Patelnia, umieszczona w mojej dłoni zwiedziła dziś w zawrotnym tempie pół akademika - bo po jednej stronie pokój Michaśka, po drugiej Izki, a ja takie cudo wyczarowałam smakowe, że żal było samej spożyć.
Chwalę się przepisem, prostym jak drut, niewyszukanym - ale takim, co to moje podniebienie zdobył niezaprzeczalnie:
Na patelnię wlać odrobinę oleju, na to wrzucić szpinak (mrrrr) i poczekać aż się zieloności roztopią w papkę. Wrzucić serek topiony (w wersji pół np). Jak serek się rozpuści wlać śmietanę 18% (wiem, że tucząco, ale smakowicie). Wymieszać. Aaaa, zapomniałam o przyprawach - to jest chyba jedyna rzecz, do której używam tylko pieprzu i soli, choć z przewagą soli :) Do tego makaron, ryż lub chlebek (preferowany przez mnie).
Od jutra dieta. Dziś - żarełko.
Poza tym - biorę się do roboty. Iwaszkiewiczowa Ukraina wymaga odrobiny zbadania gruntu i przejścia przez powieść i 2 opowiadania plus oczywiście literatura naukowa... Blehhh.
W mojej głowie myśl, że dzisiaj jest dobry dzień. Wesoło mi i śpiewnie - znów J. Stuhr sparafrazowany: "Śpiewać Czesiu może, czasem lepiej, lub trochę gorzej". W duszy gra. I zielono. I w ogóle pozytywnie jakoś... Myślę sobie, że plotka o nadejściu wiosny musiała na moją podświadomość, jak placebo, zadziałać. Hehe
Kazimierz je właśnie suszoną żurawinę - chyba pójdę chomiczym przykładem i w ramach deseru będę żurawinować. Zapomniałam napisać, że futerko Kazia zmieniło kolor na żywszy popiel, z wyraźną czarną pręgą na plecach - wygląda zjawiskowo. Mały nadal robi furorę pośród tych, którzy widzą go po raz pierwszy. Choć ostatnio częściej delikwentów gryzie - biedni - mimo, że ostrzegani, reagują różnie. Ostatnio Stefan prawie zwiał z pokoju, jak Kazinek ugryzł go w palec, a na domiar złego zesunął się pod rękaw bluzy ;) A ja mam ubaw. Bo chomik mały, ludzie wielkie - kto kogo powinien się obawiać?
Fajnie mieć zajęcia, gdy się one nie odbywają.
Posiedzieć samej w pokoju, gdy obowiązkowe herbatki już się dopiją.
Luksus wolności i swobody. Luksus kochania siebie.
Problemy innych chwilowo od siebie odsuwam, jest we mnie samozaparcie, żeby popatrzeć na świat od strony, nie, no nie od różowej, ale powiedzmy od wrzosowej strony:) Chcę się cieszyć wszystkim, zwłaszcza głupotami (np. latającą patelnią), bo to niby nieistotne, ale zawsze się cieplej robi człowiekowi tam w środku. Martwienie się ciągłe już mi bokiem wychodzi - wiem, że przede mną fala tarapatów w przyszłości niezbyt odległej i nie da się ich uniknąć, więc lepiej podładować baterie. Nie da się ciągle marudzić, nudzić i rozpaczać, posępne to i bezperspektywiczne. A moje życie ma być piękne, bo ja tak chcę. Uznaję, że porcję zgryzot, mi pisanych - mam już za sobą. Musi więc być już lepiej.
Szkoda tylko, że moje postanowienie mija się z postawą kilku najbliższych osób. Przygaszone spojrzenia, ciche skargi, gorzkie łzy, albo uparte milczenie. Nie ma sposobu, żeby rozproszyć ten mrok, ja nie mam. Tylko, że mnie ten mrok też zabijał... Można się wykaraskać, ja wiem, że można. Może oni też kiedyś zrozumią, bo to ludzie cudowni, tacy, co to mają serce wielkości Pałacu Kultury i Nauki (choć niekoniecznie w tym kształcie), tacy, co to ostatnio koszulinę zdejmą z siebie i podarują z chęcią, i wreszcie tacy, z którymi można kraść i konie, i krowy, i kozy nawet. Jeśli pozwoli się, by rozpacz pochłąnęła przeszłość i przyszłość - teraźniejszość sama się rozsypie. Nie wierzę w zupełny determinizm.
Przeczytałam ostatnio taką myśl:
"Żadna noc nie może być aż tak czarna, żeby nigdzie nie można było odszukać choć jednej gwiazdy. Pustynia też nie może być aż tak beznadziejna, żeby nie można było odkryć oazy. Pogódź się z życiem, takim jakie ono jest. Zawsze gdzieś czeka jakaś mała radość. Istnieją kwiaty, które kwitną nawet w zimie".
Phil Bosmans.I coś w tym jest.
A jak radośnie, to tylko z tymi dwoma wiesiołkami (staropolskie) wesołkami (naleciałości czeskie)!
Wyszukane w sieci :)
Wyszukane w sieci :)Teraz kończę. Może zajrzę wieczorem? ;)
Miłego dnia, Kochani
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz