"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
wtorek, 31 sierpnia 2010
dzień udany
Spostrzeżenie: rany, jak jest już zimno! Nie wystarcza bluza i kurtka. Dzisiaj zabieram czapkę, szal i rękawiczki, żeby się zabezpieczyć... Właściwie już mam lekki katar, ale głowa pewnie boli mnie z przemęczenia, mimo to jakoś żal mi się kłaść i zupełnie stracić dzień... No więc ku ociepleniu klimatu 418 piję sobie pyszną herbatkę, którą dostałam od Mai i oglądam filmidło.
Poza tym - 31 sierpień na razie przebiega lepiej niż lepiej :)
Poprzedzony wczorajszym cudnym spotkaniem z Mają, Olkiem i Jędrzejem - miał już niezły fundament, by mi przypaść do gustu.
Odwiedził mnie dzisiaj Radzimir, przy okazji, więc i ja skorzystałam z okazji - i obarczyłam go dostarczeniem Subkulturze podręczników. Wydurnialiśmy się jak małe dzieciaki, obejrzeliśmy kilka numerów kabaretu Pod Wyrwigroszem, uśmialiśmy się dosłownie po pachy, do tego była pyszna kawka mojego autorstwa i jagodzianki nabyte w ulubionej cukierni.
Z racji tego, że prócz książek Radzimir wziął jeszcze kilka rzeczy, które zajmowały tutaj za dużo miejsca pomogłam mu i odprowadziłam go do samochodu. I tutaj czekała na mnie niespodzianka, w portierni.
Dostałam przesyłkę od Ani . Myślałam, że przyjdzie pojutrze, najwcześniej jutro, a tu psikus - Patryk od razu zaanonsował: do rąk własnych ;) W środku była piękna kartka dla moich dziadków - z okazji półwiecza bycia razem i jeszcze coś, ale o tym cichosza...
Kurcze, w głowie się kręci, gdy o stażu dziadków pomyślę i o tym, że u nich faktycznie było w zdrowiu i chorobie, bogactwie i biedzie... Tak, jak być chyba powinno... Razem tworzą niezwykły duet. Wierzyć się nie chce, że tak można, że tak da radę.
Moi rodzice za moment będą mieli połówkę z tego...
:))))))))))))))))
Yyyyyyyyyyyyyyyyyyyy
I teraz przechodzę do meritum... Kocham, ubóstwiam, uwielbiam trzymać w dłoniach coś, co osłonięte kopertą - przeniesie mnie do innego świata.
Dzisiaj zżerała mnie ciekawość i chęć, żeby od razu dobrać się do zawartości koperty... No i zaczęłam otwierać ją już na drugim piętrze. Na szczęście to nie było takie proste, więc wyczekiwany moment ujrzenia wnętrza troszkę się przeciągnął.
Nie ważne, czy to list, czy jakiś cuś - ale tradycyjnie wysłany pocztą - sprawia mi ogromną radość i frajdę. Zawsze tak było. I jest nadal. Zapach, szelest rozrywanego papieru, mnogość znaczków - niby nic, ale do mnie to przemawia baaardzo :)
Teraz? Zamiast spać - setny raz oglądam Finding Neverland. I ciągle mnie ten film urzeka. Ehhh, a akcent Johnny' ego Deepa - zniewala... A poza tym, generalnie to bardzo przystojny pan, tak myślę ;)))) Mrrrrrrr
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
bez ładu i składu
... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ...
nie da się inaczej
Jesień. Zewsząd jesień, wszędobylska, chłodna, mokra... I tylko kubek herbaty z cytryną ogrzewa mnie wizją przyjemnego złota...
Zapowiada się miły dzień.
O 15 zobaczę Maję, Olka i może poznam Jędrzeja. (Wreszcie udało mi się załatwić dla nich książki i przy okazji wyposażyć mojego Subkulturę w podręczniki, żeby rodzice nie marudzili, iż pracuję, gdzie pracuję, a Młody pójdzie do szkoły z pustym tornistrem).
Już na samą myśl jest mi weselej :) Spotkanie zaplanowałyśmy tak, że my ze spokojem wypijemy kawkę, a chłopaki w razie potrzeby (czytać: ciekawości świata Brzdąca) pobiegają po Kupcu. I wsunę sobie szarlotkę lub ciasto czekoladowe z pewnością. :DDD
Bo przecież trzeba sobie w życiu chwile osładzać, prawda?
Na marginesie: ostatnio natchnęło mnie na tego typu rozrywkowe odgrzebywanie najlepszych staroci w świecie!
sobota, 28 sierpnia 2010
post zapachowy
Niech to będzie wątek wyjściowy tego posta.
Zapachy...
Dokoła mnie gasnące lato i przebudzenie jesieni. Wiąże się z tym niekończące zbieranie owoców i czynienie z nich przetworów, które kocham zazwyczaj nie za to, że cudnie smakują, ale za to, jak pachną podczas ich przygotowywania. Już samo "jabłkobranie" w sadzie działa na moje nozdrza wyjątkowo pobudzająco; zapachy ziemi, deszczu na liściach i wreszcie jabłek stanowią przejście do zupełnie innego świata... Słodkim, orzeźwiającym tunelem naprowadzają moje myśli na tor wspomnień dziecięcych zabaw, chowania się w wysokiej trawie i innych rozrywek tamtego czasu.
W zeszłym roku pisałam na historię literatury pracę o Reymoncie - dość nietypowy wybrałam sobie temat, bo taki, który analizował stany emocjonalne autora podczas jego pielgrzymki do Jasnej góry. Teoretycznie nuda - wymyśliłam jednak, że nie zrobię tego tak, jak w opracowaniach naukowych, tak jak zalecał mi doktor wymagający, tylko napsocę po swojemu. No i napsociłam. Wybrałam sobie bazę zupełnie dotąd niezauważalną, a nawet jeśli, to jedynie epizodycznie. Skupiłam się na tym, jak zmieniało się podejście pielgrzyma- reportera na podstawie jego zmysłowego odbierania pieszej wędrówki. Dotyk, słuch, smak, wzrok i powonienie - przez które przeobrażało się jego odbieranie pielgrzymki, zmieniała się postawa moralna, a już na pewno wzbogacała się duchowość pisarza...
Pamiętam, że wyjątkowe wrażenie na Reymoncie robił zapach kadzidła, jakby otwierając przed nim furtę do tego, co gdzieś na granicy ludzkie-boskie... Woń kadzidła jak ścieżka.
...
Przede mną impreza urodzinowa Izz. Razem z Aneszkiem wybyłyśmy więc w myśliwskim celu po ładny prezent, miało być bardziej nieklasycznie, ale z klasą. Łatwo sobie postawić taki wyznacznik, a gdy już nadejdzie czas konfrontowania z rzeczywistością, to bywa różnie.
Podarek jednak znalazłyśmy idealny... Zdecydowałyśmy się na słodko- jesienny urok duetu: syrop malinowy i rodzynki w czekoladzie... Pięknie zapakowane, doskonale zestawione, mało klasycznie, ale z klasą.
...
Krążąc między pułkami dawałam się sobie porywać wizji syropów, konfitur, dżemów, soków w tych eleganckich słoiczkach, smukłych butelkach i innych cudnych pudełeczkach. I wcale nie dlatego, że to wygląda niesamowicie, a przynajmniej nie przede wszystkim dlatego. I nie dlatego, że oznacza to ucztę dla mojego, lubującego się w słodkościach, podniebienia.
Dla mnie to była podróż w krainę pachnącą sadem i ogrodem, mieszaną drewnianą łyżką w kuchni babci. To też podróż na skraje świata, skąd przybywają kawy gatunków niezliczonych i herbaty bogate w cuda rozmaite...
Dalej - była już tylko refleksja, że to ledwie początek... Bo pachnie wszystko, mniej lub bardziej sympatycznie (i tego rozwijać nie chcę). I te zapachy zapamiętujemy, wiążąc je z jakimiś wspomnieniami.
Moje osobiste hity zapachowe: cynamon i karmel, lawenda i wrzos, brzoza i kałuże powstałe z deszczu spłukującego woń bzów, skóra pachnąca słońcem... Dla nich mogłabym zwariować, są one elementami przeżywania chwil skąpanych w zachwycie...
piątek, 27 sierpnia 2010
uwiedziona
Zostałam zarażona, jak najgorszą chorobą zakaźną ;DDD
Przepiękny wieczór oglądany zza szyb autobusu. Kocham to miasto w wieczornych godzinach, gdy ciepły blask latarń odbija się w moich oczach. Jest tak niesamowicie uwodzicielsko o tej porze roku w tym roku. Nawet takiemu Czesiowi, jak ja, gra dzisiaj w duszy słowem: lubienie ;)
Ps. Marzy mi się szarlotka...
czwartek, 26 sierpnia 2010
tęsknota...
Jestem wreszcie sama w 418 - Michaszko pojechał do domu i choć mnie to cieszy, bo wreszcie wieczór spędzę, tak, jak od dawna nie mogłam, to już wiem, że przede mną długa brzydko bezsenna noc... Nie lubię pustej samotności mojego nocnego oddechu...
Dorwała mnie dzisiaj tęsknota za tymi, za którymi tylko już tęsknić można.
Ps. Czuję się ograbiona ze wszystkiego jednym głupim zdaniem niechęci... Rozmieniam się na drobne?
środa, 25 sierpnia 2010
JESTEM KRETYNKĄ!!!
ZMIENIŁAM SOBIE OPCJĘ Z PUBLIKOWANIEM KOMENTARZY, ALE COŚ SIĘ W NIEJ SKRĘCIŁO I NIC MI NA MAILA NIE DOCIERAŁO - MYŚLAŁAM WIĘC, ŻE NIKT NIC NIE PISZE...
A DZISIAJ, WŁAŚCIWIE Z KWADRANS TEMU, PRZEZ ZUPEŁNY PRZYPADEK ODKRYŁAM WASZE KOMENTY DO STARSZYCH POSTÓW - NA KAŻDY JUŻ ODPISAŁAM, PONIEWCZASIE NIESTETY.
BARDZO PRZEPRASZAM ZA MOJE ZANIEDBANIE - I PISZCIE U MNIE MIMO TAKICH MOICH AKCJI- BO JEST MI RAŹNIEJ ZE ŚWIADOMOŚCIĄ, ŻE NIE PISZĘ AŻ TAK ZUPEŁNIE SAMA DLA SIEBIE!!!!!!
nastrojowo...
Chciałabym być muzyką...
Dzisiaj wszystko jest muzyką, ciepłą i nastrojową.
Dzień pełen komplementów. 3 propozycje małżeńskie. Wyraźny nakaz chodzenia w rozpuszczonych włosach (bo mi ładniej wg niektórych) i długie rozmowy ze wszystkimi właściwie :) Z Łamigłówką gawędziliśmy chyba z godzinę, zgarniturowany Michał przywiózł mi filmy do roboty, dostałam też obiadek bułkowy i wafelka. No i pan Miruś przyniósł coś słodkiego.
