Liczę odbicia spadających kropel o parapetu twarde lica. Sumuję pluski niewielkie. I wyliczam: jeden cumulonimbus, drugi cumulonimbus, trzeci cumulonimbus - na więcej miejsca na niebie nie ma; strugi deszczu ocierają się o szybę pieszczotą niepojętą, a rześką. Kilka urojonych paprotek pewnie ucieszyłoby się w donicach, tymczasem korzysta robinia akacjowa, ogołocona z kwiecia, zazieleniona w prześwitach. Dachówki jeszcze mokre. Powietrze pachnie życiem. U Dominikanów kolejne nabożeństwo.
Kazik, dziwnie aktywny, biega w kółeczku niepewnie. Starzejemy się oboje. On i ja. On maleje i dostaje garba. Ja... rosnę i niech to samo za siebie mówi.
Tylko jeszcze półki uginają się od opasłych tomisk, które mam nadzieję, z lądują wkrótce na dnie wersalki, a zastąpią je równie opasłe książki, książeczki, książeczunie, bliskie mojemu gustowi, takie od widzimisię, a nie z musu.
Tylko stół stoi ledwo na czterech pomazanych farbą nogach ugniatany, obciążony, obarczony zapasem bibliotecznym z różnych stron świata.
Tylko krzesło cierpi, pozakładane długopisami, ołówkami, zakreślaczami.
Mieszkam jeszcze w świątynie studenckiego douczania. Jeszcze. Do magistra będzie tego.
A ja sobie plotę trzy po trzy z ludźmi na jakichś dziwnych polach minowych: jedni się szczerzą, inni złowrogo łypią oczyma, jeszcze inni jakby w ucałowaniu przystanęli poważania. Między nimi ja. Niekonkretna iluminacja samej siebie. Wytwór wytworów. Genotyp ewoluujący, bo czynniki środowiskowe. Taki mały Pikuś myśląco-czujący, zdalnie sterowany.
Zaplatam z trawy warkocze w parku. I liście liczę, ze zdziwieniem protestując przeciwko zieleniejącym kasztanowym kubraczkom z kolczugą. Czas mi za szybko dezerteruje, skubany jeden. A przecież czasu nie ma. Nie istnieje. Jest wymyślony i nie można go uszczypnąć na przebudzenie, nie skrzywi się od smaku kropli soku kwaśnego z cytryny, wyciśniętego na jęzor, wytknięty przez nicponia.
Zatykam uszy, gdy z hukiem budzą mnie o 3.00 nad ranem, bo ktoś grać w kosza postanowił zaczepnie, bo noc głęboka, sesja i akademik. Wielki kolektyw; taka pozostałość historyczna - PGR wyjałowiony, bo przecież wystarczyło wczoraj usiąść (jak zazwyczaj) na parapecie okna mojego pokoiku na IV piętrze, by z dołu poleciała gadka:
- Marylka, tam ktoś jest! Maryla! Spadnie!
- A nie. To akademik. Tam studenty powalone, ty nawet nie wiesz, jak się zachowuje banda.
- Ale Maryla to wysoko jest. Spadnie! Zabije się, jak nic!
- Nie. Student wszystko przetrzyma, sam jak zaraza.
Co racja, to racja. Wszak cięgle nie da się mnie zedrzeć, choć ja sama zdzieram sobie buty z szybkością światła - właśnie w tydzień załatwiłam nowiuśkie koszule, yyy, sandały.
I taki żart, który mi sprzedała niedawno pewna Dobra Duszyczka :)
- Jak rozpoznać kogoś z problemami? - podesłać do ciebie. Jeśli się polubicie, znaczy, że ludź ma popaprane życie. Przyciągasz ;)
Heh. Daję się lubić, naprawdę. Mam nawet na to dowód - całych 20 znajomych na fejs(z)buku :DDD
A na poważnie - ludzi wokół jak mrówek. I uwijamy się ze wszystkim. Każdy dostaje jakiś element układanki, która w całości odwzorowuje mnie na bazie szkicu, co to go ciągle węglem po kartce rozmazuję niewprawnie.
I może dzięki temu dostałam ostatnio kilka fajnych prezentów - od kumpeli z grupy filcowe broszki granatowo-żółte. Od kolegi namiary na zdjęcia z koncertu Cześka, o którym tu było w ochach i achach 10 stycznia :))) I jest jedno zdjęcie, na którym siedzimy sobie z Aneszką, takie ślicznie zasłuchane, pośród tłumu, a przed nami Czesiek w urokliwym przyłapaniu koncertowym - jeśli się można ślinić do zdjęcia - to ja się ślinię! Poza tym - Izz obdarowała mnie sukienkami dwiema (formatu mini), co daje łącznie 6 sztuk letnich wdzianek, krótkich i dziewczęcych - SzaLEńsTwO.
Jakoś tak się odrealniam z tarapatowego środowiska kwaśnego. Są - ależ proszę bardzo, gęste sitowie i siwiejące pasma, ale ja robię sobie wagary od poważnego życia. Choć na tydzień. Dajcie mi się pośmiać, wcinać szpinak i inną zieleninę, słuchać na okrągło piosenki z jednego bloga, bo jak do ucha wleciała, tak jej się pozostało. I niechże mi tego nikt jutro nie zburzy w Gnieździe Rodzinnym.
Wszystko wszystkim - ale trochę beztroski też mi się należy.
Ślad szaleństwa - niezawodny Kabaret OT.TO.
Jak ja kocham cię :)
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
niedziela, 19 czerwca 2011
niedziela, 12 czerwca 2011
nasTroje, nasDwoje, nasJa
nie nazywam już stanów pomiędzy nami
stanów w tej całej siatce splątanych oczek i rybich łusek
nie szukam dłoni obok siebie ani ust
o tu i teraz napisałabym epopeję zmyśloną od początku do końca
i starczyłoby mi jeszcze fantazji na kilka frazesów
zapinanych guzikami od fraku
nie nazywam już siebie w tym wszystkim
przecież nie jestem niczym innym niż tęsknota
wyobraź sobie sad Chłopczyku w którym cienie tańczą
Mam dziś ciężkie nastroje. Zawisły i nie chcą opaść. Myślę właściwie o niczym, a mimo to bolą skojarzenia. Na dłoniach rozsypują się życia, których już nie ma. To kolejne jest lepsze, ale puste. Połyskliwy pył pewników unosi się dokoła roztańczony psikusem tego, że żaden pewnik pewnikiem się nie okazał. Szkiełka z brzegami wyszczerbionymi odbijają to, co miało się stać, ale się nie stało.
Na pamięć chciałabym się jeszcze nauczyć naszych rozmów, wszystkich od pierwszej do każdej kolejnej...
Smutek, jak dywan położony na podłodze...
stanów w tej całej siatce splątanych oczek i rybich łusek
nie szukam dłoni obok siebie ani ust
o tu i teraz napisałabym epopeję zmyśloną od początku do końca
i starczyłoby mi jeszcze fantazji na kilka frazesów
zapinanych guzikami od fraku
nie nazywam już siebie w tym wszystkim
przecież nie jestem niczym innym niż tęsknota
wyobraź sobie sad Chłopczyku w którym cienie tańczą
Mam dziś ciężkie nastroje. Zawisły i nie chcą opaść. Myślę właściwie o niczym, a mimo to bolą skojarzenia. Na dłoniach rozsypują się życia, których już nie ma. To kolejne jest lepsze, ale puste. Połyskliwy pył pewników unosi się dokoła roztańczony psikusem tego, że żaden pewnik pewnikiem się nie okazał. Szkiełka z brzegami wyszczerbionymi odbijają to, co miało się stać, ale się nie stało.
Na pamięć chciałabym się jeszcze nauczyć naszych rozmów, wszystkich od pierwszej do każdej kolejnej...
Smutek, jak dywan położony na podłodze...
sobota, 4 czerwca 2011
Cześ Czesiem pozostanie!
Zdarza mi się jeszcze płakać, gdy nikt nie usłyszy szlochu zatrzymywanego: "Nie, nie, nie! Czesie nie płaczą!"...
Zdarza mi się myśleć o mitycznej miłości. O kochaniu szczęśliwym.
Coraz rzadziej.
Racjonalizuję dni.
Moje życie to moja droga.
Moje dni to moja przeprawa.
Tylko jeszcze wśród wspomnień czasem przytulam się szczelnie do Czyichś rozkochanych ramion...
ciii
szaaa
nim przyjdzie noc
Przypominam sobie szczęśliwych ludzi, pogodzona z moim alter ego nieszczęsnym.
I jeśli Kosmos potrzebuje dobrej energii i myśli dobrych - to posyłam od siebie całe wory, tak na zapas.
Ja sobie nie dam rady z życiem? Niemożliwe.
Twarda ze mnie sztuka!
Tak: W sam raz...
Zdarza mi się myśleć o mitycznej miłości. O kochaniu szczęśliwym.
Coraz rzadziej.
Racjonalizuję dni.
Moje życie to moja droga.
Moje dni to moja przeprawa.
Tylko jeszcze wśród wspomnień czasem przytulam się szczelnie do Czyichś rozkochanych ramion...
ciii
szaaa
nim przyjdzie noc
Przypominam sobie szczęśliwych ludzi, pogodzona z moim alter ego nieszczęsnym.
I jeśli Kosmos potrzebuje dobrej energii i myśli dobrych - to posyłam od siebie całe wory, tak na zapas.
Ja sobie nie dam rady z życiem? Niemożliwe.
Twarda ze mnie sztuka!
Tak: W sam raz...
Subskrybuj:
Posty (Atom)