Szukam dziś chwili wytchnienia, by twarz zanurzyć w wodzie ze studni. Myśl o zatrzymaniu obłoków dręczy mnie urokliwie, myśl o niebie nad głową i pod stopami. Może kiedyś?
Chciałabym nauczyć się wreszcie odczytywać pajęczynę jego spojrzenia, utkanego z czułości i prostoty. Sam - nic mi nie powie.
Powoli sięgam dłońmi do brzozy, przysuwam twarz do srebrnego pnia licząc, że usłyszę w szumie skargę niewypowiedzianą... Kiedyś to ja...
Cześ snujący się po lesie, plączący się między chaszczami, odprawiający akrobacje pośród gałęzi i pni, to Cześ szczęśliwy. Szyszki i żołędzie spadające za koszulę flanelową i kamizelkę moro są jak zabawki z czasów beztroskiej pięciolatki.
Liście umorusane złotem i czerwienią skrzą się jeszcze przed oczyma, lekko poruszane wiatrem, opadające, wirujące, roztańczone. Las jest piękny, las pachnie, las mieni się kolorami. Wysokie i smukłe sosny dotykają powabnych brzóz, za nimi zaś rzędy starych dębów. Mokry mech wyjątkowym posłaniem soczystej zieleni utkał dywan dla każdego kto zechce przyjść, na moment zagłębić się w odludnej przestrzeni, nienaruszonej, dziewiczo dzikiej i czarownej, gdzie surowość pni wyznacza prostą ścieżkę podążania, spoglądania, podziwiania. Przypadkowy zabłąkany gość znajdzie tu ukojenie dla zmysłów przytępionych życiem gdzieś hen, w betonowym świecie nadmiernej szybkości, anonimowości i telefonów komórkowych.
A przecież tak łatwo wejść tutaj, w bór ciemny, w jasność polan słonecznych z drogi polnej, z drogi zagubionej, na mapach nieistniejącej. Tak łatwo dłoń wyciągnąć przed siebie, osłonić twarz i iść dalej, wbrew gęstwinie i zaplątaniu, wbrew unoszącym się pajęczynom z pająków przestworem przerażającym. Mięsiste kapelusze grzybów pstrzą się dokoła nóg, są wszędzie kolorowe, wysokie, niziutkie, nakrapiane i jednolicie ubarwione. Nachyl się - zobaczysz kolonie robaczków niewielkich, brunatnych z niebieskimi odwłokami, które ciasnym, zwartym szeregiem maszerują gdzieś przed siebie w tym mikrokosmosie, zważając na każdą grudkę i każdy patyczek. Niedaleko dostrzegasz gładką wstążkę strumienia, który korytem wąskim, głębokim przecina ściany lasu oddzielając dziksze od bardziej poznanego, rzadszego, widniejszego, bo słońce dociera tutaj jeszcze pełnym złotem promieni. Kryształowa woda z całym majestatem lodowej temperatury odbija się od skał i kamieni: wystarczy lekki skok, by przemieścić się z jednego brzegu na drugi. Zza parawanu jarzębinowych liści i korali niedojrzałych wyłania się maleńki przesmyk między krzewami malin dzikich, brzemiennych w czerwone owoce, brzemiennych w słodycz ich i śliczny zlepek maleńkich kropelek. Na którejś gałązce, tuż przy czerwieniejącej ledwie malinie, niebieskie piórko, sójki zapewne, zahaczone niedbale, lecz z gracją, subtelnie przyciągając spojrzenie intensywnym błękitem i lekkością zawieszenia. Powoli zaczyna rozsiadać się rosa. Chłodna wilgoć klei się do liści i igieł opadłych, przypadkiem zapewne, bo modrzewi tutaj nie znajdziesz, zabłąkany człowiecze. Maliny rozsiane na całej połaci ustępują wreszcie miejsca najstarszej w okolicy dębinie, poszycie zarastającym trawom przeróżnym, paprociom i wrzosom fioletem rozkwitłym. Między Maćkami, Jankami, Zdziśkami stuletnimi stoi niebotyczna postać wiekowego jaworu o szarawej korze, pniu żłobionym, pooranym zmarszczkami głębokimi z historią niewypowiedzianą, której strzępki dziad opowiadał mi kiedyś. Okrągła korona chyli się lekko ku ziemi, liście powoli żółkną, złocą się kształtem strzelistym, a w dłoni zdają się delikatnie i miękko pieścić meszkiem okalającym każdy z nich. Mnogość skrzydełek, niegotowych jeszcze do odlotu, sprawia wrażenie lata zatrzymanego: są jak motyle, które przysiadły, niby na moment, niby na chwilę, by wznieść się zaraz ponad ciebie, na chmur zdając się pastwę i łaskę. Nic tutaj nie ma końca. Ani droga, ani czas. Tutaj nie ma czasu. Jeszcze kilka kroków i stopa zapadnie się w maziste błoto. Padało tu, jeszcze pół godziny temu była ulewa, las pachnie żywiej i wyrazistsze są wonie wrzosów, sosen i mchów zielonkawych. Gdzieś jeszcze muszą cietrzewić się cietrzewie o granatowym i lśniącym upierzeniu; gdzieś jeszcze musi być miejsce wspinaczek dla rysi drapieżnych, tych kotów, co uszy mają zakończone czarnymi pędzelkami... Ciemny bluszcz pnie się zachłannie w górę kilku majestatycznych dębów, żołędziami ścielących podłoże, nieco za suche, jak na okoliczność niedawnego dżdżu. Szare prześwity zdradzają zbliżający się pod-wieczór. Kilka mijanych ambon przypomina, że to skraj myśliwych, którzy nocną porą zakradają się na jelenie, zające. Kilka mijanych ambon każe podjąć decyzję: drzew nie policzysz, ptaków nie wymienisz wszystkich, tylko w kałuży przyjrzysz się sobie, dłoń lekko zwilżysz i pójdziesz dalej: dalej lub z powrotem, w stronę domów szarych, kominów i ludzi, których głowy zaprzątają myśli, by więcej, mocniej, częściej... A w lesie ta sama cisza pozostanie nietknięta, niosąca się echem ptasich treli, szemrania gałęzi splątanych w supły życia.
Wychodząc - nie oglądaj się za siebie, bo możesz zawrócić uwiedziony przez głuszę, przez maliny i sowy, przez czystość wody w strumieniu i trzy krzyże schowane za jaworem...
Cześ... mógłby z lasu nie wychodzić...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz