środa, 12 września 2012

i kropka


To była długa droga, która rozpoczęła się od kilku marzeń.
Marzenia rozkwitały w plany.
A plany... przekwitały w jesieni niemożności.

Dziś nie mam już żalu.
Mam plan, lepszy czy gorszy, ale plan.

Przyblakłe marzenia dają się zeskrobywać.
Przejrzystość tego, co się może udać lecz nie musi, powoli osiada we mnie.

Wciąż nie jest mi wewnątrz spokojnie. 
Za trudne dni.
Zbyt wiele spraw, których chciałabym nie mieć na głowie.

I Wu, o którym myślę tak, jakby za moment miał wejść do kuchni. Do śniadania ustawiam Jego ulubiony kubek. Czas zatrzymał się w miejscu .
I boli. A bólu nie umiem ukoić.

Jestem na etapie godzenia się z tym, co mi życie dało. I z tym, czego w życiu mieć nie będę.

Wbrew pozorom - to dobrze.
Bo ruszę do przodu.
Bez mrzonek.
Bez zbyt silnych emocji i zawiedzionych nadziei.

Trudno jest rezygnować z tego, co wydawało  się być jedynym sensem, ale kiedy ten sens przeciekać zaczyna między palcami - należy podjąć męskie decyzje. Zmienić kierunek.
Obrać nowy cel.

Ciężko jest zaczynać od przegranej, ale to motywuje.

Podobnoż w życiu tylko trzy rzeczy są ważne: miłość, młodość i rozum.
To oceany, nie strumyki.

Dysponuję młodością i rozumem.
Wystarczy.

czwartek, 23 sierpnia 2012

ciii


Odwrotności i bieguny.
Pomiędzy łzą... uśmiech.

Jestem jak posklejana waza, którą ktoś znów zrzucił ze stołu.

Sierpień mnie przerósł, a to jeszcze nie koniec miesiąca.
2012 uważam za rok stracony. Rok porażek, nieopisanego smutku i samotności.

Kocham autobusy zza okna.
Przypominają mi lepsze czasy.
Jego.
I dom, który nigdy nie był idealny, ale w którym cisza nigdy nie była tak dotkliwa.

Kocham nocne marzenia.
Choć przez chwilę potrafię zapomnieć.

Kocham kolczyki z czarnym oczkiem.
I paskudnie złoty pierścionek mamy.
Sprawiają, że trochę bliżej mnie jest miłość, choć zawsze na odległość.

Tęsknię za czasem, gdy faktycznie i fizycznie ktoś przy mnie był.
Nawet jeśli nie było mowy o okazywaniu uczuć ani emocji.

Teraz nawet złudzenia ulegają rozkładowi.
Mam wrażenie, że tego zbitego kolana nie uda się uratować.
I że tak niewiele trzeba, by zniknąć.

Pierwszy raz od tysiącleci chciałabym przynależeć gdziekolwiek.
By nie oszaleć.
I nie połykać łez, do których się nie przyznam.

Mam wrażenie, że ta noc trwa już za długo. Że nie budzę się z koszmaru.


Jutro pojadę do smutnego domu. Osieroconego domu.
I wiem, że nie mam już sił na pancerz i złudzenie silnej dziewczyny.
Wiem, że tym razem to nie ja powinnam podtrzymywać na duchu.
Chciałabym mieć 6 lat i przytulić się do taty.
Tymczasem zobaczę człowieka zmęczonego życiem, w którym zgasło wszystko, co dawał mi gdy byłam mała.


Słowa nie przynoszą ulgi. Już nie. Za dużo tego.
A za mało tego, czego smak ledwo pamiętam.

Niech mi ktoś zabierze mózg, nerki mam uszkodzone. Genetycznie.
I będzie cacy.
 

wtorek, 7 sierpnia 2012

2 VIII


świat nie powinien być taki
błędy, których nie można naprawić, nie powinny mieć miejsca

roztrząsam w głowie wydarzenia ostatnich dni
przeraża mnie pustka i bezsilność
i dom pogrążony w żałobie

dziś byłyby Jego imieniny...

 jest mi źle
bo jutro praca
bo po chodnikach błąkają się kolorowe sukienki
bo ludzie się uśmiechają
bo... trzeba pójść dalej
robić swoje

a przecież TO się wydarzyło
zabierając radość
spokój
kolorową szafę
dom w komplecie

i myśl, ile wycierpiał
myśl, która mnie żre od środka

sobota, 21 lipca 2012

jestem


Czasem zamieram, rozpuszczona w jakiejś melodii, która przywraca mi wszystkie piękne wspomnienia, wszystkie cudowne chwile, wszystkie zapomniane uczucia.
Czasem w tej melodii dostrzegam zapowiedź pożądanego szczęścia.

Coraz częściej uśmiecham się do siebie.
Nie potrzebuję powodów.
Ani uzasadnień.
Ani nikogo, kto stanowiłby "właściwą" motywację.

Za oknem Poznań, który weekendowo nie chodzi spać po dobranocce.
Za oknem życie rozmoczone w czerwonych stróżkach wina, odurzone substancjami chemicznymi, przypalone ostatnim papierosem z paczki.
Za oknem kobiety z czerwonymi ustami rozmawiają z mężczyznami w garniturach.
Za oknem noc rozochocona naprędce. Żądze i zęby wgryzione w czyjś kark.

Dlatego spoglądam zza szyby.
Zbyt mała.

Dlatego tak mi teraz wieloznacznie...

Ktoś chyba we mnie dojrzewa...
Dostrzega.
Dogląda.

Bez wątpienia!

Coraz częściej mogę się cieszyć z tego, kim i jaka jestem.
 


środa, 4 lipca 2012

!

Kolejny raz rozmawialiśmy o sprawach niezwyczajnych.
Transparentni do granic możliwości.
Zawinięci w dawne obrazki.

Przedawnieni?
Z bliznami zakamuflowanymi.

środa, 13 czerwca 2012

***


Czekam na jutro.
Jak wcześniej.
I oczy się same śmieją.
I dni lepsze.
I Ty w głowie.

Niepoprawnie buduję świat.
Niemądrze palcami szarpię się z materią.
Niedbale nas pielęgnuję.

Dlatego tutaj.
Z taką samą pasją.

Przecież tęsknota nikogo nie rani...

Czekanie niech mnie więc porozpiera, niech wymości słowom powitanie.
Ze spojrzeniem zamglonym.

Eh.

I te białe języki prześcieradeł na ramionach i udach...

środa, 16 maja 2012

***




szklisty wieczór
z ustami obłudnymi karminowo
sekundy wytykane
palcami czasu
między nami
i mgła gęsta
a po szybie noc już spływa
strugą ciemną w głąb
...
 

To nie-dziwne, że wciąż pamiętam Twój numer telefonu.
I w głowie dźwięczą mi Twoje słowa.
Twój głos oswaja.
I czuję.

wtorek, 17 kwietnia 2012

sumarycznie


pół roku od obrony (już prawie)
pół roku bezrobocia

czuję się jak Titanic - bardzo na dnie
 a tu kolejny nowy dzień...
i słońce za oknem
i niebo niebieskie takie

chciałabym się uśmiechnąć
ale czy jeszcze mogę?


 

poniedziałek, 12 marca 2012

pocałunkiem


noc zza okna
opada ociężałym westchnieniem 
nicości
 a przecież ktoś kiedyś powiedział:
kocham

 Dziś obejrzę Misia. Ponarzekam na wiecznie rozkopane remontami miasto.
I zasnę spokojnie. 

Miałam dobry sen. 
Śniłeś mi się. Delikatny i ciepły.
Z tą swoją nieustanną troską:
- Wiesz, kiedyś będziesz tego bardzo żałować.
- Nie będzie kiedyś.

Kiedyś przyszło. A ja nie żałuję.
 Oboje mieliśmy jakieś puzzle racji.

- Chciałbym, żebyś mogła uciec daleko stąd.
Też bym chciała.

Uciekłam kawałek od domu. Uciekłam. 
Czegoś się nauczyłam. Znów się zakochałam. I znów. 
Za każdym razem trudniej. 
Ale wywalczyłam sobie niezależność.
Wątpię w przeznaczenie. Wierzę w słowa i chemię.
I nieuleczalną skłonność do brązowych oczu.

Powolutku stąpam do przodu po linie rozwieszonej nad przepaścią.
Chwieję się. Czasem robię krok w tył.
Wiem, że nic już nie będzie proste.
Nie dorosłam do tego.
 Nie nauczyłam się tego.

Wyobrażam sobie czasem, jak mnie przytulasz na naszym poddaszu. Jak słońce wkrada się przez maleńkie okienko i topi w kubkach parujących kawą.
Wyobrażam sobie Twoje dłonie wokół mojej talii. I usta na porcelanie. I gitarę stojącą przy łóżku.

Tak to mniej więcej miało być, prawda? Nasz scenariusz na życie.
Tymczasem życie wygasło w Tobie. A wraz z Tobą nasza przyszłość.
I to, że jeden jedyny raz nikt przeze mnie nie cierpiał.

Czasem, gdy milkną telefony, a moja tęsknota za niemożliwym cichnie, słyszę Twoje kroki.
I Twój szept.
Czasem staram się odnajdywać w tym dobrą wróżbę.
Lub choć potwierdzenie: warto było!
Kilka chłodnych łez na szybie mokrej od deszczu.

Myśleliśmy: najpierw Ty medycynę, w międzyczasie ja polonistykę. Dla siebie nawzajem.
 Nasze maleńkie mieszkanko na strychu.
Twoje koszule i moje czapki.
Twój porządek, mój bałagan.
Moje przyprawy, Twój zapas czekolady.
 Ciche: żyli długo i szczęśliwie - bez finału.

Głupio, ale chciałabym się z Tobą zamienić. Nie mieć tego wszystkiego bez  Ciebie.
Nie brnąć dalej.
Bo zupełnie już nie wiem, co z tym dalej robić...
Ty byś wiedział - zawsze wiedziałeś.
 Nie czekałeś bezradnie. Jednałeś sobie ludzi.

Pamiętasz nasze listy? Jeszcze sprzed wszystkiego.
Pamiętasz, jak przyklejałeś kolejne plastry na moje kolana i łokcie.
Pamiętasz, jak wykradałam się przez okno u dziadków?
I jak zabrałeś mnie na pierwszy koncert. Pierwszy festiwal.
Pamiętam Twoje włosy w kucyku na poduszce.
Pamiętam czaszkę, którą dostałeś w prezencie od swojego lekarza, na dobry początek.
Pamiętam rzemień na przegubie.
I upodobanie do czerwonych samochodów.
Pamiętam pewne lato w czerwieni porzeczek.

Pamiętam kompletność. 

Pamiętaj całość.

I wybacz mój nieporadny dalszy ciąg, z którego nie możesz być dumny.
Czekanie na kogoś, kto czekania nie chce.
Zawracanie głowy komuś, komu nie powinnam.
Stracone szanse. Porzucone pasje. Odchodzące marzenia.
I to, że nie wiem kim jestem.
Że zapominam języka i ortografii.
Że przejmuję się drobiazgami.
I to, że tak bardzo chcę zniknąć.
Wybacz słowa rzucane na wiatr i dotrzymywane obietnice.
Wybacz lekkomyślność i ociężałość.
I wskazówce na wadze wybacz.

Przychodź tylko czasem we śnie i całuj mnie w czoło delikatnie. Wplataj dłoń w dłoń.
I kłam: miłością szczęśliwą.
Kłam miłości zaklęciami.
Pocałunkiem ranki okłamuj.
 
 

poniedziałek, 27 lutego 2012

:)

 








jeden kubek kawy
prysznic
drugi kubek kawy
kurtka
tramwaj
biurowiec
Kręć się, kręć wrzeciono...


Może to będzie ładny dzień ;)
Może nawet coś nam się uda.

sobota, 18 lutego 2012

nie być


jakże już chciałabym

I NIE ZAWRACAĆ GŁUPOTAMI 
NICZYJEJ GŁOWY...

piątek, 27 stycznia 2012


Jovana już nie ma.
Nie ma jego pięknych łagodnych oczu.
I tego, że przy mnie jest.
Wszystko zaczęło się 16 lat temu, a skończyło się nad ranem.
 Pomiędzy było nasze.

I w dupie mam poprawność polityczną. 
Dla mnie Jovan był i jest przyjacielem.
I będę wyć tak długo, aż się uspokoję.
Bo to nie był tylko pies.

To nie był tylko pies!

To był mój Jovan...
Który czekał na mnie, gdy wracałam ze szkoły.
Gdy wracałam z internatu.
Gdy wracałam z Poznania.




wtorek, 24 stycznia 2012

tendencja spadkowa


To nie jest mój wieczór. I nie był mój dzień.
Każdego dnia coraz bardziej napieram na mur.

Po dwóch godzinach mordowania się z workiem treningowym nic ze mnie nie uszło.
A przecież powinno.
(Tylko mnie ręce bolą).

I mój pies znów miewa się gorzej.

I duszące: WSZYSTKO przemija.

Jest jeszcze wrażenie, że wciąż błądzę w oparach.
Bo przecież...
I nawet.
Element wymienny? Zagadnienie usterkowości?


Powolutku.
Po cichutku.
Delikatnie.
I czule -
- upadam. 


niedziela, 22 stycznia 2012

ciii


Przydługi, emocjonujący wieczór. 
Opowiadamy sobie różne historyjki: wszak Nowy Człowiek prowokuje do wspomnień.

I naszło mnie, choć starałam się bronić, że dla mnie to już bardziej pożegnanie.
Bo nieprędko wrócę. 
Pożegnanie.
Dziecka, którego właściwie nie poznam...
Brata, z którym wreszcie rozmawia nam się łagodnie i bezspornie.
Rodziców, bo przecież wiem, że za moment przestaną mi mówić, co się w domu dzieje.
 
I Nas, Kochany.
Nas sprzed tej całej wieczności pomiędzy.
Pożegnanie...
Tych nocy, których od dawna dla siebie nie mieliśmy. 
I tych, które już się nie zapowiedzą.
Mieszkań, których wspólnie nie urządzamy.
I kubków, które nie poróżnią się tylko kolorem.
Etatów, których nie wypracowujemy.
Spacerów, na które mnie nie zabierzesz, bo właściwie nigdy mnie na nie nie zabierałeś.
 
Niewprawna słowem i gestem - przytulam się do poduszki.
Ile zyskam. A ile straciłam.
 
I chciałabym się rozpłakać nad Nami.
Dostrzegam szarość kolejnych dni. 
Zamknięta w klatce przydomowych obowiązków, brzydnę z braku Twojego spojrzenia.

Co zabiorę ze sobą?
Niewiele.

Nic chciałabym tylko zabierać wspomnień.
Nie chcę się pastwić nad sobą tym, co było.
Nie chcę każdej kolejnej nocy myśleć: co robisz? z kim wychodzisz?
I nie chcę wciąż patrzeć na siebie Twoimi oczyma, gdy Ty już na mnie nie patrzysz od dawna.

Może tam uda mi się żyć.
Samotnie. I pusto.
Ale w znośnym oddaleniu.
Bez zbędnych rozproszeń, że z peronu obok pociąg do Ciebie...
 
Może kiedyś zamieszkam w domu, w którym kuchnia pachnieć będzie ziołami.
Może znajdę pracę ciekawą lub sprawię, że praca ciekawa mnie znajdzie.
Może wybiorę się na spacer po parku, po którym wcześniej nigdy nie chodziłam.
I może nauczę się zasypiać spokojnie, kołysana tylko wiatrem, co za oknem.
Może kiedyś wymienię "może" na coś pewnego.


Bo tej nocy znów tęsknota gnać będzie ode mnie do Ciebie.
I serce w drobny mak rozpadać się będzie.
I ciało zawyje żałośnie, porzucone.
Jak każdej nocy od tej wieczności pomiędzy, Kochany.



czwartek, 19 stycznia 2012

tęsknota


roztkliwionam dziś wielce.
palce układam wzdłuż wspomnień na klawiaturze niemej.
i słowa grzęzną w kochaniu.
i myśl błądzi.

Właściwie nic się nie stało.
Jeden rzewny film.
Kilka anegdot.
I pewna fraszka o liście, który z Krakowa do Poznania idąc, w Słupsku utkwił. 

I znów oddam królestwo, dwa nawet, za przytulenie.
I dwa oddechy w jednym łóżku.
I słowa szalone.

Tymczasem poduszki zimne, jak okład z lodu, pomiędzy snami a nie-snami.
I prześcieradło się ściele żałośnie. 

Jeszcze się tylko wiosna urywa soplami.
Dach ku nocy przechylony.

niedziela, 15 stycznia 2012

konkret.



coś kiedyś było o postanowieniach
bo ich nie lubię
i nie robię
zamiast tego codzienna gimnastyka

jeśli wytrwam - kupię sobie spodnie w mniejszym rozmiarze ;)



Poza tym - na posterunku znów nerwy, bo... Zamiast trzech kropek można by moje imię zapisać. No cóż. 
Nie każdemu pasuję. Tutaj pasuję okazjonalnie.
Dziś nie.
Przedziwne zjawisko: w pełnym słońcu, w środku zimy, w gnieździe rodzinnym.
Nigdy więcej.

W sobie - coraz lepiej.

niedziela, 8 stycznia 2012

i


nieprzyzwoicie atrakcyjny dziadek do orzechów
i miska pełna laskowego smaku

czasem za oknem
(mam wrażenie)
  tylko się jeszcze gwiazdy unoszą


The Knife - Silent Shout

piątek, 6 stycznia 2012

by...


czerwień koralowa
i szelest koronki
wymięte
by - słodycz niedopowiedzenia
tym wiatrem który we włosy wplątany
nie mój-
-jest

ustami w słowach
obnażenia

bezlitosne sny


poniedziałek, 2 stycznia 2012

pomyślałam, że już luty...


jak na matematyce - linijką po dłoniach
tyle... że w życiu
co jeszcze?
smak pomarańczy w intencji wspomnienia

drogą ode mnie
donikąd-
-chodź.