czwartek, 28 maja 2009

bo najgorzej jest wtedy, gdy...

bo najgorzej jest wtedy, gdy ja sobie coś w wyobraźni swojej wysnuję... :

już słyszałam jak drzwi do mojego pokoiku otwierają się cicho, bez pukania. już czułam ten pocałunek złożony na moich ustach, a może na czole. i oczyma ducha widziałam Jego sylwetkę, moment, gdy się nade mną pochyla... jeszcze zgrzany, pewnie mokry cały, bo Go deszcz w drodze z dworca złapał... i jest taki... taki mój... a ja jestem spokojna i bezpieczna przy Nim, szczęśliwa i radosna. i On lekko mnie tuli, albo od razu się ze mną droczy. potem robię nam kawę, albo On robi, jemy coś na kształt śniadania. bez pośpiechu, tak koło 13.

***

Chris Rea dobija się do moich uszu, prawie gwałtem.
w sumie już doszłam do siebie.
właściwie, to niczyja wina.

ostatnie zajęcia dały mi popalić do tego stopnia, że znieczulica włączyła się sama zupełnie, bez cytrynówki, której tym sposobem nie ruszę... za nic w świecie. 8 prac do napisania do przyszłego tygodnia i pierwsze egzaminy za pasem. naprawdę, chce się, chce się... nic nie robić.

zawieszam się.

wyrwane z mojego gg z dnia 28 V 2009:

On: 12:07:14
no nie przyjadę teraz :( idę właśnie do pracy, dziadek ma nawał roboty, ten weekend mam zajęty... ale i tak przyjadę w czerwcu... czy Ci się podoba czy nie ;)


i tylko nie wiem czemu łzy płyną jak głupie, przecież to nic nowego
żadnej zbrodni w tym nie ma

tylko coś we mnie gaśnie

ps. plan na wieczór - pierwszy raz od dawna się urżnę, cytrynówką, co w pokoju stoi od dawna. raz a dobrze. może mnie znieczuli trochę?

noc, noc, noc, noc, noc, noc, noc, noc, noc

to była koszmarna noc.
za nic w świecie nie mogłam zasnąć.
w końcu udał mi się ten wyczyn - ale było już daleko po czwartej. a wstałam jakąś godzinę temu.
i jestem piekielnie niewyspana, zmęczona, zmordowana, wykończona...

i wcale mi nie przeszło. no, może lekko się uspokoiłam, ale i tak jest źle...

środa, 27 maja 2009

;( ;( ;( ;( ;(

I wszystko prysło jak bańka mydlana!
Moja radość!
Moje uniesienie!
Mój dobry nastrój!

Nie napiszę o powodach... Bo po co???

"A miało być tak pięknie... Miało nie wiać w oczy mi!!!"

Tu ziemia, tu ziemia...

Świat się kręci. Zawirowania straszne. Lawirowanie między szaleństwem a skończonym prostactwem. I się zastanawiam czy ja kosmos czy ja ziemia? Muszę prowokować sprowadzanie pewnych rzeczy do poziomu gleby, a inne znów wynosić ponad nieboskłon. Fruwamy, fruwamy... Tyle, że chciałabym pofruwać w Lipnicy, a nie Poznaniu (albo fruwać nad Lipnicą, a nie nad Poznaniem). Brakuje mi kosmosu gór, ojjj, brakuje. I marzę już o wyjeździe wrześniowym do mojego domu, azylu...

Gadałam z Anką Black na gg :) wreszcie :) ojjjjj, dziewczyna jest wyjątkowa, wkrótce Wam to udowodnię, tylko się nauczę technicznej obsługi bloga (ostatnio przez przypadek wykasowałam licznik;/ buuu).

Napisałam pracę z gramatyki historycznej :) Pękam z dumy! Właściwie to Misiek mówił, co i jak pisać, ale kilka słów zrobiłam zupełnie sama :) :) :) I egzamin mnie przeraża jeszcze bardziej, ale co tam... Przecież praca jest!!!

Wokół mnie masa starych znajomych. Pisałam o Piotrusiu. Dziś odezwał się Marcinek :) Hihi... Naloty byłych? Nie... Tylko jakoś tak o przetwarzaniu energii rozmawialiśmy, o wiatrakach i elektrowniach atomowych. No i było fajnie, bo o takich sprawach właściwie tylko z nim umiem rozmawiać - jeśli czegoś nie wiem, to nie czuję się skrajnie niedouczonym kimś - Marcin w mig wyprzedza pewne moje pytania i nie ma we mnie ni krzty zakłopotania. W sumie umówiliśmy się na opijanie jego "inżyniera" :) tyle, że sokiem grapefruitowym... No, i żeby mi nie było przykro, opijać będziemy już po mojej sesji (oby nie skończyło się kampanią wrześniową). Coby dopełnić tradycji Marcin zobowiązał się zagrać mi "nasz" kawałek na gitarce... Ehhhh, jak mi dobrze ostatnio :)
Zapomniałam wspomnieć o kawie z Martą, o wizycie gramatyczno - wspomagającej Pauliny i Rysia, i o telefonie Kini :) :) :)

Teraz tylko czekam na pomyślne rozwiązanie pewnej sprawy: liczę, że On znów przyjedzie na weekend, bardzo, bardzo, bardzo! Tak bardzo bym chciała znów Go tulić i całować... Póki oboje jesteśmy cali i zdrowi, i nic nam nie grozi... Póki mamy siebie i to, co między nami. Póki żyjemy...

(Nie mam myśli samobójczych - myślę o pewnym Sławku, którego nie ma i Kornelii, która została sama i mimo dwóch lat od Jego odejścia jest On treścią jej życia, jedyną Miłością - i o tym, że ja i On jesteśmy, na szczęście... razem).

W głowie huczy od nadmiaru emocji. Była Ewa - odkryła w sobie powołanie: stworzy sztukę zbudowaną z wypowiedzi Michaśka - już stworzyła sobie kajecik, w którym zapisuje to i owo, czyli teksty nie do podrobienia:
*o nim
*o Ewie
*o mnie
* i o wszystkim, co nas jakoś tam dotyka (coś czuję, że gdyby aparat cenzury nadal funkcjonował to sztukę wydrukowano by zupełnie bez słów).

Ps. Dziękuję tym, którzy wczoraj o moich imieninach pamiętali, a Ci, którzy zapomnieli niech się nie przejmują :) :) :) Mamy są ważniejsze od Filipów, Ewelin i Paulin :P A ja i tak wolę urodziny swoje :)

Oj. I znów ta huśtawka nastrojów, jak słychać, widać, czuć - jestem przeszczęśliwa i przeradosna. I kocham życie :D :D :D


Wyszperane w sieci :)

O ironio... To Limek... Psiak, którego już nie ma...

poniedziałek, 25 maja 2009

Ciekawie, hmmmmm

To był udany wieczór. Chyba ostatni przed S E S J Ą...
Piotruś zgodził się przyjść na mój wykład i wyszedł lekko zszokowany: to tak można mieć prowadzone zajęcia? No można - choć wiem, ze na Poli jest gorzej, duuużooo gorzej. A profesor mówiący o zagładzie i literaturze wrażenie robi cudne, więc... kolega Piotr zachwycał się prowadzącym przez całą drogę do Starego Browaru, gdzie film z zapartym tchem oglądaliśmy i napiszę, iż Hanks się sprawdza :) :) :) Na miłe zakończenie mój kompan zabrał mnie do swojej ulubionej knajpy... i teraz ja się zachwycałam całą drogę powrotną! Niesamowity lokal stylizowany na rybacki miszmasz: niebieskie ściany, białe akcenty, dużo sieci, wętki, gdzieś leżały nawet kolekcje pokaźne spławików, ściany w linkach, a na środku stara, mocno już podniszczona łódka - jedyny szkopuł: nie pamiętam drogi, jak tam dojść, bo skomplikowana to była trasa, nie znam ulicy, itd... Ale od czego mam Piotruśka :P
Aaaa, i dostałam kwiatki :) Konawlijki :) Ktoś mi poczytał w myślach :)

Tak sobie myślę, że czasem fajnie jest się oderwać od tych całych inteligentnych humanistów, którzy za dużo myślą, za bardzo filozofują, a za mało się cieszą... Wieczór z Piotrkiem nie był ucztą dwojga istot rozumnych, ale spotkaniem kumpli z dawnych lat: było sporo wspominków, wygłupy na Placu Wolności, berek i żarty z cyklu: co Jaś potrafi najlepiej i dokąd się baby posyła. Wystarczyło, by humor przeskoczył skalę zadowolenia :) Poza tym znów przekonałam się, że jeszcze umiem się bawić. A Piotr? Stwierdził: "Oj Mała, ty i te twoje farmazony macie się coraz lepiej". Hehe - wiem :D

Poza tym, w ramach prezentu imieninowego kupiłam sobie jeansy (pierwsze dopasowane idealnie - pssss - muszę schudnąć, choć 3 kg...) i bluzeczkę w kwiatki (chyba zbyt dziewczęca jak na mnie, ale co mi tam). Zakupy dokonywane były pod czujnym okiem Agnieszki, więc raczej strzał w dziesiątkę, bo Aga oko ma sokole i czujne na niewypały ubraniowe.

A teraz? Kładę się spać, załamana gramatyką historyczną - Bożę, jak ktoś może coś z tego zrozumieć???!!!



Wyszperane w sieci :)

Dlatego, by nie psuć sobie nastroju myślę o Nim...
Hmmm...
Już się stęskniłam.
A to dopiero kilka dni...
Mójjjjjj - chcę do Ciebie!!!!!!!
Bardzo chcę Ciebie i do Ciebie...

Śpijcie słodko... :)

niedziela, 24 maja 2009

Wyciągam wnioski.

Wróciłam. Na dobre. Pozwoliłam sobie na odrobinę wytchnienia, chyba bardziej po to, by się sprawdzić, zweryfikować - czy mój blog jest moim nałogiem czy jednak nie? No i wyszło, że nie jest. Jest dobrym nawykiem, elementem codzienności, który przyczynia się do podsumowań, wyciągania pewnych wniosków. Ale nie zaburza on mojego życia, nie zmusza do siedzenia przed laptopem dzień i noc. Do mazania, wklikiwania też nie przymusza. Skoro tak, to warto pisać dalej.

Tydzień był dziwny. Miałam być sama, bez Niego, ale jednak udało mi się Go zatrzymać, albo Jemu przekonać mnie, że powinien zostać, choć cała reszta czekała: Jego obowiązków (tych, które nimi są i nie są równocześnie) i moja nauka. Gdyby Go zapytać, czy było warto, to pewnie wahałby się przy odpowiadaniu.

I to jest moja wina. Właściwie nie zależy mi na tym, czy świat wie o moim istnieniu czy też nie wie, ale jeśli nie czuję, że dla Niego jestem wszystkim, że jest tysiąc rzeczy dokoła prócz mnie, rzeczy ważniejszy, równie ważnych choćby - bywam nieznośna. Najgorzej jest być samotnym, kiedy ukochana osoba siedzi obok i tuli, a brakuje w tym Tego Czegoś - teraz trochę tak było, choć to ja się wyrywałam z objęć, uciekałam Mu: przecież wszystko jest ciekawsze i piękniejsze ode mnie - po co Mu więc ja? A z drugiej strony oboje wiedzieliśmy jak kurczowo trzymam się rękawa Jego koszuli, jak bardzo dławię łzy myśląc, że tylko one zawsze ze mną będą.