Generalnie fajnie było dzisiaj na zbiorczym, nawet wtargnięcia Lidii nie ścięło nikogo z nóg :D
Jestem próżna? ;P
Teraz: patrzę na zabandażowaną głowę Michaszki i chce mi się śmiać - z radości rozbił sobie głowę, właściwie rozciął i dumnie może prezentować 5 szwów. A wszystko przez tę książkę, która zgubiła się, a odnalazła... :D
Na szczęście mimo całkiem solidnego walnięcia nie ma wstrząśnienia mózgu, bo byłyby jaja. Szczęście w nieszczęściu.
Plan na wieczór: Autor Widmo, od Michała.
wtorek, 24 sierpnia 2010
chcę
Ps. Antyspołecznie powiewa skądinąd.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
seans spontaniczny
Film... wybrany pół godziny przed wyjściem, zupełnie przypadkowo.
Lubię tę konwencję, powrót do XIX wieku, koloryt taśmy, formy grzecznościowe: pan, pani. I taką Anglię, jak na filmie, surową, ale zarazem skąpaną w kwieciu, pięknych widokach.
W tle... taka poezja, o której prawie już zapomniano...
Film jednak przydługi nieco, dość naiwny...
Czy dramat? Jeśli śmierć któregoś z bohaterów/ bohaterek jest wyznacznikiem gatunku, to tak... Dla mnie to jednak bardziej obyczajówka ładnie wkomponowana w tło muzyczne.
No, i pierwszy raz płacz aktorki wydawał mi się autentyczny.
niedziela, 22 sierpnia 2010
nic definitywnie - otwarte...
Na słowa, które usłyszałam dzisiaj czekałam od bardzo dawna... Jeszcze miesiąc temu oddałabym wszystko, by między nami padły.
Dziś - nie umiem się do nich ustosunkować. Jestem bardziej wstrząśnięta, niż zmieszana.
I właściwie nie wiem, czy znów chcę wchodzić do tej rzeki. Niech zdecyduje czas i czyjaś determinacja, nie moja. Ja walczyłam zbyt długo, teraz przyjmuję postawę comabyćtobędzie.
Taka ja.
Bo już wiem, bo nauczyłam się, że od życia można chcieć więcej... I od mężczyzny można oczekiwać więcej.
piątek, 20 sierpnia 2010
melancholijny wieczór
Przypominam sobie, że dawno temu był podobny wieczór, a ja miałam podobny nastrój... Wokół roznoszą się subtelne zapachy jesieni: pachnie ziemia, jabłka opadłe na trawę i suszone śliwki. Spoglądam za okno - księżyc już wisi zwrócony wprost w moją stronę. Łagodne dźwięki pozwalają płynąć moim myślom rytmem kilku uderzeń, kilku drżeń i westchnień. W dłoni dzierżąc lampkę wina różanego - celebruję chwilę. Nie skłamię - melancholijnie mi. 
Wyszperane w sieci :)
Dawniej to był klucz, przepustka do innego świata zwanego poezją.
Teraz mogę tylko odgrzebywać starocie z szuflady, a właściwie z folderu zatytułowanego jakże trafnie: Mój myślnik. I czytam sobie wytwory sprzed bardzo dawna. Pierwsze utrwalone myślniki (nie wiersze, bo wierszy pisać nigdy nie potrafiłam) powstały jakieś 9 lat temu. Skrzętnie zachowywane w zeszytach - w końcu przepisałam, idąc z duchem czasu.
Chyba nie umiałabym już dzisiaj zdobyć się na taką formę wypisywania siebie, wypowiadania się... Dzisiaj wolę pisać pełnymi zdaniami, akapitami, rozdziałami. ;)
W ramach wspomnień myślnik z wieczoru takiego jak ten, sprzed 3 lat... Nic dodać, nic ująć.
Dnia i nocy poranki
Jak ptaszyna,
co chowa za sobą okruszynę
powszedniego chleba,
po rosie biegnące dwie
stopy bose
i słońce krąglejsze co dnia.
Uciekam od mroku.
Noc tocząca mleko
mgieł w dolinach
szuka pochwał wyuzdanych.
A ja jestem.
Gniazda zagubione w trzcinie
i łabędzie sunące zieloną falę
przez rzęsy i oczka koronki jeziora.
Jestem sama.
Nie ma dnia,
co nie wykąpałby się w brzasku
i nie obmył swej twarzy
w kałuży poranka.
Nie ma.
Jak ptaszyna co sama
staje się okruchem
mojej samotności,
wznoszę życie na skrzydłach
błękitu zdradzonego.
I tylko obraz sam się nie namaluje.
A jaśmin przecież już prawie kwitnie.
Ps. Dobrze, że mam swoją stałą dnia, bo kończy mi się cierpliwość na siedzenie w domu, sprzątanie, prawie- gotowanie, prawie- pieczenie itd, chcę już do Poznania.
Ps. 2. Definitywnie siedzi we mnie ludź leworęczny, się na polu wydało... A wszystko przez to, że no, yyy, robię co mi każą z lustrzanym odbiciem względem reszty...
Ps. 3. To może za 12 lat będzie z Czesia mądry człowiek? ;) Oj , upłynie wody nim cokolwiek, upłynie ;D
czwartek, 19 sierpnia 2010
galimatias tematyczny
Za moment zacznie się nerwówka wrześniowa, to ostatnie chwile na wytchnienie.
Mimo wszystko nie jestem kontaktywna, nie tylko dzisiaj, tak w ogóle. Myślę sobie o tym, ile miałam do powiedzenia ostatnio, a nie wykrztusiłam z siebie prawie nic - tracąc zupełnie grunt pod nogami, posługuję się językowymi banałami, niewybrednym słownictwem i unikam wszelkiej poważniejszej tematyki, bo mi tak... ?
W domu dyskusje motoryzacyjne. Się dokształcam w absurdalnym podziale pojazdów na:
* dresowozy
* łysowozy
* killowozy
* kornikowozy.
Chłopaki uwzględniają wg tej klasyfikacji konkretne marki, a mi włosy dęba stają na głowie, jak tego słucham, bo przecież żaden z nich nie ma 15 lat, a to są właśnie gadki na tym poziomie... Właściwie to nie: przerażenie ustępuje pod naporem śmiechu.
Rodzicielka kochana stwierdziła dzisiaj, że nie rozumie dlaczego nic jej nie mówię, nie dzielę się z nią problemami i praktycznie nie korzystam z jej pomocy.
Odpowiedź zwaliła ją z nóg: "Bo ja do wszystkiego chcę dojść sama, sobie chcę wszystko zawdzięczać, żeby mi nikt nie powiedział, że gdyby nie on, to tego i tego bym nie zrobiła". Taka Zosia Samosia. Jeśli mam tysiąc razy dostać po du*** - niech i tak będzie.
U mnie w rodzinie chronicznie ktoś komuś coś zawdzięcza, a ja pękam wręcz z dumy, iż udało mi się urwać ze złotego łańcuszka te 7 lat temu. Od 7 lat jestem dorosła mniej lub bardziej i dobrze mi z tym. Gdy jest ciężko mam kilka osób, które mnie wspierają, albo jestem sama, jeśli czuję, że tak dla mnie lepiej. Mam własne dziwaczne plany i marzenia. I w to nie może Gniazdo Rodzinne ingerować bardziej niż im pozwolę. A zdaje się, że coraz bardziej stawiam w moim życiu na siebie.
Przede mną ostatni rok na polskiej i mam nadzieję, że uda mi się wybronić obronną ręką, a wtedy - samowola...!
Wczoraj ustaliłam z Kubą, iż kurs zakończę 28 sierpnia, jeśli będą sprzyjające warunki. I jeśli wszystko pójdzie pomyślnie, to się pochwalę tym, co mi dawało tyle frajdy i dzięki czemu mogłam się czasem zapominać... I co mam zamiar zrobić z tym dalej...
Koło południa odezwała się do mnie Maja :) Już nie mogę doczekać się spotkania z nią. Rzadko ktoś oczarowuje mnie na pierwszym spotkaniu, w dodatku w tak dziwacznych okolicznościach, a tu niespodzianka :) Maja zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i było trochę tak, jakbyśmy się znały co najmniej od stu lat. No i Olek maleńki, pożeracz serc niewieścich (mimo wieku ledwie 13 miesięcy)...
Umówiłyśmy się na kawę i spacer z Małym w przyszłym tygodniu.
Przypadkowe spotkania mają swój urok, nie tylko w wymiarze damsko- męskim, jak widać. Zaczynam myśleć, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Dobrze mieć kolejnego Dobrego Ducha w zapleczu myśli i uczuć :)
Jovan nie odstępuje mnie na krok. Nawet na Kazika w klatce nie zwraca już uwagi. Nad ranem była burza, to się wtulił we mnie przerażony odgłosami grzmotów. Teraz śpi lekko chrapiąc i jęcząc. Fizycznie znów podupada. Aplikowałam mu tabletę wczoraj do karmy...
Znów mi posta poszarpało - zwalam to na niesprzyjające warunki pogodowe. Wątki rozmywa deszcz zza okna i stąd taki galimatias tematyczny. Do tego zamgliło horyzont, nic nie widać, więc jak ja mogłabym pisać jasno i klarownie? ;)))
środa, 18 sierpnia 2010
Panowie z GPSami.
Wyszperane w sieci :)U mnie w domu wszyscy trzej panowie zainwestowali w cud przewodnika. Dzisiaj dobył ostatni GPS, mojego brata młodszejszego.
I tutaj zaczyna się zabawa.
Bo trzeba wybrać sobie Panią GPS lub Pana GPS. Z wyborem bywa różnie i wcale nie jest tak, że chłopaki koniecznie wybierają Panią GPS. Radź i Subkultura jeżdżą z Panem. Olo z Panią. Pośród znajomych też różne preferencje. No, ale chyba większość kierowców decyduje się na Pana. (Dla mnie to wybór oczywisty, że Pan, bo jakoś tak podświadomie wydaje mi się, że facet mówi wyraźniej niż kobitka, ale to takie moje dziwactwo).
Dalej. Już w drodze.
Kochani kierowcy zawsze prowadzą bardzo skomplikowane monologi ze GPS Panią/ Panem. Bo zła uliczka, bo przez opłotki i do tego w korek prowadzi. Gestykulują, przemawiają głośniej lub ciszej, zupełnie, jakby mieli przed sobą żywą personę.
Robi to na mnie całkiem fajne wrażenie, przyznać muszę. Takie mówię do kogoś- mówię do siebie.
A później pada tekst podsumowujący, iż bardzo ograniczone są tematy do poruszania z Panem/ Panią GPS... Aż żal...
A tak swoją drogą: żadna z dziewczyn, które znam nie ma takiej maszynki... Dziwne?
Wiem, post trochę bez sensu, ale jestem po kilkugodzinnym przebywaniu w pokoju z użytkownikami wynalazku i przez ten czas się nasłuchałam, więc... no, napisałam sobie cosik i o tym ;)
wtorek, 17 sierpnia 2010
poSZPITALNIE!!!
I wiecie co?
Przeciętny Kowalski, żeby leczyć się w Polsce powinien na wyposażeniu obowiązkowym, obok szczoteczki do zębów i dodatkowej piżamy, brać ze sobą na okres hospitalizacji jakiegoś kałacha czy inną spluwę, może mniej efektywną, ale nabitą zdecydowanie!
Drodzy Państwo w naszym kraju wszystko można zrobić ślicznie, ładnie i układnie, a całe to pieruńskie ustrojstwo administracyjne zawsze znajdzie jakąś lukę dla zainteresowanych...
Szczegóły, z iście diabelskim podłożem, zostawiam sobie.
I wstyd mieszkać w takim kraju, gdzie "oczywiście, jak zauważymy, że coś niedobrego będzie się działo - to bez kolejki zoperujemy serduszko chorego".
nocka
Do tego jeden z młodzianów, na zbiorczym niezbędny, wywołał awanturę, która podniosła adrenalinę wszystkim i dużo godzin musiało upłynąć, by wyciszyć nerwy zszarpane...
Ehhh...
A miałam mieć jeszcze tydzień urlopu... Zachciało mi się dobrowolnego szybszego powrotu do tyrania... Pracoholizm? ;)
Przede mną szybki prysznic i bieg przez płotki do szpitala...
W ogóle z tą operacją wuja to cyrk na kółkach jest, bo jeszcze się okaże, że on jej wcale nie potrzebuje, że jego zastawka funkcjonuje prawidłowo... Podobno pomylili wyniki badań wuja i generalnie to inny Pacjent ma tego typu problemy. Dzisiaj będą robili od nowa wszyściuteńko, żeby sprawdzić, o co chodzi, bo przecież tego typu operacje to nie zwykłe fiku-miku. Jedno wielkie wariatkowo.
Taka ciekawostka.
I jeszcze muszę się jakoś wyspać, nim do roboty znów pójdę.
A w głowie tłucze mi się taka muzyka mrucząca, kojąca, w słodkim lenistwie zatopiona... Jak kot, przeciągająca się w hedonistycznej celebracji samej siebie :)
niedziela, 15 sierpnia 2010
z Zaświatów - symbolicznie mi.
Ja, chyba pierwszy raz, nie.
Pierwszy raz ominęłam poziom totalnego wyrzucenia z siebie wszystkiego tutaj.
Zaczynam wierzyć, że kiedyś nauczę się tak mówić, jak wypisywać.
I patrzy niestrudzenie trwać będzie razem ze mną jeszcze długi czas.
Ale Malutka kiedyś będzie musiała dorosnąć.
Dlaczego nie teraz?
Dlaczego nie zacząć życia przeżywać, zamiast nieustannie o nim myśleć, zamiast zamykać wiatr i deszcz, i słońce w koślawych słowach, upiornie niedoskonałych próbach odzwierciedleń?
Dlaczego jeszcze z tym czekać?
Nie chcę już czekać.
Zaczynam planować. Konkretyzować.
Bo tak.
Wróciłam z Zaświatów.
A z Zaświatami to jest tak, że najpierw się umiera, potem, no właśnie, co potem?
Uznajmy, żem wskrzeszona niczym Łazarz prawdziwie, choć symbolicznie, oczywiście (bo póki co - serce bije jak trzeba i reszta maszynerii nie szwankuje we mnie bardziej niż zwykle).
Działo się przez ostatnie dni mnóstwo niesamowitych rzeczy. I jakimś cudem udało mi się wszystkim im podołać. Wywiązałam się z tego i owego, a w zamian dostałam ten moment potrzebny do mrugnięcia okiem na wytchnienie, na oderwanie się myślami.
Chyba nabrałam wiatru w żagle...
A teraz, choć łza kręci się w oku, że znów, że już, że za szybko - wiem, że w życiu bywają momenty idealne pod każdym względem, gdy oczy mogą lśnić morską zielenią oczekiwania, szarością pewności siebie i takim niedookreślonym czymś na dnie spojrzenia, ni to czułym, ni nieśmiałym, prowadzącym mimo wszystko do przekonania, że najmniejszy, najkrótszy nawet epizod ma swój ukryty sens i cel bycia.
Chciałabym, żeby zawsze tak wiało mi w żagle, jak przez moment potrzebny do mrugnięcia okiem... Było ciężko, było wątpliwie. I nagle stało się: "to, co dobre". "To, co dobre" pulsuje mi teraz w skroniach.
"To, co dobre" zawsze budowane jest na fundamencie wyjątkowych ludzi, których spotykamy na swojej drodze. Takich, jak poznana dzisiaj Maja i jej maleńki synek, Olek, dzięki którym miałam kolejne powody do uśmiechu...
Tacy ludzie są wszędzie...
Wystarczy się tylko uważnie rozejrzeć, prawda?
I warto było czekać, bo na "to, co dobre" zawsze należy czekać.
Cześ
Ps. I kojarzy mi się to z takim lizakiem dużym, a kolorowym, który sentymentalną wartość mając - pożarty nie będzie nigdy - a jego widok ciepłem porusza struny uczuciowo bardzo do świata usposobione...
środa, 11 sierpnia 2010
szybkim tempem pisane :)
No i mam wymaganą ilość (na papierku). Chwała Tomkowi, że zwerbował mi już na stacji krwiodawstwa jeszcze dwie osoby, bo byłoby ciężko, gdyż ani ja, ani kumpela Tomkowa oddawać nie mogłyśmy...Wspomnę w tym kontekście o tym, że Przem był tak przerażony, że aż... Ale jak już wrócił z brakiem o.5 l to był z siebie tak zadowolony i dumny, że aż mu się oczka świeciły :) Poza tym, stwierdził, że będzie oddawał krew regularnie, więc kolejny plus zamieszania :)
I dalej.
Przestaję nadążać za tym, co się u mnie w domu dzieje w związku z operacją wuja, końcem żniw, dylematami rodzicielskimi Taty i Mamy i całą resztą tego młynka.
