niedziela, 27 września 2009

ZaKręcONa, zaWIrowaNa, RozHUśtaNA, z SzaLEŃstwEm w OkU...

Jak mam się dzisiaj opisać? Mam z tym poważny problem. Brak mi słów, co zdarza się tylko w wyjątkowych momentach. W skrócie (który zapewne rozwinę w dalszych partiach tekstu): jestem jak wulkan, który tryska pozytywną energią, radosną, rozświetloną, wzburzoną, szaloną, dziką, nieuzasadnienie obfitą...

Ale - niech ten wpis ma ręce i nogi - po kolei...

Zaczęło się dramatycznie - egzamin przełożony, nadal tkwię na III roku filologii polskiej (do końca października) i za dużo by trzeba by było o tym napisać. Najważniejsze: egzamin przełożony ze względów administracyjnych, a nie luk w wiedzy. I na tym urwę tenże wątek. (Na marginesie - UAM jest beznadziejny w kontekście biurokratycznym).


Dla poprawy nastroju zezwoliłam na organizację kameralnej popijawy gitarowej w moim pokoju w składzie: Jeremiasz, Przemek, On i ja :) No więc naszą (prawie)wspólną ofiarą padły: 2 butelki wina, 4 piwa, butelka cytrynówki... Prawie - odnosi się do całej połowy lampki wina, którą udało mi się wysączyć - mój organizm nie przyjmuje alkoholu w żadnej postaci i pod żadnym pretekstem - czyli całą resztą raczyli się MOI chłopcy :D
Jeremiasz i Przemek są doskonali w tym, co kochają. Mam na myśli ich pasję gitarową... Dzięki temu ja mam okazję przekonywać się powoli do muzyki Kaczmarskiego, Zespołu Reprezentacyjnego. Poza tym KULT w ich wykonaniu powala na kolana, a i reszta muzycznego jestestwa budzi podziw.
Elitarność wystąpień Jeremiaszowo- Przemkowych, lub Przemkowo- Jeremiaszowych zawsze jest dla mnie swoistą ucztą dla uszu. Wieczór piątkowy był wyjątkowy jak zawsze: dwie długie świece rozświetlające pokój, rozedrgane struny głosowe panów i On wpatrzony we mnie jak w obrazek święty - czegóż chcieć więcej? No więc pozwoliłam się sobie zatopić w tej aurze akademickiej bohemy, studenckiej hedonii... Zarumieniona, z bystrym okiem chłonęłam wszystkie szczegóły - zmiany w mimice, ubytki w butelkach, przewijane tematy rozmów urywanych kolejnymi pieśniami, pozwalając by czas na moment zamarł, by nie wdzierał się do naszego małego pokoju muzyki, zabawy i beztroski. Zieleń butelek, brzęk uderzanego szkła i ta aura przyciemnionej rozwiązłości niewinnej, miały w sobie przesłanie: "korzystaj, póki możesz". I nie tkwi w tym cierpka ironia niedosytu. Dlatego - panowie - zapraszam ponownie.
Dodać muszę, że dodatkowym atutem wieczoru było to, iż, jako jedyna kobieta, czułam się w tym wąskim, acz doborowym towarzystwie, zauważalna, dopieszczona, ważna. I miło mi było przez moment być kimś, kim nie bywam na imprezach większych rozmiarów.

Kolejny dzień, powitany już w momencie narodzin, po północy zaczął się tak naprawdę dopiero o godzinie 9. Oczywiście trzeba było odrobinę pokój ogarnąć, bo ślady nocnych Polaków rozmów były zbyt wyraźne, by tak po prostu je zignorować.
On zdecydował się na powrót do domu. A ja? Nawet przez moment nie byłam sama. Pojawili się nowi ludzie, znów życie towarzyskie kręciło się pełną parą.
Wreszcie, po 4 latach spotkałam się z moim przyjacielem?, no, dobrym znajomym. Marcin przyjechał do Poznania ze swoją ukochaną. A ja? Patrzyłam jak bardzo zależy mu na Miśce i cieszę się tym, że wreszcie jest szczęśliwy z kimś. Co prawda nasze wspólne roztrwonienie czasu miało wyglądać zupełnie inaczej: miało być jakieś taneczne wyjście, to myślę, że i tak byli zadowoleni.
Agnieszka, która wróciła (znów waletuje w naszym pokoju) - miała gości. No więc jej goście i moi goście zwarli się w całość i wieczór skończył się przychipsowym oglądaniem filmu o jakże wymownym tytule: The hangover. Historia spodobała się wszystkim, a ogólnowyzwalane salwy śmiechu chyba są tego wystarczającym potwierdzeniem? :)

A dzisiaj? Sycę się samotnością i urokiem, jaki rzuciły na mnie ściany, półki, szafki, lampy i krzesła mojego pokoju. Aga cichcem wymknęła się na zajęcia, więc wstałam pierwszy raz o porze, wyznaczonej potrzebą organizmu. Rozbudziłam się mocną, słodką kawą, bez mleka. Pozwoliłam sobie na odrobinę luksusu: pokręciłam włosy, wreszcie umalowałam paznokcie, czyli zrobiłam się na więcej niż bóstwo :)
Koło 11 włączyłam sobie film z Jamesem Dean' em i pozwoliłam, by czas przepływał mi między palcami, by lekko przesmykiwał się między jednym mrugnięciem oka, a nieuzasadnionym wybuchem śmiechu. Takie nic nieróbstwo, lenistwo skrajne doskonale zregenerowały umysł, który jeszcze dwa dni wcześniej silnie odczuł nieuchronność egzaminu niezbyt przyjemnego.
Aga wróciła z zajęć, a ja grzecznie pomaszerowałam do Empiku w celu zakupienia kartki okolicznościowej dla kuzyna, który w przyszłą sobotę utraci wolność :) A ja sobie na jego weselu z Nim potańczę :)

Żeby atrakcjom nie było końca - umówiłam się już na jutro - z samego rana przyjdzie Michaś na kawkę. I tym też się cieszę, bo od jakiegoś czasu nie było okazji do rozmowy.

Te kilka dni minęły nie wiem kiedy, spontanicznie i radośnie...
Ale zdarzyło się też coś, co głęboko mnie zasmuciło, dotknęło i pokazało, jak wielkim tchórzem jestem. Nie chcę się teraz wdawać w szczegóły. Ten wątek opiszę zupełnie osobno, tak, by wybrzmiałon z całą mocą i pełnią goryczy. Tak, jak wybrzmieć powinien. I mimo mojego świetnego nastroju - nie uwalnia mnie myśl o tym, jak bardzo nienawidzę pewnych aspektów życia, i jak bardzo to życie jest złe i niegodziwe.

Ostatnio moi kochani, których już podobno nie ma - wracają do mnie. I teraz przyszedł dziadek, w starszej kobiecie... Może to ja prowokuję te nawiedzenia duchów? Nie wiem.

Ale o tym dopiero napiszę.
Teraz?
Chcę jeszcze odrobiny rozpędzonego szaleństwa i burzy własnego nierozgarnięcia, z którym jest mi dziś tak bardzo do twarzy :) I marzy mi się jakaś egzotyczna wyspa...


Miłego wieczoru, Czytacze moi.

Brak komentarzy: