poniedziałek, 10 stycznia 2011

Czesław zaśpiewał :)

Uwielbiam wpadać w zachwyt. Śledzić oczyma najmniejszych ruch, doszukiwać się zmian. Uwielbiam, kiedy nie mogę się oderwać od tego, co właśnie przykuło do siebie moją uwagę, kiedy nie ma niczego wokół, kiedy jest tylko TO.

Cześ. Cześ Mozil. Jak kto chce: Cześ Śpiewa/ Ziewa/ Kwęczy :)

Lepszego początku roku nie mogłam sobie wymarzyć.
Niewielka salka koncertowa pękała w szwach. Dziewczęta z zapatrzeniem i tęsknotą wpatrzone w scenę. Kilku panów i chłopców obserwujących niewieście atuty.
Minuty wydłużające się w nieskończoność, elastycznie rozciągliwe i napięte w oczekiwaniu i wzdychaniu.
I wreszcie Dżin Z Tonikiem I Pomarańczą na podeście zapowiadający Czesława, niewielka licytacja i... moja wewnętrzna modlitwa: " Niech on tego nie schrzani, niech tego nie schrzani, bo przestanę słuchać jego płyt".

fot. Wojciech Grzesiak

Cześ wskoczył rączo na scenę. Jego szarawa czapeczka, chyląca się ku lewemu uchu, zaskarbiła sobie moją sympatię momentalnie. Uśmiechnął się, robiąc wrażenie nieco zagubionego, jednak... to było tylko złudzenie. Czesiek to showman oddający się publiczności całym sobą: słowem, muzyką, którą gra, anegdotkami o Warszawce.
Zaczęło się!
Wbita w poduchę, na której siedziałam, poddałam się zupełnie urokowi chwili, zapominając o wszystkim, co siedziało w mojej głowie tuż przed.

To co zostanie: kapitalne wrażenia. Ten facet KOCHA to, czym się zajmuje. Bawi się tym z nonszalancką swobodą, bawi się sobą na scenie, stając się własnym akordeonem, czy fortepianem, którego klawisze falującym ruchem wydobywają z siebie melodie, a te można jedynie pokochać lub znienawidzić.
W żółtawych światłach reflektorów nie dostrzegłam ani odrobiny bufonerii, Cześ zagrał tak, że żadna piosenka nie poleciała od początku do końca, swobodnie gawędząc, przekomarzając się z publicznością i "plimplając" przy okazji na tym, co mu tam pod ręką było.

Wniosek: nie przegapię już żadnego koncertu, choć słowo koncert to złe słowo.

Czesław ma własny styl i sposób zarówno na muzykę, jak i sceniczność. Póki co, niezanieczyszczony gwiazdorską otoczką, wypije szklaneczkę whisky i wpadnie w absurd słów. Muzycznie doskonały pobawi się tym, co poważne. Może nawet sprofanuje C-dur i A-fis biesiadując na nich, jak rasowy weselny grajek. Zrobi też jednak coś innego: będzie autentyczny, a dla artysty to chyba najważniejsze, żeby przestać słynąć z plastikowej marionetkowości rozrywki. Czesław jeszcze chce igrać z konwencjami i trendami, wydłubując dla siebie miejsce w głowach ludzi, miejsce radosne, choć bardzo nietypowe, trochę rozkrzyczane, trochę wyciszone. I może w tym tkwi jego siła?

Na zakończenie: Krucha blondynka, którą Czesław wyśpiewał :)



Ps. Przynajmniej raz post u mnie ma sens :)

4 komentarze:

Marcin pisze...

To, co opisujesz, to kwintesencja dobrego koncertu. Naturalność, radość z tego, co się robi - największa siła muzyki na żywo.

Tylko wykonawca nie ten tego ;-)

Malutka... pisze...

Ja wiedziałam, że nie spodoba Ci się bohater posta :D Ale cóż ja poradzę... :)))
A koncert był właśnie taki: świetny i pełen spontanicznego Czesia.

Agata Serdyńska pisze...

czesław jest większy niż widać dlatego nie każdy to widzi :)

Malutka... pisze...

Abrah - dla mnie Czesław jest fenomenalny :)))