wtorek, 29 września 2009

przemyślane... nieprzemyślane...

kocham Go. wiem to. coraz bardziej. i właśnie teraz chciałam to napisać.

oglądałyśmy z Agą film, uznany przez nas za najlepszą historię miłosną w wersji FILM/KINO. I tak jakoś na moje własne uczucia mi się skropliło.

wszystko jest takie proste...

tylko Sarah McLachlan zawodzi lekko...


powinnam napisać, że kupiłam też buty na wesele, że nic nie załatwiłyśmy w biurze do spraw bytowych studenta, że Iza już jest...

ale za bardzo teraz mam w głowie Jego, by o innych pisać... za bardzo...

poniedziałek, 28 września 2009

Szybko... płynie... czas... nie wiem kiedy... nie wiem jak...

Czasem się zastanawiam, gdzie jest ta dziewczynka zahukana, która wszystkie słowa wypowiadała we własnych myślach...? Gdzie to dzieciątko chowające się w najciemniejszym kącie? Gdzie malutkie stworzonko, które nikomu nie pozwalało się do siebie zbliżyć? Gdzie mały potworek wyobcowany dla zasady? No gdzie?! ;) :) ;)


Wyszperane w sieci :)

Zawrotne tępo tego dnia budzi moje wątpliwości związane z poprawnym funkcjonowaniem mojego postrzegania i kontrolowania upływu czasu.

Pobudka o 8 - Aga powróciła z nocnego seansu filmowego, o 9 pojawił się Michasiek. O 19. 30 wpadli mieszkańcy 421: Gosia i jej tata. A na koniec: właśnie teraz pojawił się Kamil :)

Bardzo sobie cenię w tej chwili to, że niedziela upłynęła mi na lubowaniu się sobą. Bo podejrzewam, że nieprędko pojawi się okazja do samotnego rozkoszowania się byciem w moim pokoju, w zgodzie ze sobą, w harmonii z rozkładem mebli, kolorem ścian.
Cieszę się z mojego wyjścia do ludzi, ale i tak uwielbiam ten mój pustelniczy charakter bycia.

Tematyka dnia:
* w Poznaniu nie ma butów typu: czarne szpilki (bez zdobnictwa choinkowego i przerostu formy nad treścią - jestem zrozpaczona tym, że na wesele pójdę boso);
* lenistwo nie służy wysokiej frekwencji w pracy - znów nie poszłyśmy... (bo przecież żadna z nas się nie wyspała);
* dyskusje z kimś starszym i to sporo starszym zawsze stanowią trening w spieraniu się rozsądnym - zjadliwym i zdecydowanym pędzeniu słownym pośród tematów, o których nawet On nie chce ze mną rozmawiać (sądownictwo, sytuacja gospodarczo- administracyjna);
* niewinni absztyfikanci czarują swoim urokiem (a przy okazji spływa on na współlokatorkę wybranki tegoż).


Tyle w skrócie. Nie mam natchnienia na większą ilość liter, słów, zdań, sensów...
Wybaczcie :)

Ps. Ten post początkowo był świetny, ale HTML się zbuntował i tyle udało mi się odzyskać, a nowa wersja podoba mi się nieszczególnie... Więc tym bardziej wybaczcie... Że tylko tak, trochę niechlujnie i niezgrabnie.

niedziela, 27 września 2009

Dla smaczku - czytane z pasją dzisiaj...


Bolesław Leśmian, Powieść o rozumnej dziewczynie


I

Tak mówię do dziewczyny: Nie wwódź mnie w bór ciemny,
Nie wołaj po imieniu, nie patrz oko w oko -
Bo nigdy nie wiadomo, co za stwór tajemny
Z mroku na świat pod ludzką przychodzi powłoką.
A nuż jestem odmienny, niźli tobie chce się -

Niż ten, którego tulisz w niemej pieszczot skardze.
Poznasz mię nad jeziorem - i w polu i w lesie -
A nie poznasz na łożu, nie poznasz przy wardze.

O, nie pytaj mnie o nic! Nie widuj mnie we śnie!
Ufaj moim pieszczotom, wierzaj w me tumany.
W ramion twoich zaciszu pragnę tak bezkreśnie
Zasnąć choćby na chwilę - inny i nieznany.

Nuć mi do snu cokolwiek, byle oczy zwierać.
Niech twa pierś mię kołysze, jak chce i jak umie -
A gdy przyjdzie godzina, nie wzbraniaj umierać!
Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?
Dziewczyna rozumie.


II

I znów mówię: Gdy w nagłej stu zmierzchów żałobie
Czekałaś na me przyjście, nim się Bóg nadarzy -
Mnie tylko, mnie jednego nie było przy tobie!
Zapóżniłem się... Winna jakaś mgła bez twarzy...

Nieraz w obcych mi cieniów biegnę rozwiewiska
I zatracam ścieżynę do własnej rozpaczy.
Czemuż jestem daleki? A ty - czemu bliska?
I tak zawsze i zawsze i nigdy inaczej!

Czemu wczoraj tę brzozę wśród słońca błyskotów
Ozdobiłem, pląsając, w perły i korale?
Dziś dla ciebie mi zbrakło strwonionych klejnotów,
Puste są moje dłonie i czcze moje żale.

Czasem bywają takie na uboczu święta,
Dusza przez sen tak szumi, że w tym właśnie szumie
O tych, których się kocha, najmniej się pamięta...
Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?
Dziewczyna rozumie.


III

I znów mówię: Nie było i nigdy nie będzie!
Stać się miało gdziekolwiek i już się nie stanie!
Chciałem chatę snom ciosać i biec na spotkanie
I zamieszkać wraz z tobą w miłosnym obłędzie.

Czemuż dusza w mrok dąży? Czemu losem zwie go?
Nigdy razem! A wpobok czas pusty się wlecze.
Czy jest we mnie ktoś inny, oprócz mnie samego,
Co ulega tym smutkom, którym ja krwią przeczę?

O, spojrzyj, jak ja teraz bezwolnie się trudzę,
Szczęściu swemu dziwaczne gromadząc przeszkody!
Jak swe żale uśpione o północy budzę
I jak idąc ku tobie, omijam ogrody!

Mógłbym duszę po kwiatach dla ciebie roztrwonić,
Mógłbym śmiercią oślepły znaleźć cię w gwiazd tłumie,
Ale szczęścia własnego nie potrafię bronić!
Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?
Dziewczyna rozumie.


IV

I znów mówię: Gdy zazdrość w pustce mię zaskoczy,
Śnię o innej... Nikt nie wie, czym jest jej pieszczota.
Ma wszystkich zmarłych dziewcząt niezbadane oczy,
Suknia jej - prosto z bajki - cała brzmi od złota!

Jedziem w modrej karocy. Usta ku mnie chyli.
Tłum wyśnionych cudaków w zachwyceniu czeka
Na pierwszy pocałunek... Ona jeszcze zwleka,
A ja ciebie wśród tłumu postrzegam w tej chwili.

Stoisz - chora i w łachman odziana żebraczy.
Widzisz mnie. Ja umyślnie wzrok utkwiłem w niebie.
I starzejesz się z bólu, i brzydniesz z rozpaczy,
I nikt już, nikt nie zdoła dziś pokochać ciebie!

Więc biegnę z nagłym krzykiem, chwytam cię w ramiona
I płacz piersi schorzałej pieszczotami tłumię!
Umierasz, a ja szepcę: "Wiedziałem, że skona!" -
Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?
Dziewczyna rozumie.


V

Rozumie i piersiami chce karmić noc ciemną,
A na byle skinienie swe czoło rozchmurza,
I wie, że o mnie trzeba rozmawiać nie ze mną,
I dumając o wszystkim, dłoń w kwiatach zanurza.

Siedzi drogi dalekiej zbłąkaną krzywiznę,
Gdzie wzrok ginie, jak w nurtach ro'zwiewnej mogiły,
I w zwierciadle przegląda swoje wargi żyzne,
Czy mnie bardziej, niż ona, ku sobie zwabiły?

I przesłania je dłonią i patrzy ciekawie,
Czym jest bez nich? Czy sobą? I nie wie, czy sobą?
Bo dla oczu, zwierciadła zbłyskanych żałobą,
Ubożeje ust brakiem, że nie ma jej prawie...

A gdy przyjdę - zwierciadło żegna znakiem krzyża
I wprzód wargi podaje w skupionej zadumie,
A potem - dośmielona - całą siebie zbliża
I całuje i płacze i wszystko rozumie!...

ZaKręcONa, zaWIrowaNa, RozHUśtaNA, z SzaLEŃstwEm w OkU...

Jak mam się dzisiaj opisać? Mam z tym poważny problem. Brak mi słów, co zdarza się tylko w wyjątkowych momentach. W skrócie (który zapewne rozwinę w dalszych partiach tekstu): jestem jak wulkan, który tryska pozytywną energią, radosną, rozświetloną, wzburzoną, szaloną, dziką, nieuzasadnienie obfitą...

Ale - niech ten wpis ma ręce i nogi - po kolei...

Zaczęło się dramatycznie - egzamin przełożony, nadal tkwię na III roku filologii polskiej (do końca października) i za dużo by trzeba by było o tym napisać. Najważniejsze: egzamin przełożony ze względów administracyjnych, a nie luk w wiedzy. I na tym urwę tenże wątek. (Na marginesie - UAM jest beznadziejny w kontekście biurokratycznym).


Dla poprawy nastroju zezwoliłam na organizację kameralnej popijawy gitarowej w moim pokoju w składzie: Jeremiasz, Przemek, On i ja :) No więc naszą (prawie)wspólną ofiarą padły: 2 butelki wina, 4 piwa, butelka cytrynówki... Prawie - odnosi się do całej połowy lampki wina, którą udało mi się wysączyć - mój organizm nie przyjmuje alkoholu w żadnej postaci i pod żadnym pretekstem - czyli całą resztą raczyli się MOI chłopcy :D
Jeremiasz i Przemek są doskonali w tym, co kochają. Mam na myśli ich pasję gitarową... Dzięki temu ja mam okazję przekonywać się powoli do muzyki Kaczmarskiego, Zespołu Reprezentacyjnego. Poza tym KULT w ich wykonaniu powala na kolana, a i reszta muzycznego jestestwa budzi podziw.
Elitarność wystąpień Jeremiaszowo- Przemkowych, lub Przemkowo- Jeremiaszowych zawsze jest dla mnie swoistą ucztą dla uszu. Wieczór piątkowy był wyjątkowy jak zawsze: dwie długie świece rozświetlające pokój, rozedrgane struny głosowe panów i On wpatrzony we mnie jak w obrazek święty - czegóż chcieć więcej? No więc pozwoliłam się sobie zatopić w tej aurze akademickiej bohemy, studenckiej hedonii... Zarumieniona, z bystrym okiem chłonęłam wszystkie szczegóły - zmiany w mimice, ubytki w butelkach, przewijane tematy rozmów urywanych kolejnymi pieśniami, pozwalając by czas na moment zamarł, by nie wdzierał się do naszego małego pokoju muzyki, zabawy i beztroski. Zieleń butelek, brzęk uderzanego szkła i ta aura przyciemnionej rozwiązłości niewinnej, miały w sobie przesłanie: "korzystaj, póki możesz". I nie tkwi w tym cierpka ironia niedosytu. Dlatego - panowie - zapraszam ponownie.
Dodać muszę, że dodatkowym atutem wieczoru było to, iż, jako jedyna kobieta, czułam się w tym wąskim, acz doborowym towarzystwie, zauważalna, dopieszczona, ważna. I miło mi było przez moment być kimś, kim nie bywam na imprezach większych rozmiarów.

Kolejny dzień, powitany już w momencie narodzin, po północy zaczął się tak naprawdę dopiero o godzinie 9. Oczywiście trzeba było odrobinę pokój ogarnąć, bo ślady nocnych Polaków rozmów były zbyt wyraźne, by tak po prostu je zignorować.
On zdecydował się na powrót do domu. A ja? Nawet przez moment nie byłam sama. Pojawili się nowi ludzie, znów życie towarzyskie kręciło się pełną parą.
Wreszcie, po 4 latach spotkałam się z moim przyjacielem?, no, dobrym znajomym. Marcin przyjechał do Poznania ze swoją ukochaną. A ja? Patrzyłam jak bardzo zależy mu na Miśce i cieszę się tym, że wreszcie jest szczęśliwy z kimś. Co prawda nasze wspólne roztrwonienie czasu miało wyglądać zupełnie inaczej: miało być jakieś taneczne wyjście, to myślę, że i tak byli zadowoleni.
Agnieszka, która wróciła (znów waletuje w naszym pokoju) - miała gości. No więc jej goście i moi goście zwarli się w całość i wieczór skończył się przychipsowym oglądaniem filmu o jakże wymownym tytule: The hangover. Historia spodobała się wszystkim, a ogólnowyzwalane salwy śmiechu chyba są tego wystarczającym potwierdzeniem? :)

A dzisiaj? Sycę się samotnością i urokiem, jaki rzuciły na mnie ściany, półki, szafki, lampy i krzesła mojego pokoju. Aga cichcem wymknęła się na zajęcia, więc wstałam pierwszy raz o porze, wyznaczonej potrzebą organizmu. Rozbudziłam się mocną, słodką kawą, bez mleka. Pozwoliłam sobie na odrobinę luksusu: pokręciłam włosy, wreszcie umalowałam paznokcie, czyli zrobiłam się na więcej niż bóstwo :)
Koło 11 włączyłam sobie film z Jamesem Dean' em i pozwoliłam, by czas przepływał mi między palcami, by lekko przesmykiwał się między jednym mrugnięciem oka, a nieuzasadnionym wybuchem śmiechu. Takie nic nieróbstwo, lenistwo skrajne doskonale zregenerowały umysł, który jeszcze dwa dni wcześniej silnie odczuł nieuchronność egzaminu niezbyt przyjemnego.
Aga wróciła z zajęć, a ja grzecznie pomaszerowałam do Empiku w celu zakupienia kartki okolicznościowej dla kuzyna, który w przyszłą sobotę utraci wolność :) A ja sobie na jego weselu z Nim potańczę :)

Żeby atrakcjom nie było końca - umówiłam się już na jutro - z samego rana przyjdzie Michaś na kawkę. I tym też się cieszę, bo od jakiegoś czasu nie było okazji do rozmowy.

Te kilka dni minęły nie wiem kiedy, spontanicznie i radośnie...
Ale zdarzyło się też coś, co głęboko mnie zasmuciło, dotknęło i pokazało, jak wielkim tchórzem jestem. Nie chcę się teraz wdawać w szczegóły. Ten wątek opiszę zupełnie osobno, tak, by wybrzmiałon z całą mocą i pełnią goryczy. Tak, jak wybrzmieć powinien. I mimo mojego świetnego nastroju - nie uwalnia mnie myśl o tym, jak bardzo nienawidzę pewnych aspektów życia, i jak bardzo to życie jest złe i niegodziwe.

Ostatnio moi kochani, których już podobno nie ma - wracają do mnie. I teraz przyszedł dziadek, w starszej kobiecie... Może to ja prowokuję te nawiedzenia duchów? Nie wiem.

Ale o tym dopiero napiszę.
Teraz?
Chcę jeszcze odrobiny rozpędzonego szaleństwa i burzy własnego nierozgarnięcia, z którym jest mi dziś tak bardzo do twarzy :) I marzy mi się jakaś egzotyczna wyspa...


Miłego wieczoru, Czytacze moi.

czwartek, 24 września 2009

Paranoja przedegzaminacyjna!!!!!!!!!!







Jak nie zdam - rzucę się z Maiusa, a wszystko przez ten pozytywizm...

Na dobranoc lub dzień dobry...

Siedzę na pustym korytarzu, wreszcie skończyła się impreza wielonarodowościowa i mogę w spokoju słuchać Wilków wyjących znów do księżyca, gwiazd i mnie... W pokoju znów rządzi sen, a ja niczym ostatni buntownik opieram się mu bez najmniejszego wysiłku. Przyczyny tegoż doszukuję się w tym, że porzucając pracę fizyczną, poświęcając się czytaniu: Dziurdziów, Beldonków, Pierwszych miłości, Wujaszków Wani i innych Kościotrupów - nie pozwalam organizmowi się zmęczyć i wystarcza mu ledwie maleńka dawka snu kamiennego, takiego od 4 nad ranem do 7...
(Tyle, że z pokoju się eksmituję nie do końca dobrowolnie...).

Ostatnio sporo się dzieje. Akademik znów nabiera życia i wraz z tym mnóstwo problemów: On ma przydział na koniec świata, czyli na ulicę Nieszawską ( ostatnie zadu*** - wg opinii mieszkańców), Aga przydziału nie ma wcale, takoż i Przem, i Ewa... Szczęśliwi, co na roku wyższym i papiery złożyli w czerwcu czy maju (czytajcie - JAAAA)... No, ale przynajmniej Izka wraca :) Liczymy, że od 15 cała nasza rodzina znów będzie w komplecie... Kto wie? Skoro pani w dziale bytowym studenta powiedziała, że miejsca są, ale dla Erasmusów z jakichś obcych landów... No bo zawsze zabawniej jest przyjąć studentów i nie dać im lokum - zdecyduje się, pod którym mostem jest najcieplej i jaki typ kartonów biedne żaczki preferują we własnej biedzie i bezdomnym porzuceniu przez UAM :)

Pojutrze egzamin z literatury. Jestem dumna trochę, bo listę lektur dodatkowych mam przeczytaną własnoocznie i dość ciekawą. Gorzej jest z literaturą obowiązkową... ;/;/;/

Tyle spraw przyziemnych. Pora na ciekawsze...

"Bandyta" - film, który zostawia ślad gdzieś w duszy. "Bandyta" - film, który obnaża dusze, te dobre i złe, biedę i bogactwo. Film, który oglądałam już któryś tam raz - wrażenie wciąż niezmienne. Obraz poruszający i ślady łez po scenie końcowej na policzku...
Kiedyś ktoś zapytał jaką postać filmową mogłabym uznać za podobną mi - odpowiedź brzmi: Iorgu (Jorgu). Iorgu to mały chłopczyk... Właściwie nie wiem jak dobierać słowa, by o nim opowiedzieć... Ale jest w nim coś, co mnie porusza, co każe w niego wierzyć, coś kruchego i nieuchwytnego. I ta dziecięca naiwność, smutek, szczerość... Smutny, okrutny los i jego maleńka roześmiana twarz lub buzia wydęta w rybkę, bo źle, smutno, samotnie, bez Eleny. Filigranowe wszystko w nim... Delikatne... Niepojęcie wzruszające... Oszustwo podtrzymujące życie jego siostrze nie oddziałuje na mnie tak, jak Jorgu idący torami...
Film jest mieszanką marzeń, iluzji, brutalności i beznadziei...
Ale - pewnie znacie? jeśli nie, obejrzyjcie koniecznie. Czyli da się wyczytać, że jestem zachwycona?
No tak, a po filmie zaraz dzwoniłam do brata po to, by mu powiedzieć, jakim fajnym jest dzieciakiem, i jak bardzo ważnym w moim życiu... Mały Konradek :)

Poza tym? Czekam na to, by wejść do mojego ulubionego parku, zanurzyć dłonie i twarz w liściach złotych... Konary drzew są teraz tak pięknie wyeksponowane. Widać je całe, gdy przebijają przez tą jasność liści, spadających... Kasztany, żołędzie, jarzębina... Dzieci buszujące wśród tego bogactwa, dorośli lekko zamyśleni i młodzi niezmartwieni nadejściem jesieni. Jakoś tak sielsko... Tak, jak lubię. A wygląda na to, że złota polska jesień zagości na dłużej... I będę się nią rozkoszować do woli :) Czekam też na deszcz, który spłucze to, co nagromadziło się od zeszłej jesieni gdzieś na dnie mnie, tam, gdzie nikt nie zajrzy, a gdzie i ja wolę nie zaglądać zbyt często. Czekam na to oczyszczenie, które przychodzi raz do roku, które coś zaczyna i coś kończy, by zrównoważyć dobre ze złym, nudne z nietuzinkowym, piękne z ohydnym... Mój świat wewnętrzny lubuje się w jesieni za jej piękno, smutek, melancholię i deszcz spłukujący zbrukane przeżycia, emocje. I to, że to takie naturalne, niewymuszone, przychodzące samo z siebie... Strugi lejące na mnie. Strugi za oknem. Parasole, Kalosze. Malowniczo. Trochę strasznie... Trochę ciemno. Trochę zimno. A przecież dobrze i miło, ciepło rozchodzące się od kominka, wino... Jesień, jesień. Moja jesień.

Skontaktowałam się dzisiaj z fenomenalnym profesorem od opieki paliatywnej. Znów buzuje mi w mózgu plan, żeby pobyć w hospicjum... żeby się wtopić i pomóc na tyle, na ile można pomóc... Od dawna taka myśl mi towarzyszy, od dawna kiełkuje w mojej głowie. Tyle, że nie wiem, jak pogodzę czas między dwa kierunki studiów, pracę, dom, Jego i hospicjum - muszę mieć już plan i dobrze rozczłonkować czas, by nie uronić ani sekundy.
Chcę by ten rok nabrał tempa - skoro wszystko ma już swój sens...

Tęsknię za Dziadkiem... Chyba tam odszukam Go w innych ludziach... Jego starość i niedołężność były takie trudne... Tylko ostatnie 3 doby spędził w szpitalu, a dom ciągle wypełniony był Jego zapachem... Zmarł w szpitalu. Sam. Nie było przy Nim nikogo, bo lekarze mówili, że jest lepiej, że mamy wrócić na noc do domu... Tak... O 5 już Go nie było... A we mnie chyba nadal jest pretensja do wszystkich i do nikogo, że Dziadek był sam...

W hospicjum... Chciałabym być przy tych, którzy poczują się samotni... Żeby nie musieli być sami. I mój strach przed śmiercią chciałabym... utemperować... Bo przecież życie jest do końca... I trzeba to życie pokochać, docenić, dostrzec, a nie unikać go ze strachu. I w pełni staję za słowami, akcją, ludźmi :

Wyszperane w sieci :)

Tyle na dzisiaj. I nie myślcie, że zakończenie posta jest smutne...
No może trochę...
Ale taki smutek daje mi wytchnienie i właściwie niesie w sobie nadzieję na piękne i dobre, a może dobre i piękne, które jest gdzieś i wszędzie...
A nadzieja to radość nieśmiała i spokój pogodny.
Widzicie?
Bo ja tak...

poniedziałek, 21 września 2009

"Gdyby ktoś zapytał kim jestem? Cóż bym rzekł?"

Jestem tym, na kogo spoglądasz, gdy Ci źle. Tym, kto czeka na Ciebie z obiadem lub kawą. Tym, który wyjdzie po Ciebie na stację.

"Gdybyś tak mógł coś zmienić? Cóż zmieniłbyś?"

Zmieniłbym grymas na uśmiech, łzy smutku na łzy radości. Zmieniłbym słońce na księżyc - wedle Twego życzenia...


sobota, 19 września 2009

Bezsenna noc...

Pokój wypełniła cisza i nocny mrok. Agnieszka śpi, lekko pojękując ze zmęczenia. On, znużony podróżą, też oddał się krainie snu. A ja? A ja nie mogę. Wierciłam się na łóżku z boku na bok, próbowałam zasnąć na poduszce i bez niej, z głową raz pod szafką, raz pod oknem, zwinięta, na boku, na brzuchu, na plecach, nawet na siedząco, z nogami na ścianie - i nic ;/;/;/ Jestem już tym zirytowana, bo wiem, że raz na jakiś czas taka noc mi się przydarza. Ubrałam się i wyszłam na korytarz, opatulona, zawinięta w kocyk, z dwiema poduchami i laptopem...

Stan mojej duszy? Na teraz? Szczęśliwa i radosna, zadowolona i spokojna, mimo, że wyrzucona (sama przez siebie) poza mury pokoju. Czuję się pewnie. On znów daje mi poczucie bezpieczeństwa, tego, że wszystko się ułoży, że nie mam się czego bać. Lubię taki stan. Przyjemne zawieszenie, że wszystko spłynie mlekiem i miodem, winem i ambrozją.

Właśnie rozmawiałam z Alim. Cieszę się, że zmuszam moje krzywe konstrukcje gramatyczne języka angielskiego do zaistnienia w ogóle. Mam problemy z tym językiem, zawsze miałam. Co tam, że słownictwo nie najuboższe, skoro zdania wychodzą pokraczne i jakieś takie wymuszone, ostatnimi siłami. Ali motywuje mnie do tego, by ćwiczyć, na nim. Właściwie nie motywuje, ale daje większą pewność i wprawę. A wiadomo - praktyka sprawi, że kiedyś wypowiem jakieś dłuższe zdanie w czasie przeszłym dobrze i poprawnie, świadomie wybierając czas i konstrukcję mu przynależną. Angielski rzecz podstawowa w tym świecie, a ja jakoś podstaw nie łapię... No nic - więcej Alego, a jakoś to pójdzie.

Dawno nie pisałam posta tematycznego, o czymś konkretnym i jest mi z tym źle. Bo wychodzi, że prowadzę ostatnimi czasy życie ubogie i jałowe. Coś w tym pewnie jest: sporo było pracy, domu i pracy i przy laptopie, kując do egzaminu. O literaturze pozytywistycznej pisać nie mam za bardzo ochoty, mimo skłonności do filozofii pozytywistycznej Comte'a, a młodopolska też nie budzi mojego entuzjazmu. Ehhh. Taka mielizna umysłowa.

Jednak. Ten post będzie miał motyw przewodni. Przeczytałam ostatnio na pewnym blogu apel o to, by zwracać uwagę na to jak wychowuje się dzieci. Wymagać to powinno zarówno poświęcania czasu i uwagi, odpowiedzialności, jak i wpajania dziecku, że jest zdolne, mądre, piękne, by lepiej radziło sobie w dorosłym życiu, nie wyrastało obrośnięte kompleksami i problemami emocjonalnymi. Tyle, że łatwo jest tak powiedzieć. A w praktyce wiadomo jak jest.
Czasem nie starczy cierpliwości, czasem jeden raz powie się do młodego człowieczka coś gorszego i rodzi się chryja ;/;/;/
Wydaje mi się, że nie można uniknąć błędów w wychowywaniu dzieci, dorosła osoba też się uczy, właśnie tego, kim to dziecko jest, poznaje je i stara się dopasować własną wiedzę o życiu, skonfrontować ją z osobowością dziecka i wierzy, że uda jej się wychować malucha na dobrego człowieka.
Oczywiście inaczej jest w rodzinach patologicznych, w których brak fundamentów do budowania czegoś, co nazwać można rodziną, lub choćby samotnym macierzyństwem/ tacierzyństwem. I w to wnikać nie chcę, bo mam zbyt radykalne poglądy i moje propozycje rozwiązania takiego problemu pogwałcałyby z pewnością prawo do wolności jednostki, włącznie z łamaniem praw człowieka.
Dostrzegam jednak większy problem w rodzinach, które teorytycznie powinny radzić sobie nieźle: zaplecze finansowe, ogólne dostosowanie postaw do obowiązujących itd. A jedna: matka jest chudsza od córki - rodzi się anoreksja, syn chce być taki jak ojciec - porównując się do niego dochodzi do wniosku, że jest zerem - dalszy ciąg: każdy może tu coś wstawić wedle uznania: próba samobójcz,. samobójstwo, ucieczki z domu, narkotyki, częste awantury lub totalne odizolowanie się.
Oczywiście nie wlepię tutaj żadnej recepty, jak to zmienić, bo jej nie znam. Warto jednak czasem o tym pomyśleć, zwłaszcza przed pojawieniem się dziecka, by zrozumieć, co temuż dziecku chce się dać, i czego od niego wymagać, a przecież i tak, gdy maluch przychodzi na świat wszystko wygląda inaczej, świat odwraca się do góry nogami.


