Są tacy wykładowcy, którzy zawsze będę robili na studentach wrażenie. Tytani swojego fachu. Specjaliści i czarodzieje. Elita starszych - wbrew pozorom ich wieku, to na ich wykłady chodzi się najchętniej, najczęściej. Profesor W., choć zajmuje się czymś czego nie trawię - językoznawstwem - zawsze przykuwa moją uwagę. A to rzuci jakąś ciekawostkę o hindi, a to policzy języki świata jakoś tak, że chętnie się tego słucha. Profesor P. od historii kultury to kobieta-anioł, człowiek z sercem na dłoni i mówi o rzeczach, o których nie słyszałam wcześniej, lub się nad nimi nie zastanawiałam. Chwała jej za to.
Za to na socjologii miałam dzisiaj przykład bezmyślności pani doktorrr. Właściwie to ja wypunktuję największe hity jej wykładu:
* powinnościami matki są: nakarmić dziecko, przewinąć i uśpić;
* koło miłośników kotów persów działa;
* przesadyzm (czy takie słowo istnieje?) ludzki;
* wcześniej nie było roli pilota statku kosmicznego tak, jak teraz, bo teraz taka rola jest.
Usprawiedliwić muszę niewielką ilość przykładów, ale przysnęłam na tych zajęciach... Obudziła mnie chwila, w której pani doktor oznajmiała, że to już koniec ćwiczeń z socjologii rodziny... Ulga...
A wieczór? Poniekąd mój - byliśmy w kawiarni z Nim. Piękne miejsce, bardzo klimatyczne, specyficznie urządzone, jasne i ciepłe. Aura jesiennych świateł, liści, i relaksu, i On.
Tyle, że siedzieliśmy naprzeciw siebie, wpatrzeni, ale ani On, ani ja, nie mówiliśmy nic... Cisza i milczenie... Tak, bo On przecież mi nie ma nic do powiedzenia... Przez te 2 lata powiedział wszystko, co powiedzieć chciał... Teraz już nie musi... Teraz woli rozmawiać z wszystkimi innymi.
Jest mi z tym źle i nijak.
Ale wieczór uważam za udany. Spokojny i cichy. Bez poczucia chaotycznego wycieńczenia miejsc.
Reszta wieczoru? Już usprawiedliwiłam swoją duchową nieobecność tym, iż piszę bardzo istotnego posta, którego chcę zamieścić jeszcze z dzisiejszą datą. Nikt już na mnie nie spogląda, nie pyta. On siedzi za daleko, by się przytulić. Ale co tam - niech każdy ma coś z tego wieczoru. Prawda?
Kazik biega już w kołowrotku chętnie i często. Nawet nie specjalnie hałasuje. Urósł i przytył. Więc zrzuca zbędne kilogramy ;) Bawi mnie jego nieporadność, gdy coś się zmienia w jego domku, gdy coś mu przestawimy, coś przesuniemy. Tak bezradnie ześlizguje się z biurka. Ale chyba lubi być spadochroniarzem. Kiedy jest czas jego aktywności - wdrapuje się na wszystko, co wyżej, a potem zeskakuje. Ta, a mi ciągle przypomina lotopałankę... Też mi skojarzenie.
Właściwie, to chyba mi się wątki wyczerpały. Za bardzo chce mi się spać, żeby pociągnąć coś więcej. A jeszcze jedno wino nie poszło.... A rano pobudka... Ehhhhhh ;/
A to moja jesień z II roku studiów... Tak mi się przypomniało. Najpiękniejszy czas mojego życia studenckiego... Wtedy się zakochałam, wtedy nie miałam żadnych problemów, wtedy świat leżał u moich stóp... Wszystko się zmieniło... Ale jest mi prawie dobrze. ;) Kończę więc pozytywnie ;)
Kolorowych snów!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz