niedziela, 9 sierpnia 2009

Po- wakacyjnie...

Nie będę miała internetu kolejne 2 tygodnie. Inaczej: nie będę miała iPlusa przez następne 2 tygodnie. Ale jeśli mój wysłużony, kochany, najlepszy, jedyny laptop załapie w akademiku sieć bezprzewodową - to wszystko będzie cacy :)

Oj... Nadziejo... Nie umieraj jeszcze... Chcę mieć połączenie z akademicką siecią...

Po o 4 dni za długich wakacjach, wreszcie wracam do siebie, do Poznania. Żniwa jeszcze trwają, ale zboże już całe skoszone, wszystko ładnie leżakuje już dosłownie wszędzie - urodzaj przerósł oczekiwania wszystkich, nawet moje. I tylko przy zwożeniu słomy mnie nie będzie.

Przerasta mnie powoli codzienność.

Żal mi czasów, gdy byłam sama i ze wszystkim sobie radziłam. Oczywiście wewnętrznie nie raz było źle, ale nikt nie umiał tego stwierdzić... Teraz?
Dzielę wszystko na dwoje, na Nas... A nie mam do tego żadnego prawa! Co Jego obchodzą jakieś moje małe górki, dołki, wertepy i koleiny?!
Kajam się w duszy za to, że postępuję tak a nie inaczej wobec Niego. Ale nie czuję już tego skupienia, które spajało dwie zakochane w sobie osoby...?
Nie wiem, co jest ze mną nie tak. Wiem, że wchodząc w związek jestem w nim cała; od stóp, do głów; ze wszystkimi uśmiechami, małymi radościami, ale i smutkiem, łzami, goryczą i żalem...
Nam tak nie wychodzi. Może to prawda, że sporządziłam dla Niego złotą, choć może wcale nie złotą, klatkę... "Byś nie odleciał przypadkiem".

Poza tym:
* odbyła się akcja: uwalniamy nietoperza; uwalniałam ja, nietoperz utkwił w piecu kaflowym, a jak go z pieca wydobyłam nie chciał odlecieć, a piękny był, że aż strach; no ale że żaden ze mnie Batman, to przyjaźń nasza trwała krótką chwilę...
* pierwsza w tym roku wyprawa nad jezioro też zaliczona... muszę wstawić tu zdjęcie jedno, by się udało cudnie; pływałam sobie wieczorem, właściwie późnym wieczorem, słońce zachodziło, księżyc wyglądał magicznie wręcz, a woda była cieplutka...
* Jovek już czuje się lepiej, pewnie dlatego, że nie ma takiego upału, temperatura jest całkiem znośna i psina może spokojnie biegać po ogrodzie :)
* był grill rodzinny i było pysznie...

A dzisiaj w nocy dzwonił Tom from JuEsEj. Rozmawialiśmy dwie godziny, od 2 do 4. Jakoś tak zleciało. Przeszłość wraca do mnie wielkimi krokami, a ja nie umiem powiedzieć sobie: przestań, to już było, możesz wyluzować.
Tomek powiedział, że ma mi coś do przekazania od Wojtka, i że dopiero teraz, gdy ma pewność, że z kimś jestem i to na poważnie (co w ogóle znaczy: "na poważnie"???). Tak chciał Wojtek... Zaczynam się bać. Ale z drugiej strony jest we mnie tyle ciekawości, takie podekscytowanie, że trudno mi się opanować. Pamiętam, że jeszcze rok temu oddałabym wszystko za cokolwiek związane z Wojtkiem...
Teraz? Chyba się boję, że fasady mojego dotychczasowego życia zachwieją się niebezpiecznie... Że wróci to, co udało mi się pożegnać... Że odżyją uczucia, które nie wniosą nic dobrego do mojej stłamszonej głowy. Ostatnim czego teraz potrzebuję jest migotanie przedsionków serca: On i Wojtaszek...

Nie rozumiem dlaczego wewnętrznie jest mi tak źle, dlaczego sypie się sama w sobie. Jakieś dziwne załamanie, smutek i strach buntują się we mnie z naporem, jakiego już dawno we mnie nie było. Liczę, że środek przymusu, jakim jest praca pomoże mi się z tego wygrzebać lub opanować to. A jeśli nie? To będę potrzebowała sformatowania. I paru chwil bycia na dnie, żałosnego, gorzkiego. Paradoksalnie siedzi we mnie agresja, która przebija się tylko przez moje myśli, pokorne ciało nie wykazuje żadnych zapędów do rozwiązań siłowych, które towarzyszyły mi do tej pory. Martwi mnie to.

Zmykam, zaraz siądzie bateria... Paaaaaa.

Ps. I niech mi nikt nie mówi, że się nie staram! Każdy jest kowalem swojego losu... A tu gaśnie palenisko...

Brak komentarzy: