niedziela, 30 sierpnia 2009

Ciąg dalszy

Bycie potworem: dzień 2.

opuchlizna zeszła niżej skupiła się w jednym miejscu
prawy policzek wygląda źle
nawet już nie przypomina policzka

najbardziej martwi mnie to, że nie boli mnie żaden ząb, że to puchnie samo z siebie

jeżeli tak mi zostanie, to...? niestety znam odpowiedź na to pytanie.


Poza tym? Czuję osaczenie. Nawet trudno mi je zakwalifikować. Znów się wycofuję, wychodzę z pokoju, uciekam...

Czytam do egzaminu, gdy nikt się tego nie domyśla. Tak lubię. A na razie? Przerobiłam pytanie, które przyczyniło się głównie do tego, że oblałam. I sporo innych rzeczy też. Ale na kompie, tam mam notatki.

czekam na coś

sobota, 29 sierpnia 2009

Co u mnie?

Kiedy człowiek budzi się około 14 wszystko wydaje mu się takie przydymione, zamglone, rozmazane... I jakoś tak zbyt leniwie, zbyt sennie... Na nic nie ma się już ochoty. Tak można by podsumować mój dzisiejszy stosunek do rzeczywistości, otaczającej mnie zewsząd, wchłaniającej mnie do swego wnętrza. Słucham Pogodna: Knieje, Alinka, Wieża, 3 chłopców...
Chciałabym umieć zatrzymać chwilę tylko dla siebie. Poczuć, że coś należy do mnie, zależy ode mnie i, że jest niezaprzeczalnie moje...

Dzień wolny od pracy sprzyja myśleniu o sobie, egoizmowi, egocentryzmowi, samolubstwu wszelkiemu. Więc dogadzam sobie samotnością, w której towarzyszą mi tylko głosy tych wielkich Grechuty, Niemena, Borysa, no i Budynia też... Korytarz wyjątkowo pusty, spokojny idealnie zaadaptował się na mój azyl, wyspę odosobnienia.

Aga i On czytają książki w pokoju. A ja? Nie mam na razie cierpliwości do tego. Inaczej: nie umiem czytać, kiedy robią to inni obok mnie, wydaje mi się wtedy, że to powinność, a nie przyjemność. I traci urok lektura, a ja staję się rozdrażniona.


Chciałabym pobyć przez jakiś czas w pustelni.


Jeżeli ktoś zna sposób na to, by buzia nie zmieniała się w ohydne zniekształcenie od opuchlizny - niech pisze. Nawet ząb mnie nie boli, a twarz mam, jaką mam. Poczucie brzydoty w takich chwilach przytłacza mnie.

Do tego zjawiskowa Jolka... Koniec samotności... Ehhhhh...


Ps. Nie cierpię, jak smerf Maruda, nie cierpieć... Właśnie nie cierpię...

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Dzień dobry.

Nowy dzień przede mną. Nowy dzień na horyzoncie. Wszyscy pewnie już dawno wstali, w pracy. A ja? Dopiero się wybudziłam, bo wczoraj wieczorem i w nocy...

Co było wczoraj? Przemek został TATĄ. Urodziła mu się córa, bo u chłopaka zucha musi być dziewucha... Mała dostała imię Kalina. Przyszła na świat w sobotę, a my wczoraj z tej okazji troszkę popiliśmy. I śliczna jest... Pół wieczora gapiliśmy się na jej zdjęcia ;) A Przem jest dumny jak nigdy :) I szczęśliwy też, aż miło patrzeć :)

Mała urodziła się w sobotę, a On miał 27 urodziny wczoraj :) Wszystkiego najlepszego Tygrysku!!!

Przeraziły mnie tylko lekko słowa Jego, o tym, że aż zazdrości Przemowi Małej... I tu raczej dopisywać nic nie będę.

My i dziecko to bardzo odległa przyszłość... Z wielu powodów.

Poza tym? Do pracy na 18. Ciekawe jak dam radę wytrwać do 6 rana. Ale dam, tego jestem pewna.

Miałam dziś na mieście mnóstwo spraw do załatwienia. I nic z tego. Nasze nocne rozboje, które nie skończyły się po wyjściu Przema i Marysi nie pozwoliły wstać odpowiednio wcześnie. Do tego chciałam ogarnąć trochę pokój przed powrotem Agnieszki, co by się nie zgubiła w labiryncie ciuszków, fatałaszków, naczyń, bibelotów, poduszeczek itd. :)

A A teraz? Artystycznie usposobiona Jolka siedzi na parapecie mojego okna. On prowadzi z nią jakąś rozmowę. Nie słucham ich - wolę Nancy Sinatrę czarującą. I piszę. I właściwie to kończę na dzisiaj.

Trzymajcie się radośnie, uszy do góry. I nie słuchajcie rozmów innych o naturalistycznym zostawianiu perfum, coby się obdarowani bardziej atrakcyjnie czuli. :)

niedziela, 23 sierpnia 2009

Powrót - już na dobre ;)

Wreszcie jestem. Mój iPlus i ja siedzimy sobie w 418 i nadrabiamy zaległości blogowe i inne. Jest nam ze sobą dobrze i chyba tęsknota była obustronna.

Co u mnie? Tak na szybko, roboczo.
Moja praca nadal mi się podoba, nadal jestem z niej zadowolona. I z zamkniętymi oczami mogłabym wyrecytować gdzie leżą podręczniki fryzjerstwa, gdzie poradniki dla mam, i gdzie globusy podświetlane ;)

On jest od tygodnia u mnie, w akademiku. On jest...

I jakoś tak odsapnęłam od wszystkiego. W domu spokojnie, bez pośpiechu, wdech- wydech. Czekamy na informację o zastawce i by- passach dla wuja...

Juv znów źle znosi upały, ale z zadowoleniem zajadał się ze mną chipsami o smaku ziół włoskich :)

Poza tym? Teraz chcę trochę pobyć z Nim, tak sam na sam, więc znikam, zajrzę niedługo - obiecuję!!!

niedziela, 9 sierpnia 2009

Po- wakacyjnie...

Nie będę miała internetu kolejne 2 tygodnie. Inaczej: nie będę miała iPlusa przez następne 2 tygodnie. Ale jeśli mój wysłużony, kochany, najlepszy, jedyny laptop załapie w akademiku sieć bezprzewodową - to wszystko będzie cacy :)

Oj... Nadziejo... Nie umieraj jeszcze... Chcę mieć połączenie z akademicką siecią...

Po o 4 dni za długich wakacjach, wreszcie wracam do siebie, do Poznania. Żniwa jeszcze trwają, ale zboże już całe skoszone, wszystko ładnie leżakuje już dosłownie wszędzie - urodzaj przerósł oczekiwania wszystkich, nawet moje. I tylko przy zwożeniu słomy mnie nie będzie.

Przerasta mnie powoli codzienność.

Żal mi czasów, gdy byłam sama i ze wszystkim sobie radziłam. Oczywiście wewnętrznie nie raz było źle, ale nikt nie umiał tego stwierdzić... Teraz?
Dzielę wszystko na dwoje, na Nas... A nie mam do tego żadnego prawa! Co Jego obchodzą jakieś moje małe górki, dołki, wertepy i koleiny?!
Kajam się w duszy za to, że postępuję tak a nie inaczej wobec Niego. Ale nie czuję już tego skupienia, które spajało dwie zakochane w sobie osoby...?
Nie wiem, co jest ze mną nie tak. Wiem, że wchodząc w związek jestem w nim cała; od stóp, do głów; ze wszystkimi uśmiechami, małymi radościami, ale i smutkiem, łzami, goryczą i żalem...
Nam tak nie wychodzi. Może to prawda, że sporządziłam dla Niego złotą, choć może wcale nie złotą, klatkę... "Byś nie odleciał przypadkiem".

Poza tym:
* odbyła się akcja: uwalniamy nietoperza; uwalniałam ja, nietoperz utkwił w piecu kaflowym, a jak go z pieca wydobyłam nie chciał odlecieć, a piękny był, że aż strach; no ale że żaden ze mnie Batman, to przyjaźń nasza trwała krótką chwilę...
* pierwsza w tym roku wyprawa nad jezioro też zaliczona... muszę wstawić tu zdjęcie jedno, by się udało cudnie; pływałam sobie wieczorem, właściwie późnym wieczorem, słońce zachodziło, księżyc wyglądał magicznie wręcz, a woda była cieplutka...
* Jovek już czuje się lepiej, pewnie dlatego, że nie ma takiego upału, temperatura jest całkiem znośna i psina może spokojnie biegać po ogrodzie :)
* był grill rodzinny i było pysznie...

A dzisiaj w nocy dzwonił Tom from JuEsEj. Rozmawialiśmy dwie godziny, od 2 do 4. Jakoś tak zleciało. Przeszłość wraca do mnie wielkimi krokami, a ja nie umiem powiedzieć sobie: przestań, to już było, możesz wyluzować.
Tomek powiedział, że ma mi coś do przekazania od Wojtka, i że dopiero teraz, gdy ma pewność, że z kimś jestem i to na poważnie (co w ogóle znaczy: "na poważnie"???). Tak chciał Wojtek... Zaczynam się bać. Ale z drugiej strony jest we mnie tyle ciekawości, takie podekscytowanie, że trudno mi się opanować. Pamiętam, że jeszcze rok temu oddałabym wszystko za cokolwiek związane z Wojtkiem...
Teraz? Chyba się boję, że fasady mojego dotychczasowego życia zachwieją się niebezpiecznie... Że wróci to, co udało mi się pożegnać... Że odżyją uczucia, które nie wniosą nic dobrego do mojej stłamszonej głowy. Ostatnim czego teraz potrzebuję jest migotanie przedsionków serca: On i Wojtaszek...

Nie rozumiem dlaczego wewnętrznie jest mi tak źle, dlaczego sypie się sama w sobie. Jakieś dziwne załamanie, smutek i strach buntują się we mnie z naporem, jakiego już dawno we mnie nie było. Liczę, że środek przymusu, jakim jest praca pomoże mi się z tego wygrzebać lub opanować to. A jeśli nie? To będę potrzebowała sformatowania. I paru chwil bycia na dnie, żałosnego, gorzkiego. Paradoksalnie siedzi we mnie agresja, która przebija się tylko przez moje myśli, pokorne ciało nie wykazuje żadnych zapędów do rozwiązań siłowych, które towarzyszyły mi do tej pory. Martwi mnie to.

Zmykam, zaraz siądzie bateria... Paaaaaa.

Ps. I niech mi nikt nie mówi, że się nie staram! Każdy jest kowalem swojego losu... A tu gaśnie palenisko...

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Horror...

Robi się dramatycznie.

Jovan...

Jest źle. Już myślałam, że w nocy nie da rady i się podda. Oddychał ciężko, nierówno, z głośnym charczeniem... Najpierw cuciłam Ju wodą, potem zeszłam na dół, przejrzałam całą apteczkę zoologiczną taty, wybrałam środek wzmacniający i w dawce odrobinę zwiększonej zaaplikowałam Pupilowi - nie może jeszcze odejść!!! Ja się nie zgadzam!!! Nie puszczę Jovka na tamtą stronę, za cholerę!
Zastrzyk podziałał po mniej więcej pół godzinie. Psiak, jako, że wiekowy, bardzo źle znosi warunki pogodowe: upał i zmiany ciśnień wykańczają organizm... Dodatkowo chyba nie służy mu ulubiony sport: aportowanie z jabłkiem w roli patyka... zmacha sie, zmęczy, a potem patrzy tym smutnym wzrokiem, pełnym łagodnego pogodzenia się...

wczoraj... już myślałam... już był taki moment... taka wydłużona chwila ciszy... taki strach, pustka... łzy same leciały... nie spałam do rana...

A potem jakoś się wszystko poukładało, inaczej - dzień nabrał nowego blasku. Sporo rzeczy dzisiaj zrobiłam.
A zaczęło się niepozornie. Przypadkowo zobaczyłam fragment filmu o Sisi(tej cesarzowej Austrii, królowej Węgier); natchnięta poczytałam o Lubomirskich - nadal mam na ich punkcie fioła - i się o kopalniach soli naczytałam: patencie, na którym Lubomirscy zbili fortunę i zdobyli swój status...; potem dziennik Eliade postudiowałam, znalazłam nawet czas na Pamiętnik Laury P.
Było pracowicie.
A wszystko przez to, że pada i nie ma co robić za bardzo... Słodkie lenistwo, senne...
Umówiłam się na jutro. Idę na spotkanie z odwieczną, nie wiem jak to określić: mam na punkcie tej dziewczyny kompleksy... : mądra, ładna, ma klasę... pełnia elegancji i kobiecości... nie to, co Cześ (czyli autorka tegoż); spotkanie zainicjowałam ja, żeby wreszcie pogadać z kimś Stąd... bo jakoś nie bardzo łapię kontakt...

Tyle na dzisiaj. Spokojnej nocy życzę i Wam i sobie, a zwłaszcza Jovankowi...

niedziela, 2 sierpnia 2009

Co zaliczyłam?

Oto lista na dzisiaj:

* spotkanie pierwszego stopnia z rogatą główką cielaka... bolało... ręka odrobinę napuchła, a jutro będzie powtórka: karmienie TEJ bestii jest jednym z moich obowiązków chwilowo...

* nocne wojaże na polu i zjazd na gapę kombajnem z taaaaakiej wysokiej góry - przeżycie ekstremalne, adrenalina na najwyższym poziomie, postać czysta...

* jagody na moich licach: jak odpowiedzieć właściwie na pytanie zadane wprost przez obcą osobę, w obecności czujnego oka rodzicieli, baczącego na najmniejsze zmiany w mojej mimice: a On dlaczego jeszcze nie przyjechał, skoro u Małgosi jest Marek, u Gosi Grześ, a Asi Arek, a u Karoliny Krystian??? kurna... On nie ma imienia na P, ale to Go przecież nie dyskwalifikuje... czuję presje, ciśnienie rośnie, a ja... zakłopotana, zmieszana... nie wiem czy mówić wprost: nie przyjechał jeszcze, bo nie chce...

* strach: o Agę... ehhh... aż boję się tutaj pisać.

* złość na wszystkich frajerów i frajerki, którzy krzywdzą innych

* poczucie wolności, dosłownie przez pięć sekund: ja i niebo, nic więcej, zupełnie, cudowne uczucie, stąd poprawa nastroju...

* miłość: Jovan jest wszędzie... :)

Całusy i dobrej nocy.

*

Wakacyjnie...

Jestem już w domu od kilku i dni, i naprawdę jest mi jakoś tak dobrze, spokojnie. Łagodny wiatr, który targa trawami lekko sunie wokół mojej twarzy, mojego ciała. Lekko mi...

Dom: żniwa, krzątanina, litry wylanego potu, zmęczenie, znużenie i odciski na rękach... Ale: praca przyjemna, jakoś tak zgodnie z rytmem natury, sprawiedliwie, radośnie nawet. Wreszcie mamy własny kombajn, a snopowiązałka poszła w odstawkę (tak, tak, u mnie w domu snopowiązałka, mendle i snopki - to normalne do zeszłego roku było). Teraz zaoszczędzamy czas i energię, nie ma strachu, że jak spadnie deszcz, to cała praca pójdzie na marne: wreszcie tata jest trochę odciążony i ze spokojną głową zbierze plony swoich starań i wysiłków. Dobra rzecz, ta mechanizacja, dobra...

Pomyśleć, że dopiero zwieźliśmy siano... Ledwo wysiadłam z samochodu, a już siedziałam w stodole i podawałam kostki... Nawet się nie zmachałam za bardzo, całkiem sprawnie i porządnie mi szło - nie było wstydu... Nawet chłopaki patrzyli z podziwem... Hehe... Malutka daje radę!

Poza tym: zapach racuchów z jagodami - niebo w gębie... buzi... mordce... pyszczku... ryjku... Jestem zachwycona, rozpieszczona...

Brak mi trochę pracy. Tej stabilizacji dnia: praca, akademik. Teraz: dom, stodoła, podwórko, wielokrotnie, dowolne kombinacje...

Przepraszam za chaos opisu, ale nie mam czasu pisa,ć tyle ile chcę jak chcę i kiedy chcę.

Znów muszę zmykać, paaaaaaaaaaaaa