sobota, 6 listopada 2010

noc

Nie ma lepszego lekarstwa na moje skołatane myśli niż dwa czarne, zimne, mokre nosy ocierające się o moją, wyciągniętą ku nim, dłoń. Przekonałam się o tym nocą, koczując (nie tylko) w kuchni, żeby nie dać bezsenności szans.
Czemu w kuchni?
Bo u mnie w domu tak jakoś utarło się, że kuchnia to centrum codziennych spraw mniejszych i większych. Poza tym - Subkultura spał, nie chciałam go więc budzić moim bezładnym krzątaniem się.

Na marginesie: zakochany dziewiętnastoletni Brat mój Młodszejszy to zjawisko paranormalne - dotąd butny i zgryźliwy (ma to po mnie;) przeszedł pranie mózgu, które mu mentalność i zachowania najprostsze poodwracało zupełnie: śmieje się od ucha do ucha, mówi "proszę" i "dziękuję" przy każdej nadarzającej się okazji, miły jest dla wszystkich (co się chyba w takiej skali nie zdarzało nawet wtedy, gdy chodził do przedszkola) i gapi się z zachwytem oślim na ekran swojej komóreczki, a gdy ta ledwo drganie wibracjami na blacie biurka - unosi się w powietrzu, w zwolnionym tempie jakby, i z miną Romea ślini się do komunikatu: "odebrano wiadomość"...
Ehhh, ta młodość zakochana... Fajnie popatrzeć :)

Wracając do tematu psich nosów - właśnie odsypiają noc: Żaba rozłożyła się na łóżku, Jovan skulił się pod moim krzesłem. I dobrze nam.
Podczytywanie Myśliwskiego koło północy nie wpłynęło na mnie energetycznie, więc wyczekałam momentu, aż przestało padać. I zrobiliśmy sobie spacer: psy szarżowały po ogródku, ja bujałam się na mokrej od deszczu huśtawce, gapiąc się na mętne chmury, ciemne niebo i księżyc przesłonięty zasłoną mleczną. Potem, siłą rzeczy, musiałam odrobinę pouczestniczyć w zabawie moich czworonogów ganiając za nimi, rzucając im jakieś kłody bliżej niezidentyfikowane. Wokół nas cisza i cisza, tylko wiatr szumem ocierał się oo drzewa, zmuszając ostatnie jabłka do zlądowania w miękkim posłaniu z traw.
Skończyłam mokra, umazana błotem i trawą, przypominając bardziej komandosa, niż siebie samą i szczękając z zimna zębami przeszłam do etapu powrotu, czyli czyszczenia psów, żeby spokojnie mogły wejść do domu.
Ehhhe - to wcale nie było proste. O ile Jovan pokornie poddał się wycieraniu, osuszaniu, o tyle Żaba miała w kompletnym poważaniu mnie i moje zabiegi. Dopiero przekupstwem udało mi się skłonić ją do posłuszeństwa.
A przekupstwo też było nietypowe. Bo jesiennym przysmakiem Czesia są pieczone w piecu jabłka... I jakoś tak okazało się, że ich smak nie tylko ja uwielbiam :))) Żaba skapitulowała dopiero po pochłonięciu jednej połówki takiego rarytasu.
Jovan położył się na swoim legowisku, Żabka przy piecu, a ja powróciłam do Myśliwskiego. Tyle, że brak mi było do niego cierpliwości.
Zabrałam się więc za pieczenie. Z Trójki poleciały dźwięki, które pozwoliły skupić mi się na znalezieniu jakiegoś sensownego przepisu - jako ludź, co w życiu nigdy nic nie piekł - chciałam czegoś łatwego. Łatwego i czekoladowego - takie były moje kryteria.
Efekt: o godzinie 4 wyjęłam pierwszą blaszkę ciasteczek kruchych, ładnie popękanych, pachnących... Do szóstej miałam 5 takich blaszek.
Rodziciel kochany dołączył do mnie kilka minut po tym, jak skończyła sprzątać po moim pichceniu. Zaparzyliśmy kawę. I okazało się, że już naprawdę ranek...

A teraz: ja też chcę spać...


Ps. Łoś zostaje Łosiem, ale wreszcie wiem, że nic mu nie jest, a już od zmysłów odchodzić zaczęłam...
Ps. 2. Dzisiaj idę spać O 19.
Ps. 3. Ciasteczek już nie ma, czyli, że zjadłe były ;)

2 komentarze:

Magda pisze...

malutka, ale za to jak ciebie czytam to widze wszystkie kolory tęczy:) Serio serio, tylko sie nie oblewaj zaraz barszczem;)

Malutka... pisze...

Kolory tęczy? No coś takiego ;P
Spoko, od pisanego nigdy nie purpurowieję :))))