niedziela, 31 października 2010

luźniej ;)

Wreszcie luźniejszy dzień.
Rodzicielka kochana i Subkultura pojechali do dziadków, chłopaki wybyli do C.K.

Tym samym ja i Rodziciel kochany odpoczywaliśmy. Nawet bardzo ładnie nam szło odpoczywanie.
Tato chciał co prawda odespać tydzień, ale skusił się na to, żeby pójść ze mną do lasu. Zabraliśmy ze sobą naszą sforę i przez 2 godziny pałętaliśmy się to tu, to tam. Udało mi się namówić Rodziciela kochanego na pójście w miejsce, co to niesławą okryte - straszono nim nawet dzieci - a bardzo piękne, prawie wchłonięte już przez naturę.
Chodzi o bardzo stary niemiecki cmentarz, który od dawien dawna stanowi moją świątynię dumania.

Po powrocie stwierdziliśmy, że mamy jeszcze ze 2 godziny luzu i należałoby go równie dobrze wykorzystać...
Na pierwszy i jedyny ogień (dosłownie) poszedł Grzaniec Starotoruński. Mmmmmmm...

I tak nam jakoś zleciało do 17 nowego czasu... ;) Zmiana bardzo przypadła mi do gustu, tak na marginesie.

A teraz? Idę spać, bo mnie chyba spacer wymęczył, albo to winko grzane, albo i to, i to ;)


Ps. Chyba chcę już do Poznania...

sobota, 30 października 2010

dzień po

Przydałaby mi się siostra-bliźniaczka lub klon własny do spraw mniej ważnych, a czasochłonnych.
Urwanie głowy na linii: szpital-dom-cmentarze.

I na froncie: Gniazdo Rodzinne - tereny przyległe.
Posłałam oczywiście w świat kilka "wiązanek".
Efekt: telefon tak przyjemnie milczy.
Rodzicielka kochana na szczęście treści "wiązanek" i samego aktu ich składania nie słyszała, ale zadowolona jest ze stanu na teraz.

C.K. dziś spokojniejsza, ufff.
Dżi. przeniosą do jakiejś kliniki, jak się ustabilizuje wszystko inne, żeby popracować nad jej twarzą. Ma być dobrze.

Wyszperane w sieci.

Chcę na urlop od tego wszystkiego.

piątek, 29 października 2010

.

Świat jest popieprzony.

Do dupy jest i tyle!

Wczesnym rankiem/ bladym świtem wybrałam się w podróż do domu, po zbudzeniu się z pewnego koszmaru, co to w tej chwili zdaje mi się być bajką, a obudziłam się przerażona i zlana potem...
Po 50 minutach odmrażania sobie tylnej części ciała (czyli standardowym opóźnieniu PKP) zasiadłam w przedziale ostatniego wagonu, wyjęłam czytaną Nieznośną lekkość bytu, by po niespełna 3 minutach lektury dostać ochrzan, że pornografię czytam, publicznie, dla zgorszenia. Panię wieku średniawego wyśmiałam i lekturzyłam nadal, aż do zaśnięcia...

Zbudził mnie SMS i piętnaście telefonów z domu.

No i dostałam wiadomość: "Dżi. miała wypadek, zabiła dziewczynę. Z Dzimirem jedziecie prosto do szpitala".

Dżi. to przyjaciółka rodziny, właściwie ciocia przyszywana. I moja pani przedszkolanka przy okazji...

Zamarłam. Zbladłam. I w życiu chyba nigdy wcześniej tak pobożna nie byłam, jak przez jakieś 5 minut ględzenia pod nosem, co to okazywało się wzywaniem Matki Boskiej .

Rodzicielka kochana zdawała mi telefonicznie relacje, od których uszy puchły, i wyobraźnia, i ośrodek wkurwienia też. Do domu dzwonili wszyscy. Cała okolica Gniazda Rodzinnego, że było tak i siak, że wina była Dżi., że to było rodzeństwo, że 18 i 19 lat...

Spasowałam. Powiedziałam, że nic więcej nie chcę słyszeć, aż nie dostanę konkretnych, potwierdzonych wiadomości. W szpitalu.

I tu się zaczyna.

Konkrety:
Młodzi wyprzedzali na trzeciego, na podwójnej ciągłej, pod górkę, samochód z drewnem, przy 130 km/h.
Dżi. nie miała szans się schować, uciec na bok, wyhamować.
Zderzenie na czołowego.
Dziewczyna zginęła na miejscu.
Chłopakowi nic nie jest.

Dżi. w stanie ciężkim. Zmasakrowana twarz, problemy z oddechem, potworny ból i zasinienie, napady śmiechu.
Jest u niej najbliższa rodzina. Wszyscy zjechali się w przeciągu 2 godzin.

Dżi. jest w tym samym szpitalu co C.K.
C.K. prawie dostała zawału, bo to najlepsze przyjaciółki, jeszcze od podstawówki. A wiedziała jako pierwsza: widziała, jak wyciągają Dżi. z karetki, jak później myją karetkę z krwi, pielęgniarki informowały ją, co i jak. To C.K. poinformowała siostrę Dżi.

W domu nie milknie dźwięk telefonu. Wszyscy chcą wiedzieć. Odebrałam kilka i każdy kwitowałam tak samo: "Jest w szpitalu, tyle wiem". I mam serdecznie dość nagonki na sensację.

W ramach: hit roku - wypadek Dżi.
Kurwa, co jest z ludźmi nie tak?!
To takie zabawne, chwytliwe?
Że każdy ma coś do powiedzenia, do dodania?!

Zaaplikowałam Rodzicielce kochanej krople uspokajające, bo nie może dojść do siebie. Reszta nie robi nic, zapadło głuche milczenie. Tylko ten walnięty telefon. Odłączylibyśmy - ale zawsze to może dzwonić C.K. lub siostra Dżi., czekamy.


Na marginesie: nienawidzę wszelkich świąt, ale te co, będą teraz zawsze są najgorsze. Zawsze. Kilka dni przed lub po dzieje się coś, od czego puchną mi oczy.


Obawiam się, że jutro narobię "wiejskiego ambarasu" i wyślę wszystkich ciekawskich do diabła, co to w niego tak wierzą, że będzie okazja to pewne. A pokłady agresji są we mnie ogromne, więc nie ręczę za słowa, które popłyną strumieniem asertywnego odmawiania komentarzy.
Dość. Niech zamkną te swoje cudne jadaczki i dadzą spokój rodzinie Dżi. i nam, bo jest cholernie ciężko wszystkim i robienie z tego pożywki to zwykłe bezczelne chamstwo.


Ps. Ledwo zdołałam pogadać z lekarzem C.K. Już wiemy, co jej jest. Przynajmniej tu jakiś pozytyw.

czwartek, 28 października 2010

buuu

niech mi ktoś wymieni nastrój na lepszy, plizzzz;

nic nie pomaga:
bajka
książka
film
muzyka
obiad
internet
kubek kawy
herbata

jak mnie wzięło od rana - tak trzyma i nie puszcza

Ps. fotek nie zrobiłam, bo światło było bardzo, bardzo, bardzo buuuu ;(

wrrrr

Poranek zupełnie nie w sosie. A wiadomo, że jak nie w sosie, to chodzi o seks, albo o kasę, albo jedno i drugie, w dowolnych kombinacjach...

A na poważnie - stan totalnego rozdrażnienia zrzucam na karb snu o ludobójstwie w Ugandzie, podczas którego musiałam uciekać szybciej niż Struś Pędziwiatr, z tym pogłosem: "myk, myk"... Towarzysze niedoli byli szybsi, więc świadomość, iż to właśnie ja opóźniam bieg, połączona z odgłosami strzałów, krzyków i płaczu przewiercającego mnie na wskroś, robiła dodatkowe kuku. Wokół walały się ciała, zaschła krew barwiła ziemię na rdzawy brąz, a smród, który unosił się dokoła był nie do zniesienia.
I nie mogłam się wybudzić.

Tak, zdecydowanie idzie Święto Zmarłych... U mnie zawsze poprzedzają je sny o trupach w sceneriach najrozmaitszych... Wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!

Pomyśleć, że wczoraj na dobry sen obejrzałam sobie niewinną bajeczkę: Biała i Strzała, co to w niej Ruskie psy i szczury wysyłały do kosmosu, a szczenię pary "kosmonautów" darowano prezydentowi USA (ranyż Juliusza teksty o radzieckim wzorze sylwetki, wyczynach budowlanych, planach wieloletnich były super)...

Tyle na teraz.

środa, 27 października 2010

o pewnej Jamnikowej Damie

Kobieta była prawdziwa. Pies był prawdziwy. I autobus linii 71 też.

Spotkałam wczoraj Jamnikową Damę.
Próżno było szukać na jej dłoniach obrączki i pierścionków. Staropanieństwo w zaawansowanym stadium, pomyślałam sobie, nieco przesadnie i kąśliwie, w rozdrażnieniu ogólnym, że środa idzie i trza się będzie na uczelni użerać.
Krótkie, czarne jak smoła włosy kontrastowały z czerwienią sportowej kurtki Jamnikowej Damy. Na kolanach postawiła torbę, z której, w nieco groteskowy, nienaturalny sposób wystawał łepek szczeniaka, na moje kynologiczne oko około trzymiesięcznego.
Wokół nas absurdalne stroje i makijaże przenikały się z cieniami pod oczyma i ziewającymi twarzami pozostałych pasażerów. Kierowca nieco sennie wchodził w kolejny zakręt, aż przegubowe cielsko autobusu przetaczało się z jednego końca na drugi łagodnymi łukami. Kolejne przystanki. Kolejni ludzie.
Jamnikowa Dama z czułością drapała grzbiet pupila, gładziła go po wytatułowanym lewym uchu. A ja spoglądałam na nią z jakimś zmieszaniem. Nie znałam jej historii, nie wiedziałam o niej nic, a jednak było w niej coś przerażającego, coś przytłaczającego.
Powiedziała do mnie kilka zdań kulejących na charcią łapę, kaukazi nos i sierść gryfonika. Miłych, krótkich, bardzo celnych. I nie znalazłam w nich sensu, tylko jakieś przeczucie niespełnienia.
Później wysiadła wraz ze mną na ostatnim przystanku, ja poszłam prosto, ona skręciła w lewo i może jeszcze kiedyś spotkamy się na tym samym rozdrożu.
Wyszperane w sieci :)

Uczelniane boje za mną, całkiem przyzwoicie zresztą zwyciężone. Środa dała się okiełznać, ale Jamnikowej Damy nie spotkałam dzisiaj w autobusie tej samej linii 71...

Aha, w głowie mruczy mi się właśnie tym:


wtorek, 26 października 2010

domino...

"Pamiętasz? Miałaś wtedy nie więcej niż 5 lat. Kupiłem ci domino, a ty spoglądałaś na nie nieufnie. Nigdy nie lubiłaś nudnych zabawek. Szybko rzucałaś je w kąt. Zastanawiałem się, jak będzie z dominem. Wiedziałem, że muszę cię jakoś do niego przekonać. Usiedliśmy przy wysokim dębowym stole. Podłożyłem ci na krzesło poduszkę, żebyś dosięgała swobodnie blatu. I wreszcie wyrzuciliśmy klocki domina na obrus, który babcia zdążyła położyć nim zasiedliśmy na dobre. Pamiętasz? Tata przywiózł wtedy pomarańcze i banany, i w całym domu unosił się ich zapach, słodko drapiąc cię w nos, ale nie poszłaś do chłopców, po swoją porcję. Grzecznie siedziałaś na krześle. Na przeciw ciebie - ja, zapatrzony i ciekawy tego, co za moment zrobisz. Widziałem, jak lekko wciskasz piąstkę prawej ręki, jak pocierasz nią o lewą, otwartą, maleńką. Zaczęliśmy: najpierw układaliśmy porządnie, klocek do klocka, wytrwałaś dwie kolejki. I wiedziałem, że siedzisz przy stole już tylko ze względu na mnie. Byłaś starsza niż chłopcy, mimo, że urodziłaś się już po nich. Więcej rozumiałaś. Twoje pytania wprowadzały w zakłopotanie. Nie, nie byłaś dzieckiem idealnym, przecież wiesz: z nikim nie chciałaś rozmawiać, liczyłaś się tylko ze zdaniem taty i tylko on mógł chodzić z tobą do lekarza. Nigdy nie brałaś nikogo za rękę. Nie sprzątałaś zabawek. Uciekałaś i chowałaś się. Czasem przyłapywałem cię na rozmowach ze zwierzakami, zawstydzona biegłaś wtedy do ogródka, pobujać się na huśtawce. W twojej głowie nie było miejsca na obowiązki, wolałaś świat swoich myśli i marzeń. Chciałem, żebyś marzyła. Chłopcy nie uczyli cię niczego mądrego: najlepiej z waszej czwórki strzelałaś do srok z procy, wspinałaś się najwyżej, najczęściej ulegałaś podtopieniom, uparcie usiłując nauczyć się pływać i za nic w świecie nie pozwalałaś, by babcia zaplatała ci warkocze, byłaś przecież chłopcem, a chłopcy nie mają na głowie kokardek. A kiedy biłaś się z Olkiem i on wygrywał, maszerowałaś do Radka, skarżąc się, że Olek używał ciosów niedozwolonych. Ty i Radek zawsze trzymaliście komitywę. Przy stole patrzyłaś na mnie badawczo, czy jeszcze coś zrobimy, czy będę męczył cię głupią grą. Nie zamierzałem. Już miałem powiedzieć, że idziemy do wszystkich obierać pomarańcze, gdy wpadł mi do głowy pomysł z ułożeniem klocków w ciąg, który przewróci się poruszeniem jednego z nich. Pokazałem ci, jak to zadziała. Byłaś zachwycona. Ułożyliśmy wszystkie, a ty swoim drobnym paluszkiem popchnęłaś początkowy. Twoje oczka świeciły się z radości. Spędziliśmy nad tym dominem jeszcze wiele godzin, które przekładały się na dni, miesiące, lata. A ty ciągle spoglądałaś na wysłużone pudełko domina z tym samym zaciekawieniem, a może to nie było zaciekawienie? Powiesz mi teraz?"

Domino mnie fascynowało. Misterność konstrukcji, długie ciągi klocków. A najbardziej fakt, że wszystkie upadały razem, jedną falą... Że jeden ruch niszczył całość, żaden z klocków nie zostawał sam...

fot. Greg Westfall/flickr.com

Tekst tego posta, tkwił sobie pośród plików z moimi bazgraninami już od jakiegoś czasu, ale bałam się go "dotykać", bo podobny monolog usłyszałam bardzo dawno temu od Dziadka, co to na starość widział we mnie tamtą małą dziewczynkę, której kupił domino.
Ale dziś spojrzałam na "słowa" przychylniejszym okiem ;)

Mam nadzieję, że nie zanudziliście się na amen ;)

poniedziałek, 25 października 2010

przedsenne roztargnione myśli

historia tamtej dziewczyny nigdy nie powinna była wybrzmieć moimi słowami.
pamiętam każdy szczegół. każdy detal. jakby metaliczny posmak przeżytych chwil został w moich ustach na zawsze.

historia tamtej dziewczyny prawdopodobnie nigdy się nie skończy, wędrując z ust do ust.

wtedy o tym nie wiedziałam...

Wyszperane w sieci :)

Wieczornie chciałabym zamknąć w kopercie czas, który nie wróci, ale cieniem opada na korytarze, po których błąkam się to sama, to w kompanii. Minuty, dłużące się w nieskończoność, słowa, które przytulają mnie do ByłegoNiego, choć to boli.
Mimo wszystko - i ten cień, który może zranić - cieszy, bo przypomina mi dobre chwile, ByłegoJego najpiękniejsze uśmiechy, bezpieczny sen i oczekiwanie na siebie na dworcu...

Czas ma niesamowite właściwości. Uczy pokory i spoglądania na te same sprawy z zupełnie innych perspektyw.
Jestem szczęśliwa. I spokojna.
Tęsknota tylko lekko przypomina coś, co było.


Aha, Kacper uważa, że moje srebrne kolczyki z czarnym kamykiem mają śliczny wzór. Wiem. A do tego przynoszą mi szczęście - zgodnie z tym, co mówią ludzie o "czarnym kamieniu" ;]

Dobrej nocy Wszystkim :)

niedziela, 24 października 2010

wieczorny

zapinam mgły na guziki
smugi nad kominami rozmyte
złapać ulotność
zacisnąć w piąstce i nie wypuścić

Wyszperane w sieci :)

Z domu - do domu. Droga cicha i spokojna. Pociąg ukołysał mnie do bardzo ładnego snu, o szybowcach :)
Jutro seminarium i wcielanie się w Sherlocka, żeby znaleźć C.K. specjalistę w Poznaniu. W międzyczasie skoczę na pocztę.

Chwilowo marzę o grzańcu, ale chyba okiełznam marzenia. Nie chce mi się samotnego wypadu do knajpki. Poczekam na lepszy czas i jakieś towarzystwo.

sobota, 23 października 2010

Po nocy długiej i złej przyszedł dzień, rzec by można z ulgą...

Spostrzeżenie jedno: Subkultura ma rację - nie powinnam zabierać głosu w domu, bo nie mam pojęcia o tym, co tu się dzieje...
Nie będę się wdawać w szczegóły, bo to bezcelowe. Najprościej i najpełniej będzie stwierdzić, że się wszystko pieprzy, z każdej możliwej strony, na raz.

Wyszperane w sieci.

Dobrze, że jutro w południe wracam do Poznania. Odpocznę i przemyślę wszystko. Na dwie sprawy może dam radę coś zaradzić, reszta musi się dusić w sosie własnym.
Ale z drugiej strony, jak pomyślę, że pozostali z Gromady na luksus ucieczki sobie pozwolić nie mogą - to już mi nie tak lekko.

W celu wyżycia się fizycznego wybyłam a chłopakami na pole. Zapach koszonej trawy o tej porze roku - bezcenny. Powrót w jej stercie - szalenie przyjemny ;) Jak zwykle zajęłam się grabieniem. Subkultura i Radzimir popłakali się przeze mnie ze śmiechu. Ciśnienie opadło. Oby tendencja się utrzymała.

Przynajmniej C.K. już w szpitalu, po całonocnych bojach.


Trzymajcie się ciepło.

czwartek, 21 października 2010

polski...

Mottem dnia jest tekst: "Dobre bo polskie!"...

Filologia polska dziwna jest. Zwłaszcza na V roku.
W szczególe wygląda to tak: Grochola, Dunin, Masłowska, Tokarczuk, Kalicińska, Staszewska, Chmielewska, Pilipiuk, Pilch, Wiśniewski i inni znakomici twórcy rodzimi, których nazwiska robią mi "kuku" mentalne...
Że niby ja, Cześ ładny i niesforny słowami, mam w chłam wchodzić na samym końcu drogi katorżniczej... Brrrrr, wg. kochanego Bohdana S.:



Dałam radę. Wytrzymałam do końca wyliczanki, w pokorze i milczeniu. Do czasu. Na retoryczne:
- Macie państwo jakieś pytania?- padło moje, karygodnie przeczące idei pytania retorycznego zwątpienie, zwerbalizowane nieco nieśmiało:
- A obcej nie uwzględnia szanowny doktor w terminarzu zajęć?
I się doczekałam...:
- Nie. Macie czytać nasze, polskie. Polską literaturę znać. Polskie książki poznawać. A nie tylko obca i obca.
W podsumowaniu niech będzie to: "przysięga warzywom, warzywom, no":



Zaczynam się bać...