Teraz? Grzecznie sprawdzam czy mam wszystkie papiery, czy ogarnęłam 418, czy wreszcie o niczym nie zapomniałam. Właściwie - nawet jeżeli, to nie ma się czym martwić. Bo ja generalnie nie lubię się martwić :P
Słucham Jimiego Hendrixa :) I wkoło tylko gitarrra... Ehhh, uwielbiam ten stan :)
Tyle na teraz.
Z racji niewiemcobędziezamoment na blogu może nie być do opanowania sytuacji...
wtorek, 10 sierpnia 2010
puszka Pandory
wewnętrznie rozdarta czuję, że to nie jest dobre, żadna z opcji
znów: ja czy Rodzina?
powinnam wybrać Gromadę, ale wewnętrznie skręca mnie bunt w pełni uzasadniony
Coś więcej - jak się sprawy rozjaśnią. Na razie nerwówka. I spakowane torba. I kwity ze stacji krwiodawstwa.
a na drugie imię mi Pandora!!!
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
się rozpisała Malutka... :)
Zablokować mi w mózgu toto, co odpowiada za złość, wku***, irytację i rozdrażnienie. Zaczynam się czuć jak morderca w amoku, w bezbrzeżnym skupieniu na kwiatku: "zaraz coś rozwalę, zmiażdżę, czymś rzucę, w coś walnę" itd.
Od jutra zrobię sobie niewielką przerwę od roboty. Bardzo niewielką i niech ręka Boska/Niebieska/ Własna broni kogokolwiek przed zakłóceniem mojego czasu oderwania się od rzeczywistości "siódemkowej" (ze zbiorczego) czy z innego "tam, gdzie diabeł mówi dobranoc". Mam odpocząć, po prostu i odetchnąć :)
Coś, o czym wczoraj nie wspomniałam - Jestem BOGU: odzyskałam caluśką, przeutęsknioną, przenajlepszą, przecudną muzykę całą ze starego laptopa, który był zmarł, a ożył cudownie, jako ten Łazarz techniczny... Mam też ulubione filmy, wszystkie prace napisane na latach wcześniejszych i wiersze moje młodzieńcze... Jedyne, co przepadło, to zdjęcia, bo nie miałam czasu na ich zgranie, a formatowanie nieuchronnie przerwało mi wrzucanie przeszłości w teraźniejszość :) Nad zdjęciami akurat nie ubolewam. Najważniejsza i tak była muzyka :))))))))))))))
Teraz z innej beczki (choć w tym temacie jakby): rozstania są trudne.
Przywiązuję się do moich rzeczy.
Większość z tych, które mają dla mnie wartość tak naprawdę kosztuje grosze, a jednak... Od 10 lat uwielbiam jeden kubek i z niego piję najczęściej. Mam stare pudełko na biżuterię, takie, co to starsze ode mnie, rozklekotane, a jakoś żadne nowsze w moje łaski się tak nie wkradło. Mam i koc ukochany, który wybrałam lata temu, gdy przyszedł czas na rozpoczęcie edukacji w liceum i zakwaterowanie w internacie...
Miałam też portfel. Brązowo- srebrny, w krateczkę drobną, nie za duży, ale i nie za mały. Taki mój. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia i od tej pory stanowiliśmy zgrany duet...
Portfel ten miał swój żywot.
I już go nie mam.
Rozpadł się do tego stopnia, że żadne szycia i klejenia nie okazały się odnieść pożądanego rezultatu.
Teraz mam nowe cuś: zakupione w dziale dziecięcym, z gatunku "trudno przeoczyć". I jakoś nie pałam do cusia miłością wielką, poczekam więc, aż przyjdzie przyzwyczajenie, na przywiązanie w tym wypadku nawet nie liczę...
W pracy zdążyłam dzisiaj przeczytać esej Kapuścińskiego: Spacer poranny - polecam! Do tego czytam Rinę Frank z jej: Każdy dom potrzebuje balkonu... To w pracy.
W czasie wolnym nadal Marzycielka z Ostendy. Przeczytałam już 3 opowiadania i... ciężko mi w to brnąć dalej. Już dawno literatura tak na mnie nie oddziaływała: przeżywam każde zdanie, każdą myśl, misternie umoszczone w kilku słowach między znakami interpunkcyjnymi. Nie pamiętam książki, w której kropka miałaby tak wiele do powiedzenia, w której kropka najsilniej akceptowałaby prawdziwe oblicze słów poprzedzających.
I smutne są te prawdy, które tańczą w prozie Schmitta i przewiercają mój umysł na wskroś...
Co mnie przygnębia w związku z tym; podobno to jest literatura, która niesie pokłady otuchy i nadziei. Tak się o niej pisze w recenzjach i na forach. Podobno autor zawsze zostawia czytelnikowi miejsce na powiedzenia sobie: "Może być dobrze, wystarczy odważyć się i sięgnąć po marzenie, jak po jabłko z gałęzi".
Do mnie bardziej dociera bezlitosne obnażenie ludzkiej istoty, tak ułomnej w swojej wielkości, tak mało spostrzegawczej w ciągłym powiększaniu wszystkiego przez obiektywy i mikroskopy...
Czytam, czytam z zapartym tchem, chłonąc każdą linijkę, jakby była zaklęciem na odczarowanie złego uroku ciążącego nad światem. Może któreś z pięciu opowiadań rozgrzeszy przede mną szarość i bylejakość człowieczej egzystencji. Może jednak uwierzę, iż książka pokazuje, że można, a nie odwrotnie...?
...
Obiecałam sobie, że nic o usuwaniu/ zostawianiu KRZYŻA nie napiszę, ale jeśli mnie Babcia jeszcze jednym telefonem sprowokuje, to za siebie nie ręczę! I będzie cierpko, i gorzko, tylko po co?
Teraz: zastanawiam się czy o czymś jeszcze zapomniałam, czy coś jeszcze muszę załatwić? I nie wiem, chyba wszystko zgadza się na bieżąco.
Spokojnej nocy, śpijcie i śnijcie dobrze...
Ps. Jestem na etapie snów: wysadzanie zatłoczonego metra, ucieczka przez okno z pędzącego po moście pociągu, zamknięcie w zielonej skrzyni i kilka jeszcze tego typu przygód. Mówcie mi Jones, Czesiu Jones (a może Bond, Czesiu Bond? - yyy, chociaż nie)- potrzebuję we śnie lassa, ciekawe czy ten post będzie na tyle sugestywny, że w mózgownicy mojej, w opcji: kretyńskie sny Malutkiej, zostanie dodany element lassa? Byłoby fajnie :)))
Ps. 2. A z tego metra to ja się wcale nie chciałam uratować... Czy to zły omen? :DDD
Ps. 3. Jak zaczynałam pisać posta miałam nastrój bojowo- bojowy - teraz mi łagodnie, chyba nawet owieczkowo, ale baranów przed snem liczyć nie będę, wystarczy, że na "czwórce" trzeba mi się z całym stadem użerać... ;P
niedziela, 8 sierpnia 2010
na wygnaniu
Sarmacka. Znów tutaj.
A nie w 418...
Męczy mnie ta sytuacja i chyba jakoś podłamuje. Mój pokój już nie jest mój, dom przestał być domem i tyle. Tego się nie da dłużej ignorować i udawać, że jest inaczej. Wchodząc do akademika drażni mnie już patrzenie na zamknięte jeszcze drzwi, w pokoju nie ma już dawnego klimatu, przestrzeń znikła wraz z przybywającymi nowymi elementami wystroju. Moją ostoją jest jedynie łóżko, bajzel na szafce z książkami i parapet; znikły: podłoga, stół, szafki pseudo kuchenne i strefa przydrzwiowa...
Wyprowadzka jest więc chyba nieunikniona.
W związku z tym wszystkim czuję się jak zranione zwierze, takie które z głupoty wlazło we wnyki, a teraz nie może się z nich uwolnić i skomle.
Nie wiem, jak to poskładać, żeby się Michaszko nie obraził.
Podsumowaniem weekendu w domu niech będzie moja odpowiedź na pytanie ByłegoNiego:
- Kiedy pojechałaś do domu?
- W sobotę.
- Aha, czyli wczoraj...
- To wczoraj było, a nie tydzień temu? :DDDDDD
A na Sarmackiej jak zawsze wesoło - mam nadzieję, że chłopaki pozytywnie wpłyną na moje dzisiejsze postrzeganie świata...
Ps. Stała dnia... Stała dnia... Stała dnia... :)))))))))))))))))
sobota, 7 sierpnia 2010
różności mniejsze i większe
Jestem już w Gnieździe Rodzinnym. Wreszcie siedzę sobie w moim pokoju, rozdziawiając buzię ze zdziwienia, że internet mimo pogody niesprzyjającej działa. Jovan słodko śpi na kocyku, pochrapując lekko. Harmonia przecudna, że tutaj, że tak właśnie, a przecież ledwie kilka lat wstecz myślałam, że takie rzeczy są niemożliwe.
Kolejne chłopaki w domu mają święto: tym razem Konrad i Konradek obchodzą imieniny... Wuj dostał ode mnie coś słodkiego na bazie kokosów, a brat czekoladowe łakocie.
...
W tej rodzinie z imionami zawsze bywało dziwnie.
No, ale :)
Konradkowi imię wybrałam w porozumieniu z Tatą trzyletnia ja, stwierdzając, że skoro wuj jest taki niesamowity, to brat też będzie :0 Nie wspomnę tylko o tym, jaka mama była wściekła, że zamiast małego Kornelka, przewijała Konradka. :DDDDDDD
Zaczynam myśleć, że bunt organizmu to faktycznie efekt totalnego przeholowania z pracą. Dzisiaj już mi lepiej. Mam zamiar położyć się spać przed 21. Jeśli jutro gorączka będzie się utrzymywała - myknę do lekarza po jakieś antybiotyki, choć to lipa, bo jeszcze we wtorek powinnam iść i oddać krew dla wuja Konrada, bo ma termin operacji już wyznaczony. I znów się zacznie moje łazęgowanie po korytarzach szpitalnych...
A propos oddawania krwi.
Kiedyś już coś tutaj o tym było.
Jestem za.
Oddawałam wcześniej, później miałam ponad rok przerwy... Ale czekaliśmy na ten termin cholerny. Ale ja nie o tym.
Nie sądziłam, że dla moich przyjaciół takim problemem będzie pójść ze mną do szpitala, rozsiąść się na wygodnym foteliku, wyciągnąć rękę wygodnie i posiedzieć przez jakąś chwilę. Mam tylko nadzieję, że nie, bo: "siem bojem" i "nie mogem, bo potem padnem na tydzień cały" im się nie przytrafi, gdy sami będą potrzebowali tego typu pomocy. Pójdę ja, chyba Sławoj i Przem. Trochę mało, jeszcze ze dwie osoby muszę wykombinować, ale chyba da radę. Musi dać.
Kurcze, a dla mnie to takie normalne i naturalne.
Nie rozumiem dlaczego młodzi, zdrowi ludzie podchodzą do tego w sposób na nie...
