wtorek, 30 listopada 2010

marudnie, niewyraźnym wypisaniem...

Cappucino w Coście,
jako rozgrzeszenie za choinkę sylwestrową, którą na siebie włożę
i znów pytanie: granaty zawsze pociągają nieboskłonem?


Dzień wielkomiejski. Chodzony. Przeciągany po kocich łbach. Niewielkie aureolki ze śniegowych piór upstrzyły już dachy, ale mizerna biel nie odbija tak pięknie, jak na mojej leśnej tułaczce.
Oczy cieszyły więc wystawy sklepowe.
Ale cieszyć przestały, w przymierzalni...
(Nie dość, że dzieci w okolicy Gniazda Rodzinnego mówią do mnie: "dzień dobry"; nie dość że srebro na skroniach i zmarszczki na czole, co odczytywać należy jako pierwsze, ale znaczące objawy starości, to jeszcze rozmiar znów nie ten!!!)
Starość i gnuśność na moim obliczu...

Postanowienie roku: jak tylko wejdzie na konto stypendium, nabędę łyżwy, moje śliczne, własne, bieluśkie figurówki. I karnet na lodowisko.
Połączę przyjemne z pożytecznym.
Się obędzie bez innych metod walki z wagą hipopotamią ;D

Depresyjnie czas przedświąteczny odczuwam.

Fascynują mnie zegary, wszelkie, jakbym szukała czasu, który był, który już odmierzono, a przecież zawsze od zegarów stroniłam... Wskazówki, jak obrazki malowane nie moją kredką. Rzymskie cyfry oddzielają twarze od szeptów.
Obejrzałam dziś kilkadziesiąt zegarów, od ściennych, po dopinane do męskich kamizelek; od prawdziwych, po te tylko symboliczne.
Moja babcia mawiała kiedyś, że ukochanej osoby nie powinno się obdarowywać zegarkiem, bo to bardzo szybko odmierzy wspólny czas i ukróci go niemiłosiernie...
Czas... jakieś momenty między momentami. Tempo przeżywania. Mechaniczne? Sekundę od sekundy oddziela mrugnięcie okiem, a właściwie przesunięcie wskazówki na cyferblacie.
A czas magiczny? Niesamowitość? Powtarzalność? Lub powtarzalności brak? Przypadki? Ślepy los?

Zgrzyt wewnętrzny uwypukla się w każdym zdaniu o miłości. O mojej każdej miłości. Każdej, tak czy siak, nieszczęśliwej miłości.
Kiedyś sympatyzowałam z Werterem, dziś wolałabym jednak prostego księcia, z byle której bajki dla małych dziewczynek.

Bliskość kobiet S. już oswoiłam, czasem jednak boli mnie ona bardziej, niż wszystko inne. Jak ja się wpakowałam w tak chore relacje?
Normalnie w takich okolicznościach wystawia się środkowy palec.
A ja?
Czasem słyszę z nie-moich-ust, jaki S. był lub nie był, albo o tym, że ten temat przemilczeć należy.
Czasem chciałabym te nie-moje-usta pozaszywać.
Dzisiaj na przykład.

Rozmyślnie lubuję się w skojarzeniach cynamonu, karmelu i wanilii.
Może czasem mogłabym być kimś innym, gdzie indziej i zmieniać perspektywy szczęścia i szczęścia braku? Możliwości... bez ograniczeń.
Z Markiem G.

Marek Grechuta i Anawa - Korowód - 15. Chodźmy Tam

poniedziałek, 29 listopada 2010

spisany poniedziałek

czasem niecierpliwie zamykam usta
żeby nie usłyszeć powtarzalności słów
staram się wyrażać inaczej dym i niebieskie okiennice
a gdzieś w niewypowiedzeniu tli się znów uparcie to, co wczoraj
i przedwczoraj
i pięć lat temu


Poniedziałek dość ciekawie ocieka ze mnie roztopionym śniegiem.
Załatwiłam kwestię noża na gardle, co to realniejszy był, niż się może metaforycznie wydawać, ale mój talent do pakowania się w tarapaty jeszcze kiedyś docenią scenarzyści :)
Następnie: najulubieńsza pani w pokoju podawczym oznajmiła mi, że stypendium będzie, tak koło 10 grudnia, co mnie cieszy niezmiernie :)
W szatni Edith zostawiła dla mnie Telefrenię, która już po 25 stronach została wewnętrznie skreślona z listy wartych zapamiętania, ale może mnie jeszcze zaskoczy.

A propos książek: chciałabym wiedzieć, co zażywał Larsson, że też wpadł na pomysł, coby zrobić z Lisbeth Salander nowego Jezusa Chrystusa Wszechzmartwychwstającego???
No skoro już ją ukatrupił (bo, jak na moje ukatrupił, a przynajmniej skutecznie uwegetatywnił) to przegiął z wybudzeniem w grobie i odkopywaniem prawostronnym, jedynie dłonią zmizerowaną i filigranową (już o zbłąkanym lisku nie wspomnę).
I tak sobie pomyślałam, że gdyby poszedł na całość i pozwolił Lisbeth wyjąć/zdjąć, mniejsza o to co - i tak miała kulkę w czaszce - to mogłoby być jak w Hamlecie: "to be, or not to be: that is the question" - ubolewam: krytycy mieliby używane, do jak wielkich tradycji literackich szwedzki mistrz pióra nawiązywał :)
Tymczasem chciałam wydrzeć kilka ostatnich kartek z książki, żeby wyeliminować "efekt zombie". Się nie udało.
Zaczynam polowanie na część III.



Pomniejsze partie dnia warte opisu czy nie - popadają w niełaskę ze względu na szeroko zakrojone działania kulinarno- kulturalne, czyli gotujemy z Aneszkiem do filmu Petera Weira, który to będę chłonąć raz trzeci prawdopodobnie , ale znów: bez sensacji ;)

poranna stołówka

lubię w ten sposób rozpoczynać dzień:





i nawet nie potrzebuję karmnika :)

niedziela, 28 listopada 2010

śniegowy...

Koniec weekendu z lekką chrypką :)
Wreszcie mój kocyk w moim pokoju w moim akademiku.
Mogę odsapnąć po krótkim pobycie w domu, który utwierdził mnie w przekonaniu, iż opcja oddalenia to układ idealny między mną a familią liczną.

Na szczęście zgodnie z piątkowym planem wieczornym w sobotę wybrałam się na spacer, który wyciszył we mnie skrajność emocji uprzedniej nocy... Biel, po której stąpałam, zdawała się nie mieć końca, otaczała zewsząd, nawet podmuchy wiatru nie mąciły jej spokoju...
Las, mógłby już nie zmieniać swojego śnieżnego oblicza: nie zamarł zupełnie w swojej białej oprawie - dwa dzięcioły wystukiwały rytm wdechu i wydechu, tętent sarniego biegu odbijał się echem daleko za nimi, gdy już traciłam je z oczu. Białe czapy na kamieniach i drzewach, suknie okrywające pola, a jedynym wyraźnym śladem odcinającym się od całości był czarny punkcik, który przybliżał się i nikł w moich oczach. Wystarczyło jednak delikatnie zagwizdać, by punkcik przeistaczał się w niewiarygodnie szybkim tempie w moją towarzyszkę...

Żaba uwielbia śnieg!
Lubi, kiedy rozpryskuje się dokoła niej, gdy mknie na swoich smukłych łapach, gdy przez przypadek jej zimny nos zanurza się w puchu chłodniejszym od niego. Niewielką zaspę traktuje niczym trampolinę, z której wybija się, by podskoczyć wyżej i wyżej.
Dodatkowo, Żaba w śniegu wielbi to, że może się bezkarnie tarzać, przecież się nie ubrudzi w śnieżnej jego bieli i ona o tym doskonale wie.
I jeszcze jedno: łatwiej w tych warunkach przewrócić pewnego Czesia, który przemyka z nią zasypanymi drożynami, a który najczęściej udaje, że woli chodzić na tych swoich dwóch nogach, pewnie ze względu na dobre wychowanie, w duszy zaś marząc o turlaniu się po śniegu, robieniu orzełków, tarmoszeniu Żaby na kolanach i takich tam szczegółach, łatwych do domyślenia/ dopisania :)

Ze względu na to, że postanowiłam przejść moją tradycyjną trasę nie zabrałam sfory: Jovan chory, Szach za mały, Psota rozleniwiona do granic możliwości, Rabka zraniła się w łapę, a Zazu mnie nie słucha, jako jedyna z ekipy.
I dobrze się stało - Żaba wyszalała się na jakiś czas, a ja mogłam spokojnie podywagować nad jestestwem tego i owego, nie uganiając się za rozpierzchniętymi psiskami.

Fotorelacja z błąkania się po bezkresie białym:





Miłego wieczoru!



Ps. W powiększeniu zdjęcia wyglądają o nieba lepiej... Ehhh ;)

sobota, 27 listopada 2010

nocą, do Ciebie

ciemna mętna noc rozsypana po śniegu
naiwnie poszukuję gwiazd na niebie
zastanawiając się ile z nich musi spaść by spełniło się jedno czyjeś życzenie
nieegoistycznie chciałabym dziś całej ręki

Ciężkie myśli, jak artyleria. Nie umiem się dostosować.
Zaczynam rozmyślać, co straciłam i ile przegapiłam.
Spod kontroli wymyka się czas.
W piwnicy chyba znów za dużo wody.

Obiecałam Ci, że będę pisała dłuższe posty, ale myśląc o Tobie mam w głowie tylko strzępki zdań. Powinnam przeprosić.
Przez moment znów uwierzyłam w fatamorganę Twojej obietnicy. W fatamorganę niedawnej prośby, z której też się cieszyłeś.
Banalnie - przestaję wierzyć w Twoje słowa.

Dawno temu skorupa była twardsza. Dawno temu...

Tylko dlaczego znów myśląc o Tobie muszę walczyć ze łzami, które niepokornie spływają na zielony T-shirt?

Dobrze, że piec kaflowy może otulić mnie swoim ciepłem.

Nie lubię takich nocy.
P.

piątek, 26 listopada 2010

...

droga do domu
stacja
pociąg
Jolka na siedzeniu obok

dziwnie mi z ludźmi

brakuje mi tamtego dotyku...

wszystko wiruje dokoła mnie
tylko śnieg spada na moje włosy
zimno
przeprosiłam nawet czapkę

kto wie, może dziś znów spotka mnie tamto spojrzenie?

czwartek, 25 listopada 2010

piraci, rum, herbata

Przeglądam niebo w szybach.
Skłócone ptaki uderzają skrzydłami o ogołocone kikuty drzew.
Jesienny chłód, jesienne chmury, jesienna chandra.
Czas w zmąconej deszczówce nie posuwa się do przodu.
Wskazówki na tarczy nieubłaganie tkwią pomiędzy 17. 25 a 17. 27.
Tymczasem bursztynowy kolor herbaty domaga się mocnego rumu.
Jakby stałość i powtarzalność spijane były prosto z zielonego kubka.
Dlatego obejrzę morską historyjkę o piratach, beczkach, i głośnych armatach...

Wyszperane w sieci :)

Miałam dziś ćwiczenia z literatury najnowszej. Porażka. Późna twórczość Miłosza omawiana tak, jakbyśmy nadal chodzili do podstawówki. Żal pięciu lat studiowania. Grupa nie była skłonna do współpracy, gdy przy trzecim wierszu padły takie same pytania: "jaki jest nastrój utworu? kto jest podmiotem lirycznym? co mówi nam podmiot liryczny?".
Skończyliśmy wcześniej, przekonawszy pana prowadzącego naszym wymownym milczeniem.
Niech już będzie koniec. Czerwiec. Obrona. I wolność.
Czapki z głów!
Tak ma cała grupa dziekańska.


Poza tym - zasypiam na stojąco. I padam na twarz. I myślę o tym, że zasnę nad Larssonem.

nocny

z chęci mordu i braku środków na rozładowywanie agresji - chłonę szaleństwo u Larssona
wreszcie ruszyłam tę cegiełkę

dopchnięta do białej ściany pożrę literki, zawinę je sobie na koniuszkach palców i będę z nich strzelać do wszystkich mątw, jakie mi się napatoczą w czasie najbliższym, a później pójdę spać, bo spać człowiek też musi

ps. o żesz, jak ta nienormalna tęsknota człowieka potrafi przycisnąć do poduszki! wpadam w podziw! i bezsenność też.

środa, 24 listopada 2010

obrona

Byłam dzisiaj na wydziale historii, zupełnym przypadkiem (zły wpływ Jolki), na obronie pracy doktorskiej Karola K.; chłopaka, o którym zapewne jeszcze nie raz usłyszę .
Karol zajmował się w swojej dysertacji wątkiem islamskim na ziemiach jugosłowiańskich.

Moje wnioski: obrona to piekło.
Recenzenci wytknęli każde potknięcie, a jedynym atutem było ogólnikowe: "wnikliwa analiza z nowatorskim spojrzeniem na kwestie skostniałe".

Po polsku - pojechać po człowieku ile wlezie, a później poklepać po plecach gestem zrozumienia.

Taka obrona to żaden prestiż, mimo, że praca wyglądała bardzo dumnie z licznymi wywiadami, materiałami wygrzebanymi spod ziemi itp.

Z tego, co usłyszałam gdzieś w tle korytarzowych ścian ta właśnie rozprawa jest jednym z największych osiągnięć wydziału.

Wyszperane w sieci ;)
Wyglądało dużo delikatniej, ale brutalność - ta sama...

Z kwestii mniejszych: pierwsza konsultacja za mną. Nihil novi.

wtorek, 23 listopada 2010

grrrrrrrrrr

Było to tak: skazana na starcie z dziekanaterią poszłam ze wsparciem, spersonalizowanym w Aneszce. Okazało się, że okopy z biurek nie były dziekanatkom przydatne - wychyliłam się ponad nie.
Efekt: mam indeks, ale panie będą musiały mi ten indeks poprawiać, znów, od nowa licząc punkty i punkciki. Bitwy nie było. Przełożona na przyszłe "kiedyś tam", tak wyszło.

Teraz nieco posmutniało we łbie moim pustym spraw zwykłych bądź mądrzejszych, a przeładowanym bzdurnymi głupotami. Wystarczył drobiazg, żeby obraz zmętniał, malowany tuszem kreślarskim na brystolu rozmiarów podłogi 418; oki, to nieważne.
W prostym równaniu wyszło, że to czego naprawdę chcę, ciągle jest nieosiągalne, a wszystkie wypróbowywane dotąd zamienne niechybnie zabiją mnie na śmierć słomianym zapałem. Jeżeli X i Y nie otrzymają, w czasie najbliższym, konkretnych wartości, to za znakiem = postawię szubienicę albo gilotynę (w zależności od nastroju - ale stawiam na gilotynę).

Wyszperane w sieci.

gburowate moje ja
ma ochotę dać komuś w mordę
rozwiązania siłowe...
ale co mi to da?
przeprosiny?
słowo "przepraszam" nic nie znaczy
puste w całej swojej rozdmuchanej semantyce
dostałam po łapkach to powinnam grzecznie pójść sobie dalej
a ja ciągle drążę i drążę
robię nawet podkopy łyżką metalową
(żeby było dramatyczniej)
mam jakieś skrzywienie w mózgu
lub coś na ten deseń

Czasem mi się wydaje, że potrzebuję tłumacza, z ludziowego na moje, żebym pojęła te wszystkie poskręcane na trzy spusty absurdy, które zawrzeć można w zbitce "a w dziurze to mam".
Przyjmując, że w "dziurze", rozmiarów pokaźnych, ma się wszystko i wszystkich, przydałoby się machnąć tę, no, lewatywę, do jasnej Anielki, bo mnie szlag trafi szybciej niż przewiduje wróżdżka Janinka (a zapowiedziała ponoć 50 kilka wiosen).

Tyle. Spadam, żeby mnie linczowali na żywca, a nie przez hologram urojony w czyjejś powalonej rzeczywistości. (Jak dzisiaj nikogo nie zamorduję - będzie święto lasu i rewolucja seksualna!)
Cześć.

poniedziałek, 22 listopada 2010

dobry wieczór dobrego popołudnia dobrego dnia :)

Mam powody do mruczenia, jak kotek drapany za uszkiem... To sobie mruczę: mrrr :)
Los przewrotny jest, figlarz z niego i kuglarz.
Rankiem stłukł mi tyłek na kwaśne jabłko, a po południu nawiał tyle wiatru w żagle, że da się opłynąć świat dokoła :)
Ale... od czego by tu zacząć?

Chronologicznie, chronologicznie będzie dobrze :)

Moja promotorka, czytać dalej: Kobieta W Dechę zapisała mnie na wykład dzisiaj, a myślałam, że za późno i że nie da rady. Tymczasem bez żadnych tłumaczeń i błagalnego wejrzenia listę otwarłam swoim nazwiskiem :)
Na auli mojej ulubionej, która z gry świateł słynie, a przynajmniej mi zawsze z półcieniami letniego słońca zachodzącego kojarzyć się będzie, zajęłam miejsce obok Tomka, no i cały wykład przegadaliśmy pisemnie :) Tomek, który od urodzenia nie słyszy, miał dziś najfajniejszy wykład w życiu (podobno), bo Kobieta w Dechę słynie z licznych humorystycznych dygresji i ja mu je wszystkie zapisywałam, więc mógł pośmiać się ze wszystkimi, niewyłączony z tego, co mówi wykładowczyni. Poza tym poruszyliśmy mnóstwo dziwnych tematów, narysowaliśmy komiks i jakoś tak skończy się to w przyszłym tygodniu kawą/ grzańcem/ winkiem gdzieś na mieście :)

W przerwie między wykładem a seminarium postawiłam kawę Michaszce, bośmy dawno nie rozmawiali, od czasu jego wyprowadzki nastała cisza między naszymi piętrami. Była więc okazja do ocieplenia zmrożonych stosunków... Może i to się jeszcze jakoś poskleja? Dobrej myśli jestem :)

Później było już moje seminarium z Kobietą W Dechę, ale zajęcia poprowadziła jedna z seminarzystek, Ewela :) Zdjęcia, zdjęcia i obrazy Rembrandta - zestawione, zainspirowane, skompilowane - podczytajcie co nieco o Pejzażach z portretami, bo to całkiem fajna sprawa :)

Wyszperane w sieci :)
Dorota Segda wystylizowana na:

Kąpiącą się w rzece,
Wyszperane w sieci :)

Mała refleksja - czemu dopiero seminarium może być fantastyczne na tym kierunku (choć ja wiem, inni sobie aż tak nie chwalą)? Promotorka ma tysiące zainteresowań, pozwala nam pokombinować na własną rękę i przede wszystkim jest sympatyczną, przebojową babką. Dziś na zajęcia przyszła w stonowanym stroju, ale żeby nie było za grzecznie, związała włosy porażająco różową frotką :)
Przyszłe zajęcia prowadzę... ja :) Będzie o blogach :)
I jeszcze nabazgrzę artykuł o tym jakiś, a później... nie, nie będę zapeszać :))))

Mam też wieści od Asiaka, że się uczy grzecznie, bo w środę ma komis, a w czwartek na jej urodzinach mamy zamiar opić sukces sokiem grapefruitowym... Będzie niegroźnie dla mojego zdziczenia międzyludzkiego.

A teraz, zupełnym już wieczorem zadryndał Grzesiek, że ma dla mnie małą pisaninę, więc - żyć nie umierać.

W środku mnie radośnie, endorfiny łatają ściany i sufit kolorowymi skrawkami, blask lampy igra z szybą o jakiś blask, o lepsze, i ładnie mi. W dodatku słucham tego (mizernie w kwestii tłumaczenia tekstu, ale poza tym - pasuje dzisiaj jak ulał):


tylko bez presji

Pójście spać o 2 i pobudka o 5 to nawet jak dla mnie przegięcie...
Julka strasznie hałasowała. Zbiła lusterko, przestawiała, przesuwała buteleczki, flakoniki, robiła sobie herbatę, bo czekało ja wyjście na dworzec wczesne.
Ja - padam z nóg, bo już nie zasnęłam. Piję 3 kawę.

Wyniki z labu do powtórzenia. Właściwie już powtórzone, bo się zwlekłam z ciepłego wyrka o 7 do doktora. Nawet nie zdążyłam sobie usiąść, gdy przylazła miła (a jakże!) pielęgniarka i mnie zabrała do zabiegowego: jako, że bezśniadaniowo przybyłam (ja to mam wyczucie) można było zrobić praktycznie komplet kłuć i innych takich.
Później przyszedł mój nefro z miną tak niewyraźną, jak tylko on miewa. Znów to samo: brak konkretów, poza jednym: "przemyśl zajście w ciążę w trybie natychmiastowym".
Czekają mnie 3 konsultacje, nie sądziłam, że to się tak daleko posunie. Nic mnie nie boli. A stawy puchną mi przecież od lat i bardzo, ale to bardzo delikatnie.
Wyniki doktor odbierze sam, a po mnie zadzwoni, jak będzie miał punkt zaczepienia. Dobry lekarz: chyba przejmuje się bardziej niż ja, no i narzucił mi spory rygor.
I mam odstawić zupełnie sól (a to niemożliwe).

Medycznie - mam dość. Fizycznie nic mi nie dolega. Psychicznie całkiem, całkiem, się śmieję jak głupia, tylko nie bardzo wiem do czego :)

No więc o coo lotoooo?



Poza mamrotaniem pod nosem - miłego dnia. Ja zmykam do dziekanatu. Wrócę - poczytam. A później na seminarium.

niedziela, 21 listopada 2010

z pół obrotu, jak Chuck N.

Scenariusz na dzisiejszego posta ściągnięty od pana Norrisa!

Kiedy słowem usiłuję dotykać sekwencji działań, siedzących we mnie, demonów: słowa bledną i chowają się pod grubym kocem, jakby wiedziały, że są smoki, z którymi nie warto się mierzyć, potwory silniejsze od chwilowych przypływów dobrej wiary i pokaźnej woli, czarne mary, które przedsennie programują nocne koszmary, wypełzające spod poduszki.
(Pisanie bajek dla dzieci naleciałością omszałą i do postów się wdziera).

I gdy już wydaje mi się, że tym razem nie dam rady podnieść się do pionowej pozycji, gdy zimno posadzki przebija się przez szkielet myśli i uczuć - mogę liczyć na moich urojonych stróżów.
Kiedy więc śnią mi się od czasu do czasu, to w moim mózgu robi się łubudu i wszystko przestawia się na opcję: "trzeba ją w ryzach trzymać, zanim się rozleci", wedle schematu przyczynowo-skutkowego: skoro oni byli tym, co mi się dobrego przytrafiło, to i do dobrego mnie ciągnąć muszą dalej... I mają na mnie kilka skutecznych sposób :]

Czasem socjalizowanie jest do kitu i kończy się fiaskiem, nie moja wina. Trzeba z tym żyć, a skoro wyżyłam podstawówkę, to dam radę i dalej z tym całym bajzlem aspołecznym.
Taka regeneracja, że wątroba nie siada, prawda:
- Wątroba siada, czy nie siada?
- Nie siada!
I mogę sobie cytaty lepić jak ruskie pierogi, niezdarnie pamięciowo, tak czy siak, Asterix i Obelix: Misja Kleopatra nigdy mi się chyba nie znudzi ;)

Aby masochizm był prawdziwy należy celowo uszkadzać siebie: zgodnie z tą regułą wyszłam i wczoraj do ludzi prawdziwych, nie tych schowanych za słowami, bo przyjaźń dokładnie takich ofiar ode mnie wymaga.
Akademik Izz przyrównywać trzeba do Okręgowego Zbiorowiska Tetryków Starszych i Młodszych, w którym to zrzeszają się UłAMowscy doktoranci (Niebiosa chrońcie!).
Okazuje się, że owi doktoranci większe mają problemy z ludźmi żywymi niż ja (ale mnie to jakoś nie rusza) i muszą się integrować na specjalnie przygotowanej imprezie jednocząco- zapoznającej...
Izz, będąc osobowością barwną jak paw, między tymi biednymi szaraczkami, dobrze przewidywała, że oznacza to ciągnięcie flaków z olejem przez cały korytarz dysputami na temat grantów z Unii Europejskiej - zapragnęła więc wsparcia Aneszkowego i Czesiowego (też sobie wsparcie wymyśliła). Poszłyśmy więc, jak na ścięcie.
- Na jakim kierunku się doktoryzujecie?
- Na żadnym, jeszcze nas magisterskie trzymają.
- A, to miłej zabawy, paa.
Mało nie umarłyśmy z wrażenia, zdyskredytowane wiekiem i młodością. Niepoważni ci państwo, doktoranci, oj niepoważni, a do tego niespecjalnie kulturalni.
- Zamierzacie się doktoryzować?
- Jeszcze o tym nie myślimy.
- A, to miłej zabawy.
Zabawa była tak grrr-miła-grrr, że wróciłyśmy w ekspresowym tempie, po dwóch godzinach tortur towarzyskich, do naszej Haneczki, gdzie każdy każdemu równy, gdzie reguły są proste: kochamy się lub dajemy sobie po pysku.
Na nic mi wytłumaczenie:
- Wiesz, oni się boją, że będą mieć z tobą zajęcia.
BO:
- od kiedy doktorant fizyki może uczyć studentkę resocjalizacji czy filologii polskiej?
- czyż nie jest niegrzecznym wykluczanie i dyskryminowanie kogoś ze względu na wiek?
- znam wykładowców, którzy wychodzą ze studentami na kawę czy wino, żeby porozmawiać po prostu, nie robiąc wokół tego szumu: jam lepszy, nie będę się z tobą bratał, bratku mniejszy!
Targowisko próżności.
A podobno to ja mam zmarszczki od zgryzoty (wg. wczorajszego apelu Jolki: "żyj, ciesz się, korzystaj, a nie marszcz nieustannie czoła") ;P
Ale, jak już powiedziałam Aneszce, a propos pomysłu jej kumpeli, teraz a propos Johnny'ego:
- Każde nowe doświadczenie uczy i rozwija (instynkty ostoi lub ucieczki)...