Z rzeczy przyjemniejszych, w ramach nocnego seansu - Breakfast at Tiffany's ;) I zagra mi tak:




Dobrego wieczoru!

środa, 20 października 2010

jesienny

Pokój pachnie wanilią.
Kazik śpi, strudzony całonocnym maratonem.
Julka wyszła na zakupy.
Za oknem typowy jesienny deszcz, obijający się o parapety.

Zimno mi. Jak jasna Anielka, tak mi zimno. Trzepie mną na lewo i prawo. Rozgrzewają: koc i herbata pita hektolitrami.

Na zewnątrz świat staje na rzęsach.

Wewnątrz chłopaki robią koncert Niemena.
Ja zaś mam do tego takie oto podejście wygodne:

Wyszperane w sieci :)

...
Rozmawiałam z moją ulubioną Psorką dzisiaj.
Miała dla mnie 2 książki do mgrki, ściągnięte z Oxfordu.
Po krótkiej relacji zdecydowałyśmy, że trzeba na kawę pójść, by się rozmówić porządnie, a nie skrótami.
Psorka opowiadała mi o ostatniej konferencji na której była gdzieś we Francji i zaprosiła na kolejną... do Inglenda :) Obiecała też załatwić te wszystkie uczelniane granty i inne czary mary, żebym z własnej kieszeni nie musiała wykładać.
Konferencja ma być poświęcona rodom arystokratycznym.
Póki co - pomysł mi się podoba baaaardzoooooooo:)))))))))))

Przyjemny ten dzień.

Tyle na teraz :)

wtorek, 19 października 2010

wtorkowy bonus

szpitalne zarażanie gronkowcem to jakiś standard?

pytam, bo mi C.K. z nim w gratisie do domu odesłali, w stanie ogólny złym... ba, nawet nie zdiagnozowali tego co wciąż, nadal i ciągle jest C.K.
ale ma siedzieć w domu, bo co za różnica, czy tam czy tu "przelewa się przez ręce"?
niespokojnie zewsząd...
mama pyta co dalej, co na to dobry internet, co mądrzy ludzie piszą w temacie...?

wziął mnie uczciwy wkurw.

niech mnie ktoś przeniesie do innego wymiaru!!!

wtorkowo

Wtorki do moich dni ulubionych nigdy nie należały. Jakoś tak im źle z kalendarza patrzy... Dzisiaj nie inaczej, za duże obciążenie, jak na jednego Cześka niecierpliwego. Bo ja chcę wszystko mieć na już.

Biegałam uczelniano. Układałam. Kombinowałam.
Zaczynam.
I rezygnuję ze specjalizacji, tak na wstępie nowego roku akademickiego, bo gdy zobaczyłam "rozkład jazdy" na ten semestr, to coś we mnie pękło.

Specjalność krytyczno- literacka jest picem na wodę.
Nie daje żadnych uprawnień, nie wiąże się z konkretnymi perspektywami.
To miała być kusząca alternatywa zaglądania literaturze prosto w twarz, w lawinie katorg językoznawczych, ale się okazało, że jedynie z nazwy brzmi to obiecująco, bo w praktyce: niewypał.
Przez 2 lata napisaliśmy łącznie z 10 recenzji, o innych typach tekstów nie marząc nawet. A zajęć przecież było sporo, beznadziejnych, nieprzydatnych, źle zaplanowanych. (Bronią się w tym wszystkim świetne warsztaty prowadzone przez prof. Cz., który, jako ten ostatni Mohikanin, coś nam przekazał, czegoś nauczył, czymś zainteresował i zainspirował do działania).

Wolę tym samym spokojnie przysiąść nad podręcznikami do matury, pisać magisterkę na luzie, bez presji, że z czymś nie wyrabiam. A robić coś tylko po to, by robić - nie ma sensu...


Przy okazji uczelnianego slalomu spotkałam Asiaka i Tomka. Z kubkami czekolady gorącej i gęstej opowiadaliśmy sobie o wakacjach, o absolutorium, o dumie rodziców ewentualnej, o prawiepopięcioletnim stosunku do naszego kierunku. Było fajnie. Tomek zamierza zaciągnąć mnie do TONu (Towarzystwa Osób Niesłyszących), Asiak namawiała na fakultet z Januszkiem naszym drogim, ja ciągnę oboje na wieczorne zajęcia z edytorstwa. I tak to się kręci. Towarzysko :)

Może wreszcie zacznę częściej z 418 wychodzić, może zacznę się normalnie z ludźmi spotykać? (Bo dość mam tej staruszki zgorzkniałej, która znów się we mnie zadomowiła i jej się zdaje, że tak bezludnie będzie mnie mną samą zanudzać - o jej niedoczekanie).

Wyszperane w sieci :)

A teraz? Biorę się do roboty.

poniedziałek, 18 października 2010

drewniane pisanie ;)

Wizyta w Praktikerze.
Cel: nabyć miękki papier ścierny :)
Cel: osiągnięty.
Dodatkowe komplikacje: brak.
Skutki uboczne: zakochałam się w niebieskich kombinerkach... Mrrr ;)
I mogłabym nie wychodzić z działu z narzędziami... Rany Julek, ile tam fantastycznych zabawek mają. Ta, a ja, jako typowa niewiasta przeglądałam, sprawdzałam, dopasowywałam do dłoni ;)
He he, spec się znalazł - w Czesiu (zasługa Gniazda Rodzinnego i mieszkania w internacie z elektrykami + elektronikami).

I jakoś tak przypomniało mi się, że na warsztacie Rodziciel mój kochany przechowuje dla mnie lipowy kołek, do "postrugania", odpowiednio miękki i duży, żebym miała pole do popisu, a moje osobiste dłuta i scyzoryk nieoceniony wciąż leżą na starym miejscu. Może teraz, będąc w domu, uda mi się nad nim popracować?

W wieku wczesnoszkolnym (i późniejszym też, ale z mniejszą intensywnością, niestety) jedną z najprzyjemniejszych rzeczy do "czynienia" było zamknąć się z Tatą na warsztacie i zasypywać buty ostrużynami jasnymi, pachnącymi, figlarnie opadającymi na ziemię. Rozrywka ta zazwyczaj przypadała na czas zimowego rozleniwienia i długich wieczorów.
Nic tam, że w tym, co mi spod dłut i scyzoryka (albo raczej scyzoryka i dłut) wychodziło więcej było awangardy nierozpoznawalnej, niż wpływu klasyków - Subkultura lubił moje koślawe figurki i bawił się nimi bardzo chętnie, szkrab jeden :)

Wyszperane w sieci :)
O takich cacuszkach w moim wykonaniu mowy być nie może... Trza innych robotę podziwiać!

Aaaaa, i jeszcze spotkałam popołudniu Kolegę Łamigłówkę. Zgadaliśmy się, że pora gdzieś razem wyjść, bo wakacyjnie jakoś się nie złożyło. Fakt: mieliśmy wtedy zupełnie inne rzeczy na głowach. Nadrobimy :)

niedziela, 17 października 2010

zerżnięte od Hitchcocka (ale nie do końca)...

Jest taka jedna butelka Chopina, która bardzo dużo zmieniła w moim życiu, przewracając je do góry nogami, właściwie bardziej tegoż przewrotu prowodyra odgrywając rolę. Wczorajszo-dzisiejszej nocy spoglądałam na nią, zastanawiając się, czy na lepsze.
I wszystko zależy od perspektywy. W przeciągu dwóch godzin chyba ze trzy razy zmieniałam zdanie.


chwilowo zaś to jest moja ulubiona perspektywa:




I to, które podoba mi się najbardziej:


sobota, 16 października 2010

sobotni, powracający, kolorowy itd...

Jest we mnie taka prawidłowość, która opiera się na powrotach, nagłych, ale i wyczekiwanych, takich, co to pojawiają się znikąd albo przychodzą, objawiając się wcześniej licznymi znakami; bywa i tak, że to ktoś staje się magnesem przyciągającym je do mnie.

No dobra. Dość masła maślanego.

Znów słucham Beatlesów, znów oglądałam ten film, który powstał z interpretacji ich piosenek. Pozytywnie mi. Jasno. Śpiewnie. A na zewnątrz szaruga - mam kontrast ;)
Ale ja tak lubię: słuchać muzyki, którą znam doskonale i wielbię; oglądać filmy, które raz zrobiły wrażenie i ten stan się utrzymuje przy kolejnych seansach; lekturzyć książki, które ciągle mają w sobie to "coś" i listy przeglądać, które czytam namiętnie i regularnie od dobrych kilku lat. Tak mam.
He he.
Sentymentalna Malutka, czyli Cześ pamiętliwy :DDD

Wieczorową porą zbiłam szklankę Aneszki, tuż przed piciem mołdawskiego wina urodzinowego i żeby nie było - do wina poprosiłam o kubek - moje dłonie sieją spustoszenie pośród szkła - żadne się nie uchroni, każde skończy roztrzaskane na drobne kawalątki...

No i jeszcze na koniec: ostatnio pisałam o ładnym zachowaniu Czesia w autobusie, a teraz będzie o tym, co Malutka w snach porabia...

Drodzy Państwo. W snach jestem: z-ło-dziej-ką!!!
Tak, tak.
Wyszperane w sieci :)

I to nie byle jaką złodziejką, bo przecież gdybym napady na banki czyniła, byłoby to pospolite i nudnawe. A z drugiej strony okradanie niewinnych staruszek, wyrywanie im torebek to zbyt perwersyjne, nawet jak na mnie.
[Poprzedniej nocy "byłam" przyśnionym świadkiem przesłuchiwań taty Aneszka, który męczył Jareczka z pracy. Później Michaszko pochwaliły mi się, że chodzi z Katy Perry (kimkolwiek jest owa dama, bo... nie znam, ino nazwisko mi się o uszy obiło, ale tylko obiło)].
A tej nocy, bardzo ambitnie, z uśmiechem rzezimieszka i łobuza kradłam... błyskotki. Ze straganów, z budek jakichś niewielkich, takich jarmarkowych (tęskni mi się za jarmarkami poznańskimi, ale już niedługo). Powiewające szale i chusty wzorzaste, ludzi istne mrowie stanowiły moją ochronę. Z miną zachwyconej sześciolatki pakowałam lśniące szkiełka do kieszeni zdecydowanie za dużej na mnie bluzy, a potem, w bezpiecznym oddaleniu oglądałam jak lśnią w słońcu, jak jego promienie grają z kolorami moich zdobyczy, i powstały teatrzyk barw i świateł najpiękniejszym był teatrzykiem, jaki kiedykolwiek widziałam.
W ogóle kolorowo mi ostatnio w snach i tak onirycznie, w bajkowych odcieniach,w półświetle i w ukryciu - bardzo mi się to podoba, tym bardziej mam nadzieję, że bezsenne noce, zwieńczone koszmarami w wyżebranej godzinie zamkniętych oczu wyczerpały już swój limit. :)



W głowie gra mi tym filmem, już od jakiegoś czasu. Czekam tylko na najbliższą okazję, by znów się w niego zatopić, nim zachwycić, bo urzekł mnie wszystkim, co tylko możliwe... W szczególe i w ogóle - przypomina mi się zawsze wtedy, gdy tłoczą się w mojej głowie myśli zakochane w bajkach i świecie bajkowym...
Światłem, oknami, ogrodem, tańcem, dzieciakami, piękną Gwineth, czarującym Ethanem, tajemniczym Robertem, najwyjątkowszą z najwyjątkowszych Anne, papierem, węglem, farbą, sukienkami, seksem, lśniącą wodą, ciemną nocą, słońcem, miłością i wszystkim innym - warto sobie sobotę skomponować, uwierzcie...
(Szkoda, że ja muszę przełożyć to na jutro - czekam więc grzecznie).

Dobrej soboty Wszystkim :)

piątek, 15 października 2010

z czekoladą :)

a czasem sama siebie wyganiam
rozpędzam się między myślami
nocnie i dziennie wyhamować nie sposób
tylko smak czekolady na ustach unosi się
moją gonitwą powstrzymaną


Dzień jak co dzień. A może nie...
Aneszka urodziny - wszystkiego naj, naj, naj!!! Żeby każdy dzień był lepszy/ słodszy niż będzie nasz brownie...

Stałej dnia podobało się coś, na szczęście, i Cześ kontent :)))) Mrrrrrrr

Wyszperane z sieci :)

czwartek, 14 października 2010

o tym, jak Cześ w mordę dostał, w sprawie słusznej, przynajmniej.

Całkiem niedawno rozmawiałyśmy z Julką jak to jest z tym Poznaniem i Pomorzem.
I Julka stwierdziła, że "Tutaj" to inny świat: więcej "kultury", milej na ulicach, bez przekleństw wszechsłyszalnych, bez obelg i plucia na krawężniki, że "Tutaj" jest spokojniej i generalnie nastroje panują przyjemne. Z wad wysunęła dystans Poznaniaków i rezerwę w rozmowach, mniejszą bezpośredniość i obecność czegoś, co funkcjonuje na zasadzie tabu (w kwestii rozmów o kasie, seksie i polityce).
Ale przede wszystkim Juli podoba się to, że u nas bezpiecznie na ulicach, że nie boi się wieczorami szwędać po mieście, łazęgować między kamienicami.

No i masz babo placek. Też tak myślałam. Do wczoraj.

Zachciało mi się wczoraj wieczorową porą (coś koło 21) przejażdżki autobusem (w celu hedonistycznym zupełnie, ale mniejsza o to). I wszystko ładnie. W autobusie jakieś 7 osób, nie więcej. Droga mijała przyjemnie, od jednego przystanku do drugiego, aż na jednym z kolejnych wsiadła dziewczynka/ małolata, lat około 16, z krzykliwym Picassem na licach niewinnych, spódniczką w stylu mikro-mini i dziarskim pleplaniem w słuchawkę ślicznej połyskliwej komóreczki. I niby wszystko ok, ale jednak nie.
Panna postanowiła zająć miejsce, które zajmowały jakieś torby starszej pani, co to dwie kule miała, a mnie się widziało, że słabina z niej wielka. Dodam, że miejsc wolnych było od groma, a ta się uparła, młoda taka, w celu myślę, udowodnienia, że może...
Babcia powoli tłumaczyła, że przecież jest gdzie usiąść, a jej torby ciężkie i jej ciężko, i czy może mogłaby jednak wybrać sobie inne miejsce, i że bardzo prosi, i w ogóle (aż mi się ścisło w środku, że starsza kobiecina w takiej sytuacji, za przeproszeniem, gówniarę przepraszała). Ale jak to radzą: usssssaaaaaaaaaaaaa. Do czasu.
Jak młoda nieprzyzwoicie kląć zaczęła i babciny rękaw targać nie wytrzymałam ciśnienia, po trzeciej wzmiance: "K***a, że stara jesteś to będziesz miejsce zajmować, to k***a wyp*******j z tym, bo k***a, ja tu usiądę" lekko się wychyliłam apelując spokojnie, że miejsc jest dużo, a awantura nikomu nie potrzebna, czym rozjuszyłam dziewczę do białości.
I nie wiedzieć jak i kiedy poczułam, jak coś z siłą wgniata mi się w usta (ku chwale braku sprawności fizycznej w tym kraju: panna nie miała kompletnie "cela" i o sztukach walki pojęcie jej było raczej mizerne, na moje szczęście). Nie czując bólu zaproponowałam, żeby jeszcze moją głową o szybę tłuc zaczęła, albo nerki mogła mi skopać. Ale z propozycji nie skorzystała, wysiadła prędziutko na najbliższym przystanku i tyle ją wszyscy widzieli.
Starsza pani oczywiście dziękowała, że się za nią wstawiłam, przepraszała, że oberwałam, ale mnie najbardziej bawi fakt, że nikt inny nic nie zrobił: gapiło się 6 osób w szyby, sufit i podłogę aftobusu, a małolata robiła łubudu...

U celu mej przejażdżki zreanimowano mi wargę już lekko zapuchniętą kostką lodu i generalnie prawie nic nie widać, tylko krwiak niewielki - dopiero przy ostrym przyglądaniu się.
Wyszperane w sieci :)

No, ale przynajmniej się sprawdziło, że każdy przynajmniej raz po "mordzie" oberwać musi...

środa, 13 października 2010

komplement

Wyszperane w sieci :)

Z komplementami to jest tak, że zawsze wydają mi się nieprawdziwe i niesłusznie przyznane. Ale ten dzisiejszy budzi we mnie szczere zadowolenie:

Masz w oczach coś północnego, skandynawskiego, szarą surową zadumę i jej tajemnicę, wiesz, taką przyciągającą tajemnicę...

Nie wiedziałam... :))) Ale to było miłe.
Skandynawia jest magiczna. Dla mnie. Z różnych powodów.

wtorek, 12 października 2010

spoetyzowane składanie myśli

wczoraj
młodzi rozsiadali się przy barze wieczorową porą
gwarem i śmiechem zagłuszając łzy
moszczone na kanapie
wilgotne i ciepłe
roztopione w czyimś uśmiechu pobłażliwym a czułym
rozlewane przy stoliku okrągłym
przez światło w szkle w czerwonym żarze ścian i foteli opasłych
i wszyscy widzieli nienatarczywie
tusz rozlany na policzkach tamtej dziewczyny

Wyszperane z sieci :)

No tak. Brakuje mi asertywności, coraz bardziej.
A potem beczę, w knajpie, przez kilka godzin.
Dobrze, że tym razem nie byłam sama.
Dziękuję ;*
I dobrze, że wreszcie mogłam wyszlochać te wszystkie treści, które poskramiałam, odpychałam w każdej sekundzie, gdy do mnie przychodziły podstępnie.

Poza tym - Kubuś zamieszkał 3 pokoje dalej :))) Już był po sąsiedzku pożyczyć pieprz i sól - dobrze, że nie cukier, bo mam na wykończeniu :DDD
Julka stwierdziła, właśnie, że 8 stycznia rodzą się najlepsi ludzie (znaczy się Cześ między nimi) :))) Zrobiła dziś pierwsze duże zakupy i chyba zaczyna się tutaj zadomawiać. Wesoło nam w 418.

Ciocia jest w szpitalu - pewnie będę musiała wrócić do domu wcześniej, pomóc mamie ze wszystkim. Ciekawe co to za grypa, która zdecydowanie grypą nie jest? Zaczynam się martwić.

Postanowienie na za niedługo: nabyć ametyst... I pójść do kina na samotny seans, może na Doriana Graya?...
Odrobina luksusu odrywa dla mnie gwiazdy z nieba, zawieszając je, jak wiśnie na uszach.

Nocnie poddaję się fortepianowi; takiemu graniu, które ni to z palców, ni z duszy wywleka nieokreślony zachwyt, kreśląc na klawiszach piękno i pięknu skradziony szept.
...
Dlaczego zawsze wszystko, co mnie fascynuje najbardziej wydaje mi się wykradzione wieczności, schowanej między ostami na skalistym urwisku?
Poezja przebija w strumieniu światła przygaszonego nijakość moich myśli codziennych. Pogrywa cieniem na ścianach, ociera się o moje stopy, łaskocząc je głodem zaczytania, zasłuchania, zapisania - zalotnie rzęsami trzepocze Leśmian, uwodząc mnie słowem na Łące. Poetyckość jak woal nadchodzącej nocy, jak obietnica nadchodzących snów.



Udanego wieczoru!

poniedziałek, 11 października 2010

refleksyjny poniedziałek


dzień z butelką cierpkiego wina
za mną już chyba dwie lampki, niepostrzeżenie upijające rzeczywistość
najpierw jedna drzazga, później kolejna
za moment będzie następna, jako trzeci kielich wytrawnego trunku
pozakłuwane, pijane myśli zaplątane w pajęczynie niczego

Zastanawia mnie kto komu bardziej przeszkadza, kto komu bardziej nie pasuje.

Marginalizowanie, zapominanie, wypominanie - przyzwyczajam się.


Przede mną stosik książek, na które czekałam od dawna, aż przestałam wierzyć, że będą do mnie należały. I o dziwo nie cieszą mnie najbardziej tomiki wierszy Szymborskiej, Baczyńskiego, Tischnera czy Tetmajera, ale ślicznie zilustrowana przez Zdenka Milera książka przedstawiająca trzy przygody Krecika :) Dzieciństwem pachnie Krecik i zielona gwiazda. Przyjemnie wpijać się w każde kolejne zdanie, każdy akapit - dziecinnieję na starość :))) Miły akcent, kładący się na poniedziałkowe popołudnie, na poniedziałkowość w ogóle.

ilustracja Zdenka Milera,
foto Czesia :)


Powrót z domu spokojny. Było w granicach normy, mimo dialogów uświadamiających :) Wykończyłam psy, pomogłam trochę w domu. Poza tym Tato pozwolił mi wreszcie wybrać się na przejażdżkę powożoną - ostatnio lejce miałam w dłoniach ze 3 lata temu, a naszej Kasztanki nie wolno mi było samej zaprzęgać, aż do soboty... Taki mały Cześ i taka duża Kasztanka :D Układ prawie idealny, brak mi wprawy jednak.

Poza tym uspokoiło się w Czesiu wszystko. Uspokoiło się i dojrzewa.
Do dalszego rozpatrywania.
Pytanie brzmi: dlaczego tylko przy jednej osobie nadal zachowuję się jak kiedyś, swobodnie i bez przymusu, nie musząc się na nic silić?

sobota, 9 października 2010

po polsku

Każdego dnia utwierdzam się w przekonaniu, że muszę uciekać przed wszystkim, co siedzi w tej mentalności: bo szaro, bo źle, bo spory, bo przemoc, bo agresja, gwałty i mordy.
I nikt nawet nie próbuje doszukiwać się choćby drobnych pozytywów.

Na dole trwa dyskusja o tym, jak bardzo nie mam pojęcia o życiu, o tym, że jeszcze mi ten "naiwny" idealizm wywietrzeje z głowy, że jak większość dziewcząt spotkam chłopca pięknego, który w 3 dni po ślubie będzie mnie tłukł, łamał mi żebra, a ja będę słodko szeptać, że go kocham, że będę mieszkała na garnuszku u rodziców lub teściów, albo w innej popapranej komunie, że nie będzie starczało na chleb z wypłaty czy zasiłku, że nie będę mieć psów ani kóz za domem, bo mi się odechce, tylko dzieci kolejne będzie trzeba państwu oddawać na wychowanie, że, że, że, że, że...

A na moje pytanie: to po cholerę żyć i dążyć do czegoś? (bo przecież rozsądniej od razu palnąć sobie w łeb) pada odpowiedź: "Bo każdy musi ponieść swój krzyż".

Że też franciszkańska wizja Boga i boskości stworzenia wszelkiego się nie przebiła... Może byłoby wtedy milej, przyjemniej, jaśniej i radośniej?

(Fakt, że w okolicy jest kilku "udaczników", także myślenia nie zmienia... Historie przykładowe: Karola, który chciał zostać lekarzem, a teraz jest uznanym chirurgiem; dwudziestoczteroletniego Damiana jeżdżącego wymarzonym samochodem, budującego piękny drewniany dom; Zośki, co to dzieci w szkole chciała uczyć, a dziś jest dyrektorką liceum dobrego; Anki, która marzyła o podróżowaniu i w tej chwili uczestniczy w wyprawie na któryś z ośmiotysięczników - nic nie znaczą. Tak, jakby nikt o nich nie słyszał).

Zaczynam zazdrościć Amerykanom, że oni swoim dzieciom od początku dopingują, że motywują je i tak dalej, zamiast jak u nas - podcinać skrzydła jeszcze przed lotem. I nawet, gdy kryzys, gdy narzekania i tak twierdzą, że są najlepsi, że zrobią, osiągną - o slumsach mówi się rzadko, odwrotnie niż u nas, jakby cała Polska slumsami stała, nad którymi pieczę Ojciec Radiowiec dzierży modląc się i modląc, o mniejsze cierpienie, o mniejszą biedę, o mniejsze bezrobocie, za ostatnie babcine talary.
Matka Rosja nawet lepsza, bo wiara w ludzie prostym w kraj i w moc w kraju tkwiącą - u nas już nikt w nic nie wierzy, no, może poza emigracją, bo o życiu na obczyźnie myśli się z nadzieją, że łatwiej, sprawniej, zamożniej, kompetentniej, pogodniej, rozsądniej.

Plan i zamiar - niczym są, nie istnieją, bo przecież się nie da.To może lepiej przywrócić spartański sposób wychowywania, przyzwyczajać od małego do trudów, niewygód i wysiłku, do katorgi, do szamotania się - które w starciu z rzeczywistością nie wypali się niepowodzeniami, twardo stąpając po rozżarzonej, zarzuconej kłodami ziemi, a nie karmić dzieci bajkami o bohaterach i innych książętach czy królewnach - wszak nie ma nic gorszego niż powiedzieć dziecku, że to były kłamstwa i steki bzdur, a szkoła i studia to ściema na kółkach - i tak skończy na kasie w Żuczku lub z miotłą będzie po krawężnikach tańczyć...

piątek, 8 października 2010

do domuuuuuu :)))

Jadę do domu, spontanicznie i na wariackich papierach. Bo tak.

Jovan się ucieszy :)

Słonecznie dzisiaj, za oknem słonecznie. Jeszcze nigdzie nie wychodziłam, ale przez szybę czuję, liźnięcia słońca na policzkach. No tak, to przecież "dobry dzień".

No, żeby było jeszcze lepiej:

czwartek, 7 października 2010

i tak to było wczoraj

Jakoś mi tak zielono ostatnio. Zielono w różnych odcieniach :) No, jest mi też granatowo, ale to to akurat bez zmian. Zielony wkrada się do mojej szafy, do zamrażalnika, do spojrzenia i bardzo, ale to bardzo ładnie z nim dokoła.

Wczorajszy babski wieczór przerodził się w regularną imprezę "staruszków" w 418, nic się w tym względzie nie zmieniło, jedynie panna Julia miała okazję podejrzeć, jak bawi się stary skład IV piętra. Na szczęście Jurek zadbał o jej dobre samopoczucie między stworami prehistorycznymi DS-u. 4 buteleczki winka nadały wieczorowi dobrego tonu, ale też nie przytłoczyły go.
Cudem wielkim wysiedziałam całkiem spokojnie. Owszem momentami miałam ochotę zwiewać, gdzie pieprz rośnie, ale potem pomyślałam, że w sumie nie jest źle. Delikatnie z boku patrzyłam na tańce i hulańce, na ich roześmiane twarze, wreszcie i na ich podglądactwo.
He he, straty niewielkie: 4 puste bardzo butelki i podłoga do generalnego odgruzowania (wszystko już ogarnięte). Dodatkowy bonus: pewna dama chyba ma absztyfikanta - ależ to był widok, te zaloty, aż Czesiek oczy przecierał ze zdziwienia, że to tak może uroczo wyglądać z jej krzesełka nieco oddalonego :DDD

Wczoraj były "połowinki" , a od dziś "studniówka" - uczczenie dzisiejszych urodzin Człowieka otwiera ciąg alkoholowego studiowania na najbliższe miesiące na pewno, z eventów najistotniejszych: przed nami urodziny Kuby, Aneszki, Suszka, imieniny Kasiek i coś jeszcze pewnie się trafi, czyli Kałasznikowa czas zacząć.

...
Z panną Julią układa mi się pomyślnie, na razie. Rozmawiamy, docieramy się i nie ma włoskiego małżeństwa ani zakonu milczków we wnętrzu 418. Jest sympatycznie. Najczęściej poruszany temat: różnice między Pomorzanami a Poznaniakami. Wygląda na to, że są ogromne ;) Kiedyś pewnie skrobnę o tym coś więcej.


No to tak na koniec, w ramach żartu:


środa, 6 października 2010

Boże Narodzenie

bo kiedy mija wczoraj, a nastaje dzisiaj...
taki szczególny dotyk
palce zatopione w glinie
i twór
przestwór

Babskie popołudnie, zapewne i wieczór - popełniam gafę, pisząc posta. Tylko, że lubię, muszę, chcę - tak mam.

A dzień? Nasz. :))))))
Mój, bardziej w mojej głowie, niż na języku, ale co tam. Ważne, że lśni tu i ówdzie. Hmmm, lubię ten stan...


Była My Bluberry Nights, gra Love acttually, jak za starych dobrych czasów...

Ps. Baby właśnie zaczynają obchody Bożego Narodzenia... I pachnie winem, cynamonem i prezentami spod choinki... Tak jakoś jesieni mówimy: paaaaaaaaaaaaaaa - nic dziwnego zresztą! Aha - a Aneszce marzy się już śnieg.

wtorek, 5 października 2010

chmurna ;))))

nietypowość powinna być dobra...

Ile się w tym pokoju pomieściło historii? Ściany przesiąkły zapachem mijających dni. Dziś, jak ażurowy obrazek, spływa do mnie mnogość prawd, półprawd i kłamstw najzwyklejszych... To co przemilczane, co ukrywane tańczy przed moimi oczyma.

Wczoraj panna Julia pytała mnie o 418, o to jaki jest ten pokój, co przyciąga, jaki niesie bagaż. Nie powiedziałam. Po co?
Zawsze i wszędzie: to nie ściany, a ludzie tworzą swoje małe dramaciki i całkiem pokaźnych rozmiarów komedie.

Jednego jestem pewna: widok z tego okna jest moim lustrem.



Dobrze jest się wreszcie uśmiechem sprawiedliwym uśmiechnąć do siebie samej. Dziecinnie. Złośnica została poskromiona jednym krótkim przytuleniem, a przytulał sen z nim w nim.
Tak pięknie chmurna. Z kozackim obłędem.

poniedziałek, 4 października 2010

...

głupio mi z własnej głupoty
pogrążam dzień bezsensownie

potrzebuję potężnego, zamaszystego kopniaka, żeby mi się w mózgu poprzestawiało

w szczególe: "jest w tobie za dużo..."
nożesz
nie ma we mnie nic, nic, nic, nic, nic, do jasnej cholery, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic!

wszystko sobie umarło, a w postaci duchów przejrzystych wypasa się na zielonych pastwiskach Nieba i Okolic

basta.

niedziela, 3 października 2010

o niczym piszę

Czasem próbuję słowami układać siebie.
Marzę. O wszystkim, co niemożliwe.

W domu było zwyczajnie, bez afer i ekscesów. Coraz częściej tak jest, coraz częściej godzą się z moją nieobecnością, poza C.K. nikt już nie kwestionuje moich przyjazdów co drugi weekend.
No i poza dzisiejszym pytaniem Rodzicielki, które mnie z rytmu wybiło:
- Dziecko, kiedy ty te swoje rzeczy zwozić do domu zaczniesz? Gdzie to się wszystko ulokuje?
Odpowiedź była prosta:
- Mamo, ja nic tu nie będę przywozić, bo nie wracam do domu. Znasz plan NaPoObronie.

Tylko Jovan nie rozumie, że wyjeżdżam, że już koniec zabawy, że nie będzie więcej aportowania, dokarmiania pod stołem, gdy nikt nie widzi i przemycania go do pokoju nocą, żeby mógł pilnować moich snów. I tak przez czas dwóch tygodni czeka na 2 noce i niespełna 3 dni - wtedy radośnie macha ogonem i szczekaniem dopomina się pieszczot i łakoci...


Z rzeczy innych: Julia przypada mi do gustu, właśnie :) Ma śliczną buźkę, czego wcześniej nie zdążyłam dostrzec. I taki sam ręcznik, jak ByłyOn - tak w ramach żartu :DDD

Starry Night over the Rhone, Vincent van Gogh

A ja? Czasem przypominam sobie to dzieło van Gogha i zamieram na moment w nocnym zachwycie. I właściwie nic piękniejszego, na teraz.
O spaczona ty moja wrażliwości na sztukę...