Śmiejemy się. Na wyrywki. Z tego i owego.
A coraz mniej tych powodów do śmiechu.
Kiedyś wspominałam, że pod koniec studiów I patrzy niestrudzenie zamieni się w I szuka pracy bez sukcesu... To było mądre przewidywanie tego, co ma się wydarzyć już za momentów kilka.
Dziś...
Za miesiąc obrona. Taki jest plan, chyba że mi się noga powinie, bądź złamie bardzo realnie.
A potem?
Zaczynam się bać...
I wieszczyć.
Nieprawda. Przerabiam ten scenariusz od kilku miesięcy w głowie, bo ani się wpychać na drabinę kariery chcę, ani potrafię... I niestety, Szamanie Drogi, wyjdzie mi pewnie ten zmywak, dzieć jaki do pilnowania (bo nie że osobisty), albo inna niewiadoma (wiadomo, że nieambitna i chwilowa). Tyle, że mi ten zmywak bądź pozostałe możliwości wyjść mogą tu lub gdziekolwiek, z nastawieniem na tu, bo żeby wybyć gdziekolwiek - trzeba mieć kapitał początkowy.
Strasznym jest, że jak u Black - nie wiem, co chcę robić.
(Tylko, że dziś tu już nie o chcenie chodzi, a o przetrwanie, bez ogródek sprawę zapisując).
Każdego dnia zwalczam tę myśl uparcie, puchnie ona jednak w mojej głowie.
I boli, boli, boli.
Marudzę z dnia na dzień coraz bardziej. Miewam podłe humory. Poranki witane lewą nogą. I już czuję powiew zamykanej kasy w Biedronce, którą nie dajcie Niebiosa - obsługiwać mi przyjdzie. I już listę w Urzędzie Pracy podpisuję. I już snuję się po korytarzach wyimaginowanych jakiejś fabryki obskurnej. I już... zapycham usta czerstwą pajdą chleba. I właściwie tylko mi fartucha brak i jakiejś flaszki w torebce...
Piękne, humanistyczne, mądre studia, które od podszewki wyglądają mniej dostojnie, prowadzą na manowce... Wielcy literaci, ulotność i powab słów, owinięte wokół palców Istnienia stają się ledwie żartem, z którego nie mam śmiałości się śmiać, bo w bluszczu oplatającym rynek pracy pięć lat zaczytywania się i kształcenia - nie znaczy nic.
A może to tylko ze mną coś jest nie tak, gubię się i motam?
Chyba mi słabo...
Powietrzaaaaaaaaaaaaaaaa!
I tak jakoś kojarzy mi się numer Perfectu: Co się stało z Magdą K?
Spokojnej nocy.
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
wtorek, 31 maja 2011
czwartek, 26 maja 2011
...
rozsypują się moje słowa
po blacie stolika
który już za chwile należał będzie do kogoś innego
Trudno porzucić Dom. Miejsce, które się stało bezpieczną przystanią. Własnym kątem.
po blacie stolika
który już za chwile należał będzie do kogoś innego
Trudno porzucić Dom. Miejsce, które się stało bezpieczną przystanią. Własnym kątem.
wtorek, 24 maja 2011
historie
świat wali się u naszych stóp
rozkrzyczanym kochaniem
ustami rwącymi się z trzeciego piętra
z pająkiem pod daszkiem rozhuśtanym
W powietrzu zawirowało coś niepojętego... Kilka głupot wymieszanych z mądrymi decyzjami. Nowe szaleństwo. Nowa głupota - zaczynam kolekcjonować stany nieważkości.
Studia studiami. Rodzice Rodzicami. Mężczyźni mężczyznami.
Ja sobą... coraz bardziej, częściej.
Postanowiłam się czegoś nauczyć. Czegoś nowego. Czegoś doskonałego. Czegoś nieprawdopodobnego. Znalazłam na to sposób. Zajęło mi to mnóstwo czasu, spiłowało to moją odwagę i upór. I tak. Udało się.
Każdy kolejny krok jest dla mnie trudniejszy. Serce rwie się na strzępy, jak stare łachmany. Rozkołysane miłośnie wyblakło już strasznie. Niechciane. Niepotrzebne. Zawadzające każdemu z nas. Jestem na gapę.
Plany teatralne. Plany. Nie moje. Ich.
Moje rozdroże. Nasze.
Czekam.
W każdym dniu widząc cień szansy.
Jest mi dobrze. Układam życie jak prasowaną koszulę. Kończę studia. Zrobię staż. Może uda mi się stąd uciec. Udaję, że serce może znaczyć mniej niż może. Że luki w dniach wypełnić można książkami. Chciałabym, żeby to się dało zrobić, jak należy. Praca, mieszkanie, pies i święty spokój.
To czego oczekuję dałoby się wypić, jak kubek gorzkiej herbaty.
Co z tego, skoro po cichutku liczę na coś zupełnie innego.
Ile można mieć żyć w życiu?
Słyszałam dziś kilka złych historii. Kalki łez i zgrzytów.
Dodałam kawałek własnej.
Ale niewielki.
To, co większe musi zostać w cieniu, schowane pod rzęsami akacji, całującej się nieśmiało z parapetami, gdy tylko podmuch wiatru przybliży płatki do metalicznych ust...
Czas jest dobry dla snów.
rozkrzyczanym kochaniem
ustami rwącymi się z trzeciego piętra
z pająkiem pod daszkiem rozhuśtanym
W powietrzu zawirowało coś niepojętego... Kilka głupot wymieszanych z mądrymi decyzjami. Nowe szaleństwo. Nowa głupota - zaczynam kolekcjonować stany nieważkości.
Studia studiami. Rodzice Rodzicami. Mężczyźni mężczyznami.
Ja sobą... coraz bardziej, częściej.
Postanowiłam się czegoś nauczyć. Czegoś nowego. Czegoś doskonałego. Czegoś nieprawdopodobnego. Znalazłam na to sposób. Zajęło mi to mnóstwo czasu, spiłowało to moją odwagę i upór. I tak. Udało się.
Każdy kolejny krok jest dla mnie trudniejszy. Serce rwie się na strzępy, jak stare łachmany. Rozkołysane miłośnie wyblakło już strasznie. Niechciane. Niepotrzebne. Zawadzające każdemu z nas. Jestem na gapę.
Plany teatralne. Plany. Nie moje. Ich.
Moje rozdroże. Nasze.
Czekam.
W każdym dniu widząc cień szansy.
Jest mi dobrze. Układam życie jak prasowaną koszulę. Kończę studia. Zrobię staż. Może uda mi się stąd uciec. Udaję, że serce może znaczyć mniej niż może. Że luki w dniach wypełnić można książkami. Chciałabym, żeby to się dało zrobić, jak należy. Praca, mieszkanie, pies i święty spokój.
To czego oczekuję dałoby się wypić, jak kubek gorzkiej herbaty.
Co z tego, skoro po cichutku liczę na coś zupełnie innego.
Ile można mieć żyć w życiu?
Słyszałam dziś kilka złych historii. Kalki łez i zgrzytów.
Dodałam kawałek własnej.
Ale niewielki.
To, co większe musi zostać w cieniu, schowane pod rzęsami akacji, całującej się nieśmiało z parapetami, gdy tylko podmuch wiatru przybliży płatki do metalicznych ust...
Czas jest dobry dla snów.
sobota, 21 maja 2011
czwartek, 19 maja 2011
pod wieczór
Ociężale upojna woń akacjowego kwiecia wdziera się do 418 o tej porze tak intensywnie, jakby podłoga usłana nią była pod niebem podwieczornym.
Pokój opustoszał. Znów mam weekend dla siebie, weekend pisania. Znów świat zwalnia na moment, kiedy mogę położyć się na łóżku nie rozmyślając o innych.
Jestem sama ze swoim światkiem niewielkim, który przechowuję, niczym najcenniejszą relikwię.
Przypominam sobie zdania, których nie mogłam wypowiedzieć, bo czas i miejsce nie sprzyjały. Przypominam sobie twarze osób, bez których cała ja nie miałabym sensu.
I ostatnie chwile razem sobie przypominam.
Mogłabym recytować te ciepłe rozmowy. I wypisać wszystkie zimne słowa, które zatrzymywaliśmy w locie.
Jesteśmy dobrzy. My wszyscy.
(A każdy grzeszek, każde na pokuszenie wyliczam z namaszczeniem, zatrzymując się w sekundach które trwać mogłyby i przez wieczność).
Świat rozpada się ukradkami. Odłamane rożki wielokątu bycia.
Gorzki posmak czekolady i wino cierpkie, gdy jaskółki, nisko tocząc koła, zapowiadały deszcz i burze (jak teraz).
Odnajduję sensy w bezsensownym rozglądaniu się dookoła.
Koniec studiów kończy coś ważniejszego.
Nowy etap na razie ukrywa się pod znakami zapytania.
Nie wierzę w nic, o czym marzyłam. Nie uda się zwiać. Nie uda się zmienić miejsca.
Nie mam takich możliwości.
(Utrzymywana prowizorycznym haczykiem - zaczepiłam się o coś i wiszę w powietrzu).
Chcenie zamieni się w przymus.
O chceniu pomyśleć będzie można, gdy znajdzie się miejsce na start, bo do stracenia nic nie mam.
Skóra pachnie słońcem. Maleńkie piegi roztańczyły się po ramionach, przeskakując zgrabnie z nosa i policzków. Włosy opadają z beztroską, nieświadome siwiejących refleksów. Chmury za oknem przysiadają na dachówkach. Naprzeciwko kamienica ustrojona żelastwem i wielkie czekanie, odwieczne pragnienie dziania się czegoś niepojętego.
Jaka jestem?
Dzisiaj - bardzo maleńka...
I tylko jaskółek czarne korale na niebie przesuwają się spiesznie.
Pokój opustoszał. Znów mam weekend dla siebie, weekend pisania. Znów świat zwalnia na moment, kiedy mogę położyć się na łóżku nie rozmyślając o innych.
Jestem sama ze swoim światkiem niewielkim, który przechowuję, niczym najcenniejszą relikwię.
Przypominam sobie zdania, których nie mogłam wypowiedzieć, bo czas i miejsce nie sprzyjały. Przypominam sobie twarze osób, bez których cała ja nie miałabym sensu.
I ostatnie chwile razem sobie przypominam.
Mogłabym recytować te ciepłe rozmowy. I wypisać wszystkie zimne słowa, które zatrzymywaliśmy w locie.
Jesteśmy dobrzy. My wszyscy.
(A każdy grzeszek, każde na pokuszenie wyliczam z namaszczeniem, zatrzymując się w sekundach które trwać mogłyby i przez wieczność).
Świat rozpada się ukradkami. Odłamane rożki wielokątu bycia.
Gorzki posmak czekolady i wino cierpkie, gdy jaskółki, nisko tocząc koła, zapowiadały deszcz i burze (jak teraz).
Odnajduję sensy w bezsensownym rozglądaniu się dookoła.
Koniec studiów kończy coś ważniejszego.
Nowy etap na razie ukrywa się pod znakami zapytania.
Nie wierzę w nic, o czym marzyłam. Nie uda się zwiać. Nie uda się zmienić miejsca.
Nie mam takich możliwości.
(Utrzymywana prowizorycznym haczykiem - zaczepiłam się o coś i wiszę w powietrzu).
Chcenie zamieni się w przymus.
O chceniu pomyśleć będzie można, gdy znajdzie się miejsce na start, bo do stracenia nic nie mam.
Skóra pachnie słońcem. Maleńkie piegi roztańczyły się po ramionach, przeskakując zgrabnie z nosa i policzków. Włosy opadają z beztroską, nieświadome siwiejących refleksów. Chmury za oknem przysiadają na dachówkach. Naprzeciwko kamienica ustrojona żelastwem i wielkie czekanie, odwieczne pragnienie dziania się czegoś niepojętego.
Jaka jestem?
Dzisiaj - bardzo maleńka...
I tylko jaskółek czarne korale na niebie przesuwają się spiesznie.
wtorek, 17 maja 2011
po czasie ;)
Jakoś tak nie umiem wykasować tego bloga.
Stare najlepsze śmieci.
Najmilsze.
Nowe miejsce ma jakiś tam charakter, ale to nie to. Mimo wszystko.
Odblokowuję. Żeby się czytać dało, kiedy się komu zechce.
Ja tego potrzebuję.
Mój dziwaczny, nierealny tlen.
Pozdrawiam ciepło, bo...
Malutka
Stare najlepsze śmieci.
Najmilsze.
Nowe miejsce ma jakiś tam charakter, ale to nie to. Mimo wszystko.
Odblokowuję. Żeby się czytać dało, kiedy się komu zechce.
Ja tego potrzebuję.
Mój dziwaczny, nierealny tlen.
Pozdrawiam ciepło, bo...
Malutka
Subskrybuj:
Posty (Atom)