Dziwny czas.
Amalgamat porażek, sukcesów i oczekiwania.
Jakoś się rozpływa świat miedzy słowami.
Kształty i kolory uciekają, przybiegają, wwiercają się do głowy.
potrafić, chcieć, próbować, upadać, podnosić się...
Noc nastroszyła skrzydła czarne, dziobem zahaczyła o stare latarnie. Wszystko straszne, mroczne, fascynujące. Oczy: potrójnie widzicie.
Tyle, aby oddać moje lekkie narauszowanie się z Klaudią i Edkiem w "Czytelni". I jego efekt: zwiałam z 418 do Niego, by poczuć się pewnie i bezpiecznie. Przytłoczyły mnie ściany 418 i Przem z Jolą. Musiałam się wydostać. Jeden krótki telefon i ewakuacja: autobus o 23.35 - jeszcze 12 minut - zdążę. Szybki kurs wychodzenia: ubrać buty, założyć płaszcz, wziąć torebkę (której zawartości się nie weryfikuje) i wyjść, po prostu. Bo czasem tak trzeba, żeby się uspokoić, coś odreagować.
(dobrze mieć takie miejsce, gdzie można uciec, gdzie można się schować, w razie co... nawet jeśli to miejsce ogranicza się do jednego łóżka, szafy i dwóch foteli na drugim końcu miasta)
Wróciłam z niewielkim kacem moralnym, że piłam to piwo i wiśniówkę po to, by zapomnieć na moment o pewnej złości... Tak nie trzeba, tak nie wolno.
Właściwie to zakiełkowało we mnie dławione zadowolenie. Wszystko się układa, wszystko, co najważniejsze. Jestem szczęśliwa. Cześ, który we mnie mieszka śmieje się ostatnio od ucha do ucha, a ja razem z nim. Mam wymarzony spokój, Jego i przyjaciół. Jest tak, jak chciałam.
Przesłanie na dzisiaj w tej piosence - szkoda, że tylko taki filmik znalazłam... (Przyznaje się też, że za bardzo nie szukałam, bo chodzi o słowa, a nie resztę...).
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
wtorek, 23 lutego 2010
poniedziałek, 22 lutego 2010
Powrót
Znów Poznań. Znów akademik.
:) :) :)
Doszłam dziś (ups, wczoraj) do wniosku, że fajny ze mnie zwierz... Mam wrażenie, że zaczynam siebie lubić. (Tylko, jeszcze muszę schudnąć). Dostrzegam chyba wreszcie to, co we mnie nastrojone, jak trzeba ;)
Dzień był z przygodami. Pożegnałam Jacka, Olka i Konradka, by spotkać Piotrusia, który spławił Radka, żebym pogadała z Adasiem, by zobaczyć Michała, wpaść w ramiona Sławka - Jego, i krańcowo pogadać z Przemkiem i Michałem nr 2. Dobrze, że były przerwy na jakieś dziewczyny (Izę i Aneszkę). CZESIU RZĄDZI!!!!!
Dobranoc
:) :) :)
Doszłam dziś (ups, wczoraj) do wniosku, że fajny ze mnie zwierz... Mam wrażenie, że zaczynam siebie lubić. (Tylko, jeszcze muszę schudnąć). Dostrzegam chyba wreszcie to, co we mnie nastrojone, jak trzeba ;)
Dzień był z przygodami. Pożegnałam Jacka, Olka i Konradka, by spotkać Piotrusia, który spławił Radka, żebym pogadała z Adasiem, by zobaczyć Michała, wpaść w ramiona Sławka - Jego, i krańcowo pogadać z Przemkiem i Michałem nr 2. Dobrze, że były przerwy na jakieś dziewczyny (Izę i Aneszkę). CZESIU RZĄDZI!!!!!
Dobranoc
piątek, 19 lutego 2010
Szybkie sprawozdanie
Gwiżdżę na cały świat, z zaangażowaniem, w melodie starych piosenek żołnierskich, a co, nie można? Wszak gwizdać też każdy może, a tak się składa, że ja dość głośno i dźwięcznie potrafię, więc dziś dzień był przegwizdany ;)
Prosiaki już na świecie. Było w miarę szybko i bez komplikacji. :)
Teraz piszę o Iwaszkiewiczu.
W domu gość. W pokoju Konradek. A internet w miarę się mnie słucha.
Tyle na teraz, na więcej nie mam czasu. Odezwę się, jak już do Poznania wrócę.
Pozdrawiam ciepło
Prosiaki już na świecie. Było w miarę szybko i bez komplikacji. :)
Teraz piszę o Iwaszkiewiczu.
W domu gość. W pokoju Konradek. A internet w miarę się mnie słucha.
Tyle na teraz, na więcej nie mam czasu. Odezwę się, jak już do Poznania wrócę.
Pozdrawiam ciepło
środa, 17 lutego 2010
Nach Hause fahren :)
Wieczorową porą padam na ryj pod drzwiami pokoju - totalnie wypompowana fizycznie. Ale spokojnie - nic mi nie jest :)
To ten brak snu, połączony z gorączką i wymęczeniem psychicznym na dwóch beznadziejnych ćwiczeniach, że Łomatko Bosko.
Po kolei. Znów nie spałam w nocy - do 4. Jak już zaczęłam zasypiać, to mój cichy terrorysta - pęcherz -przypomniał mi, kto w naszym związku rządzi, i niestety nie ja... A jak już faktycznie zaczęłam przysypiać - Aga wstała i koniec snu... Ehhh, ciężki żywot człeka o lekkim śnie.
Jak już, ku chwale ojczyzny, wstałam - wybyłam na najulubieńsze ćwiki z historii literatury współczesnej. La Doktorr zrobił jednak wszystkim niespodziankę (z której z wiadomych powodów się specjalnie nie cieszyłam) i zwolnił nas po 10 minutach wzajemnego adorowania i flirtowania :)
Luka w dniu... Dłuuuga i senna, ale na sen nie było siły - nie przyszedł. Siedziałam z Aneszką i tyle.
No i wreszcie nadeszła godzina, by pójść na zajęcia ze specjalizacji, zupełnie nowe. No i zonk. Kaszana. Tragedia grecka. Kiepski horror. Koszmar. Kicha. Lipa. Dno. Rynsztok.
Socjologia literatury - gdyby przyszedł z ulicy jakiś pijaczek i opowiedział o krojeniu chleba - zrobiłoby to lepsze wrażenie i miałoby większy sens. Kobieta pobiła największych nudziarzy, z jakimi miałam styczność do dzisiaj...
Komparatystyka: mówmy o tym, że Kresy Wschodnie są fajne, no... Dorabianie ideologii do istnienia instytutu, który robi za czarną owcę - owszem, mają paru pasjonatów, ale... i tak szaro tam, i buro. A nas trza zewangelizować na nową wiarę: trza czytać bzdury o podobieństwach przekleństw i przeklinania u nas i np. na Litwie. (A jak ktoś oznajmił, że woli Bałkany - to pani oznajmiła, że Bałkany są PRZEREKLAMOWANE!). Jak wytrwam tam psychicznie - włóżcie mi wieniec laurowy na głowę i jeszcze zatańczcie mazura.
A jutro kierunek: DOMEK. Będzie mama, będzie tata, szczekanie Jovana i chyba akuszerka prosiakowa :D I chce się żyć! Jak ja lubię wracać do domu, gdy czekają mnie ulubione atrakcje i zajęcia.... Ciekawe czy jest już jak po mnie na stację wyjechać, bo wcześniej śnieg zasypał wszystkie drogi, co niczym do Rzymu, na stację PKP zmierzały.
A teraz czas na zasłużone lulu. Wam również - słodkich snów!
To ten brak snu, połączony z gorączką i wymęczeniem psychicznym na dwóch beznadziejnych ćwiczeniach, że Łomatko Bosko.
Po kolei. Znów nie spałam w nocy - do 4. Jak już zaczęłam zasypiać, to mój cichy terrorysta - pęcherz -przypomniał mi, kto w naszym związku rządzi, i niestety nie ja... A jak już faktycznie zaczęłam przysypiać - Aga wstała i koniec snu... Ehhh, ciężki żywot człeka o lekkim śnie.
Jak już, ku chwale ojczyzny, wstałam - wybyłam na najulubieńsze ćwiki z historii literatury współczesnej. La Doktorr zrobił jednak wszystkim niespodziankę (z której z wiadomych powodów się specjalnie nie cieszyłam) i zwolnił nas po 10 minutach wzajemnego adorowania i flirtowania :)
Luka w dniu... Dłuuuga i senna, ale na sen nie było siły - nie przyszedł. Siedziałam z Aneszką i tyle.
No i wreszcie nadeszła godzina, by pójść na zajęcia ze specjalizacji, zupełnie nowe. No i zonk. Kaszana. Tragedia grecka. Kiepski horror. Koszmar. Kicha. Lipa. Dno. Rynsztok.
Socjologia literatury - gdyby przyszedł z ulicy jakiś pijaczek i opowiedział o krojeniu chleba - zrobiłoby to lepsze wrażenie i miałoby większy sens. Kobieta pobiła największych nudziarzy, z jakimi miałam styczność do dzisiaj...
Komparatystyka: mówmy o tym, że Kresy Wschodnie są fajne, no... Dorabianie ideologii do istnienia instytutu, który robi za czarną owcę - owszem, mają paru pasjonatów, ale... i tak szaro tam, i buro. A nas trza zewangelizować na nową wiarę: trza czytać bzdury o podobieństwach przekleństw i przeklinania u nas i np. na Litwie. (A jak ktoś oznajmił, że woli Bałkany - to pani oznajmiła, że Bałkany są PRZEREKLAMOWANE!). Jak wytrwam tam psychicznie - włóżcie mi wieniec laurowy na głowę i jeszcze zatańczcie mazura.
A jutro kierunek: DOMEK. Będzie mama, będzie tata, szczekanie Jovana i chyba akuszerka prosiakowa :D I chce się żyć! Jak ja lubię wracać do domu, gdy czekają mnie ulubione atrakcje i zajęcia.... Ciekawe czy jest już jak po mnie na stację wyjechać, bo wcześniej śnieg zasypał wszystkie drogi, co niczym do Rzymu, na stację PKP zmierzały.
A teraz czas na zasłużone lulu. Wam również - słodkich snów!
wtorek, 16 lutego 2010
Czesiowe okulary (w rozumieniu przysłowiowym - różowe)
To ja. Wariatka pierwszej klasy :)
Patelnia, umieszczona w mojej dłoni zwiedziła dziś w zawrotnym tempie pół akademika - bo po jednej stronie pokój Michaśka, po drugiej Izki, a ja takie cudo wyczarowałam smakowe, że żal było samej spożyć.
Chwalę się przepisem, prostym jak drut, niewyszukanym - ale takim, co to moje podniebienie zdobył niezaprzeczalnie:
Na patelnię wlać odrobinę oleju, na to wrzucić szpinak (mrrrr) i poczekać aż się zieloności roztopią w papkę. Wrzucić serek topiony (w wersji pół np). Jak serek się rozpuści wlać śmietanę 18% (wiem, że tucząco, ale smakowicie). Wymieszać. Aaaa, zapomniałam o przyprawach - to jest chyba jedyna rzecz, do której używam tylko pieprzu i soli, choć z przewagą soli :) Do tego makaron, ryż lub chlebek (preferowany przez mnie).
Od jutra dieta. Dziś - żarełko.
Poza tym - biorę się do roboty. Iwaszkiewiczowa Ukraina wymaga odrobiny zbadania gruntu i przejścia przez powieść i 2 opowiadania plus oczywiście literatura naukowa... Blehhh.
W mojej głowie myśl, że dzisiaj jest dobry dzień. Wesoło mi i śpiewnie - znów J. Stuhr sparafrazowany: "Śpiewać Czesiu może, czasem lepiej, lub trochę gorzej". W duszy gra. I zielono. I w ogóle pozytywnie jakoś... Myślę sobie, że plotka o nadejściu wiosny musiała na moją podświadomość, jak placebo, zadziałać. Hehe
Kazimierz je właśnie suszoną żurawinę - chyba pójdę chomiczym przykładem i w ramach deseru będę żurawinować. Zapomniałam napisać, że futerko Kazia zmieniło kolor na żywszy popiel, z wyraźną czarną pręgą na plecach - wygląda zjawiskowo. Mały nadal robi furorę pośród tych, którzy widzą go po raz pierwszy. Choć ostatnio częściej delikwentów gryzie - biedni - mimo, że ostrzegani, reagują różnie. Ostatnio Stefan prawie zwiał z pokoju, jak Kazinek ugryzł go w palec, a na domiar złego zesunął się pod rękaw bluzy ;) A ja mam ubaw. Bo chomik mały, ludzie wielkie - kto kogo powinien się obawiać?
Fajnie mieć zajęcia, gdy się one nie odbywają.
Posiedzieć samej w pokoju, gdy obowiązkowe herbatki już się dopiją.
Luksus wolności i swobody. Luksus kochania siebie.
Problemy innych chwilowo od siebie odsuwam, jest we mnie samozaparcie, żeby popatrzeć na świat od strony, nie, no nie od różowej, ale powiedzmy od wrzosowej strony:) Chcę się cieszyć wszystkim, zwłaszcza głupotami (np. latającą patelnią), bo to niby nieistotne, ale zawsze się cieplej robi człowiekowi tam w środku. Martwienie się ciągłe już mi bokiem wychodzi - wiem, że przede mną fala tarapatów w przyszłości niezbyt odległej i nie da się ich uniknąć, więc lepiej podładować baterie. Nie da się ciągle marudzić, nudzić i rozpaczać, posępne to i bezperspektywiczne. A moje życie ma być piękne, bo ja tak chcę. Uznaję, że porcję zgryzot, mi pisanych - mam już za sobą. Musi więc być już lepiej.
Szkoda tylko, że moje postanowienie mija się z postawą kilku najbliższych osób. Przygaszone spojrzenia, ciche skargi, gorzkie łzy, albo uparte milczenie. Nie ma sposobu, żeby rozproszyć ten mrok, ja nie mam. Tylko, że mnie ten mrok też zabijał... Można się wykaraskać, ja wiem, że można. Może oni też kiedyś zrozumią, bo to ludzie cudowni, tacy, co to mają serce wielkości Pałacu Kultury i Nauki (choć niekoniecznie w tym kształcie), tacy, co to ostatnio koszulinę zdejmą z siebie i podarują z chęcią, i wreszcie tacy, z którymi można kraść i konie, i krowy, i kozy nawet. Jeśli pozwoli się, by rozpacz pochłąnęła przeszłość i przyszłość - teraźniejszość sama się rozsypie. Nie wierzę w zupełny determinizm.
Przeczytałam ostatnio taką myśl:
I coś w tym jest.
Teraz kończę. Może zajrzę wieczorem? ;)
Miłego dnia, Kochani
Patelnia, umieszczona w mojej dłoni zwiedziła dziś w zawrotnym tempie pół akademika - bo po jednej stronie pokój Michaśka, po drugiej Izki, a ja takie cudo wyczarowałam smakowe, że żal było samej spożyć.
Chwalę się przepisem, prostym jak drut, niewyszukanym - ale takim, co to moje podniebienie zdobył niezaprzeczalnie:
Na patelnię wlać odrobinę oleju, na to wrzucić szpinak (mrrrr) i poczekać aż się zieloności roztopią w papkę. Wrzucić serek topiony (w wersji pół np). Jak serek się rozpuści wlać śmietanę 18% (wiem, że tucząco, ale smakowicie). Wymieszać. Aaaa, zapomniałam o przyprawach - to jest chyba jedyna rzecz, do której używam tylko pieprzu i soli, choć z przewagą soli :) Do tego makaron, ryż lub chlebek (preferowany przez mnie).
Od jutra dieta. Dziś - żarełko.
Poza tym - biorę się do roboty. Iwaszkiewiczowa Ukraina wymaga odrobiny zbadania gruntu i przejścia przez powieść i 2 opowiadania plus oczywiście literatura naukowa... Blehhh.
W mojej głowie myśl, że dzisiaj jest dobry dzień. Wesoło mi i śpiewnie - znów J. Stuhr sparafrazowany: "Śpiewać Czesiu może, czasem lepiej, lub trochę gorzej". W duszy gra. I zielono. I w ogóle pozytywnie jakoś... Myślę sobie, że plotka o nadejściu wiosny musiała na moją podświadomość, jak placebo, zadziałać. Hehe
Kazimierz je właśnie suszoną żurawinę - chyba pójdę chomiczym przykładem i w ramach deseru będę żurawinować. Zapomniałam napisać, że futerko Kazia zmieniło kolor na żywszy popiel, z wyraźną czarną pręgą na plecach - wygląda zjawiskowo. Mały nadal robi furorę pośród tych, którzy widzą go po raz pierwszy. Choć ostatnio częściej delikwentów gryzie - biedni - mimo, że ostrzegani, reagują różnie. Ostatnio Stefan prawie zwiał z pokoju, jak Kazinek ugryzł go w palec, a na domiar złego zesunął się pod rękaw bluzy ;) A ja mam ubaw. Bo chomik mały, ludzie wielkie - kto kogo powinien się obawiać?
Fajnie mieć zajęcia, gdy się one nie odbywają.
Posiedzieć samej w pokoju, gdy obowiązkowe herbatki już się dopiją.
Luksus wolności i swobody. Luksus kochania siebie.
Problemy innych chwilowo od siebie odsuwam, jest we mnie samozaparcie, żeby popatrzeć na świat od strony, nie, no nie od różowej, ale powiedzmy od wrzosowej strony:) Chcę się cieszyć wszystkim, zwłaszcza głupotami (np. latającą patelnią), bo to niby nieistotne, ale zawsze się cieplej robi człowiekowi tam w środku. Martwienie się ciągłe już mi bokiem wychodzi - wiem, że przede mną fala tarapatów w przyszłości niezbyt odległej i nie da się ich uniknąć, więc lepiej podładować baterie. Nie da się ciągle marudzić, nudzić i rozpaczać, posępne to i bezperspektywiczne. A moje życie ma być piękne, bo ja tak chcę. Uznaję, że porcję zgryzot, mi pisanych - mam już za sobą. Musi więc być już lepiej.
Szkoda tylko, że moje postanowienie mija się z postawą kilku najbliższych osób. Przygaszone spojrzenia, ciche skargi, gorzkie łzy, albo uparte milczenie. Nie ma sposobu, żeby rozproszyć ten mrok, ja nie mam. Tylko, że mnie ten mrok też zabijał... Można się wykaraskać, ja wiem, że można. Może oni też kiedyś zrozumią, bo to ludzie cudowni, tacy, co to mają serce wielkości Pałacu Kultury i Nauki (choć niekoniecznie w tym kształcie), tacy, co to ostatnio koszulinę zdejmą z siebie i podarują z chęcią, i wreszcie tacy, z którymi można kraść i konie, i krowy, i kozy nawet. Jeśli pozwoli się, by rozpacz pochłąnęła przeszłość i przyszłość - teraźniejszość sama się rozsypie. Nie wierzę w zupełny determinizm.
Przeczytałam ostatnio taką myśl:
"Żadna noc nie może być aż tak czarna, żeby nigdzie nie można było odszukać choć jednej gwiazdy. Pustynia też nie może być aż tak beznadziejna, żeby nie można było odkryć oazy. Pogódź się z życiem, takim jakie ono jest. Zawsze gdzieś czeka jakaś mała radość. Istnieją kwiaty, które kwitną nawet w zimie".
Phil Bosmans.I coś w tym jest.
A jak radośnie, to tylko z tymi dwoma wiesiołkami (staropolskie) wesołkami (naleciałości czeskie)!
Wyszukane w sieci :)
Wyszukane w sieci :)Teraz kończę. Może zajrzę wieczorem? ;)
Miłego dnia, Kochani
poniedziałek, 15 lutego 2010
Szpitalnie :) Tak jak... lubię!
Zaliczyłam dziś kolejny maraton szpitalny... Musiałam dostarczyć papiery z ubezpieczenia moim przypęcherzoratującym :) Czysta formalność. Ale zapach szpitala to doskonały wabik... na mnie.
Skoro już byłam na miejscu, to wzięłam się na odwagę, by do sekretariatu kardiochirurgii się udać, chwiejnym krokiem, wszak tam odbywał staż W. Przez kilka minut wyobrażałam sobie, jak bezszelestnie porusza się po zielonym korytarzu... Zastanawiło mnie nawet, czy miałby na sobie kitel biały czy jakoweś inne wdzianko.
Ale wracając do tematu - bo nie wspominkowo wybrałam się w miejsce sercokrojców. Otóż mój wuj od końca maja 2009 czeka na informację o tym, kiedy odbędzie się operacja jego schorowanego serca: zastawka mitralna do reperacji plus by-passy. Jak się domyślicie wuj zniecierpliwiony już i zdesperowany, bo we wsześniejszym szpitalu straszyli, że bliżej mu niż dalej do końca... :/ Więc ja, bohaterski Cześ, poszłam dzisiaj wybadać grunt, dowiedzieć się, co i jak, i kiedy. No i git. Git, gitara i kalosze, jak zwykłam mawiać, gdy coś mi się udaje. Widać lepiej, kiedy zamiast czekać na telefon zainteresowany stawi się osobiście lub w jego zastępstwie zjawi się np. Cześ.
Miła pani wysłuchała mnie z uwagą. Zajrzała do kartoteki. Poprawiła błąd w papierach, bo źle grupę krwi wpisano. I obiecała, że w czwartek, podczas planowania kolejnych operacji, wuj/ sprawa wuja zostanie przedłożony na wstępie, jako, że koronorografia była robiona prawie rok temu - i jak sama stwierdziła - sprawę należy przyspieszyć, skoro kwalifikacja jest.
Kolejna rzecz. Zastanawiałam się nad tym od dawna i jestem w stu procentach zdecydowana na to, by mieć przy sobie, w portfelu KARTĘ DAWCY. Na izbie przyjęć leżał cały stosik takowych kart - zabrałam jedną.
Przed chwilą wypełniłam wolne rubryczki moimi danymi. Nie wiem, co wydarzy się za moment, a gdyby coś mi się stało, to dobrze by było, żeby ktoś na tym skorzystał, jeśli będzie to możliwe. Nie wydaje mi się, żeby ciało koniecznie musiało w całości spocząć w drewnianej skrzynce - a przecież tylu ludzi potrzebuje przeszczepów, od nich zależy ich życie - dla mnie po śmierci - obojętnym będzie, co ze mną zrobią - w końcu nie poczuję bólu. A to, że jakaś część mnie mogłaby przetrwać w kimś innym, dać mu szansę na piękniejsze, pełniejsze i długie życie - w pełni mnie satysfakcjonuje. A co :)
Gdyby nie fakt, że cały czas czekamy na to, kiedy odbędzie się operacja wujka i jestem jedną z pierwszych osób, które oddadzą dla niego krew (bo z całej rodziny tylko ja w Poznaniu mieszkam - a reszta ponad 100 km od) - od roku regularnie bywałabym w punkcie krwiodawstwa. Ale to nie takie proste. Operacja miała mieć miejsce w przeciągu trzech do czterech miesiący - a sprawa ciągnie się już prawie rok. I moja krew ciągle tylko w moim krwiobiegu krąży... Ale co się odwlecze, to nie uciecze.
Tak jakoś mam od jakiegoś czasu, że rozważam to, czy nie zostać dawcą szpiku.
Eksploatowanie ciała na potrzeby innych ludzi uważam za rzecz piękną i zupełnie normalną. Mnie to nic nie kosztuje. Jakiś mały ślad po nakłuciu jedynie. Drobnostka. I uważam, że taki sposób myślenia powinien być popularyzowany i szerzony, zwłaszcza wśród młodych ludzi, którzy trochę inaczej zapatrują się na sprawy kultury ciała.
Skoro medycyna nie widzi przeciwskazań do tego, by za życia dzielić się z innymi krwią bądź organami - to trzeba tak robić, dla dobra innych, dla ich zdrowia i życia. A po śmierci - to w ogóle nie powinno podlegać dyskusji - w momenice, gdy stwierdza się śmierć pnia mózgu - należy pozwolić żyć tym, dla któych nie ma innej opcji niż pobranie narządów od nieżyjącej osoby.
Tak myślę.
Tyle na dzisiaj.
o niczym
Uruchomienie iPlusa to rzeź dla umysłu i inteligencji... Ale podołałam, już działa ;) Duma ;)
Kazik schował się pod łóżkiem, przez 3 godziny bawił się ze mną w chowanego. Teraz biega jak opętany w kołowrotku i hałasuje.
Kolejna samotna noc. Aneszka nie śpi w domu/ 418. On zakuwa do poprawkowego. Iza już padła. A Michał ma kaca po imprezie rodzinnej.
Jak więc ja się jeszcze trzymam? Moja słodka tajemnica.
Kazik schował się pod łóżkiem, przez 3 godziny bawił się ze mną w chowanego. Teraz biega jak opętany w kołowrotku i hałasuje.
Kolejna samotna noc. Aneszka nie śpi w domu/ 418. On zakuwa do poprawkowego. Iza już padła. A Michał ma kaca po imprezie rodzinnej.
Jak więc ja się jeszcze trzymam? Moja słodka tajemnica.
sobota, 13 lutego 2010
korzystając z okazji
Piszę, póki mogę :) Aneszka zainwestowała - a ja korzystam ;)
U mnie sporo wieści mniejszych i większych. W telegraficznym skrócie:
* mam nowe cudo na głowie/ fryzurę - która zdecydowanie zastąpiła poprzednią nudną bylejakość i rozpromieniła całą moją Czesiową łepetynę; wszyscy padają na kolana przede mną - z wrażenia ;P
* mam też świetny humor, mnóstwo energii i siłę do przenoszenia odpowiednich gór, sporo uśmiechu na twarzy, jakiś błysk w oczach i dźwięczny głos - hmmm - ja to? czy nie ja? ja!!!
* zarabiam na pisaniu prac... hehe... przytłaczające, acz przyjemne zajęcie (przytłaczające, bo jestem niewyspana i jakoś nocne bazgranie oporne bywa) i do tego jest na waciki
* mój pęcherz już się uspokoił - ku chwale ojczyzny
* słuchałam dzisiaj Jerzego Stuhra - Śpiewać każdy może - i coś w tym jest takiego, że wracam do tego często po to, by sobie udowodnić, że ja też mogę
* zaliczyłam pierwszą od 4 lat naprawdę udaną imprezę, w dodatku w knajpie na mieście: niczego nie udawałam, nie chowałam się niczym przestraszona trusia i byłam zachwycona - ci, którzy w tym uczestniczyli chyba nie narzekali na moje gburnictwo ;P
* iglo stoi - przekształca się kolejno w sypialnie i palarnię - efekt przerósł oczekiwania chłopaków i fajnie, że kilka łopat śniegu mojego udziału w tym miał miejsce
* chyba tęskno mi do domu...
Wybaczcie tych kilka słów prywaty, ale:
Koszmarne sny, które nękały mnie nad ranem są niczym w porównaniu z tym, jak fatalnie zabierać się do pisania o kobietkach literackich, gdy oczy kleją się niemiłosiernie. Fakt jednak, że coraz częściej senne widzenia mnie męczą i straszą, wymaga jakiejś analizy - zainteresowany osobnik mógłby już sobie odpuścić i dać mi spokój (nie Ty, Kochany) acz Inny. Za dużo Inności zaczyna mi przeszkadzać. Spalonego domu nie można odwiedzać, a zamieszkać w nim także nie sposób. Tym samym - prehistoria mogłaby już odejść w ... Lubię to, co tu i teraz. I tak ma być, tego trzymać się trzeba.
To, że nie zapomnę powinno Ci wystarczyć, Drogi Inny. Innych ofiar ode mnie nie żądaj, nie masz już do tego prawa. Chciałabym żebyś zrozumiał, że nasza przeszłość boli w teraźniejszości, boli jak cholera. Ale mam mój balsam na poranioną duszę - więc nie mąć!!! Nie ugnę się już. Od 4 lat pracuję na swoja niezależność, Inny - wedle Twojej woli. Czas, byś i Ty, Z Wysoka, się z tym pogodził i odpuścił. Obiecałeś być dobrym duchem, a nie prześladowcą, więc się nie zapominaj!!! Liczyłam na wsparcie, a nie cios w plecy.
(Kurcze, jak łatwo jest wierzyć w Zaświaty, czasem, zwłaszcza wtedy, gdy Ktoś Bliski tamże powędrował...A jak łatwo gadać do kogoś w Zaświatach...).
Tyle w tym temacie, przemyśl to i owo, Drogi W. i przestań psocić. Tęsknię, ale to musi Ci wystarczyć. Masz mnie "tamtą". Ale "ta" ja mam Jego... I On jest teraz najważniejszy!
On... On jest jakby odmieniony, odmłodzony. Może dlatego, że to ja przy Nim ostatnio (podobno) wypiękniałam, odmłodniałam, wykobieciałam na całego - miłe uczucie ;P A On, choć znów sporo spraw nie poszło po Jego myśli, trzyma się dzielnie i wciąż podpala we mnie wiarę w kilka ważnych prawd - z takim kimś - warto brać się z życiem za bary! Tak dobrze budzić się, gdy On patrzy na mnie z zachwytem, gdy tuli i całuje, gdy parzy poranną kawę... Tak dobrze budzić się, gdy jest przy mnie...
Zbliżam się powoli ku zupełnemu wynurzeniu głowy ze strumienia, który wybrałam na docelowe miejsce spoczynku psychicznego.Tak czy siak, lepiej mi się przebywa ze samą sobą. Znów moge zostawać sama w pokoju na dłuuugo. Znów mogę planować i marzyć. A to, że czasem coś zmąci chwile samopokochania - to nic, to jedynie pomoże. W ogóle smutne miesza się w mojej głowie z tym, co radosne. I dobrze. Chwilowo towarzyszy mi poziom równowagi kompletnej. Może nie jest to spokój, ale coś równie dobre. Wnętrze, które raz śpiewa, raz płacze - żyje swoim życiem. I chyba znów jestem sobą. Cześ powrócił i króluje miłosiernie :) Cześ odżył. Lubimy ten stan, zarówno ja, jak i moja coraz liczniejsza świta.
Zima trzyma i nie puszcza.
Mam tylko nadzieję, że panowie myśliwi, ekipa leśników i tych od nadleśnictw, w końcu przemyśleli sprawę i zaczęli dokarmiać biedne sarny. Miałam o tym pisać wcześniej, ale mi się nie udawało. Więc piszę teraz. Szlag mnie trafił, gdy mi tata oznajmił, że w tym roku nie ma u nas żadnych paśników w lasach, a te, które pozostały z lat dawniejszych - stoją puste. Śniegu jest za dużo, by sarny radziły sobie ze znajdywaniem pożywienia pod warstwą zimnego paskudztwa (śniegu w tym kontekście). Wydać 30 000 zł na bal myśliwych z okazji Hubertusa - zwykła rzecz. Wydać choćby 2000 zł - to gest jałmużniany. Zwierzęta wyszły z lasów, licząc, że na polach, znajdzie się coś z zasiewów niedawnych, żniw czy okresu wykopków. Nasi zdolni strzelający teraz zgrywają cwaniaków - pieprzona humanitarna śmierć głodowa wpisana jest w ekosystem. Guzik prawda. Pamiętam, że gdy chodziłam do podstawówki zbieraliśmy przez całą jesień wszystko, co przyda się zwierzakom zimą. A potem wraz z leśniczym, małymi grupami rozwoziliśmy całość do lasów. Były i żołędzie, i marchewka i inne cuda. Kostka siana u gospodarza kosztuje 2 zł. 10 kostek siana - to pokarm dla kilkunastu osobników na ponad tydzień. Groszowe sprawy, dla panów bawiących się na imprezach za całkiem konkretną kasę. W sumie jest im to na rękę - jeśli zwierząt będzie mało - rolnikom nie trzeba będzie wypłacać odszkodowań za szkody, a adrenalina z polowań będzie większa. Tylko ciekawe, czy gdy temperatura wzrośnie, a ciała zwierząt zaczną się rozkładać, to prawa natury nadal będą święte?!
U mnie w domu tata próbował ratować małego jelonka, którego znalazł blisko domu, właściwie tuz za stodołą (taka pomoc jest NIELEGALNA - ale nie da się przejść obojętnie, nawet jeśli tak prawo każe)... Ale maluch był zbyt wycieńczony, żeby wyjść z tego cało. I łza kręci się w oku... A przecież to jedne z najpiękniejszych stworzeń, o zarysie pięknym, smukłym i delikatnym, choć pełnym godności i werwy. Płoche nimfy. Jak wrócę do domu to przekopiuję zdjęcia z lasu - zdjęcia, na których są one na wyciągnięcie ręki, tuż za domem, lub w pobliskim lesie. Wtedy lepiej zrozumiecie, Czytacze moi, dlaczego jest to dla mnie tak ważne.
Tyle na dzisiaj. Chciałam, żebyście wiedzieli, że u mnie ok. Mogę więc wracać do pracy... Pa
U mnie sporo wieści mniejszych i większych. W telegraficznym skrócie:
* mam nowe cudo na głowie/ fryzurę - która zdecydowanie zastąpiła poprzednią nudną bylejakość i rozpromieniła całą moją Czesiową łepetynę; wszyscy padają na kolana przede mną - z wrażenia ;P
* mam też świetny humor, mnóstwo energii i siłę do przenoszenia odpowiednich gór, sporo uśmiechu na twarzy, jakiś błysk w oczach i dźwięczny głos - hmmm - ja to? czy nie ja? ja!!!
* zarabiam na pisaniu prac... hehe... przytłaczające, acz przyjemne zajęcie (przytłaczające, bo jestem niewyspana i jakoś nocne bazgranie oporne bywa) i do tego jest na waciki
* mój pęcherz już się uspokoił - ku chwale ojczyzny
* słuchałam dzisiaj Jerzego Stuhra - Śpiewać każdy może - i coś w tym jest takiego, że wracam do tego często po to, by sobie udowodnić, że ja też mogę
* zaliczyłam pierwszą od 4 lat naprawdę udaną imprezę, w dodatku w knajpie na mieście: niczego nie udawałam, nie chowałam się niczym przestraszona trusia i byłam zachwycona - ci, którzy w tym uczestniczyli chyba nie narzekali na moje gburnictwo ;P
* iglo stoi - przekształca się kolejno w sypialnie i palarnię - efekt przerósł oczekiwania chłopaków i fajnie, że kilka łopat śniegu mojego udziału w tym miał miejsce
* chyba tęskno mi do domu...
Wybaczcie tych kilka słów prywaty, ale:
Koszmarne sny, które nękały mnie nad ranem są niczym w porównaniu z tym, jak fatalnie zabierać się do pisania o kobietkach literackich, gdy oczy kleją się niemiłosiernie. Fakt jednak, że coraz częściej senne widzenia mnie męczą i straszą, wymaga jakiejś analizy - zainteresowany osobnik mógłby już sobie odpuścić i dać mi spokój (nie Ty, Kochany) acz Inny. Za dużo Inności zaczyna mi przeszkadzać. Spalonego domu nie można odwiedzać, a zamieszkać w nim także nie sposób. Tym samym - prehistoria mogłaby już odejść w ... Lubię to, co tu i teraz. I tak ma być, tego trzymać się trzeba.
