Pamiętacie? Te podstawówkowe. Pierwsze. Skomplikowane mniej, niż bardziej. Siadywało się grzecznie, koniecznie z plecami wyprostowanymi i patrzyło na panią, co to przy tablicy kreśliła kredą cyferki w powietrzu, strojąc groźne miny, bo sobie w sklepie z pieniążkami nie poradzimy bez tej jej całej liczbologii.
Pamiętam nawet etap liczydła, które wyszło z użycia jeszcze w przedszkolu, lecz pani z podstawówki udawała, że o tym nie wie i przesuwaliśmy żmudnie/ nudnie koralik za koralikiem (swoją drogą miałam najohydniejsze liczydło ze wszystkich dzieciaków - wkomponowane w różowego słonia z paciorkami zielonymi i białymi - brrrrrrr na samo wspomnienie tegoż kompromitującego przyrządu tortur).
A dziś? Matematyka stosowana, czyli studencie - byle do kieszonkowego - bywa bardzo prosta. Dycha musi być odłożona zawsze i wciąż na bilet do domku (dobrze, że dycha, a nie dych 6 np.), pozostałe złocisze mają starczyć na prowiant i inny niezbędny ekwipunek życiowy.
A złociszów jest dajmy na to 40. No, niech będzie 50. Bez szaleństw.
W praktyce: płyta w Empiku to bite 40 zł, książka utrzymuje się na podobnym poziomie, kino to połowa kasy właściwie, o teatrze czy operze nawet się nie marzy.
Ukulturalnianie się kosztuje.
Do tego dochodzi kwestia czy chcemy cusia polskiego zrodzenia, czy też zagramniczne objawienie nam w głowie, bo zagramniczne oczywiście droższe.
No i czy chodzi o coś z wyższej półki, czy też o prostą rozrywkę.
Ale nie tylko ukulturalnianie.
Zima jest. Więc...
Trzeba i z garderobą pogadać poważniej, szczerzej i cieplej, żeby potem na dworcu PKP nie zostawić kończyn poodpadanych/ poodmrażanych. I dalej: żeby znów nie nabijać kasy aptekom, nie wyczerpywać limitów lekarzom itd. Wszystko ma tutaj swoje ekonomiczne konsekwencje, niestety.
Filozofia znacznie trudniejsza jest od matematyki.
Filozofia stosowana.
I tak Cześ stanął dziś przed wyborem: wymarzona płyta (jedna z przynajmniej 4, co to je mieć kcęęęęęę i o ich posiadaniu marzę od dość dawna), sweterek na zimowe mrozy (bo przecena) lub jedzenie w ramach dbania o organizm.
Co wybrałam - zostawiam sobie, bo mogę zginąć po wyjawieniu ;)
Myślę sobie jednak, że mechanizm tego wszystkiego chory jest.
Studenci powinni mieć możliwość normalnego czerpania ze źródeł kultury.
Ale nie tylko.
Bo w czym lepszy student od emeryta?!
Płyty/ muzyka to droga impreza - więc piratujemy. Kino - drogie, czyli znów piractwo wysokich lotów (żeby kopia dobra była, a nie kinówka, z fotela na sali i śmiechem dzieciarni w roli soundtracku). Książki - co się da - na darmowych eBookach, a jak nie - "chomik" też daje pole manewru (ale Kaź nie ma z tym nic wspólnego, na szczęście).
Więc musi się to kręcić nielegalnie, bo na legalność i uczciwość nas przeważnie po prostu nie stać.
Oryginał zawsze będzie bardziej pożądany, ale przecież trzeba też jeść, ubierać się itd.
No i macie. Pomądrzyłam się oczywistościami. Ale taki dzień. :)
Miłego wieczoru, do którego proponuję Wam takie tło muzyczne - ja przez cały dzień mruczę z Tym Panem :

9 komentarzy:
Eh...aż mi się przypomniało, że czekam z utęsknieniem na ostatnie stypendium jakie w życiu dostanę...
O matko... A ja nadal tego nie mogę odkręcić...
Może w grudniu mi dadzą? ;/
Eh...no weź się postaraj;) Uda się :)
Nie - naślę na nich Ciebie :)
A spoko, ja lubię dziekanaty;)
No cóż... Pozostaje mi tylko życzyć, by jakimś cudem na wszystko Ci wystarczyło. Albo zimno albo kulturalnie? Taki wybór jest zdecydowanie nie fair ;-) Pozdrawiam. a.
Soy - zatrudniam Cię, bez dwóch zdań.
Zygza, póki co - jest dobrze :) Nie narzekam :D
Wilk syty i owca cała. Zadziałałam dyplomatycznie na dwóch frontach, na trzecim trochę się minę z prawem ;)
A to był taki przegląd przez nasze portfele akademickie, przynajmniej z IV piętra :)
Doroto, witaj u mnie :)
Masz rację z tym, że dobrze wiedzieć, że ktoś inny doświadcza tego, co my, ma podobne spostrzeżenia - to stabilizuje osądy, troszkę.
Pozdrawiam ciepło, już rewizytując :)
Prześlij komentarz