Wyszperane w sieci :)

Przemek tego nie wie, ale ten post pisany był z myślą o nim i Kalince. Dedykowany obojgu. Młody tata przebierał Małą ostatnio, był z nią na spacerze i postanowił, że zostanie najlepszym ojcem świata. A ja mam nadzieję, że znajdzie z czasem umiar we wszystkim, i że Mała będzie miała świetnego tatę, który umiejętnie zgani i umiejętnie pochwali :)

Dobrej nocy :) I miłego początku dnia, tym, którzy wstaną z łóżek za ledwie 3, 4 godziny!

środa, 16 września 2009

Jestem tu...

Wreszcie wróciłam. Dom domem, ale tutaj czuję się jak u siebie. Tutaj jest moje miejsce i przestrzeń, którą wypełniam swoimi sprawami i znajomymi. Tak lubię. Tak czuję. Tego potrzebuję.

Jesienna aura powoli dotyka mojego ducha. Liście. Kasztany. Krótszy dzień. Chwilowe deszcze. Chłód. Przyroda wreszcie smutnieje. Babie lata utkane z mgły i pajęczyny unosząc się w powietrzu połyskują nieuchwytne i samotne... Wrzosy dawno zakwitłe przebijają się fioletem przez burość barw dokoła. A ja? Siedzę samiusieńka w moim pustym pokoju. Towarzyszą mi tylko sprzęty martwe, Józef cupający na szafce i "Good day my angel" Myslovitz. Jest tak pięknie, błogo, spokojnie, może ciężko tematycznie, ale właśnie tak jak lubię. Zbyt rzadko jestem tutaj sama. Zbyt rzadko mam okazję sycić się atmosferę tego pokoju, zaciemnionego, z szeroko otwartym oknem. Pokoju, który tyle ze mną przeżył...


Miałam dziś dziwny dzień. Parszywy z początku. Potem - tylko pusty. (Dlatego teraz mi tak dobrze).
W pociągu spotkanie, z gatunku tych, które zawsze kończą się pogwałceniem pewnych wyuczonych schematów, zaakceptowanych mechanizmów, stając się przyczyną lub zaczątkiem fiaska zakończonych historii dawnych.
Wojciech powraca. Wszystko się do Niego sprowadza. Wszystko z Nim się wiąże. Jakby mało było tego, co było. Drażni mnie ta Jego obecność, w nieobecności przecież. Dlaczego tak jest? Skoro już Go nie ma... Spotkałam w pociągu brata Wojtka. Nie chcę wdawać się w szczegóły. Znów nie było miło, choć początkowo nie brakowało pozorów, że już wyrośliśmy z naszej niechęci. Jak długo można mieć do siebie pretensje o rzeczy, na które nie ma się wpływu?!

Teraz? Pozwalam, by cały potencjał zrodzonych emocji uszedł ze mnie, otwartym oknem, ukradkiem w mroku. Chcę już końca tej historii - tego ograbiania mnie ze wspomnień, z przeżyć, przygód i dylematów. To, co było między mną a Wojtaszkiem było nasze, a nie czyjeś... A nadal inni wkładają ręce do naszej kieszeni...

Teraz? Czekam na Niego i to, że wybije mi te wszystkie głupoty z głowy. Kocham tę naszą teraźniejszość, to, że mam kogoś, kto do mnie wraca, na kogo czekam z obiadem, herbatą i że ten ktoś czeka na mnie. On przyjedzie już w piątek i wiem, że wtedy nie będzie liczyło się nic więcej. Szczęście przychodzi wraz z Jego uśmiechem, głosem, dotykiem. Nie ma już przypadkowych spotkań, są wyczekiwane z niecierpliwością oddawania się sobie nawzajem. Więc przyjedź... Do mnie!






Ps. Pobyt w domu obfitował w narodziny:) Mamy 43 prosiaczki :) Sama wiązałam pępowiny :)

czwartek, 10 września 2009

Pare słów o...

Zakochana dusza i ciało tak łatwo się niecierpliwią... Tak trudno przekonać je, że tydzień szybko zleci... One wiedzą, że tydzień znaczy: rok, wiek, wieczność.

Niecierpliwość zamieszkała we mnie nagle, znów, od środka. I posiedzi we mnie do czasu, gdy On lepkim balsamem miłości zetrze ją ze mnie...

Czekam. Jutro. Od rana. Na stacji. Nawet po to tylko, by zobaczyć ten pociąg...




A argument o biednych, dorosłych ludziach nic nie znaczy!
po nocy naznaczonej piętnem: "czuwaj, nie zaśpij", przychodzi ranek naznaczony słowami: "i czuwanie zbędne, sen lepszy"....

no to wstałam. muszę iść wykupić książki do angielskiego dla brata i ekipy. tylko, że już mi się nie chce.

pieprzony dekadentyzm!

i obiecuję sobie, że nigdy więcej nie pozwolę zbyć się słowami: "muszę o tym jeszcze pomyśleć", bo to znaczy ni mniej, ni więcej, że "mam cię gdzieś, i tak zrobię to, co będę chciał", czyli: "będę leżał w łóżeczku i się nie ruszał".




Na szczęście mam masę pracy i planów zastępczych na dzisiaj. Spadam...

Ps. chcę już do szkoły, na wykłady itd.

wtorek, 8 września 2009

Poranek...

Wstaje co dzień wcześnie ranek,
cicho, lecz radośnie,
by napełnić czasu dzbanek,
by szeptać ku sośnie.

Klasyczne rano. Dochodzi 10 i pierwsza kawa zdążyła powędrować dróżkami tajemnymi do organizmu. Błogo. Lekko. Leniwie. Krakowska kamienica za oknem mojego poznańskiego pokoju akademickiego wygląda przepięknie, słoneczne promiennie z całą ostrością napierają na stare ściany i dach, dzwonnica u Dominikanów rysuje się na tle nieba z całą wyrazistością szkicu - ostro pnąc się ku obłokom, zbyt leniwym, by stworzyć w ekranie mojego okna pokaz ruchomy - wszystko zamarło w bezruchu, tylko gra barw i światło- cień unoszą się w powietrzu wibrującym nicością i wszechbytem... Religia istnienia budzi podszepty: do pracy, wstań, no już Leniu jeden...

więc wstaję, nabożnie...

najpierw wizyta w salonie Plusa
później praca (ale nie więcej niż 5 godzin)
potem nauka

;* ;* ;* ;*Wyszperane w sieci :)

Psijaciel ci wróg? Psijaciel ci wróg? Psijaciel ci wróg? No jasne, że przyjaciel! Tak na dobry początek dnia. Może to nie mój Józek na zdjęciu, ale Józek i tak się cieszy, że rodzinę jego na bloga mojego wklejam. Hmmm, i bardzo mi to odpowiada.

Miłego dnia :)

poniedziałek, 7 września 2009

Newsy!!!!!!!!!!!!!

* nie mam telefonu, rozwalił się doszczętnie, nie mam na nowy, a umowa obowiązuje przez blisko dwa lata ;/;/;/;/

* byłam dzisiaj w pracy... TADA 1 godzinę i 30 minut :D jakby kto pytał, moja asertywność nie wymusiła na Adze jeszcze 30 minut spędzonych na piciu mocnej kawy z mlekiem; buuuuuuuuuuuu (ps. Aga mówi, że była zdesperowana, skoro nawet kawą wzgardziła, bidullllllaaaaaaaaa)

* egzamin z literatury 25 :) DAMY RADĘ!!!!!!!!!!!

* ślub się odbędzie, a ja i On pobawimy się na weselu, oby lepiej niż w piaskownicy :) i nawet pojadę w autku ze Sławkiem zaserwowanym podwójnie :)

* byłam na pierwszym piwie od bardzo dawna... i piło się jeden kufel z dobrym humorem, zniesmaczenie było minimalne a piwo czeskie ;) a teraz będzie wieczór z likierem ttooffii i filmem :) chyba Hitchcoca poddamy próbie ogniwej i skonfrontujemy go z krwią pulsującą słodkim płynem :)

* rozmawiałam z Nim przez telefon - dla mnie to święto :) :) :)

* uwielbiam takie dni jak ten, drugi z rzędu naprawdę udany i z cięciami niebolesnymi dla budżetu :D :D| :D

* a i po kubku Knorra z 5 zupkami w każdym sobie z Agnieszką kupiłyśmy, a co, chemii nie można spożywać?!

nie mogę sie powstrzymać...

piszę PRawie o 2 naD raneM :) albo ledwIE o 2 w Nocy :D

jesT mi Teraz zE soBĄ dobRze :) Jest mi BłOgO i spokoJNie, HarMOnIJNie i leKko...

i Nie JEstEm piJAna piszĄc to cZcioNkĄ nieDbałĄ i niEcHlujną :)



tak sobie pomyślałam, że fajnie się pochwalić tym, że w tej chwili ulotność szczęścia tak bardzo zatraciła się w mojej duszy, moim umyśle, moim ciele;
choć wiele spraw trudnych przede mną - te najważniejsze przybrały już kształty właściwe i nie obawiam się o nie tak, jak było dawniej;
czasem wystarczy jeden dzień, jeden wieczór, jedna osoba (która nie jest mną), dwie pizze i filmy z tańcem w tle;

a dla koneserów mojego bloga - to, co właśnie zaiskrzyło słowem, obrazem i pięknem w mojej małej główce, a przecież to takie wielkie:

Biała magia

Krzysztof Kamil Baczyński, 4 I 1942

Stojąc przed lustrem ciszy
Barbara z rękami u włosów
nalewa w szklane ciało
srebrne kropelki głosu.

I wtedy jak dzban - światłem
zapełnia się i szkląca
przejmuje w siebie gwiazdy
i biały pył miesiąca.

Przez ciała drżący pryzmat
w muzyce białych iskier
łasice się prześlizną
jak snu puszyste listki.

Oszronią się w nim niedźwiedzie,
jasne od gwiazd polarnych,
i myszy się strumień przewiedzie
płynąc lawiną gwarną.

Aż napełniona mlecznie,
w sen się powoli zapadnie,
a czas melodyjnie osiądzie
kaskadą blasku na dnie.

Więc ma Barbara srebrne
ciało. W nim pręży się miękko
biała łasica milczenia
pod niewidzialną ręką.





niedziela, 6 września 2009

Czekam, wciąż, na co?

Jest niedzielne popołudnie, pociąg do Poznania, a w nim ja, lekko zmartwiona, ale wypoczęta. Atmosfera jesiennego ochłodzenia widoczna jest nie tylko po zmianie koszulek-niewidek na kurtki spoooore - zmienił się wyraz twarzy: widać większe skupienie, odrobinę dystansu i perspektywiczność jakąś taką (kampania wrześniowa u młodych, szkoła u młodszych i pociechy w domu do pilnowaniu u starszejszych).

Przede mną wrześniowe walki oporu z doktorem literatury pozytywistycznej. Boję się go. Ale: skończyłam czytać Bez dogmatu Sienkiewicza... i mam duże nadzieje na sukces... Poza tym? Obeznanie w temacie będę wyrabiała sobie spokojnie, etapami. Rzucam pracę i poświęcę się lekturom :) I tu pojawia się wizja bankructwa, ale cóż: coś za coś - lepszy suchy chleb i czwarty rok na filologii polskiej, niż opcja zgoła odmienna.

Chciałabym kilka słów o tym Bez dogmatu napisać, bo... niby Sienkiewicz, ale... polecam, naprawdę polecam. Tym, którzy ciągle poszukują rozwiązania zagadki: dlaczego robię to, co robię; skąd we mnie te a nie inne motywacje lub ich brak. Książka jest wyrazem dekadentyzmu zupełnego, samoanaliza, auto- spojrzenie charakteryzują głównego bohatera Leona (duży plus dla autora za wybór imion: Leon i Aniela: lew i anioł). Głębokie porywy poznawcze łączą się z błyskotliwym kierowaniem postacią. Taka wypaczona przydomowa psychologia, ale w formie bardzo znośnej... I tak sobie myślę, że właśnie kreacja postawy Płoszowskiego jest odzwierciedlaniem zachowań dzisiejszego pokolenia - dostrzegam mnóstwo analogii pomiędzy przejściami miłosnymi bohatera a dzieciaków i dorosłych ludzi nawet teraz (nie chcę konkretyzować do tego stopnia, by zmusić się do wystawienia siebie w pierwszym rzędzie).
I przypomniał mi się Werter Goethego przy okazji :)

Kolejna sprawa: znów gorzej z Jovanem, nie pozwala się dotknąć, skomle z bólu... Czasem udaje się przemycić jakieś leki przeciwbólowe z jedzeniu, zastrzyki otzrymuje rgularnie. A mi się płakać chce, kiedy widzę, że mimo to cierpi... Mały, czarny Pies!

Aha: i dostałam prezent od Brata :)

Miłego dnia wszystkim.

środa, 2 września 2009

Powtarzalność

Dzieci znów idą do szkoły; znów plecaki, książki, tornistry. Nieśmiałość nadejścia jesieni zupełnie inaczej prezentuje się w konfrontacji z chłodem, który przebija się przez ubrania nad ranem. Jakoś tak mniej zielono, więcej brązów i złota za oknami domów, domków...

A ja myślę o tym, jak bardzo powtarzalna jest nasza natura człowiecza: kocha się kolejne osoby (no, chyba, że mówimy o szczęśliwcach "raz a dobrze") i każda jest najwspanialszą, najpiękniejszą, najlepszą, jedyną, wyczekiwaną.
Czy nie skrywa się w tym jakieś kłamstwo, jakaś nieprawda, sprzeczność, nielogiczność?
Cóż, nie widzę tego kłamstwa, zaprzeczenia. Idąc przed siebie uczymy się tego, że każdy etap to nowy zalążek mnie, ciebie, kogoś. I ten nowy zalążek szuka innego zalążka i kto wie - może z tego rozwinie się to najcenniejsze uczucie... I wybierając kogoś kierujemy się potrzebą dopełnienia przez osobę wyjątkową, wybraną...
Zupełnie inaczej jest z przyjaźnią. Przyjaźń musi przejść pewne próby ognia, ale musi też mieć jakąś bazę; dawać poczucie stałej opoki. Wszystkie fragmenty życia, przygody, problemy składają się w układankę, którą przejść można jedną i tą samą ścieżką. Przyjaźń nie lubi zmian. Nie toleruje rozstań i wznowień. Pewnie dlatego najtrwalsze przyjaźnie zawiązują się w dzieciństwie.
By mieć czas na budowę fundamentów...

Cieszy mnie jesień, cieszy powtarzalność i poczucie, że każdy prędzej czy później stanie się dla kogoś tą wyśnioną, wymarzoną połówką jabłka, pomarańczy czy innej mandarynki. I że zawsze jest się przyjacielem, w takim wymiarze, w jakim otacza się silnym ramieniem przyjaciela...

Chyba za dużo bzdur już napisałam... Zaplątałam się w słowa nadto...

Ps. T- shirt, kołdra, i kilka oznak, że byłeś tutaj... Nasza powtarzalność to kolebka, która kołysze moje myśli do snu, do życia, by pójść do pracy. A Ty nawet nie wiesz, ile szczęścia znalazłam w Twoich oczach teraz...

wtorek, 1 września 2009

***

Niebo. On. Dal.

Wtulam się w pościel pachnącą Nim.

I nie rozumiem dlaczego miesiąc to znów wieczność?



Pojechał...


Wczoraj przez kilka godzin byłam najszczęśliwszą osobą pod słońcem - a potem jeden telefon i trach. Musiał wracać. Wiem. A ja musiałam zostać. Wiem.
I co z tego???????????????????????