niedziela, 29 listopada 2009

Niedziela

Moja niedziela. Chciałabym nawet nie myśleć.

Panna z Miszu (poprawnie MISH, ale ona na poprawność zupełnie nie zasługuje...) znów w akcji - jej żywioł to zagadywanie Go, gdy tylko wyjdzie poza próg 418. Śmiech Elżuni wbija się głuchym, a może pustym echem w ściany mojego pokoiku nawet wtedy, gdy ona znajduje się na zupełnie innym korytarzu. Co kto lubi. Ale co niby mam z tym zrobić? Jego wola. Odwrócony plecami do ściany - leży i żuje moje niezadowolenie - zupełnie dla Niego niezrozumiałe. On też nie jest w nalepszym nastroju. Zamiast się uczyć, czytać, rozwijać - siedzi tutaj, ze mną, odczuwając na własnej skórze moje wycofanie. Zwalamy wzajemnie na siebie winę. A z zewnątrz wszystko wygląda normalnie, wzorcowo. Mam sobie iść? - pyta - NIE!!! Zostań. Tutaj.

Chciałabym się cieszyć, ale chyba ktoś mi przypomniał, że ja tego zupełnie nie potrafię.


łzy które spływają po policzkach
smak słony mają nie gorzki
a ja
w tym jestem
tym żyję



Tak bardzo brakuje mi choćby małego zaplecza... Jakiegoś składziku z dobrą siłą... Wszystko wydaje się zbyt przygaszone, niechciane.

Wczoraj obejrzeliśmy Inland Empire... Polecam - ale tylko tym, którzy naprawdę lubują się w sztuce Lyncha... Gratka nie lada... Choć uprzedzam - seans zacznijcie wczesną porą, bo nocą możecie nie dać rady - taki to natłok wątków i motywów w trzygodzinnym obrazie.

Tyle na teraz.

sobota, 28 listopada 2009

Otchłań

Poczucie wewnętrznego wypalenia towarzyszy mi od tygodnia. Poczucie odrzucenia od kilku dni. A przeczucie złego - od kilku godzin.

Nie pisałam nic od kilku dni, bo to, co we mnie teraz siedzi jest smutne i ciemne. Chciałam więc zaoszczędzić Wam szczegółów mojego Weltschmerz. Dziś jednak uznałam, że czas się wypisać, że za dużo we mnie żółci i goryczy.

Niby wszystko jest normalnie. Niby rozmawiam z ludźmi, chodzę na zajęcia, sprzątam pokój, odchorowuję grypsko. Niby.
A jednak. Najpierw odwraca się ode mnie jedna osoba, potem kolejne. A ja zdaję sobie z tego sprawę z opóźnieniem. Nie umiem zareagować rozsądnie. Przesadne miotanie się między JA a ONI.
I ta wątpliwość: jestem dobrym człowiekiem?
Nie wiem. Tyle we mnie złego... Tyle niechcianego...

Zdałam sobie sprawę, że gdy byłam zupełnie sama - odrzucenie nie bolało, teraz zaś cholernie boli. Zapędziłam się.
Od jakiegoś czasu nieustannie postępuję agresywnie w stosunku do wszystkich. Najmniejszy szczegół staje się zaczątkiem lawiny: awantur, oskarżeń, epitetów, a w krańcowej fazie - płaczu przeszywającego.
Nie wiem, co się ze mną dzieje.
Ranie wszystkich.
Jego.
Agę.

Powinnam szaleć z radości, bo wreszcie mamy z Nim pokój na weekend dla siebie... Zamiast tego - wczoraj wyrzuciłam Go na parę godzin, żeby sobie pobeczeć nad moim biednym losem... Wieczór upłynął w atmosferze niezłej, ale jednak. A dzisiaj? Siedzę smutna. Siedzę obrażona na siebie. On nie wie, co robić. Właściwie, to powiedziałabym: jedź do siebie... Ale nie mogę, bo się obrazi, poczuje wyrzucony itd. Tak się nie robi. Czuję się podle. Psuję mu weekend. Marnuję Jego czas.

Tak. Użalam się nad sobą. Nie wiem, co jest ze mną nie tak. Ludzie średnio widzą, że mi źle - zbyt dużo jest agresji w moim zachowaniu: mówię głośno, pokazuję, gestykuluję, określam dosadnie. Trudno się dopatrzyć czegoś przygnębiającego pod tą osłoną.

Jestem straszna. Egoistyczna i wredna do granic możliwości. Nikt tak naprawdę mnie nie lubi. Nikt mnie nie zna. Są rzeczy, których nie zdradza się nikomu - to one decydują o tym, jakim się jest, co się robi i do czego się dąży. A ja? Nie przekonałam się do ludzi. Dlatego oni nie garną się do mnie. Nie ma zagadywania zbędnego na korytarzu: cześć - cześć, i tyle. Skończyły się odwiedziny, herbatki. Wiem, że to przez moje wyłączenie się z rywalizacji o nich. Nie zaczynam zawodów, gdy wiem z góry, że przegram. Są ludzie, którzy niczym hipnozą przyciągają ludzi, ich uwagę. Ja taka nie jestem.

Kiedyś byłabym z tego dumna. Że sama, samodzielna, samowystarczalna. Dziś jest inaczej: opuszczona, żałosna, niepotrzebna.

Bez szansy na zmianę i bez nadziei na lepszy czas. Na poczekalni.

A teraz? On wziął do ręki Szewców i czyta. A mnie? Roznosi, że zamiast książki, mógłby COŚ zrobić!!! Coś powiedzieć!!! Jakoś pomóc!!!

Sprowadzona do roli: zrób obiad kobieto - już po obiedzie nie nadaję się do niczego.
Jest mi źle ze sobą.
Mam wrażenie, że za moment nie będę nawet potrafiła się uśmiechnąć. A na udawanie nie mam ochoty.

Miało być pogodnie i słonecznie; mieliśmy rozleniwieni obejmować się ze śmiechem, rozmawiać o tylu ważnych sprawach, potem pójść na spacer, może na jakieś winko.

A przecież wszystko jest nie tak. Nie smakuje mi herbata. Obiad był niedobry. Łóżko jest źle pościelone. Podłoga znów zapruszona. Muzyka za głośna albo za cicha. On zbyt zdystansowany. Ja oderwana od tego, co tu i teraz. Nie ma gwaru, śmiechu, radości. Zgorzkniała atmosfera gnijącego powietrza. Jakoś tak szaro i nijak. A w samym środku w centrum ja i moje niezadowolenie. A tuż obok Jego rozczarowanie. Nie da się tego znieść.
Dobrze, że czasem ktoś tutaj zagląda.
Dlaczego On czegoś nie zaproponuje, nie postanowi? Wszystko ma być wg. grafiku. Nie ma być niepotrzebnego wykorzystywania czasu. Róbmy, co musimy robić. Tak będzie lepiej.

Nie chcę książek, filmu, mądrych dysput! Nie chcę ideologii, światopoglądów, gustów!
Chcę jakiegoś uniesienia, uczuć, chcę czuć, rozkruszyć twardą formę kokonu odrętwienia, w którym siedzę, który już mnie dusi.

Wytrąciło mnie z równowagi. Nie jestem tylko pewna co. Czuję presję i zagrożenie. Nie umiem stwierdzić, z której strony ono uderzy, gdzie jest.

niedziela, 22 listopada 2009

Akademik wieczorową porą.

Gdyby w pociągu był mniejszy ścisk - mielibyście przed oczyma posta z drogi do Poznania. Był by to post długi, nastrojony radośnie i pozytywnie, pełen wieści mniejszych i większych.
Ale piszę już stąd. A wedle zasady - im bardziej chcesz, tym mniej masz - ten wpis daleki będzie od pierwotnego zamysłu. Obiecuję jednak - postaram się nie smęcić!

Zacznę więc niepozorną historyjką: moi rodzice, którzy sami nadali sobie pseudonimy: Pączuś (Mama) i Balonik (Tata) prowadzili w mojej obecności niesamowitą rozmowę. Balonik opowiadał historię uwodzenia Pączusia i tego, jak trudno mu zrozumieć, jak można lubić cukierki Irysy. Natomiast Pączuś wspominał, że w czasie ich młodzieńczej fascynacji Balonik bardziej przypominał chuderlawego Herbatnika Czekoladowego - tak murzyńsko chodził opalony (nie jest to sformułowanie o zabarwieniu rasistowskim, a jedynie opis koloru skóry Taty). Miło, kiedy małżeństwo ze stażem, ogromnym bagażem doświadczeń lepszych i gorszych, takie dialogi prowadzi, żeby latorośl widziała, że można być ze sobą całe życie, a nie tylko do czasu rozwodu...

Kwestia kolejna - Jovan, który, jako że jest jednym z moich najlepszych przyjaciół, na blogiu pojawia się regularnie, znów szczeka Wam z ekranu. Ma teraz dobry czas, nie bolą go stawy, nie ma rzęrzeń w płucach, zwiększył mu się apetyt i sierść nabrała ładnego blasku. Bawi się chętnie, dużo biega i zawsze z tym samym entuzjazmem czeka na aportowanie. Tak dobrze było kłaść się spać, gsy na kocu, tuż przy ramieniu układał się Jovek. Jeszcze chwilę drapałam go po główce i grzbiecie. I zasypialiśmy. Dodać muszę, że Juv chrapie bardzo. I czasem mnie budzi. Ale za nic nie oddałabym nocy, gdy mam przy sobie psa obronnego... I sen jest taki spokojny i błogi.


Natomiast Żaba - chyba właśnie się szczeni... Czekam na wieści. :D


Poza tym - wreszcie zapisałam kalendarz danymi: kto kiedy ma urodziny i imieniny? Żeby nie popełnić gafy, że znów nie pamiętałam... Głupio było, gdy mama musiała podać mi konkretną datę swoich urodzin, bo na jej pytanie: "nie pamiętasz?" - musiałam powiedzieć prawdę - znam rok i miesiąc, ale nie dzień... Tak jest z całą resztą mojej licznej rodziny: rodziny i znajomych.

Tyle na teraz. O wyciu do księżyca nie napiszę za dużo - bo się o tym naczytaliście, że pewnie Wam bokami wychodzi... A i ja chyba już nie chcę się rozpisywać, że jeden, którego kocham leży w drewnianej skrzynce, a drugi właściwie nie wie, co ze mną robi i po co.

Śpijcie spokojnie. Mam nadzieję, że jutro będziemy mieli dobry dzień.
Dobranocka :)

czwartek, 19 listopada 2009

Część II.

Mam połączenie. Znów. Wreszcie. Uff. Więc - zabieram się do dzieła. :)

Miałam dziś kilka przygód: Żabol schował się w samochodzie, a potem przez pół dnia prowadziłam szeroko zakrojone poszukiwania - bo nie wpadłabym na to, że pies do garażu czmychnie i się zaszyje na tylnym siedzeniu taty samochodu ; Jovan zjadł dziś chyba całą tabliczkę czekolady, bo mi takowa z biurka zaginęła; i było szczepienie prosiaczków :)
To co robiłam sama? Poczytałam ukochanego Dumasa. Obejrzałam film z Antoniem B., a potem taką bajkę o smoku/ koniu wodnym. Byłam na długim spacerze w lesie. I jeszcze objadłam się chrupkami kukurydzianymi.
Moje gusta filmowe zdecydowanie do wybitnych nie należą, ale jestem wybredna. Jeśli jednak widzę, że ekran wypełnia Antonio - oglądam uparcie i zawzięcie, nawet przy kiepskiej fabule itd. Dzisiejszy film - nic specjalnego - przykuł moją uwagę jedną refleksją: dlaczego kościół= wiara katolicka? The Body - opowieść o szczątkach z 32 roku, to kontynuacja Dan Brownowego bumu w kwestii: Watykan knuje...

Przypomniało mi się właśnie, że miałam zamieścić specjalną rubrykę pod jakże tajemniczym tytułem: Błogosławiona Aurela od socjologów. Zapomniałam. Muszę zrobić taką zakładkę czy coś, bo specjalne miejsce należy się wyjątkowym mądrościom głoszonym przez panią doktor (Oa może jeszcze magister) zajmującą się socjologią rodziny... Bo gdzież zamieścić słowa:
* cóż to za fetor wydobywa się z twojej pieluszki mój pięciomiesięczny synu?
lub:
* kobiecie zawsze jest źle, zwłaszcza na górze!
i:
* mężczyzna to brutal, kobieta - zwykła idiotka.
Szanowna pani prowadząca budzi respekt w nas, adeptach nauk społecznych - nic tak nie poszerza naszych horyzontów...

Część I.

Poczułam nagłą i nieodpartą potrzebę przyjazdu do domu, do rodziców, moich psin kochanych i tego wszystkiego, co mówi mi, że stąd właśnie jestem. Rzuciłam więc wszystko, spakowałam w pośpiechu walizkę i wyruszyłam. Miła niespodzianka na dzień dobry - ze stacji odebrali mnie mama i tata, co zdarza się bardzo rzadko, albo i rzadziej... Mały jest jeszcze w szkole - dobrze, że nie wagaruje jak starsza siostra ;)

Jadąc pociągiem patrzyłam jak szybko zmienia się krajobraz. Dwa tygodnie wcześnie było bardziej zielono, liście jeszcze się trzymały gałęzi, a ludzie nie chodzi opatuleni wszystkim, czym się da. Dziwny widok - w pociągu jechała dziewczyna, owinięta kocem w czerwone róże. Tak jej było zimno... Rude loki, spływające niepokornie na ramiona i koc właśnie, nadawały jej niesamowicie tajemniczy wyraz... A oczy miała takie rozświetlone... Nie muszę chyba dodawać, że towarzyszył jej młodzian wysoki i przystojny, z tym czymś w spojrzeniu.
Dobrze mi się na nich zerkało ukradkiem. Przypomnieli mi pewną parę sprzed dwóch lat... Jego i mnie... Choć ja niestety nie wyglądałam tak magicznie... Aż dech zapiera. To już dwa lata... Oby było więcej takich wspólnie wykochanych lat... Mam poczucie, że moje serce należy do Tego, do Którego należeć powinno.




Ale przecież nie samą miłością żyje człowiek :)
(Ale o tym w następnej części, bo łapię każdy najkrócej funkcjonujący zasięg.)

środa, 18 listopada 2009

Post pisany na szybko...

Jestem w domu - a tu nie ma zasięgu... Ehhh.

Post będzie kwitł, ale w wersjach roboczych - bo wątpię w możliwości połączenia tutaj.

wtorek, 17 listopada 2009

Leżę w łóżku. Ból brzucha po lewej stronie nasila się - jutro pójdę do lekarza, bo mi to życie utrudnia od tygodnia. Gdyby nie to, że mi wyrostek usunięto, i że wyrostek zwyczajowo po prawej stronie sobie tkwi - stawiałabym, że to to... A tak - nie wiem. Coś z tym trzeba zrobić.

Obiecuję jutro dłuuugiego i wyczerpującegoooo posta napisać. :)
A teraz zmykam.

środa, 11 listopada 2009

Św. Marcin, czyli jak zapomnieć o imieninach ulicy...

Wstaliśmy rano po wielkich perturbacjach. Wieczór miał być spokojny i krótki, a później miał być zasłużony sen... A była impreza. I to całkiem udana. Zamknięta i elitarna, rzec by można.

Byliśmy w pokoju, w Mięsnej, w Al Mirage i w pokoju. Dla mnie zabawa zacząła się po tym, jak poszła Turczynka, a przyszedł Saba. Saba to Irańczyk, i może...? ;)
Oczko puściłam Adze.
A, i mój Mężczyzna ze mną... tańczył ;) Hihi... dawno takiej nocy nie mieliśmy.

Rano odwiedziła Agnieszkę, czyli nas też, Marlena. Znów pojawił się temat jej ślubu - dopingowanie młodych idzie nam nieźle, ale rzeczywistość zdaje się odrobinę inaczej torować całość przedmałżeńskiego bycia Marleny i Dawida... W szczegóły wdawać się nie będę ;)

A dzisiaj byliśmy w palmiarni całą rodziną, czyli Aga, Sław i ja. Ryby, gady, ptaki... Małp mi tylko brakowało i bananowców. Ale było warto: kolorowo, ciepło, zimno, niezbyt tłoczno, egzotycznie i ZIELONO bardzo. Liany, liście, kaktusy... Aż chciałoby się ruszyć do dżungli, ale raczej na urlop, niż na stałe. Wystawa owadów zrobiła na nas ogromne wrażenie - zwłaszcza chrząszcze i motyle. No i ja pierwszy raz widziałam płaszczkę "na żywo". ;)

Tyle na teraz, włączę sobie Dextera.
A pannę z MISZu - ZLIKWIDOWAĆ!!!

CIERPLIWA JEST W CHOLERĘ I TWARDA.
NIE DA SIĘ.

NIECH SPIERDALA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!111

wtorek, 10 listopada 2009

"klamka zapadła"

Miałam dziś dość intensywny dzień. Mam zamiar sporo wydarzeń opisać, przytoczyć pewne anegdotki. Teraz właśnie, gdy Jolka gada po angielsku z jakąś Turczynką, a Aga włącza się do dyskusji z zaangażowaniem, a ja znów schowana na moim łóżku, za plecami. W przyrodzie nic się za bardzo nie zmienia... Jakoś tak. Ale teraz mam to gdzieś. Ożywię się, gdy On wróci z winami.

Są tacy wykładowcy, którzy zawsze będę robili na studentach wrażenie. Tytani swojego fachu. Specjaliści i czarodzieje. Elita starszych - wbrew pozorom ich wieku, to na ich wykłady chodzi się najchętniej, najczęściej. Profesor W., choć zajmuje się czymś czego nie trawię - językoznawstwem - zawsze przykuwa moją uwagę. A to rzuci jakąś ciekawostkę o hindi, a to policzy języki świata jakoś tak, że chętnie się tego słucha. Profesor P. od historii kultury to kobieta-anioł, człowiek z sercem na dłoni i mówi o rzeczach, o których nie słyszałam wcześniej, lub się nad nimi nie zastanawiałam. Chwała jej za to.

Za to na socjologii miałam dzisiaj przykład bezmyślności pani doktorrr. Właściwie to ja wypunktuję największe hity jej wykładu:

* powinnościami matki są: nakarmić dziecko, przewinąć i uśpić;

* koło miłośników kotów persów działa;

* przesadyzm (czy takie słowo istnieje?) ludzki;

* wcześniej nie było roli pilota statku kosmicznego tak, jak teraz, bo teraz taka rola jest.

Usprawiedliwić muszę niewielką ilość przykładów, ale przysnęłam na tych zajęciach... Obudziła mnie chwila, w której pani doktor oznajmiała, że to już koniec ćwiczeń z socjologii rodziny... Ulga...

A wieczór? Poniekąd mój - byliśmy w kawiarni z Nim. Piękne miejsce, bardzo klimatyczne, specyficznie urządzone, jasne i ciepłe. Aura jesiennych świateł, liści, i relaksu, i On.
Tyle, że siedzieliśmy naprzeciw siebie, wpatrzeni, ale ani On, ani ja, nie mówiliśmy nic... Cisza i milczenie... Tak, bo On przecież mi nie ma nic do powiedzenia... Przez te 2 lata powiedział wszystko, co powiedzieć chciał... Teraz już nie musi... Teraz woli rozmawiać z wszystkimi innymi.
Jest mi z tym źle i nijak.
Ale wieczór uważam za udany. Spokojny i cichy. Bez poczucia chaotycznego wycieńczenia miejsc.

Reszta wieczoru? Już usprawiedliwiłam swoją duchową nieobecność tym, iż piszę bardzo istotnego posta, którego chcę zamieścić jeszcze z dzisiejszą datą. Nikt już na mnie nie spogląda, nie pyta. On siedzi za daleko, by się przytulić. Ale co tam - niech każdy ma coś z tego wieczoru. Prawda?

Kazik biega już w kołowrotku chętnie i często. Nawet nie specjalnie hałasuje. Urósł i przytył. Więc zrzuca zbędne kilogramy ;) Bawi mnie jego nieporadność, gdy coś się zmienia w jego domku, gdy coś mu przestawimy, coś przesuniemy. Tak bezradnie ześlizguje się z biurka. Ale chyba lubi być spadochroniarzem. Kiedy jest czas jego aktywności - wdrapuje się na wszystko, co wyżej, a potem zeskakuje. Ta, a mi ciągle przypomina lotopałankę... Też mi skojarzenie.

Właściwie, to chyba mi się wątki wyczerpały. Za bardzo chce mi się spać, żeby pociągnąć coś więcej. A jeszcze jedno wino nie poszło.... A rano pobudka... Ehhhhhh ;/



A to moja jesień z II roku studiów... Tak mi się przypomniało. Najpiękniejszy czas mojego życia studenckiego... Wtedy się zakochałam, wtedy nie miałam żadnych problemów, wtedy świat leżał u moich stóp... Wszystko się zmieniło... Ale jest mi prawie dobrze. ;) Kończę więc pozytywnie ;)

Kolorowych snów!!!

poniedziałek, 9 listopada 2009

Poprzednia notka zostaje. Chciałam ją usunąć, ale niech jest, ku przestrodze choćby.

Moje wczorajsze myśli wciąż tańczą okrutne tango w mojej głowie.

Przeprosiłam Agę za wczorajszy rykoszet... Ma rację. Jak dziecko - milknę obrażona, gdy coś dzieje się inaczej, niż bym chciała.

Milknę - bo nie umiem mówić. Nawet, gdy nie jestem wzburzona mam z tym problem. A gdy jestem, to dla dobra tak siebie, jak i tych, na których mi zależy - zaplątuję język w supeł. Tak jest lepiej. Gdy zaczynam mówić, tracę osoby z którymi miałam dobry kontakt. I nie dlatego, że używam oszczerstw czy innych nieuczciwych argumentów. Po prostu nie umiem zbliżyć się ponownie do kogoś, kto postawił mnie w takiej sytuacji...

(Tak było z Ewą...).

Co do Niego - nie widzi, że coś jest nie tak. Kiepski z Niego obserwator, albo ze mnie kiepska Jego dziewczyna.

Tyle na teraz. Idę na ćwiczenia z podstaw socjologii. O ironio, temat na dziś: interakcje... Nie jestem dobra w te klocki...

niedziela, 8 listopada 2009

śmiech za drzwiami, pustka ścian.

Wyszperane w sieci :)

za drzwiami impreza. jest głośno, śmieją się i gadają.
nie, nie mam do nikogo pretensji. znów to był mój wybór, że siedzę zupełnie sama w pokoju.
chciałabym, żeby mnie ktoś wywiózł na koniec świata, a najlepiej na bezludną wyspę.
nie nadaję się do życia między ludźmi. ta cała zabawowa otoczka na mnie nie działa, albo raczej działa - drażni mnie niczym czerwona płachta byka.

przeczytałam Kartotekę Różewicza, za Rozrzuconą kartotekę się nie zabieram - nie mam teraz do niej cierpliwości.

w domu? atmosfera ponurego oczekiwania: Młody wyleci ze szkoły albo nie wyleci. problemy wychowawcze...

w głowie myśl: nigdy nikomu nie wystarczę do końca, nigdy nie będę wszystkim.
dlaczego więc dla mnie to takie proste: oddaję całą siebie i całą swoją uwagę...


Wyszperane w sieci...

chciałabym, żeby W. wrócił. dla Niego byłam wszystkim. i nie musiałam tego udowadniać, ani Jemu, ani sobie.

poszłam po fajki, piwo stoi w lodówce. On ma to, czego potrzebuje, ja jestem mu zbędna. przeszkadzam. zawadzam. jestem 15 kołem u wozu. gratem, zakałą, śmieciem. zawsze tak samo beznadziejna. zawsze tak samo do niczego. zawsze tak samo głupia i pusta. zawsze taka nie-Jego. zawsze niczyja. zawsze. zła i niewdzięczna. wystarczyło, że zamknęłam się w pokoju - a korytarz wypełnił się ludźmi.

Aga pewnie jest zła. pewnie ma rację. impulsywnie - nie jestem noworodkiem, nie potrzebuję nieustannej opieki i troski. czasem może zrobić sobie ode mnie wolne. przepraszam.

... ***...

czarno, słono, mokro, źle

nienawidzę...

czasem jestem bezsilna. czasem zła. teraz... inaczej.

nie ma szans, że to zmienię. chcę świętego spokoju. czy to się musi dziać, kiedy ja tu jestem w pokoju, w akademiku, w Poznaniu, w życiu? czy to musi mnie dusić i tłamsić? chcę do domu.

nienawidzę ułudy, że może być inaczej. prób wyjścia do ludzi i z ludźmi. udawania, że umiem się dobrze bawić, że wcale nie jestem inna. i tej naiwnej wiary, że coś się zmieni też nie znoszę. jestem osobnikiem, jednostką, komórką, liczba pojedyncza. tak to już zostanie.

gdybym mogła cofnąć czas - nigdy nie wpuściłabym nikogo do środka mnie. nigdy i nikogo. od początku do końca. kocham Was - ale lepiej dla wszystkich by było, gdybyśmy się nie spotkali. nie poznali.

sobie? nie życzę 100 lat.

kupiłam Tacie kwiaty na urodziny. tak bardzo Go kocham.


Wyszperane w sieci

ostatnim czego chciałam od dna dzisiejszo/ wczorajszego jest to.

piątek, 6 listopada 2009

Wstałam po perturbacjach. Nie poszłam do pracy. Nie przeczytałam nic wartościowego. Jakoś tak. Jedynym osiągnięciem wczorajszego wieczoru było przymuszenie się do obejrzenia pierwszej serii Dextera. Jakimś cudem dałam radę przetrwać fabuły, wątki, zamysł twórczy i kiepsko grę aktorów. Czego się nie robi z nudy... I czego się nie robi po to, by już nie męczyć Kazika nauką chodzenia w kołowrotku... Biedny zwierz, nadmiar miłości szkodzi...

Cała reszta sprawozdania, kiedy zwalczę rozdrażnienie buzujące między moją głową a stopami...

Kurcze, żałuję, że nie wybyłam wczoraj do domu. Nie byłoby niespodzianek. Żadnych.

Ps. Czy ja już pisałam, że nie lubię niespodzianek?

poniedziałek, 2 listopada 2009

Aga śpi. On był z krótką wizytą, ale i tak mnie wytulił :) Kazik ma wreszcie klatkę, która wygląda jak prawdziwy dom chomika - dzięki Aniu :) :) :) A ja wierzę, że jutro nie będzie wejściówki z procesów ludnościowych :)

Chyba naprawdę jestem zmęczona. A zajęcia na 8... Jedne ćwiczenia, a potem tylko 5 wykładów... Chyba się walnę na glebę... Kiedy ja się wyśpię????????

Ps. Czasem milczę, bo brak mi słów... bo nie mam siły poruszać się w skomplikowanej sieci międzyludzkiej. Tak już mam. Nic na siłę, a przynajmniej nie wtedy, gdy ja tej siły nie mam. Przepraszam.

A na dobranoc - La bella vite! (Czy jakoś tak).

niedziela, 1 listopada 2009

Wieczór...

Samotny wieczór, pełen myśli i myśli, tych prostszych, przyziemnych i tych bardziej wyrafinowanych, oderwanych od dnia codziennego. Jakoś tak mi.

Nie lubię pierwszych dni listopada, gdy wszyscy nawiedzają cmentarze i ustawiają rzędy zniczy. Ułuda oddania, trzyminutowa refleksja nad śmiercią. Cmentarze zasłane kobiercami z liści nagle tętnią życiem, jak Londyn w Boże Narodzenie. Groby przestają być anonimowe, a dorośli i dzieci spoglądający na tablice zdają się kusić zmarłych rozmową i kolorami czapek lub szali.
A we mnie coś krzyczy: gdzie miejsce na modlitwę, gdzie pokorna cisza?
Nikt nie słucha mszy, nikt nie słucha wypominków, tylko ksiądz trzęsący się z zimna klepie od lat znane mu formułki.

W tym roku zupełnie nie ciągnie mnie na cmentarz. Nie chcę stać nad grobami znanymi i nieznanymi.
Skoro nie mogę nawet wyszeptać kilku słów Wojtaszkowi. Nie zapalę Mu lampki. Nie zmówię modlitwy. Nie przyklęknę i nie dotknę chropowatej płyty Jego nagrobka. Nie powiem, czego żałuję, czego chcę, na co czekam i tego, jak mi Go brakuje.
Pamiętam, że gdy pierwszy raz stałam nad Jego grobem, był tylko usypany z piasku i założony kwiatami, pewnie łącznie nie dostałby tylu przez wszystkie swoje urodziny, imieniny i z okazji ślubu. Potem przychodziłam do Niego codziennie, patrzyłam jak kwiaty gniły, schły, jak górka piasku się obniżyła. Aż pojawiła się płyta z wygrawerowanym napisem i tymi kilkoma słowami, o które prosił.
A ja nadal nie zgadzałam się z tabliczką, tablicą i wszystkimi innymi szczegółami. Myślałam chyba, że z piasku łatwiej będzie Mu wyjść. Spod płyty nie wyjdzie. A ja chyba nie chcę więcej stać i czekać.
A jednak w tym roku powinnam być z Nim. Tęsknię bardziej niż wcześniej. Bardziej Go potrzebuję, częściej przywołuję w snach. I gdybym miała jak - pojechałabym na cmentarz.

Nie próbuję już sobie wyobrażać tego, że się spotkamy. Że coś zostało z naszej miłości, choć zostało całkiem sporo. I nie chcę wiedzieć czy On i On polubiliby się, czy znaleźliby wspólne tematy. Czy obaj wybaczyliby mi, że żaden z nich nigdy nie będzie miał mnie w zupełności dla siebie. W końcu to napisałam. Kocham Ich obu. I zawsze tak będzie. W Boże Narodzenia, Wielkanoce, Święta Zaduszne. Obu.

I nuci mi się w głowie ta jedna piosenka...:

Edyta Geppert, Jaka róża taki cierń

Była zła, gdy zatrzasnął drzwi
W środku płacz, w oczach suche łzy
Pomyślała, no tak
Znów ten schemat się pcha
Oto był ten ich słynny ląd
Dwa na trzy, wynajęty kąt
Może śmiesznie to brzmi
Lecz w tej chwili nie miała już nic
Trzy tuziny złych lat
To, co bolało znikło już
Mimo to ból

Jaki ranek, taki dzień - nie dziwi nic
Jaka woda, taki brzeg - nie dziwi nic
Jaka pościel, takie sny - nie dziwi nic
Nawet to co jest

Jakie serce, taki lęk - nie dziwi nic
Jaka słabość, taki grzech - nie dziwi nic
Jaka kieszeń, taki gest - nie dziwi nic
Nawet to co jest

Jaka róża, taki cierń - nie dziwi nic
Jaka zdrada, taki gniew - nie dziwi nic
Jaki kamień, taki cios - nie dziwi nic
Jakie życie, taka śmierć

Różo, różo, nasz jest świat
Zostaniemy wciąż młode
Noc wiruje wokół nas
Spójrz, uśpiłam już trwogę
Miłość durna, miłość zła
Nie ma władzy nade mną
Włosy me pochwycił wiatr
Dziesięć pięter i ciemność

Jakie życie, taka śmierć - nie dziwi nic
Jaka zdrada, taki gniew - nie dziwi nic
Jaki kamień, taki cios - nie dziwi nic
Nawet to co jest, co wyrywa z nas
Cały zapas słów
Cały spokój serc

Jakie życie, taka śmierć - nie dziwi nic
Jaka zdrada, taki gniew - nie dziwi nic
Jaki kamień, taki cios - nie dziwi nic
Nawet to co jest...



Nie myślcie, że żyję tylko na biegunach: On - On. W moim zwyczajnym życiu wreszcie stabilizuje się wszystko. Egzaminy być albo nie być na filologii polskiej zaliczone, czas poważnie zabrać się za magisterkę. O tym, ile się najadłam strachu przed wejściem do gabinetów doktorów naszych nawiedzonych, pisać nie będę. Ale już mam to za sobą. Nie straszny mi Sinkiewicz, Orzeszkowa i paru innych Prusów. Nie przeraża mnie słowotwórstwo, składnia ni inne pluralia tantum. Nic. I czekam na resztę wrażeń, jakie zaserwuje mi Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej UAM.

Wreszcie pobyłam trochę w domu. Mamy nowego kotka, właściwie kotkę, bieluśka jak mleko, z siwym ogonem i jednym uchem. Znalazła się dzisiaj. I z miejsca urzekła tatę. Czyli zostaje.

Reszta jutro. Aga wróciła. Czas spać, na 7 trzeba do pracy wstać.
Dobranoccccccccccccccccccc