Nie umiem być bez Niego, tak jakby On stał się częścią mojego ciała, mojego ducha. Rozsądek, choć się przeciw temu buntuje, zawsze przegrywa z resztą mnie. Bo wszystko we mnie jest Jego: serce, dłonie, usta, myśli... Stał się tlenem, który, gdy On jest tam hen daleko, dozuję sobie przypominając miękkość naszych złączonych ust, aksamit dotyku, ten najintymniejszy moment, gdy On stoi za mną i tuli mnie, patrząc na nasze odbicia w lustrze, taki męski, taki zdecydowany, mój... A ja? Gdzie w tym moje miejsce? Czasem myślę, że moje miejsce to ta mała -przestrzeń, między moją a Jego dłonią, splątanymi w uścisku; między naszymi wargami...

Mój problem polega na tym, że chciałabym być dla Niego tą najpiękniejszą, najlepszą, najwspanialszą - idealną. Świadomość, że tak nie jest boli. Świadomość, że któraś się z Nim dogaduje zabija: one Go frasują, coś Mu pokazują, coś tłumaczą - a ja na to patrzę, i choć wiem, że dla Niego nie znaczy to nic ponad - dla mnie znaczy. Bo ja nie potrafię: mówić, okazywać, zajmować tak jakoś po prostu: zachowuję się sztucznie i nienaturalnie: niegramotna, niechybotliwa, nieusocjalizowana... Kończy się to szopką, porażką totalną i morzem łez, które muszą polecieć, które muszą popłynąć z mojego policzka na Jego koszulę... Nic nie poradzę... Chciałabym w końcu przestać tak postępować, wyjść z błędnego koła chorego niedowartościowanie... I zrozumieć i przyjąć do wiadomości, że On wybrał mnie, że kiedy rozmawia z kimś, to nie po to, by znaleźć kogoś lepszego ode mnie. Smutno mi, piszę to, całą prawdę, od początku do końca. Ale te 5 minut, kiedy myślałam, że Go straciłam, to było piekło, do którego wracam przez swoją głupotę regularnie...

Mam ochotę pójść do całodobowego po wino i się upić, samotnie i porządnie. Powiedzieć samej sobie kilka epitetów i zdań nieco dłuższych. Ale nie mogę. Leczę znów nieszczęsny pęcherz...

Kiedy już było dobrze, to było dobrze ;) Co tu będę pisać ;)


Wyszperane w sieci :)

Weekend w domu minął błyskawicznie, że nawet nie zauważyłam kiedy i jak. Wszystko już przesycone zielenią i ćwierkaniem ptasząt różnorakich, aż miło popatrzeć i posłuchać. Klementyna już ładnie podrosła, kotki mają oczka i są żwawe niesłychanie. Prosiaki już nie takie małe, dokazują i bawią się ze sobą nieustannie. Tylko mój Jovan powoli słabnie, traci energię i niknie w oczach: i nie pomaga dodatkowe dokarmianie frykasami, większa ilość spacerków ani inne tego typu zabiegi. Mój psiak kochany...

A teraz? Siedzę sama w pokoju. Cieszę się tym. Sycę. Wolałabym, żeby On był tu ze mną, ale skoro to niemożliwe, to lepiej, żeby nikt inny się tutaj nie plątał. Na jutro umówiłam się na kawę z Agą. I wieczór spędzę z Piotrusiem :) Miał być koncert, ale będzie kino :) Wszak to jakiś kompromis i cud wielki, że udało się zgrać termin jakiś, nam obojgu odpowiadający :) Wybieramy się na Anioły i demony :)

Mam ochotę na duże lody czekoladowe... Dobranoc :)

wtorek, 19 maja 2009

Dni pod znakiem zapytania.

Każdy dzień jest inny. Każda noc czymś się różni od poprzedniej. Nie było mnie tu kilka chwil. Nie było wpisów i sprawdzania, co tam u innych. I jakoś tak mi pusto było.

Więc jestem dzisiaj ( i mam gdzieś, że zdania nie można zaczynać od "więc"!). Jestem pełna słów. Pełna zdań. Pełna nowin. I spostrzeżeń damsko - męskich :)

Weekend samotny nie był: przyjechał On, była Ewka. I jakoś tego nie chce mi się opisywać. Ani nieudanej Nocy Muzeów, która wbiła gwóźdź do trumny mojego optymizmu. Nie lubię być zbędna. A byłam. Choć rozumiem czemu, i wiem, że inaczej być nie mogło. Podobno to się nazywa napięciem przedmiesiączkowym ;/;/;/ Ale problem tak naprawdę leżał gdzie indziej. I dalej sobie leży, jak gdyby nigdy nic. Kiedyś mnie przygniecie, albo przez niego oszaleję. Jedno z dwóch.

A potem było różnie. Nadal przewrażliwiona szukałam dla siebie miejsca. Czasem myślę, że za dużo chcę, za mało wymagam, za bardzo ustępuję. A potem dochodzi do erupcji wulkanu smutków i pretensji. W sumie z mojej perspektywy uzasadnionych, ale z Jego - niekoniecznie. Wiem tylko, że po raz miliardowy przekonałam się, że nie chcę i nie mogłabym z Nim nie być. Moje szczęście zawiera się w Jego imieniu, Jego uśmiechu, Jego czułym spojrzeniu.

Weekend ogólnie należał do tych sygnowanych Jego obecnością i sporo było radości w międzyczasie smutków i fochów drobnych.

Mała różnica między mężczyzną (może tylko moim) a kobietą podczas zakupów:

*mężczyzna chodząc między półkami wybiera to, co lubi - bo skoro jemu smakuje, to jego kobiecie też powinno ;/
*kobieta robiąc zakupy najczęściej wybiera te produkty, którą lubi i jej partner i ona sama, lub w przypadkach skrajnie różnych gustów smakowych: kupuje osobno dla niego i osobno dla siebie.

Wniosek: szkoda, że mężczyźni pewne nawyki zyskują po długim czasieeee, gdy ich kobiety reagują wałkiem do ciasta na leczo rybne czy okropne salami...

Miało być więcej, ale chce mi się spać i nie mam zamiaru opierać się potrzebie organizmu :) Będę niedługo :)

czwartek, 14 maja 2009

O ja pie...

Jutro angielski. Brak słów. Żyć się nie chce. Wszystko się myli. Wszystko się plącze. Spore komplikacje lokacyjne, brak skupienia... I opadam z sił, kolejny ciężki dzień.

W szpitalu było tak: bardzo miła pani doktor (tu nie ma ironii) robiła wypis przez 4 godziny, bo zapomniała o pacjencie... A zapomniała, gdyż na oddziale jest tak mało miejsca, że nie ma krzesełek dla pacjentów na korytarzu i czekają oni przed oddziałem... Na szczęście wuj już w domu, jeszcze długa droga leczenia, i może w końcu moje wojaże po placówkach opieki medycznej dobiegną końca? (Przepadła mi już 3 rehabilitacja ;/)

A przed akademikiem stoi wielgachna ŻYRAFA...

Chcę do mamy. A muszę zostać jeszcze w Poznaniu. Najpierw się cieszyłam, ale teraz... jakoś nie. Nikogo nie będzie: Z Przemem nie gadam, Ewka do Wrocławia się wybiera, Mich jedzie do domu. A On... chce i nie chce, się waha.

Myślałam, że kiedy przyjdzie wiosna...

Jestem rozdrażniona. Jeśli nikt do mnie na weekend nie dobędzie, to zrobię sobie Czas Czesia: sen, filmy, kąpiele, samotne wieczory przy barze i do tego pójdę do zoo. Nie ma mowy, że prześpię 3 dni wolnego od ludzi!!! Będę się rozpieszczać, dopieszczać i pieszczochować sama ze sobą :) :) :)
Choć nie kryję, że wolałabym mieć Kompana...

Jeszcze tylko opowiem swój sen: znów siedziałam na moim powykrzywianym krzesełku i amputowałam sobie kończyny. Nogi.
A dzisiaj widziałam ogłoszenie w szpitalu o kursie szycia chirurgicznego... Chętnie bym się zapisała... Tak na marginesie.
Wracając: obcięłam sobie stópki, by pobiec do Niego. Ale Jego nie było. Więc się wkurzyłam we śnie i zrobiłam niezły numer: wzięłam taśmę klejącą i je sobie dokleiłam, co tam, że zaczęły krwawić, co tam. No i obudził mnie telefon... :( Mama miała sprawę...

Jakoś tak dużo krwi ostatnio wokół mnie. I ran. I chorób. I szpitali. I lekarzy. I pielęgniarek. Udało mi się dzisiaj podejrzeć na chirurgii jakiś zabieg, nie było widać za dużo, ale coś mnie w środku zakuło. Chyba minęłam się z powołaniem. Chciałabym móc robić takie rzeczy, jak oni. Ciąć i ratować. I grzebać w tych naszych cielskach, poznając namacalnie organy przeróżne.

A tak... jestem na filo polskiej... Ehhh

Przynajmniej recenzja jest gotowa.

Jutro pochwalę się, na jaką wyszłam kretynkę angielską ;/

Teraz zmykam z neta i biorę się za czasy. A może najpierw przejrzę te wszystkie słówka???

Dobranocnie Wszystkim


Ps. A ten wpis miał być taki agresywny, tak ostry, no brzytwa słowna miała być - a co wyszło?! To co zwykle.

środa, 13 maja 2009

Dzień na wydechu...

Wydech pierwszy - kardio to najgorszy z oddziałów, z jakim miałam okazję się zapoznać. Nie umywa się do nefro. Mam wrażenie, że to z nadmiaru serc ludzi anatomicznych brak personelowi serca do ludzi - i to jest bleeee...

Wydech drugi - umarła we mnie nadzieja, iż zaliczę egzamin z angielskiego w pierwszym terminie ;/

Wydech trzeci - i recenzji dobrej nie stworzę, przeczytam to, co napisałam wcześniej, bez poprawiania :( Błędne założenie - na szczęście : recenzja właśnie się ukończyła, i może nie jest cudem literackim, ale wstydzić się nie mam czego :) :) :)

Wydech czwarty - sama nie wiem, czy to była zmiana planów, czy zwykłe kłamstwo. A róbta, co chceta! A 3 minuty to można sobie wsadzić nie powiem gdzie! Gardzę czyjąś łaską i litością.

Wydech piąty - jedyny pozytywny : Ewka wygrała konkurs recytatorski i jedzie na ogólnopolski finał do Krakowa - a ja będę na dopingu, z Michaśkiem... Hihi :)

Ps. Występ Ewy - cud miód malina, występ Kogoś - dać raspberry!
Ps. A dzień na wydechu znaczy tyle, że nie ma kiedy zaczerpnąć świeżego powietrza... Dla rozwiania wątpliwości.

poniedziałek, 11 maja 2009

Treść właściwa.

Znalazłam moment w natłoku pracy i nauki, by napisać o sprawach, o których pisać wypada.
Dzisiaj będzie odrobinę intelektualnie, ale tylko odrobinę.

Zajęcia mi się udały. Dzień pod znakiem fakultetów dobrze mi robi. Nawet bardzo dobrze - myślę o sprawach ważnych, a nie błahostkach i problemach.

"Skolimowski. Portret artysty" to wykład, na który chodzę jak zaczarowana. Kolejne zajęcia. Kolejne filmy. Kolejne odkrycia. I to, że nawet JA mogę oglądać kino ambitne :) Znakiem rozpoznawczym dzisiaj było słowo: emigrant. Polski emigrant. Film Fucha pokazuje stereotypowy sposób myślenia o polskiej taniej sile roboczej. Natomiast Najlepszą zemstą jest sukces to produkcja, które rehabilituje nadwyrężony kręgosłup moralny polskiego emigranta. Problem młodego pokolenia, które wrasta, staje się obywatelem kraju - dzieciństwo spędzone już na cudzej ziemi nie wykorzenia jednak poczucia obcości, barku przynależności, zachwianej tożsamości (mogłabym tak dalej - ale te rymujące końcówki mnie denerwują).

Fotografia. Tak. Wreszcie coś i o tym napiszę.
Jako, że uczestniczę w wykładach Pracowni Pytań Granicznych nie dziwi fakt, że śmierć pokazywana jest na wykładach w różnych odsłonach: od zagadnień medycznych, poprzez filozoficzne, aż do ujęcia w sztuce.
Prowadząca poprowadziła nas ścieżką śmierci, utrwalanej na fotografii, przez fotografię. Zwłaszcza ujęcie fotografii dokumentalnej budziło mieszane uczucia. Nie chodzi wcale o obrazy rozszarpanych ciał, gdzie głowa znajduje się kilka metrów od tułowia, gdzie mózg ścieka z palców u stóp. Bardziej o fotografie, na których kilkunastu, kilkudziesięciu fotografów przepycha się, stoi w ściśniętym tłumku - po to, by zrobić jak najlepsze zdjęcie zwłok, opłakujących...
Banalna rada: spojrzeć na zdjęcia z World Press Foto. Zwłaszcza to dziecko, które rodzina przykrywa całunem...
Także aspekt fotografii artystycznej został poruszony.
Oto wykaz autorów, o których była mowa, poruszających się pośród śmierci, wybierających z jej zagadnień to, co łamie konwencje, stereotypy, dobry smak, czy poczucie przyzwoitości i szacunku dla umarłego - sztuka bywa okrutna i brzydka - tylko człowiek w niej niezmiennie mały, a śmierć nieuchronna:

* Konrad Kuzyszyn: Kondycja ludzka. Collegium Anatomicum (1988- 89);
* Zbigniew Libera: Obrzędy intymne (1984), Pozytywy (2003);
* Katarzyna Kozyra: Olimpia (1966) (zestawcie z obrazem Edouarda Maneta o tym tytule z 1863) i Łaźnia (1997);
* Bogna Burska: Życie jest piękne (2002) i Algorytm (2002);
* Artur Żmijewski: Na spacer, Sztuka kochania (2001), Oko za oko (1998), Karolina (2002);
* Aleksandra Polisiewicz: Bestiarium podświadomości (2003 - 2004);
* Andrzej Wróblewski: Rozstrzelanie (1949)

* Andreas Serana, Fatal Meningitis (1992)
no i jeszcze * Nick Ut, Napalm 1972.

(Na mnie szczególne wrażenie zrobiły zdjęcia Kuzyszyna - ale to ze względu na anatomiczne własności zwłok, a kiedy sporo widać - moje pseudo- marzycielsko- mrzonkowo- medyczne zacięcie się wyostrza :)




Ps. Niektóre tytuły dotyczą filmów - na zajęciach oglądaliśmy kadry z tychże filmów.

Ps. nr 2: Zdjęcie jest z internetu ze strony: http://images.google.pl/imgres?imgurl=http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/fo_kuzyszyn_exist6&imgrefurl=http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/os_kuzyszyn_konrad&usg=__Eccm_EDxhD-O...

Ps. nr 3: coś na rzeczy było z piknikami i grillami i Juwenaliami.

Ps. nr 4: zmęczona już jestem i migam sobie przed zaśnięciem kilka pierwszych znaków.

Ps. nr 5: nadal nie trawiąc Przemysława R. - życie jest fajne :).

Oświadczenie!

Oświadczam dzisiaj wszem i wobec:

* Mężczyzna to określenie odnoszące się do człowieka płci męskiej, mającego lat 33 i więcej

* Kobieta to określenie odnoszące się do człowieka płci żeńskiej, mającego lat 21 i więcej


Nie cierpię, nie znoszę frajera Przemka R. Gratuluję mu szczerości i bliskich relacji z wieloma osobami.

Nie rozumiem dlaczego znów docierają do mnie informacje od INNYCH dziewczyn na JEGO temat, że niby jakieś pikniki, grille, wypady na Morasko.

Aha. I nie jestem rozgoryczona - załatwiłam najważniejszą sprawę dnia. Byłam na świetnym wykładzie, z którego zdam relację później - oby dzisiaj :) :) :) Poza tym była Aga, jest Misiek i Ewka :) Bawimy się... Tylko coś moja recenzja się nie wyklarowała jeszcze... A to na jutro zadanie.

Nijakość

Przemawia przeze mnie nijakość. Jestem w akademiku. Skończył się weekend, długi i przyjemny. Było kilka minut rozmowy z Nim. Jest wieczór z Agnieszką i Ewką. A mi tak jakoś nijak. Sama nie wiem, czy to ze względu na słabe formę zdrowotną, czy raczej z przyczyn bardziej wyrafinowanych.

Przyszedł dzisiaj do mojego pokoju mały, zahukany ptaszek. Czasem tak bardzo przypomina mi mnie. A czasem różni się ode mnie wszystkim. I sama nie wiem, czy bardziej mu współczuje, czy bardziej się go boje, czy za bardzo wiem, jak będzie go bolał pierwszy upadek. A może mu po prostu zazdroszczę? Czego? Nie wiem. Ale to we mnie siedzi.

Mój czas się kończy. Pod jakimś względem. Jeszcze nie jestem pewna, czego to dotyczy.

Boli mnie brzuch, boli mnie pęcherz, bolą mnie nogi i boli mnie głowa.
Marudzę.
Jestem nieznośna.
A najgorsze, że ja o tym doskonale wiem, i nic nie poradzę. Jest jak jest.

To co pociesza: Mamma mia i perspektywa dostania kolczyków. Co przeraża - egzamin z angielskiego... ;/

Dobra. Tyle na dzisiaj. Następny wpis - jak mi się nastrój poprawi :) (Żeby było o czym pisać, a nie tylko smęcić i smęcić).Wyszperane w sieci :)

sobota, 9 maja 2009

Noc narodzin...

Życie bywa piękne, szczególnie, gdy akurat się rodzi... Ale...

Powrót do domu był dość uciążliwy. Najpierw korek na mieście (nie miałabym nic przeciw, gdyby nie fakt, że prawie spóźniłam się na pociąg). Następnie cały skład okazał się zatłoczony i ścisk panował jak w puszce śledzi. A całość poprzedzona długą wyprawą po kolczyki dla mamy. Na szczęście już po jakichś 2 godzinach i załamywaniu rąk znalazłam coś, co zadowoliło moje wymagania. Dobrą stroną błądzenia wśród jubilerów była pierwsza w tym roku wata cukrowa, spałaszowana na Starym Rynku, ten smak...

Popołudnie mijało spokojnie. Noc też. Następny dzień także płynął leniwie, ale... koło 21 wszystko się zmieniło... Zaczął się emocjonujący czas oczekiwań. Do 4 nad ranem w wyniku dwóch, następujących równocześnie porodów na świat przyszło 18 różowych prosiaczków :) Widok jest przecudny, ale fenomenalne jest to, że takie prosiaki w momencie przyjścia na świat wymagają podobnie troskliwej opieki i zachowania odpowiednich środków ostrożności, co w przypadku dziecka. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo to niczego nie odda - ale ja jestem szczęśliwa. Uczucie radości potęguje fakt, że kilkoma maluchami zajmowałam się zupełnie sama, w czasie, gdy tata robił to samo, ale u sąsiedniej "rodzącej" (hihi - bawię się w akuszerkę zoologiczną :). To jednak nie koniec, a właściwie początek, bo to była noc wcześniaków :D Gdy wszystkie prosiaczki nauczyły się już ssać mleko i zasypiały pod lampą grzewczą podniosła się wrzawa wśród krów... i co tu dużo mówić - świat powitała Klementynka, śliczny cielak z długimi rzęsami o bardzo ładnym pyszczku... Tym razem nie było tak łatwo, jak poprzednio. Bo Mała była mała tylko z nazwy i dlatego jej narodziny były mozolne i długie. (A ja się muszę pochwalić, że pierwszy raz widziałam i pomagałam przy odbieraniu cielaczka). Wspólnie z tatą postanowiliśmy, że po karmieniu idziemy spać - o zgrozo było już po 6 i zmęczenie dawało nam w kość. Żeby jednak podsumować noc i rozpocząć dzień miłym akcentem przez przypadek znaleźliśmy uwite w słomie i sianie 4 kociaki, które choć bezradne i takie tycie, kręciły się przy czarnej kotce. I jak tu nie mieć dobrego humoru? ;) Tak jakoś mi się ta noc skojarzyła z Bożym Narodzeniem...

Wstałam o 9. Grillujemy od rana. Jestem już przejedzona i lekko przypieczona na słońcu. Czekam do wieczora. A w niedzielę wracam do Poznania.

środa, 6 maja 2009

Za mało słów, by napisać wszystko, co powinnam...

Dzisiejszy dzień obfitował w wydarzenia, nowości, nowe znajomości, niespodzianki i inne jeszcze sprawy godne opisania. Oby mi sił starczyło i skupienia, by niczego nie pominąć, niczego nie zgubić...

Zacznę od sprawy pierwszej, a przynajmniej najważniejszej dla mnie dzisiaj:

WŁADZE UCZELNI WYŻSZYCH POWINNY SIĘ WSTYDZIĆ!!!
USTAWODAWCY POWINNI SIĘ WSTYDZIĆ!!!
BO NIE SĄDZĘ, BY TYLKO UAM MIAŁ TEN PROBLEM... ALE U NAS JEST - TO PEWNE...
JAK MOŻNA POZWOLIĆ NA TO, BY OSOBY NIESŁYSZĄCE MUSIAŁY CHODZIĆ NA WYKŁADY, Z KTÓRYCH I TAK NIC NIE WYNIOSĄ, BO PRZECIEŻ NIE SŁYSZĄ, CO MÓWIĄ WYKŁADOWCY???!!!!
WSTYD!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

No nie rozumiem... Naprawdę. Nawet nie chce mi się wierzyć, że ktokolwiek mógłby uwierzyć, że to ma jakąś rację bytu... I nawet nie wiem, czy jest mi z tego powodu głupio - że ludzie w pełni sprawni nie próbują pomagać osobom niepełnosprawnym, czy jestem wściekła na całą biurokrację, która tym rządzi, czy jest mi po prostu smutno... A właściwie najbardziej boli to, iż sami wykładowcy w geście dobrej woli powinni dać zaliczenia od razu - bo siedzieć 5 godzin pod rząd na zajęciach, które tylko męczą i marnują jego czas, bo: listy obecności każdy wykładowca robi tak naprawdę dla siebie - nie jest sprawdzany, nikt go nie kontroluje, list nie zdaje paniom w dziekanacie - więc - w czym problem????!!!!!!
Poznałam dzisiaj Tomka :) Od dość dawna zbierałam się, żeby z nim porozmawiać, ale jakoś nie było okazji. No i dzisiaj do niego zagadałam/ zapisałam. Myślę, że od bardzo dawna nic nie sprawiło mi większej przyjemności :) :) :) I mam nadzieję, że ta znajomość się będzie rozwijać. Bo z Tomkiem nie tylko o języku migowym i studiach można gadać.