Zmykam, bo mnie Subkultura męczy, że na internecie chce posiedzieć, a potem nie będzie miał jak.
Aha: rozgrzeszonym niech będzie rozgrzeszone... ;)
piątek, 6 sierpnia 2010
szarpanymi słowy o dniu poszarpanym
Po pierwsze, co wstydem mnie okryje niechlubnym: postanowiłam do perfekcji opanować kwestie motoryzacyjne, żeby nie było, że o samochodzie powiem jedynie jaki ma kolor i jakiej jest marki... Kurdeż, bo się ze mnie na Sarmackiej ostatnio nabijali. Teraz, gdy tylko przechodzę obok parkingu rejestruję co jaki ma kształt i w ogóle. Zejdzie mi jeszcze z 10 lat, to może się douczę :D
Po wtóre dziś robota zakończona o 17.
Mam nową książkę Schmitta: Marzycielka z Ostendy.
Potem zakupy: mam kurtkę marzeń!!!
Miałyśmy z Aneszkiem obejrzeć jakieś filmidło, ale już za późno.
We mnie: potwór migdałowy, co sprowadził gorączkę na całe ciało... Nienawidzę tego, bo nie mam za dużo czasu na chorowanie. Albo inaczej: muszę ozdrowieć w przeciągu trzech dni... Dzwonił też mój nefrolog, wyniki są nie do końca takie, jak powinny, ale nie ma co się łamać, bo bywało gorzej.
Mój organizm ma teraz ze mną przechlapane: robota, nocne wycieczki, wieczne niedojadanie i upartość w tym, by spać chodzić koło pierwszej w nocy (bo jak się siedzi w robocie od 7 do 20, to mi szkoda dnia, by od razu iść spać - wszak jakieś życie prywatne mieć trzeba).
W pracy był dzisiaj Łamigłówka :) Powygłupialiśmy się trochę po dłuższej przerwie, ale dyżury na SORze usprawiedliwiają nieobecność w sezonowej dorobódce.
Na zbiorczym cisza przed burzą. Na szczęście zdążę zwiać nim nastąpi erupcja wulkanu zwanego Lusjuszem.
Chyba tyle na dzisiaj. Jakoś mi w środku nijak, właściwie nawet jest jak, ale wolę się nie przyznawać...
Śpijcie dobrze. Sen to dobra rzecz :D
czwartek, 5 sierpnia 2010
śpiący prawie post z opadającymi powiekami
Kazik śpi.
Michaszko czyta jakieś powieścidło Kinga.
W tle leci Dżem z Pawiem, a w ogóle Wokół sami lunatycy...
Dobrze jest, teoretycznie.
Właściwie to napisałam innego posta, ale był za bardzo, powiedzmy, za bardzo szczegółowy. Stawiam na minimalizm, zwłaszcza w perspektywie pakowania małej torby, brońcie Niebiosa przed walizą, ale i przed opcją: "plecak mi przecież wystarczy"...
We mnie znów nieład artystyczny, twórczy wręcz.
Idę spać, wierząc w kolorowe sny...
Cześ ;*
środa, 4 sierpnia 2010
***
a może nie teraz?
Byłam w pracy dwie godziny. namówiłam Radzimira do kupna samochodu nie w kolorze śliwki, ku chwale jego świetlanej przyszłości drogowej, lecz na jaśniutkie sreberko... Było fajnie. No i Tata przyjechał z Radzimirem :) Moje chłopaki!
teraz
a może nie teraz?
...
wtorek, 3 sierpnia 2010
ciii
nie mam czasu na życie spoza placu
w robocie nerwówka
i w akademiku
ciągle zaszywam się na Sarmackiej
teraz też
tu mi spokojniej i cieplej
trzeba mi za niedługiego czasu, oj trzeba...
niech będzie: już
dziwne jest życie Czesia
niedziela, 1 sierpnia 2010
wRoCŁaw!!!!!!!!!
Ewakuacja...
...
Z przyczyn ciut pokręconych, jak cała ja, zmyłyśmy się z Aneszkiem z urodzin Michała. Radząc sobie z chwilową "niedyspozycją" włóczyłyśmy się po nocnym Poznaniu...
Moje smutki rozwiał wiatr hulający przyjemnie po ulicach, niosąc wytchnienie rozgorączkowanej zabawą braci.
O 1 w nocy stanęłyśmy na dworcu PKP, a o 2.25 siedziałyśmy w pociągu do... Wrocławia :))))))))) Już od jakiegoś czasu chodziło nam to po głowie, no i się zrealizowało.
Większej ilości szczegółów nie będzie, bo hmmm - coś niecoś zostawić muszę sobie...
A Wrocław? Powitany o 5 wczesnym rankiem zaczarował nas... Piękny, barwny, tętniący zabawą, gdy ranek już lizał nasze policzki łagodnym blaskiem wschodzącego słońca. Całości towarzyszył niesamowity widok: księżyc wiszący wysoko ponad ratuszem...
Mijali nas ludzie, zaczepiali, dowcipkowali. Prawie grałyśmy w piłkę w strefie kibica, prawie zwiedzałyśmy miasto z tubylcami. Prawie - bo chciałyśmy być we dwie z Wrocławiem w pełnej krasie architektonicznej :)
Miałyśmy czas, błądziłyśmy uliczkami i syciłyśmy się nocno- poranną wyprawą.
Wreszcie był czas dla nas. We dwie pogadałyśmy, pobyłyśmy ze sobą.
U mnie tyle, więcej pewnie będzie u Aneszki, jak znajdzie czas... ;P
Ciekawe jak Woodstockowi? Wrócili już czy nie? - oto jest pytanie.
Buśki ;*