Wyszperane w sieci :)
Pasuje do wszystkiego, co wyklikałam :)

Tyle dzisiaj, zmykam, bo Julka wróciła z Warszawy i ma bardzo ponury nastrój, wyjazdowi ukochanego przynależny (skądże ja i to znam).
(Aneszku, jak Ty w kółko mi będziesz o naszej starości nawracać, to się w końcu poczuję jak baba wielkanocna, co to już wszystko przeżyła i widziała)...

sobota, 20 listopada 2010

paraliż

"Gdybyś urodziła się w czasach Wielkiej Inkwizycji - spalono by cię na stosie".

Cytat dzisiejszy, pochodzący z ust mężczyzny, który zauważył znamię nad moim lewym okiem.

I mogę ubolewać, że Wielka Inkwizycja była wieki temu.
(Widzisz, Soy, mówiłam, że za każdym razem jest gorzej).

NIEMOWA
NIEMOWA
NIEMOWA

finalnie jestem pusta, tylko gorycz zaciskam w pięściach uderzających niewidzialne przeszkody

chciałabym nowej Wielkiej Inkwizycji
dla siebie
dla obowiązku face to face
dla beznadziejnej zakradkowości spojrzeń
dla przypadkowych spotkań przypadkowych wyjść

bo się do tego nie nadaję
jestem wyjątkiem: samotną wyspą
a nie rozbitkiem pośród rozbitków

piątek, 19 listopada 2010

zezwierzęcone zagadanie

Słońce łagodną obecnością odbijało się od szyb krakowskiej kamienicy. Gołębie dudniły na dachach gołębim śpiewaniem. A w 418 pustka mieszała się z dziewczęcymi żartami.
Pustka mieszka sobie w mojej głowie, a dziewczęce żarty na 4 babskie głowy takie dziś niewybredne, damsko-męskie: od południa, do teraz.

Odśrodkowo gra mi Johnny Cash, po wczorajszym Kubusiowym zarażeniu. Kolejna posiadówka skończyła się po czwartej.

Paradoks: nie umiem rozmawiać, zawsze i wciąż, a wokół mnie tylu ludzi. I zmuszam się, i walę tą moją durną głową w ścianę, żeby się porozumieć.

O ile prostsze jest pisanie :) :) :)

Porannie pogawędziłam sobie troszku, po zamojsku ;), z Soy, pisząc oczywiście. I ta część posta będzie niejako odpowiedzią na Soy pytanie-sugestię: że minęłam się z powołaniem i miast jakimś weterynarzem świetnym być - dręczę filologów, żeby i ze mnie filologa sklecili (co jak widać, nie idzie im zbyt pomyślnie).

Otóż:
Dawno, dawno temu pewna mała dziewczynka zasypiała w swoim łóżeczku tuląc niezdarnie zielonego misia koala. Obok łóżeczka leżał Czarny Jak Smoła Pies, którego cielsko unosiło się zawsze wtedy, gdy dziewczynka odkrywała się lub wierciła na poduszce. Zaglądał wtedy z nastroszonymi uszyma przez szczebelki i swoim psim spojrzeniem obserwował dziewczynkę, jakby sprawdzał czy wszystko z nią w porządku, gdy ona w smacznym rozespaniu zaciskała małe piąstki. Czarny Jak Smoła Pies był pierwszym i jedynym chodzikiem dla dziewczynki: zahaczała rączki w jego sierści i dreptała potykając się, przewracając, co on wynagradzał jej czułym lizaniem mokrym, chropowatym chłodem. Przywołując go - uczyła się mówić. Tarmosząc jego uszy czy ogon odkrywała, że Czarny Jak Smoła Pies lubił drapanie pod brodą, ale nie znosił ciągnięcia go za łapę. Niezwykle cierpliwy, unosił ją na grzbiecie i w ten sposób zwiedzała dom, ogród.
Czarny Jak Smoła Pies był Najlepszym Przyjacielem dziewczynki do czasu, gdy skończyła 5 lat, wtedy odszedł, czego dziewczynka nie umiała zrozumieć...

Po Czarnym Jak Smoła Psie pojawił się "tak bardzo" Jovan, lecz i wcześniej wokół kręciły się psy, koty; zakradałam się do stajni, żeby głaskać źrebaki; pamiętam mój zachwyt, gdy odkryłam, iż łaciate mają najdłuższe rzęsy świata :) Dwa łabędzie, które u nas zimowały przylatywały później jeszcze przez kilka lat, potłuczone sarny wracały do lasu. W ogrodzie królowały jeże. W klatkach dokazywały króliki.
W czym mieli być ciekawsi ludzie? Dla małej dziewczynki - w niczym, nie było na to siły. Miłość mojego Rodziciela kochanego do domowej fauny tylko gruntowała moje postrzeganie świata zwierzęcego, jako tego wyjątkowego, tajemniczego, rządzącego się swoimi prawami, wartego podglądania, wkradania się nawet .
Mała dziewczynka dorosła. Ale to, co najważniejsze zostało ;)

Co do bycia weterynarzem nie miałam wątpliwości, że to zły pomysł: za bardzo przywiązuję się do zwierząt...

W Poznaniu namiastką zwierzyńca był gołąb Eugeniusz, który przyfruwał do 235 i umilał mi życie gruchaniem swoim. Powakacyjnie zmieniłam pokój i Gienek już mnie nie znalazł.
Teraz rządzi Kazik. Chomik, potwór inny od wszystkich, z którymi miałam do czynienia do tej pory. Trudno było go do siebie przywiązać, ale okazało się, że też może tęsknić, że lubi bardziej lub mniej.
Soy - zdjęcie Kazia, zgodnie z wolą i życzeniem:


Plus mój dodatek mały, bo jeszcze go tutaj nie było - Szach:


Czas kończyć pisanie, bo Jolka panikuje jeszcze przed początkiem farbowania (Aneszek robi ze farbistkę) na wściekły blond - strach się bać, co może się jeszcze w związku z tym wydarzyć.

Wybaczcie partactwo dzisiejszego wywodu - zwalam to na karb rozgardiaszu dziewczęcego w 418 ;)

czwartek, 18 listopada 2010

post bezładny, czyli psotny ;)

Wreszcie Poznań :) Co tam, że pochmurny i siąpiący.
Dotarłam do 418 szczęśliwie i z wyraźną ulgą, bo na dłuższą metę nie nadaję się do siedzenia w domu. Wychodzi na to, że 2 całe dni to maks, później za dużo spraw mnie drażni.

Patrząc na to, jak ja i chłopaki układamy sobie rzeczywistość, jak ją do siebie dostosowujemy stwierdzam, że podzieliliśmy się mało symetrycznie. Są oni i ja.
Oni postępujący tak, jak życzy sobie C.K, a w przypadku Subkultury nasi Rodziciele kochani. I ja - niezależna, niezrzeszona.

Lubię moją odrębność...
I próżność tej odrębności też lubię: moje przygody, wygody i napędy.


Jutro będzie medycznie: nefro obejrzy papier z labu (wreszcie zrobiłam), potem opowiem mu o kocie z pęcherzem i potencjalności cukrzycy, co to mnie na nią trzy razy cykali w paluszek marudząc, że za wysoko Czesiu, za wysoko (zawyżenia mam fałszywe - tak to jest, jak się kogoś nie słucha i igłuje się go w pół godziny po wypiciu słodkiej herbaty i zjedzeniu "szneki z glanzem" - wiecie co to?).

Wyszperane w sieci :)

Stwierdzam z niejakim zaskoczeniem, że humoru mi dzisiaj nie brak :) To pewnie od nocnego siedzenia przy oknie i łapczywego chłonięcia portretu dębu zza szyby. Majestatyczna poza drzewa zawsze wprawia mnie w zdumienie nad tym, że świat jest piękny sam z siebie, sam w sobie, bez ozdobników i ulepszaczy. No i nie trzeba Grecji, Wenecji (choć byłoby cudnie) żeby móc otworzyć buzię z wrażenia ;) Taki mój magiczny minimalizm. Coś na kształt mitu o powstaniu tęczy: Mała Nimfa zakochana w Narcyzie nie mogła zdobyć jego serca, bo wiadomo. Narcyz obiecał jednak odwzajemnić jej uczucie wtedy, gdy stworzy ona dzieło dorównujące mu urodą. Nimfa próbowała i próbowała, ale wiedziała, że nie uda jej się zagrać melodii dźwięczniejszej od jego głosu, ani złożyć słów w poemat godny jego uwagi, ni namalować obrazu, który nie rozpłynąłby się w spojrzeniu Narcyza. Zrezygnowana rzuciła więc farby wysoko na niebo, a te rozprysły się kolorami po niebie, układając się w pierwszą tęczę... Czy Narcyz pokochał Małą Nimfę - nie pamiętam. Ale tęcza została...
Nie mogłam się powstrzymać, przed wyklepaniem tego skrótowo i nie tak ładnie, jak powinnam, ale mam dzisiaj zbyt pstro w głowie :)

Wczoraj było o Modzie na sukces, dziś ledwo wspomnę telepudło: REKLAMY to ZŁOOOOOO w postaci najczystszej: głupie, nieprzemyślane, już o dykcji reklamujących nie wspominając (ach ta pani dietetyk)... Jedyna lekkostrawna to ta, która poniżej, i niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego... Może to te "telebimki"? Nie moje rytmy, nie moje klimaty, ale nie zmieniałam kanału ;)
Ps. Ja tu nie w celach reklamowania Netii, żeby nie było!



Koniec pisania na dziś - zaczynam być nieobliczalna... A nieobliczalność słowami to już przesada ;)

środa, 17 listopada 2010

ten teges...

3 lata temu był mecz (którego wyniku nie pamiętam): Polska- Chorwacja.
On roześmiany. Ona onieśmielona.
Wyszli wcześniej. Razem.
:*
Los płata figle.


Bardziej przyziemnie: od wczoraj pada nieustannie, chwilowo leje. Psy posnęły na dywanie jak zaczarowane. Ja walczę z podręcznikiem biologii - staram się maksymalnie wykorzystać czas na naukę.
Jutro wracam do Poznania. Chcę złapać rytm normalności, bo tutaj czas stoi w miejscu, mimo wszystkich zdarzeń mniejszych i większych.

Aha, z przerażeniem odkryłam, że w tv nadal leci: Moda na sukces...
Brak mi słów.

wtorek, 16 listopada 2010

pielesze

Opadły już liście z jabłoni. Drzewa przygnębiają swoją nagością. Mży.
Na dole - ulga pomieszana z nerwami: jeden problem z głowy mniej, ale okrojony o 5% wartości. Niechże i tak będzie, dla świętego spokoju moich Rodzicieli Kochanych.
U góry: Jovan, Żaba i Szach, nowy kompan psiej ferajny (szczeniak w grudniu trafi do moich dziadków). No, i ja.

Mam wrażenie, że dzisiejszy dzień kręci się na bardzo wolnych obrotach, ale to pewnie dlatego, że wstałam o 4.13, żeby przysiąść grzecznie do biologii... Później, ubrana niczym Eskimos, zabrałam psy na spacer: znów las. Budzący się dopiero po nocy, cichy, nieco posępny, ciemny, z rosą na każdym źdźble, rosą, która moczyła buty i myśli przyjemną świeżością. Tym razem znacznie okroiłam trasę, bo Jovan nie domaga, a Szach jest za mały do długiego dreptania na tych swoich króciutkich, pulchnych łapkach (z resztą i tak niosłam go przez jakąś chwilę, bo się uparł, że sam nie pójdzie i zaczął okupować większych rozmiarów kamień).
Wróciliśmy akurat na poranną kawę.

A teraz, poobiednio, oczy kleją mi się do niewinnej drzemki, ale ich niedoczekanie. Chcę dziś zrobić rozdział o paprotnikach...

I chcę pomyśleć o tym, że jutro mijają 3 lata od pojawienia się Jego/ ByłegoNiego/ Łosia w moim życiu, tak na dobre, a przynajmniej lepsze... Nawet jeśli o wszystkim mogę napisać w czasie przeszłym - czy jednak mogę?
Zawieszeni w próżni - nadal spoglądamy na siebie przyciągająco i czule, lecz... jest jak jest.
Kiedyś jeszcze sobie o tym pomarudzę, ale póki co - śmigam się uczyć :)

poniedziałek, 15 listopada 2010

kierunek: dom

jadę do domu, wracam w czwartek.
krąg bycia zawęża się coraz bardziej.
coraz mniej jest miejsc dostępnych
coraz więcej takich, do których nie chce się wracać
czyżby znów pomieszkiwał we mnie dawno wygnany dekadentyzm?


Czekam na to, że coś przewróci mój świat do góry nogami. Znów. Przecież już tak było. I wyszło mi to na dobre. Dlatego chcę jeszcze, chcę powtórki.

Zaczyna mnie przerażać perspektywa szukania pracy. Kilka CeFaŁeK poleciało tu i ówdzie, i nic. Jedna firma odpowiedziała, że od czasu do czasu będą mieli dla mnie jakieś zlecenia. Przeraża mnie to.
Jadę do domu, żeby to przejeść i przespacerować, bo od czasu do czasu nie jest dla mnie rozwiązaniem. Potrzebuję czegoś na stałe, nie tylko dla kasy, ale i po to, żeby zdobywać doświadczenie... No żesz.

Czas się pakować... Najlepiej bujając się do tego, bo jakoś tak kołysze i przyjemnie w ucho wpada:



Paaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa

nocne granie

Piosenka dla Nocnych Marków...
Ktoś zna taką bezsenność, którą trzeba wydrzeć ze strun gitary?

niedziela, 14 listopada 2010

bombowy temat...

Budzę się względnym porankiem. Spoglądam za okno, a tam niekończący się błękit, przeszywany bogato słoneczną nitką. Jest we mnie potrzeba, by usiąść na parapecie i łapać niebieskości do rąk. Tulić je i wciskać zachłannie do kieszeni.

Dzisiaj był dzień spacerowy. Sprzyjała i pogoda, i nastrój. Trochę parku, trochę Starego Miasta, trochę nieznanych podwórek - dla równowagi przesiadywania przed laptopem...
Zaiskrzyło kolorami płaszczy i liści. Zaszeleściło spadającymi czapkami. Zagrało chodnikowym muzykowaniem. W powietrzu zapach cynamonu. W ustach smak gorącej czekolady.
I rysa na tafli miejskiego oblicza...
Spoglądałam na ulice, z których jesienny obraz wypierają witryny sklepowe, ociężałe od bombek i łańcuchów, figurek bożonarodzeniowych i innych ozdóbek. 14 listopad - czas zacząć przygotowania do Świąt? Czyli, że kupić kartki, że o choinkę z Cytki poprosić chłopaków, zacząć zbieranie prezentów, wypisywanie bilecików na torbach i pudłach, udać się do Braciszków po opłatek i już rozpocząć zmasowaną produkcję aromatycznych pierniczków???
Świat zwariował, upadł na kolana i głowę, jak nic. Ja się już nawet nie zastanawiam, czy faktycznie tak jest, bo... jest.
Za moment zacznie się powszechne śpiewanie znienawidzonych hitów zimowych - największy klasyk:



Całkiem niedawno temu wybrałyśmy się z Aneszką na zakupy. Śmigając między drogeriami i odzieżowymi trafiłyśmy na stoisko z ręcznie robionymi bombkami: klasyczne kule, misie, pajacyki, lokomotywy, samochodziki, nawet helikoptery, a wszystkie prześcigały się w tym, które z nich będzie ładniejsze, kraśniejsze i które wyląduje w torbie klienta. Zachwycił nas ogrom kolorów i kształtów, ta aura dziecięcości świąt (a mnie jedna mała, złota lokomotywa), pewnie dlatego, że był to pierwszy znak oczekiwania na grudniową gorączkę, ta jaskółka, która miała jeszcze wiosny nie czynić... Lecz sójka wybrała się jednak za morze...
Centrum handlowe ugina się już dzisiaj od wszystkiego, co do Świąt nawiązuje. Padłam - jak zobaczyłam sztuczne gwiazdy betlejemskie, czy jak się te kwiaty czerwone zwą, sprzedawane po 50 gr za sztukę... A obok nich - zestawy słodyczy w ozdobnym przybraniu - będą jak znalazł na 6 grudnia - bo wśród słodyczy widać Herr Mikołaja z ferajną, a jak nie ma zabawki - to musi kubek wystawać z ohydną choiną - bleeee...

Zamiast tej całej błyskotkowej powodzi wolałabym, żeby spadła już temperatura, a wraz z nią śnieg i żeby Bogdanka działała, bo marzy mi się wypad na łyżwy ;)

Tyle bzdurzenia na dziś ;)
Wesołych Świąt, ooo, znaczy Wesołego Wieczoru!

sobota, 13 listopada 2010

zapałki

podpalam i gaszę
gaszę i podpalam
podpalam i gaszę

chciałabym wreszcie zgubić zapałki, najlepiej na pustyni

Wyszperane w sieci.

piątek, 12 listopada 2010

perfidnie czerwone


Perfidnie czerwone paznokcie?

Czemu nie ;)

Wyszperane w sieci :)

Zawsze myślałam, że są fuj i w ogóle, ale teraz wygląda mi "to" elegancją i seksapilem...

czwartek, 11 listopada 2010

lunatycznie

twardy sen zawsze mnie cieszy; to, kiedy nic nie jest w stanie przerwać moich snów o rozpędzonych pociągach, o starych polonezach i przeszklonych windach.

o 4.51 rozmawiałam przez telefon - mam na to dowód w połączeniach odebranych. i tylko w połączeniach odebranych. bo w pamięci luka, rozmiarów Wielkiego Kanionu.

dzwonił Łukasz M. (właściwie K., ale nie czepiajmy się szczegółów).

ciekawe o czym ze mną rozmawiał? bo długość połączenia trwała 5 minut...?
strach się bać
o jego ślubnym menu może...

Dziki Zachód



Chyba mnie ciągnie do takiej jesiennej klasyki...

A na korytarzu chłopaki nie mogą się zdecydować: Tosca, czy jakieś pieśni patriotyczne (był już mój najulubieńszy: Pałacyk Michla)...

środa, 10 listopada 2010

"powidła"

Komórka zaczyna niespokojnie wibrować na blacie stołu, przerywając lekką ciszę gitarowymi podrygami Przemysława R., które są sygnałem tego, iż ktoś pilnie chce mnie usłyszeć. Spoglądam na ekranik: Subkultura. Teraz?, przedpołudniem? - dziwne...
Ale odbieram jak zawsze, optymistycznie i radośnie:
- Cześć Młody! Co tam?
- Siostra, bo ja muszę to komuś powiedzieć, a mamie nie mogę, bo mnie zabije, a komuś muszę! - wykrzyczał mi prawie do ucha, a ja zbladłam, bo znam skłonności do komplikowania sobie życia i wybryków Brata mojego Młodszejszego...
- Co jest?
- Bo wiesz. Grzesiek przyjeżdża do interu (internatu) swoim samochodem - wypluwa słowa, niczym karabin kule.
- Tak? - pytam niecierpliwie, bo już mi się w głowie roją wizje przekrętów/problemów/ przestępstw, które mogą być konsekwencją posiadania przez Grześka fury na parkingu przed placówką opiekuńczo-wychowawczą.
- No i czasem gdzieś sobie jeździmy. A przedwczoraj Graj miała osiemnastkę (kim jest Graj? - pytam siebie w duchu, bo mi o niej nigdy nie opowiadał) i chcieliśmy jechać choć na 2 godziny. A Graj nie z Piły jest.
- Młody do rzeczy, bo do jutra mi nie powiesz - ponaglam z niejakim przerażeniem, że znów kroi się większa afera.
- Bo ja prawie zrobiłem z człowieka powidłaaaaa!
- Co??????????????????????????????????????????????????????

I tutaj zaczęła się opowieść właściwa, że chłopaków z pokoju Brata wychowawczyni nie zwolniła przedwczorajszego wieczoru na urodziny. Więc wybrali się wczoraj, zaraz po lekcjach. Prowadził Grzesiek. Na miejscu Graj oczywiście uraczyła przybyłych alkoholem osiemnastkowym. Młody już jedną wpadkę na tym gruncie zaliczył - abstynentem jest więc wzorcowym - dlatego Grzesiek oddał jemu kluczyki na drogę powrotną.
Jako, że u Graj nie było nic ciekawego, to wymyślili powrót do miasta i wypad na kręgle, czy coś.
Młody wsiadł za kółko. Reszta wypełniła pozostałe miejsca i ruszyli.
O tej porze roku, jak jest na drodze - każdy wie, mgła nikogo nie dziwi; brzydko i mokro, do tego liście na jezdni. A dziewczynka mieszkała gdzieś na końcu świata, co to łąki, lasy i jeziorka - czytać: kiepska widoczność.
Efekt: z jakiejś leśnej drożyny wyjechał Młodemu przed maskę rowerzysta, co to w swoim pojeździe nie miał ni odblasku, ni światełek, ni kamizelki wreszcie na sobie samym:
- Siostra, nawet nie dziesięciu centymetrów brakowało, a przejechałbym po nim, jak po bułce. Ja pier***e! Wziął się znikąd! Nic nie było widać!

Musiało być naprawdę ostro, skoro Młody potrzebował się wygadać.

Ale do czego zmierzam. Kiedy jechaliśmy ostatnio na dworzec też była mgła gęsta, jak wełna na owcach, też prowadzil Subkultura, też mijaliśmy rowerzystów, co to nie pomyśleli, że uczestniczą w ruchu drogowym, jakkolwiek by go nie pojmować, i też było średnio bezpiecznie z tego względu w połączeniu z warunkami pogodowymi.

A rowerzyści to tacy sami kierowcy, tylko fury mają inne!
I powinni mieć oleju w głowie na tyle, żeby stać się widocznymi na drodze, do cholery!

Bo później zadzwoni po policję i pogotowie inny brat czyjś, ojciec, sąsiadka, babka, że ma "powidła" pod kołami...

Wyszperane w sieci...

wtorek, 9 listopada 2010

skrótem...

Chwiejne nastroje... I chybotliwe rozmyślania... Taki dzień wszystkiego i niczego. Śliczny brązowy cień, kalendarz uniwersytecki, jedna dobra decyzja nie-moja, całkiem fajny powrót Aneszki na studia i przygnębienie mimowolne- to tak w skrócie, ale nie wartym rozwijania.

Muzycznie - bez trudu :)


poniedziałek, 8 listopada 2010

Moja Pani Promotor jest konstelacją wszystkich tych mędrców z siwymi brodami, Mona Liz z tajemniczym uśmieszkiem, kolorów od Picassa, gołębi na rynkach miast i miasteczek...
Błoną półprzepuszczalną - która dozwala lśnić, broni zaś matowieć...



mozaika

nieporadna mozaika wyblakłych snów
i turkusów wykradzionych z pewnej plaży
jak kawałeczki lśniące wypalaniem
rude loki na porcelanie kruchej
kilka lalek z podbitymi oczyma
na odłamki tego co już się wydarzyło
i moje niebieskie zapatrzenie zdumione
okrąg
na który z łoskotem spadają sprzeczności
z piór i uśmiechów obelżywie lekkie

Wyszperane w sieci :)
W powiększeniu jest przepiękna...

Dzień zza chmur. Bo i na dworze/polu deszczowo i wietrznie. I w akademiku zawiało przeszłymi duchami przyjaźni, znajomości, związków.
Jolka najpierw ucieszyła, a potem wbiła gwóźdź do moich myśli - bez refleksji - można zwariować.

Zaczynam akceptować fakt, że moja normalność polega na nienormalności.

Aneszek już króluje w 413. Znów mamy do siebie bardzo blisko, lecz czy to o odległości chodzi? Hi hi - firma Cześ "Szczygieł przeprowadzki" zaliczyła kolejną udaną akcję, natomiast Aneszek z Johnnym zrobili z 413 bardzo klimatyczne miejsce - z nastawieniem na pomysłowość Aneszki.

Przede mną zaś cały roboczy tydzień, czyli poniedziałkowym podwieczorem półtoragodzinne seminarium magisterskie i zaczynam długi, oby pracowity, weekend. Serio, serio. Tak też można, a w dodatku jest bardzo luźno ;)
Mam w planach reaktywować znajomość z Klaudią, która klapła wakacyjnie. Poza tym Izz może wleci. No i chciałabym wreszcie zobaczyć się z Łamigłówką. A wszystko to w międzyczasie czytania, pisania, czytania, ubiegania się o pracę, biegania do mojego zestresowanego nefrologa i takich tam jeszcze kilka drobiazgów :)

Miłego :)