Spełni się moje marzenie! Na razie pomalutku, kroczkami tycimi, ale jestem na dobrej drodze! Tomek nauczy mnie podstaw migania, a od października będę uczestniczyć w kursie języka migowego TONu (Towarzystwa Osób Niesłyszących)!!!!!! Zawsze był to jeden z moich celów, jedno z dążeń, ale jak to ze mną bywa - odłożony w bliżej nieokreśloną przyszłość.

Teraz wracam już do normalnego planu posta. Poranek. Pobudka nieludzko wczesna - o 7.30. Ale jak to ostatnio bywa - było warto! Fakultet z teatru Piotra Cieplaka. Na dzień dobry przedstawienie: Kubuś P. Takie teatralne wariacje o mieszkańcach Stumilowego Lasu. Niekoniecznie jestem zachwycona, ale przynajmniej zaintrygowana i zadziwiona. Ciekawie było popatrzeć na Edytę Jungowską w roli Prosiaczka i Marię Peszek - Kubusia Puchatka. Reszty obsady prawie nie pamiętam, ale co mi tam :) Jedyne, co mi się bardzo nie podobało, to krzykliwość osiołka - to nie był głupi buc, a taki wyszedł Cieplakowemu aktorowi... I jeszcze odrobina pieprzu: przedstawienie zostało zdjęte, gdyż po jakimś czasie dopatrzono się zachowań obscenicznych (delikatnie rzecz ujmując) :P

Kolejne zajęcia odbywały się dopiero po południu i znów było warto, z jednym małym szczegółem - nie wiem o czym był wykład, gdyż zajęta byłam konwersowaniem z Tomkiem, a po wtóre obok siedziała koleżanka, dając mi do podczytywania najpikantniejsze fragmenty książki o jakże zgrabnym tytule:
Wagina. Kobieca seksualność w historii kultury. Autorka, Catherine Blackledge, ze swobodą pisząc o niuansach kobiecej seksualności uniknęła feministycznej wrzawy, dając czytelnikowi możliwość bacznego przyjrzenia się zagadnieniom z punktu widzenia różnych dziedzin i... czyta się jednym tchem. I każdy kto się przyczepi do zdania: każdy mężczyzna był kiedyś kobietą - jest głąbem i ignorantem hihi. No, ale opowiem dużo więcej za jakieś 2 miesiące, jak pożyczę i przeczytam od deski do deski. ;P

Po wykładzie były ćwiczenia, na których się okazało, że oddając pracę przed terminem, w połowie lutego, niepotrzebnie się gimnastykowałam: praca jest jeszcze niesprawdzona i nie prędko bedzie... Szlag: pewnie dostanę ją przed egzaminem z wieścią: do poprawienia ;/;/;/

I już na koniec: krótko o wieczorze. Nocowała u mnie na waleta Aga i korzystając z okazji zrobiłyśmy sobie babski wieczór wraz z Ewką. I było miliardowe oglądanie tegoż: Mamma Mia. Cudo po prostu, najlepsze z najlepszych. I Ewka powiedziała, że jestem dziewczyną Bonda - hehe, to lekko o Tobie...

Tyle na teraz. Wracam dzisiaj do domu. Idę jeszcze kupić prezent mamie :)



wtorek, 5 maja 2009

Przeminęło z wiatrem...


Pogoda jest parszywa. Myślałam, że Morze i Pomorze zareagowały deszczem i wiatrem silnym na mój odjazd - takie swoiste romantyczne pożegnanie mnie przez naturę... A tu się okazało, że mam zbyt wybujałą fantazję :( Poznań mrozi, ziębi i wcale się to nie podoba - nawet nie mnie samej jako tako - tylko mój organizm odmawia mi posłuszeństwa w geście protestu... Drastycznego protestu, niestety - bitwy z własnym pęcherzem do przyjemnych nie należą, ale ja nie o tym mam pisać :)

Pogodziłam się już z powrotem do normalnego życia, które oznacza czas oddalenia od Niego. Na szczęście tylko oddalenia fizycznego - w kwestii relacji wciąż blisko, ciut bliżej może? ;) Jest dobrze. I poradzimy sobie wyśmienicie z czasem do następnego spotkania. (Aż chciałam napisać widzenia, ale to mi jakoś tak więziennie zabrzmiało). Mam zamiar czas ten wykorzystać maksymalnie, wszak egzaminy już ustawiają się szeregiem w kalendarzu... SESJA ;/;/;/

Kolejna sprawa: należy się tutaj odrobinę dłuższe sprawozdanie z d ł u g i e g o weekendu, gdyż ten, jakby na to nie patrzeć, szczęśliwie rozpoczął się już wtorkowym wieczorem na słupskiej stacji kolejowej, wprost w ramionach Tego Jego :) A trwał prawie sielankowo do poniedziałku południa, dokładnie 11. 58. I było wszystko: piekło, czyściec, niebo - dokładnie w tej kolejności - ma tak jakoś dziwnie mamy, chyba musimy się na nowo do siebie przyzwyczajać.
Środę lub czwartek (nie pamiętam już dokładnie - efekt nadmiaru wrażeń) spędziliśmy w Ustce.


W tym miejscu powinna się znaleźć oda ku czci morza i temu podobnych tworów wodno-piaskowych :) Dawniej byłam zagorzałą wielbicielką tylko i wyłącznie gór, a morze, jak to morze: było, bo było, ale mnie, delikatnie ujmując, doń nie ciągnęło. Teraz jednak jestem zachwycona :) Kolory i odcienie wody, ten piasek, który grzał stopy, czasem je raniąc muszlami wyplutymi na brzeg... Latarnia morska i pot, i molo, które sprawiło, że poczułam się na moment, jakbym znalazła się baaaardzo daleko od brzegu. I chwila była idealna do spacerów plażą: nie było jeszcze turystów wielu, raczej miejscowi tubylce. Jakaż była różnica, gdy wybraliśmy się ponownie, 2 V : początek sezonu, molo i deptak prawie szczelnie zapchane - na szczęście wiaterek sprawił, że plaża czarowała przestrzenią i swobodą. Tylko jedno mnie martwi, trochę nawiązując do Włatców móch : plaża nie jest miejscem dla psów i innych takich czworonogów kochanych!!! Pani Frał mówiła, a ja powtarzam (raczej odtwarzam w pamięci przesłanie, bo cytatu dokładnego nie jestem w stanien podać ;) : małe dzieci, które lubują się w braniu do buzi tego, co się akurat nawinie, narażają się na różne choróbska - nie pozdrawiam mikrobów. I nie ma zmiłuj! I nie ma ale! To rzeczę ja: Cześ nad Czesiów!!! Podsumowanie Ustkowe: zakochana, zafascynowana, mam nadzieję, że szybko nadaży się okazja, by tam powrócić i poczuć powiew morskiej bryzy, tego słonawego powietrza. Ps. w Ustce jadłam najlepsze masełko ziołowe pod słońcem... :) :) :)
Mój Mężczyzna oprowadził mnie też po Słupsku. Tym razem nasze wyprawy stanowiły już bardziej ucztę dla oka - poprzednio starałam się zapamiętywać co, gdzie i jak. Teraz tylko wlepiałam swoje ciekawe oczęta w tło murów, wszechobecną zieleń i kwiaty wyrosłe z 85000 cebulek tulipanów. Aż kręciło mi się w głowie... Do tego zobaczyłam fabrykę pysznych cukierków i jadłam najlepszą pizzę - reklama: najlepsza pizza w Polsce - w Słupsku (sprawdziłam na sobie - poznańskie pizzerie nie dorastają słupskim do pięt).


Czas miedzy jednymi spacerami, a kolejnymi wprawami krajo- i rozrywkoznawczymi wypełniało nam słodkie próżnowanie, pieszczoty i celebrowanie nas samych (należy to pojęcie rozumieć baaardzo szeroko). W każym razie rozczuliły mnie niesamowicie stokrotki i Misie Tuli-tuli. Niesamowite jest jak gładki potrafi być dotyk i jak ciepły bywa oddech na karku...
A potem ruszyłam do domu, poprzedzając to całonocną debacie na temat polszczyzny baroku, Pamiętników Paska i innych takich intrygujących zagadnień humanistyki ogólnie pojętej. Warto było zarwać nockę :)

Ze spraw bierzących: piszę recenzję z Wydania poprawionego, pracuję nad pracą egzaminacyjną o opiece paliatywnej i uczę się się do egzaminu z angielskiego. Za mną: Noc listopadowa - na jutrzejsze/ dzisiejsze ćwiczenia. No i tylko na marginesie: prawda, fałsz, kłamstowo: relacje, powiązania, różnice - erystyka i retoryka i siedziałam zasłuchana wyjątkowo, zaciekawiona i chłonna, tylko nieuniknione wstawki z logiki zaburzały moje skupienie.

No i mam w pokoju bzy. Dużo. Sama zrywałam z krzaka. I pachnie gałązkami fioletowymi (czy jak się tam ten kolor nazywa :) cały korytarz... Wiosennie tu, lekko, przyjemnie.

Dobry dzień. Noc będzie podobna, mam nadzieję. I tego życzę wszystkim :)

poniedziałek, 4 maja 2009

Dalszy ciąg...

I muszę to napisać i kiedyś pewnie to wymarzę, żeby się z tym nie afiszować, ale teraz muszę! :

* bardzo Go kocham, jak umiem i mocniej i głębiej
* i On jest najwspanialszy na świecie, choć czasem potrafi dopiec
* i bez Niego całość jakaś taka jest nijaka
* ciągle mam Go przed oczyma, czuję Jego zapach, miękkie muśniecie Jego dłoni na policzku (mam na sobie Jego cieplutki sweter)...


I jeszcze to dodam:

* chciałabym teraz cofnąć czas i jeszcze raz tego wszystkiego z Nim doświadczyć
* chciałabym Go pocałować i dać się wytarmosić
* chciałabym spacerować plażą uczepiona Jego ramion
* chciałabym żeby On pokazywał mi uroki miasta

Chciałabym! Chciałabym! Chciałabym! Chciałabym! Chciałabym!

I pusty pokój. Szare ściany. Korytarze ciemne. Czasem. Teraz jest tak.
Wszystko co we mnie - jest Jego, zostało z Nim, przy Nim. Każda myśl, kaprys, uśmiech, grymas. Słowa ustawione w szeregach, gotowe do wymarszu - ode mnie do Niego. I marzenia, pieszczoty, nadzieje.

A tutaj? - mizernie i licho. Byle do jutra. Szczęścia niedawne mieszają się z tęsknoty goryczą... Byle do jutra...

Dobranoc Kochanie... Wiem, że pewnie to przeczytasz. I będziesz wiedział, że tylko wypisałam siebie... Przez Ciebie. Dla Ciebie.

Wróciłam

Było cudownie.

Było morze.

Była radość.

Był On...

Są zdjęcia. Ale to kiedyś tam. Teraz chciałam napisać jedynie, że mam najlepszego Chłopaka pod słońcem. Takiego, dla którego jest po co żyć...

Dziękuję, Skarbie. Za wszystko. A najbardziej za to, że jesteś!