To, że nie zapomnę powinno Ci wystarczyć, Drogi Inny. Innych ofiar ode mnie nie żądaj, nie masz już do tego prawa. Chciałabym żebyś zrozumiał, że nasza przeszłość boli w teraźniejszości, boli jak cholera. Ale mam mój balsam na poranioną duszę - więc nie mąć!!! Nie ugnę się już. Od 4 lat pracuję na swoja niezależność, Inny - wedle Twojej woli. Czas, byś i Ty, Z Wysoka, się z tym pogodził i odpuścił. Obiecałeś być dobrym duchem, a nie prześladowcą, więc się nie zapominaj!!! Liczyłam na wsparcie, a nie cios w plecy.
(Kurcze, jak łatwo jest wierzyć w Zaświaty, czasem, zwłaszcza wtedy, gdy Ktoś Bliski tamże powędrował...A jak łatwo gadać do kogoś w Zaświatach...).
Tyle w tym temacie, przemyśl to i owo, Drogi W. i przestań psocić. Tęsknię, ale to musi Ci wystarczyć. Masz mnie "tamtą". Ale "ta" ja mam Jego... I On jest teraz najważniejszy!
On... On jest jakby odmieniony, odmłodzony. Może dlatego, że to ja przy Nim ostatnio (podobno) wypiękniałam, odmłodniałam, wykobieciałam na całego - miłe uczucie ;P A On, choć znów sporo spraw nie poszło po Jego myśli, trzyma się dzielnie i wciąż podpala we mnie wiarę w kilka ważnych prawd - z takim kimś - warto brać się z życiem za bary! Tak dobrze budzić się, gdy On patrzy na mnie z zachwytem, gdy tuli i całuje, gdy parzy poranną kawę... Tak dobrze budzić się, gdy jest przy mnie...
Zbliżam się powoli ku zupełnemu wynurzeniu głowy ze strumienia, który wybrałam na docelowe miejsce spoczynku psychicznego.Tak czy siak, lepiej mi się przebywa ze samą sobą. Znów moge zostawać sama w pokoju na dłuuugo. Znów mogę planować i marzyć. A to, że czasem coś zmąci chwile samopokochania - to nic, to jedynie pomoże. W ogóle smutne miesza się w mojej głowie z tym, co radosne. I dobrze. Chwilowo towarzyszy mi poziom równowagi kompletnej. Może nie jest to spokój, ale coś równie dobre. Wnętrze, które raz śpiewa, raz płacze - żyje swoim życiem. I chyba znów jestem sobą. Cześ powrócił i króluje miłosiernie :) Cześ odżył. Lubimy ten stan, zarówno ja, jak i moja coraz liczniejsza świta.
Zima trzyma i nie puszcza.
Mam tylko nadzieję, że panowie myśliwi, ekipa leśników i tych od nadleśnictw, w końcu przemyśleli sprawę i zaczęli dokarmiać biedne sarny. Miałam o tym pisać wcześniej, ale mi się nie udawało. Więc piszę teraz. Szlag mnie trafił, gdy mi tata oznajmił, że w tym roku nie ma u nas żadnych paśników w lasach, a te, które pozostały z lat dawniejszych - stoją puste. Śniegu jest za dużo, by sarny radziły sobie ze znajdywaniem pożywienia pod warstwą zimnego paskudztwa (śniegu w tym kontekście). Wydać 30 000 zł na bal myśliwych z okazji Hubertusa - zwykła rzecz. Wydać choćby 2000 zł - to gest jałmużniany. Zwierzęta wyszły z lasów, licząc, że na polach, znajdzie się coś z zasiewów niedawnych, żniw czy okresu wykopków. Nasi zdolni strzelający teraz zgrywają cwaniaków - pieprzona humanitarna śmierć głodowa wpisana jest w ekosystem. Guzik prawda. Pamiętam, że gdy chodziłam do podstawówki zbieraliśmy przez całą jesień wszystko, co przyda się zwierzakom zimą. A potem wraz z leśniczym, małymi grupami rozwoziliśmy całość do lasów. Były i żołędzie, i marchewka i inne cuda. Kostka siana u gospodarza kosztuje 2 zł. 10 kostek siana - to pokarm dla kilkunastu osobników na ponad tydzień. Groszowe sprawy, dla panów bawiących się na imprezach za całkiem konkretną kasę. W sumie jest im to na rękę - jeśli zwierząt będzie mało - rolnikom nie trzeba będzie wypłacać odszkodowań za szkody, a adrenalina z polowań będzie większa. Tylko ciekawe, czy gdy temperatura wzrośnie, a ciała zwierząt zaczną się rozkładać, to prawa natury nadal będą święte?!
U mnie w domu tata próbował ratować małego jelonka, którego znalazł blisko domu, właściwie tuz za stodołą (taka pomoc jest NIELEGALNA - ale nie da się przejść obojętnie, nawet jeśli tak prawo każe)... Ale maluch był zbyt wycieńczony, żeby wyjść z tego cało. I łza kręci się w oku... A przecież to jedne z najpiękniejszych stworzeń, o zarysie pięknym, smukłym i delikatnym, choć pełnym godności i werwy. Płoche nimfy. Jak wrócę do domu to przekopiuję zdjęcia z lasu - zdjęcia, na których są one na wyciągnięcie ręki, tuż za domem, lub w pobliskim lesie. Wtedy lepiej zrozumiecie, Czytacze moi, dlaczego jest to dla mnie tak ważne.
Tyle na dzisiaj. Chciałam, żebyście wiedzieli, że u mnie ok. Mogę więc wracać do pracy... Pa
czwartek, 11 lutego 2010
czwartek, 4 lutego 2010
Nie wiem, czy zdołam opublikować tego posta. Piszę ze śnieżnej krainy, w której wszystko otulone jest nie białą kołderką lecz grubym kożuchem...Śniegu w okół domu jest tyle, że hacjenda przypomina zamek, a śnieg jest fosą...
Reszta, gdy ja i internet dogadamy się w sprawie połączenia - bo to już 7 próba publikowania... Ehhh...
Pozdrowienia z krainy białych niedźwiedziów... ;) I człowieków - PrawieEskimosów
Reszta, gdy ja i internet dogadamy się w sprawie połączenia - bo to już 7 próba publikowania... Ehhh...
Pozdrowienia z krainy białych niedźwiedziów... ;) I człowieków - PrawieEskimosów
On
On
Ja
korytarz
pokój
podzieleni... smak słabej kawy, zapach trocin... wszytko tu jest. prócz nas. znów. bo coś tam, nie warte odnotowania.
a ta mała dziewczynka, która siedzi w kocyk zawinięta czeka. nie umie nie czekać
To miał być post o udanej wizycie Boćka. To miał być post ku czci budowniczych igla (w tym mnie). To miał być post o "babskim wieczorze" inaczej. I o kocie Inaczej też miał być post. Ale nie będzie. Może następnym razem?
Dziś jadę do domu. I tyle.
Dobrej nocy :*
Ja
korytarz
pokój
podzieleni... smak słabej kawy, zapach trocin... wszytko tu jest. prócz nas. znów. bo coś tam, nie warte odnotowania.
a ta mała dziewczynka, która siedzi w kocyk zawinięta czeka. nie umie nie czekać
To miał być post o udanej wizycie Boćka. To miał być post ku czci budowniczych igla (w tym mnie). To miał być post o "babskim wieczorze" inaczej. I o kocie Inaczej też miał być post. Ale nie będzie. Może następnym razem?
Dziś jadę do domu. I tyle.
Dobrej nocy :*
wtorek, 2 lutego 2010
Goście, goście...
Postanowiłam coś pozmieniać w swoim jestestwie, jakiś powiew świeżości byłby mile widziany, więc biorę się do dzieła.
Może na początek - odnowienie paru już zakurzonych znajomości, żeby zobaczyć/ usłyszeć, co u kogo. Żeby mój świat znów zyskał jakieś kolory. Bo randkowanie Aneszki = duża doza samotnego przesiadywania w 418, którego mam po dziurki w nosie; drzwi na Sarmackiej są zaś za bardzo przymknięte, żebym mogła się tam dostać, do świątyni dumania Jego. Stąd nowa postawa - ja otwieram drzwi moim znajomkom ;) I dobrze, będzie z kim zabić nadwyżki czasu.
Pierwszy gość jest właśnie w drodze powrotnej do domu. Klaudiaaa pojawiła się tutaj po około roku nieobecności. Znamy się z czasów, gdy dopiero poznałam/ poznawałam Jego, czyli ponad 2 lata wstecz :) Serbsko- chorwacko zakręcona Klaudia to chodzący wulkan energii i jakoś tak ma zdolność, by nią zarażać innych :) Stąd nie kryję radości, że sobie o mnie przypomniała, i że wyherbatkowałyśmy w przeciągu 5 godzin po jakieś 9 kubków... Fajnie było usiąść i wrócić do zaszłości, powspominałyśmy to i owo, ponarzekałyśmy na świat/ ludzi/ rzeczy martwe. I jakoś mi lżej na sercu, bo wreszcie powiedziałam komuś wszystko, co mnie boli i uwiera. Słuchaczka odwdzięczyła się tym samym. Pojaśniało ;) Okazuje się, że prócz narzekań - umiem jeszcze rozmawiać o książkach, mojej mgrce, muzyce, tańcu itd... A już myślałam, że tej sztuki zapomniałam. Klaudia uświadomiła mi też, że czasem trzeba powiedzieć wszystko od A do Z, bo inaczej zbyt wiele spraw umyka...
Poza tym - dziś plan ujrzenia i zaherbatkowania się z Bociusiem - podróż w przeszłość o bite 5 lat ;) Się doczekać nie mogę!!! Z nutką licealną będzie na pewno.
W ramacg urozmaicenia - cały dzień był lekką dietą... Żyję na 2 miseczkach zupy jarzynowej i tych kubkach wypitych z Klaudią. I dobrze, może mój orgaznizm lekko przystopuje z przybieraniem na wadze?
Co do dalszych planów - kolega Wojtek zaproponował, że zajmie się mną, otoczy opieką i kuratelą, na siłowni. Stwierdził, że małe ciężarki będą w sam raz na ogromne ilości powtórzeń, i że wtedy kalorie, czyli tłuszczyk, pomachają mi na pożegnanie. I to jest świetny pomysł, bo wreszcie w jakiś fizyczny sposób będę mogła odreagowywać te i owe zdarzenia, a do tego - ruch, to zdrowie ;)
Kolejna rzecz, na razie w swerze pobożnych życzeń - zacząć scrapować... Zawsze lubiłam takie zajęcia dziwaczne, a teraz to może na poważnie zajmę tym swój czas.
Jak zwykle kreatywnych myśli w glowie dużo, aczkolwiek nie jestem pewna, czy starczy sił, zapału i wytrwałości, by realizować wszystko, co sobie zaplanuję. Teraz jednak nie mam zamiaru zastanawiać się, kiedy ugną sie moje kolana i powiem sobie: passs. Teraz to ja chcę działać!
Dobranocnie ;)
Może na początek - odnowienie paru już zakurzonych znajomości, żeby zobaczyć/ usłyszeć, co u kogo. Żeby mój świat znów zyskał jakieś kolory. Bo randkowanie Aneszki = duża doza samotnego przesiadywania w 418, którego mam po dziurki w nosie; drzwi na Sarmackiej są zaś za bardzo przymknięte, żebym mogła się tam dostać, do świątyni dumania Jego. Stąd nowa postawa - ja otwieram drzwi moim znajomkom ;) I dobrze, będzie z kim zabić nadwyżki czasu.
Pierwszy gość jest właśnie w drodze powrotnej do domu. Klaudiaaa pojawiła się tutaj po około roku nieobecności. Znamy się z czasów, gdy dopiero poznałam/ poznawałam Jego, czyli ponad 2 lata wstecz :) Serbsko- chorwacko zakręcona Klaudia to chodzący wulkan energii i jakoś tak ma zdolność, by nią zarażać innych :) Stąd nie kryję radości, że sobie o mnie przypomniała, i że wyherbatkowałyśmy w przeciągu 5 godzin po jakieś 9 kubków... Fajnie było usiąść i wrócić do zaszłości, powspominałyśmy to i owo, ponarzekałyśmy na świat/ ludzi/ rzeczy martwe. I jakoś mi lżej na sercu, bo wreszcie powiedziałam komuś wszystko, co mnie boli i uwiera. Słuchaczka odwdzięczyła się tym samym. Pojaśniało ;) Okazuje się, że prócz narzekań - umiem jeszcze rozmawiać o książkach, mojej mgrce, muzyce, tańcu itd... A już myślałam, że tej sztuki zapomniałam. Klaudia uświadomiła mi też, że czasem trzeba powiedzieć wszystko od A do Z, bo inaczej zbyt wiele spraw umyka...
Poza tym - dziś plan ujrzenia i zaherbatkowania się z Bociusiem - podróż w przeszłość o bite 5 lat ;) Się doczekać nie mogę!!! Z nutką licealną będzie na pewno.
W ramacg urozmaicenia - cały dzień był lekką dietą... Żyję na 2 miseczkach zupy jarzynowej i tych kubkach wypitych z Klaudią. I dobrze, może mój orgaznizm lekko przystopuje z przybieraniem na wadze?
Co do dalszych planów - kolega Wojtek zaproponował, że zajmie się mną, otoczy opieką i kuratelą, na siłowni. Stwierdził, że małe ciężarki będą w sam raz na ogromne ilości powtórzeń, i że wtedy kalorie, czyli tłuszczyk, pomachają mi na pożegnanie. I to jest świetny pomysł, bo wreszcie w jakiś fizyczny sposób będę mogła odreagowywać te i owe zdarzenia, a do tego - ruch, to zdrowie ;)
Kolejna rzecz, na razie w swerze pobożnych życzeń - zacząć scrapować... Zawsze lubiłam takie zajęcia dziwaczne, a teraz to może na poważnie zajmę tym swój czas.
Jak zwykle kreatywnych myśli w glowie dużo, aczkolwiek nie jestem pewna, czy starczy sił, zapału i wytrwałości, by realizować wszystko, co sobie zaplanuję. Teraz jednak nie mam zamiaru zastanawiać się, kiedy ugną sie moje kolana i powiem sobie: passs. Teraz to ja chcę działać!
Dobranocnie ;)
poniedziałek, 1 lutego 2010
Wieczornie/ nocnie...
Nie mogę zasnąć. Siedzę na korytarzu. Nie potrafię znaleźć sobie miejsca na łóżku - to jeszcze za wcześnie, jak dla mnie.
Byłam dziś na Cytadeli z Izu. Wybawiłam się w śniegu, niczym mała dziewczynka. Lepiłam śnieżki z tego śniegu, tak opornego na moje działania, ale się udało po kilkakroć. Ubolewam nad brakiem sanek tylko, bo góreczki takie, że aż ślinka ciekła, i dzieciarnia korzystająca wrażenie robiła, że zaprasza do przyłączenia się...
Poza tym ten spacer, to była istna rewia psów ;) Noż piękne te potwory działają na mój nastrój lepiej niż melisa (której z resztą nie piję) ;) Były i harty, i kundle, i labradory, i pudle, i jamniki, i schitzu, i owczarki, i takie, których nazw nie znam iiiii mogłabym tak dalej - napatrzyłam się i zachywałam. I odczuwałam dotkliwy brak mojego Jovana... Ehhh, Czarny Ten Zdobywaca mojego serca pewnie teraz słodko śpi na swojej poduszce, a ja tu bez niego... Kurcze, psina, a tyle się uczuć i wspomnień, i planów z nim wiąże.
I jeszcze tuliłam się do pewnej brzozy, a Izu robiła za fotografa - nawet jej się jedno zdjęcie udało - stoję na nim tyłem i mam fajny rozstaw rąk :) w wersji - od przodu - nic nie wyszło, ale taka moja uroda nie fotogeniczna, nie ma co.
Czy ja Wam już opisałam, że zdolne 4 piętro Domu STudenckiego "H" pozbyło się drzwi w toaletach - chłopaki wystawili wszystkie, a 2 wyleciały przez okno na... dół... i wcale nie przez przypadek ;P Jakby ktoś pytał - jest sesja i nie można się nudzić, a zdane egzaminy należy suto okrasić dobrym trunkiem, lub gorszymi w zwiększonej ilości :)
Miałam poprzedniej nocy głupie sny. Takie jakieś. Mieszały mi się światy, osoby, uczucia. Dobrze było obudzić się i wiedzieć, co i jak. Za dużo zamieszania...
Sny to w ogóle dziwna sprawa - w moim przypadku albo dotyczą autoamputowania sobie kończyn dolnych, albo zawierania "bliskich" znajomości z osobami "z księżyca". Nie narzekam - przynajmniej coś się dzieje w tej mojej małej, rozgorączkowanej główce, a że głębszych sensów nie warto się w tym doszukiwać, to już zupełnie odrębne zagadnienie.
Odczuwam teraz wyraźną nieobecność bierząco nurtującego mnie problemu. Nie mam czym zająć myśli, i ta bezsenność chyba mnie męczy. Jakiś taki rozmyty ten mój wewnętrzny obraz. Aneszka śpi, wykończona całonocnym maratonem. A ja? Ehhh
Chciałabym teraz w starej drewnianej chacie bujać się w wiklinowym fotelu. Pić gorące kakao i słuchać opowieści o przeszłości. Tymczasem przyszłość nie zarysowuje choćby możliwości tegoż.
Tęskno do moich górek, pagórków. Lipnica znów mistycznie zakorzeniła się we mnie...
I tęskno do rodziny, tej dalszej, a przecież bliskiej, z którą nie ma jak się spotkać na razie...
Byłam dziś na Cytadeli z Izu. Wybawiłam się w śniegu, niczym mała dziewczynka. Lepiłam śnieżki z tego śniegu, tak opornego na moje działania, ale się udało po kilkakroć. Ubolewam nad brakiem sanek tylko, bo góreczki takie, że aż ślinka ciekła, i dzieciarnia korzystająca wrażenie robiła, że zaprasza do przyłączenia się...
Poza tym ten spacer, to była istna rewia psów ;) Noż piękne te potwory działają na mój nastrój lepiej niż melisa (której z resztą nie piję) ;) Były i harty, i kundle, i labradory, i pudle, i jamniki, i schitzu, i owczarki, i takie, których nazw nie znam iiiii mogłabym tak dalej - napatrzyłam się i zachywałam. I odczuwałam dotkliwy brak mojego Jovana... Ehhh, Czarny Ten Zdobywaca mojego serca pewnie teraz słodko śpi na swojej poduszce, a ja tu bez niego... Kurcze, psina, a tyle się uczuć i wspomnień, i planów z nim wiąże.
I jeszcze tuliłam się do pewnej brzozy, a Izu robiła za fotografa - nawet jej się jedno zdjęcie udało - stoję na nim tyłem i mam fajny rozstaw rąk :) w wersji - od przodu - nic nie wyszło, ale taka moja uroda nie fotogeniczna, nie ma co.
Czy ja Wam już opisałam, że zdolne 4 piętro Domu STudenckiego "H" pozbyło się drzwi w toaletach - chłopaki wystawili wszystkie, a 2 wyleciały przez okno na... dół... i wcale nie przez przypadek ;P Jakby ktoś pytał - jest sesja i nie można się nudzić, a zdane egzaminy należy suto okrasić dobrym trunkiem, lub gorszymi w zwiększonej ilości :)
Miałam poprzedniej nocy głupie sny. Takie jakieś. Mieszały mi się światy, osoby, uczucia. Dobrze było obudzić się i wiedzieć, co i jak. Za dużo zamieszania...
Sny to w ogóle dziwna sprawa - w moim przypadku albo dotyczą autoamputowania sobie kończyn dolnych, albo zawierania "bliskich" znajomości z osobami "z księżyca". Nie narzekam - przynajmniej coś się dzieje w tej mojej małej, rozgorączkowanej główce, a że głębszych sensów nie warto się w tym doszukiwać, to już zupełnie odrębne zagadnienie.
Odczuwam teraz wyraźną nieobecność bierząco nurtującego mnie problemu. Nie mam czym zająć myśli, i ta bezsenność chyba mnie męczy. Jakiś taki rozmyty ten mój wewnętrzny obraz. Aneszka śpi, wykończona całonocnym maratonem. A ja? Ehhh
Chciałabym teraz w starej drewnianej chacie bujać się w wiklinowym fotelu. Pić gorące kakao i słuchać opowieści o przeszłości. Tymczasem przyszłość nie zarysowuje choćby możliwości tegoż.
Tęskno do moich górek, pagórków. Lipnica znów mistycznie zakorzeniła się we mnie...
I tęskno do rodziny, tej dalszej, a przecież bliskiej, z którą nie ma jak się spotkać na razie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


