam do tego jakiś dystans (choć M. mógłby powiedzieć, że nie, bo słyszał ode mnie tę historię na pewno dwukrotnie, ale może i więcej, co świadczy o moim zaangażowaniu w nią, mimo wszystko) - tyle, iż zapominanie o tym, że bloga pisze się ku własnej uciesze, jest zbrodnią zdecydowanie ;o
- byłam dzisiaj w LO starym i w internacie z czasów kamienia łupanego, gładzonego czy jakkolwiek inaczej opanowywanego: niezniszczalna pani Czesia nadal króluje w bibliotece i nadal jest najsympatyczniejszą osobą w szkole, a Robert? no cóż profesor ciut przytył, włosy mu srebro oprószyło, ale uśmiech i spojrzenie nadal powalają ;) pogadaliśmy, powygłupialiśmy, któraś klasa nie miała dzięki mojej wizycie lekcji (chyba się cieszyli, gdy wychodziłam z sali po oznajmieniu aktu łaski); było trochę refleksji, że pięć lat jak z bata strzelił, że mi się rozpogodziło oblicze, że nadal mam głupoty w głowie i że fajnie, że się pokazałam - mi również było miło! i bardzo dziękuję :)
- po LO był czas dla Ili, która pracuje jako wychowawczyni w naszym interku; byłyśmy na szarlotce przeplatanej pogaduchami i u Ili w domu na racuchach przeplatanych pogaduchami, podczas spożywania których tłumaczyłam się babci Ili dlaczegoż nie posiadam prawa jazdy, pierścionka zaręczynowego, czy choćby zwyczajowego w moim wieku chłopaka - wrrrr - Ila twierdzi, że ładnie sobie poradziłam z udzielaniem oszczędnych odpowiedzi ;P
- matura: podejdę, a co, nawet jeśli mam zdać na 35 % (czy ile tam potrzebne, by zdać), tak dla własnej satysfakcji, jeśli już nie po to, żeby studiować - I TO NIE JEST KAPITULACJA :D
- a Sławoj milczy, no i rybka... tylko zupełnie nie wiem czemu o tym napisałam.


Poza tym plączą mi się po głowie samotne myśli, poruszone wiatrem czyjejś miłości, rychłego ślubu i tego szczęścia, którego tak często brakuje zwykłym szarym Czesiom. Chciałabym się przytulić teraz do kogoś, poczuć czyjąś dłoń na włosach, szyi i czuć się bezpiecznie.
Starzeję się, czy inne licho?

Wyszperane w sieci ;)

I to jest mój czas latarni: w oddaleniu, wysoko, bezludnie, a gdy trzeba światło rozświetli ciemność...



W gwoli ścisłości - dobry dr House to zły House ;/

poniedziałek, 13 września 2010

ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii

A dzisiaj mi tak i Nim... Jutro o tym coś więcej skrobnę...


piątek, 10 września 2010

...

Gonić za wiatrem

Pobiec za podmuchem wiatru

Dogonić liść sunący po niewidzialnym

Oceanie i zatonąć w jego toni

A później położyć się na samotnej

Opuszczonej plaży

I przemienić w rzeźbę piaskową

Stać się ziarnem w klepsydrze

I odmierzać czas dobra i zła samym sobą


Na pewno


Nie lśnić pustym złotem

Nie smakować jak poziomki latem

Jedynie stać się przyprawą każdego deseru

Cynamonem

I liśćmi mięty


Naprawdę


Dać się dotknąć

Tylko kilku osobom

Stać się jedwabiem na czyjejś skórze


Na zawsze


Darować sobie żal

I o goryczy zapomnieć


Na razie


Pójść na polanę

Wczesną wiosną, nie latem

Nie kiedy inni robią sobie posłanie

Na mchach soczystych

Przemienić się w źdźbło trawy

I zatańczyć w melodii wiatru

A później schować kroplę porannej rosy

Do kieszeni spodni niebieskich

Jak niebo najpiękniejsze bez słońca i obłoków

Zamieszkać w chatce na drzewie

Razem z wiewiórkami rudymi

Jak kłamstwo przebrzmiałych przesądów


Na pewno


Naprawdę można pokochać

Samotność na zawsze wśród brzóz

Na razie magia zasypia przy każdej możliwej okazji

Wyszperane w sieci... :)

Jakoś beztreściowa dzisiaj atmosfera. Miało być bez słów zakapitowanych. Dlatego myślnik, Może zrobię z tego jakąś tradycję?




Miłego pod- wieczoru ;)

czwartek, 9 września 2010

o imionach

6. 20 - wychodzimy tercetem ze zbiorczego. Żartujemy z nieudaczności Micha Zmieniającego, nie kryjąc radochy jaką nam sprawia przyłapywanie go na gafach głupiutkich.
Swoim ułańskim zwyczajem - nie spoglądam na ludzi wokół, tylko na niebo. I co widzę? Tęczę: śliczną, wyraźną, wkomponowaną w poranne niebo, już lekko zaróżowione, ale nadal szarawe... Optymistycznie dzień zaczęłam chyba...

Nocą, w ramach przerwy od sortowania defektów dorwałam Księgę Imion Polskich. I się zaczęła zabawa. I byłoby (w skrócie) to mniej więcej tak:
* zacznę od siebie: Pauliny są skryte, zamiast mówić - piszą i generalnie wolą trzymać się z cholernego daleka od ludzi, taki trochę autyzm z nutką ambicji w tle;
* Agnieszki wnoszą do życia otaczających ich ludzi powiew młodzieńczego zapału i pasji, lubią się bawić i łatwo popadają ze skrajności w skrajność;
* Irminy rodzą się w polskich rodzinach, których historia splata się jakoś ze sąsiadami z Niemiec, lubią porządek i władzę;
* Sławomirowie to egoiści, którzy nie kierują się dobrem innych, a jedynie własnym, opierają się na argumencie: bo tak, no i są rozrywkowi;
* Wojciechowie mają naturę pedantyczną, nie uznają przerw w pracy, lubią przewodzić i jakoś im tak rodzinnie;
* Jarosławowie szybko tracą kontakt ze swoimi dziećmi, bo wprowadzają do wychowywania system tyrański, poza tym są szorstcy wyjątkowo;
* Michałowie lubią samodzielność, zmianę miejsc i możliwość udowadniania światu i sobie, że są najlepsi, narcyzi straszni, a w dodatku z zacięciem naukowym;
* Lucjanowie: dusze towarzystwa, strasznie zaangażowani w przeżywanie sztuki, ale jakoś mniej duchowo, bardziej estetycznie, fajtłapy;
* nie pamiętam, co o Mirosławach było :///

Wniosek nr 1: większość pasuje i do mnie, i do Aneszki, i paru innych znanych nam osób...
Wniosek nr 2: niezły mieliśmy ubaw podczas czytania, dużooo dystansu trzeba mieć, by przetrwać drwiny innych.
Wniosek nr 3: jakoś tak raczej negatywnie w tej książce o ludziach...?
Wniosek nr 4: jak już kiedyś będę miała mieć dzidzię, to chyba prześlęczę nad taką książką kilka nocy, żeby dziecka imieniem nie skrzywdzić, nie pokarać za grzechy praojców/ pramatek...

I żeby nie było: rekonstrukcja z pamięci.
Proszę o nie obrażanie się posiadaczy imion przeze mnie wybranych za to, co w książce napisali, a ja powtórzyłam, ślicznie proszę ;)
To taka mała perełka z wczorajszo- dzisiejszej nocy.


Wyszperane w sieci :)

Dobra. Koniec.
Bredzę przedsennie, przeddobranocnie i w ogóle, bo Mich jeszcze jest w pokoju (lada moment wychodzi) i nie zasnę nim nie zapadnie kompletna cisza sprzętów użytku domowego: kranów, czajników, walizek i innych obcasów.

środa, 8 września 2010

spałam, spałam, tralalala, spałam :))))))))))

Po wariackim dniu i jakże ciężkiej nocce, przychodzi wreszcie człowiekowi do głowy, żeby się wyspać i mam w końcu patent na moją bezsenność: zwyczajem znanym naszym mamom - ukołysałam się do snu muzyczką... Puściłam Norkę, Leszka M, jakąś Anitę i trochę Kate M. Podziałało dzisiaj - zobaczymy, czy jutro też da radę ;)

Z dialogów roboczych:

- Panie Głównodowodzący, a jak z tym nie zdążymy teraz? - pyta kolega M. (lub P. - nie pamiętam dokładnie) około 4 nad ranem
- A czym się przejmujesz? Dzisiaj też jest noc - pada szybka odpowiedź Głównodowodzącego.

- A w nocy to co robisz, że na palecie zasypiasz?
- A nie widzisz? P-r-a-c-u-j-ę!!!

- No, to koniec roboty na dzisiaj. Jest 18. 30. Spadamy - mówi Strażnik Ogniska Magazynowego o godzinie 6. 30. I jakoś wszyscy mu przytakujemy, bo faktycznie czuje się 18. 30.


Po dwóch tygodniach męczarni wszelakich przychodzi sobie do Malutkiej stała dnia i jakoś lżej się robi. Po dodaniu do tego prawie-wyczerpującej rozmowy z Aneszkiem jakoś to wszystko lepiej zaczyna wyglądać. Znów łapię grunt pod nogami, a przynajmniej zaczynam myśleć, że go mogę złapać, bo najważniejsze są dobre duchy :)


Plan ucieczki nadal aktualny, ale przesunięty w czasie.

Dzisiaj chcę iść do roboty na 18.
Wcześniej idę do filharmonii kupić bilet na koncert zatytułowany: Nie tylko Chopin, bo po pierwsze najfajniej się wydaje pieniądze, których się nie posiada ;) Po drugie mam ochotę się ciut umuzykalnić. Jest to też poniekąd konsekwencja słuchania poznańskiego Merkurego, z którego mam bieżące wieści: co?, gdzie? i jak? :)
Poza tym: może faktycznie czas trochę pokój ogarnąć? ;)


Przesłuchajcie, bo to z cyklu: nieocenieni Cześkowie i reszta świata :)

Z odkryć wczorajszego wieczoru, i się podoba ;DDD

Miłego dnia Wszystkim ;)

wtorek, 7 września 2010

psyt...

czy przyjdzie taki czas, gdy przestanę uciekać?


mam ochotę zrobić najgłupszą rzecz na świecie. póki mogę, bo mam na to fundusze. i wreszcie miałabym święty spokój. jeden bilet. w jedną stronę. w cholernie daleką stronę. choć nie aż tak daleką. i nikt już niczego by mi nie zarzucił, nikt niczego by nie oczekiwał. perspektywa szalona, ale się w mojej głowie kręci, jak baletnica śmigająca piruecik.

Wyszperane w sieci :)

określenie mnie z teraz? uciekinier z Alcatraz. hmmm: wieczny uciekinier z Alcatraz. i idzie mi znacznie gorzej, niż moim poprzednikom: Mirrisowi i braciom Clarence: jak już mi się wydaje, że zwiałam, to mnie wyławiają jako topielca i apiać od nowa.

Wyszperane w sieci :)

ps. znów nie śpię po robocie. znów nie śpię po robocie. znów nie śpię po robocie. znów nie śpię po robocie. znów.
ps. 2. dość. jadę zjeść coś dobrego od Kandulskiego.
ps. 3. zakochałam się w Merkurym: nocą nic mi lepiej nie robi niż słuchaweczki na uszach: w tle niezła muzyka, kilka fajnych audycji i do tego wyglądam nie-towarzysko. mam ciut spokoju w muzycznej oprawie.
ps. 4. dzwonił wychowawca z LO i z interku pytać jak się ustosunkowuję do podjęcia pracy w szkole od zaraz - nie ustosunkowuję się, bo "największa kara od Boga - zrobić z człowieka pedagoga" - nie ugnę się w tym względzie: przenigdy w życiu tego typu pracy nie podejmę!

niedziela, 5 września 2010

chwalę się :)))

Po pra-pra-pra- itd. człeku, takim Czesiom jak Malutka, zostało niewiele dziedzictwa, które jawnie się w teraźniejszości objawia.
Dawno temu ustaliłam, że interesuje mnie koczowniczy tryb życia i generalnie tyle.

Dzisiaj do tej listy dodać należy zbieractwo z "dasz Bór". No i lasy darzą...

Na terenie okalającym Gniazdo Rodzinne gruchła wieść, że sezon na grzyby rozpoczęty, ale słabo jakoś. Malutka dzieckiem lasu jest niezaprzeczalnie, stwierdziła więc, że zaraz po wypucowaniu domu w sobotę wybywa do swoich kniei (jak się mieszka w najbardziej zalesionej gminie Wielkopolski to to do czegoś zobowiązuje...), by się przekonać o słuszności stwierdzenia.
Do Malutkiej zapragnęła przyłączyć się Rodzicielka, więc zmodyfikowałam plan na opcję: im bliżej, tym lepiej, bo doskonale wiem, że Mama nie może za dużo chodzić. Uzbierałyśmy dwa całkiem pokaźne koszyki, "koszyczki" - patrząc z perspektywy moich dzisiejszych dokonań.
Dzisiaj pobudka o 5. 30 i wypad z ciocią. Znów blisko, znów "koszyczek" i chytry plan samotnego wypadu w "moje miejsca". No może nie do końca samotnego.

Malutka zawsze, gdy ma taką okazję, zabiera ze sobą psa do kompanii. Jovan jest już za stary i niedosłyszy, Żaba boi się wystrzałów, więc padło na Kotka - przepraszam - Psotkę... Uposażyłam się po mojemu: niewielki scyzoryk, woreczek orzeszków ziemnych*, duży kosz druciany i telefon na wypadek ugryzienia przez "zygzaka"** (w naszej okolicy jest ich w tym roku wyjątkowo dużo).

Uwaga chwalę się!!!
Po jakichś dwóch godzinach wróciłam z tym:


Objaśnienia:
* orzeszki ziemne w celu posiadania czegoś "na ząb" i "na kieł", bo ja lubię, a Psotka uwielbia, od kiedy spróbowała pierwszy raz...
** żmija zygzakowata, Vipera berus, zmora pobliskich łąk i polan; było już kilka ukąszeń w okolicy :/

Ps. Najlepszy tekst jaki w życiu usłyszałam, z ust czterolatka-choleryka: "Wrzucimy do śmieciarki i na lotnisko" - oto recepta na to, jak pozbyć się dziadka, który nie chce dać wnusiowi kolejnej porcji słodyczy...

czwartek, 2 września 2010

"Do kołyski"

Załatwienie czegokolwiek w tym kraju z cudem graniczy. I to prawda, którą każdy zna, której w jakiś sposób na własnej skórze doświadczył.
Nawet zwykłej recepty, na zwykłe cukierki, które mam w kartotece medycznej uroczego ośrodka zdrowia wpisane, mogą być niedostępne.
Byłam po receptę, bo mi się cukierki skończyły, a to już czas na kolejną porcję frykasów i jak obuchem w łeb!
Lekarz właściwy na urlopie, lekarz zastępujący na urlopie, miła pani w recepcji nie ma prawa wypisywać recept... Na szczęście skłoniłam ją, by mi wypisała poświadczenie, kiedy się dohtory w pracy zjawią z uwagą, że wtedy to, w pierwszej kolejności, lek zostanie zreceptowany. W ramach dania mi dobrej rady śliczna pani w białym kitlu powiedziała bym udała się do rodzinnego, to mi wyszrajbnie papier.
Więc po 14 godzinach w robocie, ledwo powłócząc nogami, śpiąc na stojąco w tramwaju, udałam się do rodzinnego, a tam mały problem: urlop mości lekarza.
Kolejna miła pani poradziła mi, żebym z karteczką poświadczającą pochodziła po mniejszych aptekach osiedlowych, gdzie rzadziej kontrolują, to może się ktoś zlituje i mi lek sprzeda.
I się zlitowała, starsza pani farmaceutka, w aptece nr 3 mówiąc, że lepiej i tu cytuję: "zapobiegać, niż utrzymywać". Trochę nie wiedziałam cóż mogłabym jej odpowiedzieć, więc lekko zawstydzona podziękowałam tylko ślicznie.
Uf.

W pracy było dziwnie. Najpierw ciskałam się po kątach, potem ciskałam czym popadnie, by w końcu wyluzować - popadłam więc ze skrajności w skrajność: wybuchy niekontrolowanego śmiechu trwały przez jakieś 4 godziny. To dlatego, że włączyłam sobie na słuchaweczkach radyjko- Merkurego, a tam takie leciały nie- standardy, że wyłączyło mi się desperowanie.

A teraz desperuję od nowa: mobilizuję się Dżemową: Do kołyski... Wiem, niepotrzebnie. Ale inaczej nie umiem.


Mam milczeć. Więc milczę. Tylko Przema i Izz poprosiłam, by sprawdzili, czy trzymasz się jakoś sensownie. Chyba trzymasz się lepiej niż ja. Oby.

Faktycznie można mnie teraz określić mianem:
cień przeszłości. Cieniem też już jestem, takim dosłownym.




A do tej piosenki się śmieję... Na szczęście u mnie migotliwie, biegunowo: raz plus, raz minus. Toto na plus: