Prawie już północnie, ale jakoś nie mogę się zdecydować czy na sen już pora, czy może jeszcze nie...?
Jestem już sama w 418 i nagle okazuje się, że strasznie tu pusto, kiedy jestem tylko ja... Kaź dokazywał przez pół wieczoru na całym łóżku, chowając się pod kocem, wspinając się na wieżę z poduch. Mimo to - pusto.
Aneszek zaczęła weekend majowy.
Posprzątałyśmy, ugotowałyśmy zupkę warzywną, pyyyysznąąąąą i tyle.
Załatwiłam dzisiaj papiery, żeby w przyszłym roku akademickim nie zostać bezdomną ;) Miła pani w dziekanacie z urzekającym, szerokim uśmiechem oznajmiła, że mój wniosek to ostatni, który przyjmuje, bo czas na wcześniejsze wyjście do domu ;) Komu się pofarciło, temu się pofarciło - Cześ zawsze spada na cztery łapy ;)
Poza tym - jeden taki Don Juan ubzdurał sobie, że się zaangażuję w związek jakowyś - niedoczekanie jego ;) Tylko nie rozumiem, czemu po raz któryś tam pisze to samo, dzwoni - na razie odmawiam delikatnie, licząc, że odpuści... Ale opornie mu idzie ta nauka: w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz...
Swoją drogą - jakoś się tak kolorowo zrobiło w DZIALE: podboje serc męskich... Nie to, żebym się miała czym poszczycić, ale wreszcie widzę, że panowie faktycznie mogą spoglądać w moją stronę... Ojjjj, łechce to kobiecą próżność ;) Na szczęście, póki we mnie natura Czesia, póty jest nadzieja, że się nie ugnę myśliwym pozorowanym.
Myśli biegną teraz korytarzem, który tyle już widział, tyle słyszał.
Akademik ma swoją historię, niejedną opowiastkę mógłby przytoczyć... Te wszystkie imprezy, suto zakrapiane, te burdy nagłe, a gwałtowne, te śliwki i lima, i półszepty jakieś. Pięści gotowe do ataku, i ciasne sploty schowanych zakochanych. Coś ciekawego, coś smutnego, odrobinę radości, trochę zdziwienia - wszystko, dosłownie wszystko przeżyły korytarze DSu.
Ja i korytarz też zaczynamy mieć własny epizod. Do tej pory drugoplanowo, teraz błąkam się po piętrach, krzątam się w zakamarkach, kryjówkach, z głową w oknie, w drzwiach, za poręczą. Umiem już powiedzieć o której wracają dziewczyny z 226, jak wygląda zestaw obiadowy córki i ojca itd. Uczę się pór, gdy tu ciszej, tam spokojniej, tam bezludniej.
Cenne to spostrzeżenia, by móc spokojnie porozmawiać przez telefon. Choć spokojnie wcale nie znaczy spokojnie :D Raczej, by wysłyszeć wszystkie szczegóły, co wpadają do słuchawki drugiej ;)
Piosenka a propos filmowego zacięcia dni ostatnich. Trochę naiwna, banalna, ale wpadła do ucha i się przyczepiła, jak klips dosłownie, no to niech i wybrzmi na blogowisku moim ;)
Dobrej nocy, kolorowych snów, gwiazd, motyli, księżyców ;)
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
piątek, 30 kwietnia 2010
czwartek, 29 kwietnia 2010
Czwartek
Popołudnie leniwe, spokojne, stonowane... Właściwie nic się nie dzieje.
Nijakość zachmurzonego nieba wkradła się do 418. "Stagnacja wiosenna" - jak to określił ładnie wczoraj mój rozmówca korytarzowy.
Aneszek czyta Prousta.
Ja... czytam maile ;)
Tylko Kazimierz grzecznie śpi, nie zdając sobie sprawy z upływu czasu. Klatka zdecydowanie należy do niego, wspina się tunelami, biega raz w jednym kołowrotku, raz w drugim, przenosi długie patyczki z jednego końca do drugiego, zahaczając zabawnie o przeszkody jakoweś. Fajnie się patrzy na takie zmagania ;)
Postanowienie na dzisiaj - przeczytać Pięcioksiąg Izaaka.
A, zapomniałabym: obejrzałam wczoraj K-PAX... Oglądałam to kilka lat temu...
I wrażenia nadal tak samo pozytywne. Coś jest w tym filmie, że mnie ujmuje, że lubię i Prota, i Marka, i ich rozmowy dziwaczne w gabinecie psychiatrycznym... No i gra światłem... ;)
Mam nadzieję, że uda mi się namówić Aneszkę na Dekalog dzisiaj. A potem marzy mi się Podwójne życie Weroniki...
Coś czuję, że ostatnio I patrzy wymyka się mojej kontroli, ale to chyba dobrze, bo to oddaje stopień zakręcenia, pozytywnego, a jakże (!), Właścicielki/ Autorki/ Malutkiej/ Czesia. Jako iż myśli moje żyją własnym życiem, każda osobnym, trudno jest mi coś spójnie sklecić, żeby się czytało ładnie, składnie. Cieszy mnie dosłownie wszystko. Mój nastrój mąci się na krótkie chwile, kiedy coś u kogoś poszło nie tak.
Poza tym: ;* ;* ;*
Miłego dnia, ze słońcem złotym i ciepłym, wiatrem łagodnym ;)
Pa
Nijakość zachmurzonego nieba wkradła się do 418. "Stagnacja wiosenna" - jak to określił ładnie wczoraj mój rozmówca korytarzowy.
Aneszek czyta Prousta.
Ja... czytam maile ;)
Tylko Kazimierz grzecznie śpi, nie zdając sobie sprawy z upływu czasu. Klatka zdecydowanie należy do niego, wspina się tunelami, biega raz w jednym kołowrotku, raz w drugim, przenosi długie patyczki z jednego końca do drugiego, zahaczając zabawnie o przeszkody jakoweś. Fajnie się patrzy na takie zmagania ;)
Postanowienie na dzisiaj - przeczytać Pięcioksiąg Izaaka.
A, zapomniałabym: obejrzałam wczoraj K-PAX... Oglądałam to kilka lat temu...
I wrażenia nadal tak samo pozytywne. Coś jest w tym filmie, że mnie ujmuje, że lubię i Prota, i Marka, i ich rozmowy dziwaczne w gabinecie psychiatrycznym... No i gra światłem... ;)
Mam nadzieję, że uda mi się namówić Aneszkę na Dekalog dzisiaj. A potem marzy mi się Podwójne życie Weroniki...
Coś czuję, że ostatnio I patrzy wymyka się mojej kontroli, ale to chyba dobrze, bo to oddaje stopień zakręcenia, pozytywnego, a jakże (!), Właścicielki/ Autorki/ Malutkiej/ Czesia. Jako iż myśli moje żyją własnym życiem, każda osobnym, trudno jest mi coś spójnie sklecić, żeby się czytało ładnie, składnie. Cieszy mnie dosłownie wszystko. Mój nastrój mąci się na krótkie chwile, kiedy coś u kogoś poszło nie tak.
Poza tym: ;* ;* ;*
Miłego dnia, ze słońcem złotym i ciepłym, wiatrem łagodnym ;)
Pa
środa, 28 kwietnia 2010
Sądny dzień, jak Bozię kocham...
I się tenisołki Czesiowi sknociły, może nie na amen, ale na dłuższe wyjścia, biegane...
;(
;(
W dniu Świętego Mikołaja...
Jakoś tak się dzieje ostatnio, że na uczelni mam luzy straszne, choć zwalić to należy przede wszystkim na wrodzoną niechęć do wydziałowej machiny...
No, ale dzisiaj - rekord rekordów.
Zaspałam, no zdarza się, gdy pierwszy raz od czasów niepamiętnych kładzie się Malutka do łóżka około dwudziestej trzeciej, a nie o zwyczajowej pierwszej... Wyspana byłam już lekko po drugiej i przez czas dłuższy gapiłam się za okno, przy okazji zaglądając odrobinę do skołatanych myśli...
Pobudka była planowana na 6. Ale nam nie wyszło. I Aneszek, i ja, poległyśmy. Obudziła nas dopiero poranna wizyta Izy (chwała Bogu za najście herbaciane). Zerwałam się spiesznie, choć niespiesznie, zaliczyłam szybki prysznic i pędem na uczelnię...
Pierwsze zaskoczenie: przed wydziałem dłuuuugiiii sznurek przedszkolaków (lub bliskich im wiekiem dzieciaczków), które powoli wtaczały się do wnętrza potwora filologicznego. Postałam więc grzecznie chwil kilka za nimi i jako ostatnia zamykałam za sobą drzwi.
Niespodzianka numer dwa: ZAJĘCIA ODWOŁANE ;) ;) ;) Jakowyś festiwal się odbywa, który godzinami rektorskimi został uczczony :D No i wolne, fajrant Cześ!!! Możesz zmykać do 418, na herbatkę...
Normalnie 6 grudnia - dzień Świętego Mikołaja ;) Pytam tylko, gdzie jakiś geschenk dla Czesia?
Tym sposobem, ku chwale rozwojowi ogólnemu, czekają mnie zakupy z Aneszkiem, bieganie na Cytadeli i wieczorny wypad do Brogansa na mecz. Gra Lech ;)
Poza tym: JA CHCĘ ŻEBY BYŁA SOBOTA!!!
Zmienił się nieco mój plan weekendowy ;) I bardzom tego rada ;)
Jest tylko maleńki problem taki: jak to zrobić, żeby nie było tych dni, które środę od soboty oddzielają?!
Zmykam - Aneszek każe wypić herbatę... Trza usłuchać :P
No, ale dzisiaj - rekord rekordów.
Zaspałam, no zdarza się, gdy pierwszy raz od czasów niepamiętnych kładzie się Malutka do łóżka około dwudziestej trzeciej, a nie o zwyczajowej pierwszej... Wyspana byłam już lekko po drugiej i przez czas dłuższy gapiłam się za okno, przy okazji zaglądając odrobinę do skołatanych myśli...
Pobudka była planowana na 6. Ale nam nie wyszło. I Aneszek, i ja, poległyśmy. Obudziła nas dopiero poranna wizyta Izy (chwała Bogu za najście herbaciane). Zerwałam się spiesznie, choć niespiesznie, zaliczyłam szybki prysznic i pędem na uczelnię...
Pierwsze zaskoczenie: przed wydziałem dłuuuugiiii sznurek przedszkolaków (lub bliskich im wiekiem dzieciaczków), które powoli wtaczały się do wnętrza potwora filologicznego. Postałam więc grzecznie chwil kilka za nimi i jako ostatnia zamykałam za sobą drzwi.
Niespodzianka numer dwa: ZAJĘCIA ODWOŁANE ;) ;) ;) Jakowyś festiwal się odbywa, który godzinami rektorskimi został uczczony :D No i wolne, fajrant Cześ!!! Możesz zmykać do 418, na herbatkę...
Normalnie 6 grudnia - dzień Świętego Mikołaja ;) Pytam tylko, gdzie jakiś geschenk dla Czesia?
Tym sposobem, ku chwale rozwojowi ogólnemu, czekają mnie zakupy z Aneszkiem, bieganie na Cytadeli i wieczorny wypad do Brogansa na mecz. Gra Lech ;)
Poza tym: JA CHCĘ ŻEBY BYŁA SOBOTA!!!
Zmienił się nieco mój plan weekendowy ;) I bardzom tego rada ;)
Jest tylko maleńki problem taki: jak to zrobić, żeby nie było tych dni, które środę od soboty oddzielają?!
Zmykam - Aneszek każe wypić herbatę... Trza usłuchać :P
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Przed snem...
Jakoś mi w głowie zawirowało szaleństwo totalne, co się z drugim rokiem studiów kojarzy... Chwała Gośce Serbskiej i Klaudiiiii za te imprezy, co je Goran nawiedzał ;)
Post od tak sobie
Właściwie to powinnam być jeszcze na zajęciach, ale w wyniku babcinej troski - skróciłam sobie zajęcia o jakąś godzinkę ;)
A było to tak: dawno, dawno temu, wnuczka babci Teni, zwana pieszczotliwie Czesiem, wybrała się na studia do miasta wielkiego, no, może tylko większego. Dziecko dumą napawa faktem owym, dziadków w szczególności. Szczegółowe relacje z odbytych zajęć, z ćwiczeń różnych trwały ledwie kilka miesięcy, potem ucichły, bo już sobie Cześ radził dużo lepiej: zaaklimatyzował się, znalazł sobie przyjaciół kilku, w dodatku nigdy nie narzekał, że chory, że głodny. Babcia Tenia dzwoniła jednak regularnie, chcąc wiedzieć, czy obiad zjedzony przynajmniej jeden na dni 3, czy czapka na głowie, gdy ziąb i zawierucha... Ot, przyzwyczaił się Cześ do babcinej troski, co się w słuchawce odbijała.
Był jednak pewien smok, który zawsze straszył babcię kochaną. Smok ów miał imion kilka: Wypadek, Pożar, Katastrofa, Późne Powroty do Akademika, Złodzieje, Mordercy i Gwałciciele (kolejność zupełnie przypadkowa i dowolna).
Siedzi więc sobie dnia pańskiego, anno-hanno 26 IV 2010, Czesiek na wykładzie nudnym, a znienawidzonym, wiedząc, że to strata czasu tylko, ale jak trzeba, to trzeba. Właściwie to ledwie usiadł z boczku, obok koleżanki z pracy byłej, wpisał się na listę i rozpoczął obserwację zegarka. Jedna minuta, sekund trzydzieści, pięć minut, sekund siedemnaście itd. Wreszcie myśli Czesia odrywa taki chochlik jeden i udaje się głos pani doktor zagłuszyć skutecznie.
Dodać należy, dla spójności historyjki niewinnej, że wykład: Dramat blabla wieku, to jedyne zajęcia poniedziałek zakłócające... No, ale jak się studiuje, to wolny poniedziałek nikogo nie rusza i priorytetem dla nikogo nie jest ;)
Mija nagle minuta dwudziesta trzecia. Cześ spogląda z niepokojem na telefon, co w wibrujący sposób przyzywa do sprawdzenia, któż od zajęć śmiał oderwać... I zdziwienie.
Babcia.
Babcia Tenia.
Yyyy, nastąpiła standardowa procedura: wciśnięcie czerwonej słuchawki i powrót do rozmyślań własnych.
Lecz myśli do babci pobiegły, że w takich godzinach nigdy nie dzwoni, że nasze są wieczorne rozmowy, a przedpołudnia ewentualnie, gdy Cześ odczuje potrzebę pogadania z kimś przez swoją komórkę starą... Ale babcia? O tej porze? Stało się coś? ..................
..........................
..........................
Telefon znów sygnalizuje, że babcia dzwoni. Ponownie rozłączanie rozmowy i wewnętrzny głos: jak jeszcze raz spróbuje, to znaczy, że to ważna ma być rozmowa. Wyjdę i odbiorę.
Mija dwudziesta siódma minuta paplania wykładowczyni - telefon znów rozbłyska, system wibrujący porusza się po zawartości piórnika.
Cześ zaczyna zbierać swoje manatki: zeszyt, piórnik, kartka, kalendarz i jeszcze kurtka. Wszystko niedbale wrzuca do torby i wychodzi cichcem, ukradkiem, co by w niełaskę Frał Lejrerin nie popaść...
Na korytarzu ponownie spogląda na komórkę - znów babciny numer wyświetla się w pełnej krasie.
-Babcia? Stało się coś? Czemu babcia dzwoni, gdy mam zajęcia?
-Cześ, czyli cała jesteś i zdrowa? I nie było Cię w tym tramwaju? - wyczuwam podskórnie, że kamień spada z babcinego serca, gdy głos mój rozszczebiotany usłyszała.
-Jakim tramwaju? Babcia, ja z wykładu wyszłam, bo myślałam, że coś się stało...
-Oj, Czesiu, bo właśnie w dzienniku pokazywali zdjęcia ze zderzenia na Pestce. Piętnastka wjechała w czternastkę (lub odwrotnie) i jest 15 rannych. Dziecko, jak dobrze, że ciebie tam nie było, tak się martwiłam...
- No tak, to ja dzięki babci i Pestce jestem na wagarach ;)
He he, mam wolne popołudnie :D
Pewnie wyczaruję sobie sałatkę z sałaty lodowej ;)
Wiosna, wiosna, wiosna
A było to tak: dawno, dawno temu, wnuczka babci Teni, zwana pieszczotliwie Czesiem, wybrała się na studia do miasta wielkiego, no, może tylko większego. Dziecko dumą napawa faktem owym, dziadków w szczególności. Szczegółowe relacje z odbytych zajęć, z ćwiczeń różnych trwały ledwie kilka miesięcy, potem ucichły, bo już sobie Cześ radził dużo lepiej: zaaklimatyzował się, znalazł sobie przyjaciół kilku, w dodatku nigdy nie narzekał, że chory, że głodny. Babcia Tenia dzwoniła jednak regularnie, chcąc wiedzieć, czy obiad zjedzony przynajmniej jeden na dni 3, czy czapka na głowie, gdy ziąb i zawierucha... Ot, przyzwyczaił się Cześ do babcinej troski, co się w słuchawce odbijała.
Był jednak pewien smok, który zawsze straszył babcię kochaną. Smok ów miał imion kilka: Wypadek, Pożar, Katastrofa, Późne Powroty do Akademika, Złodzieje, Mordercy i Gwałciciele (kolejność zupełnie przypadkowa i dowolna).
Siedzi więc sobie dnia pańskiego, anno-hanno 26 IV 2010, Czesiek na wykładzie nudnym, a znienawidzonym, wiedząc, że to strata czasu tylko, ale jak trzeba, to trzeba. Właściwie to ledwie usiadł z boczku, obok koleżanki z pracy byłej, wpisał się na listę i rozpoczął obserwację zegarka. Jedna minuta, sekund trzydzieści, pięć minut, sekund siedemnaście itd. Wreszcie myśli Czesia odrywa taki chochlik jeden i udaje się głos pani doktor zagłuszyć skutecznie.
Dodać należy, dla spójności historyjki niewinnej, że wykład: Dramat blabla wieku, to jedyne zajęcia poniedziałek zakłócające... No, ale jak się studiuje, to wolny poniedziałek nikogo nie rusza i priorytetem dla nikogo nie jest ;)
Mija nagle minuta dwudziesta trzecia. Cześ spogląda z niepokojem na telefon, co w wibrujący sposób przyzywa do sprawdzenia, któż od zajęć śmiał oderwać... I zdziwienie.
Babcia.
Babcia Tenia.
Yyyy, nastąpiła standardowa procedura: wciśnięcie czerwonej słuchawki i powrót do rozmyślań własnych.
Lecz myśli do babci pobiegły, że w takich godzinach nigdy nie dzwoni, że nasze są wieczorne rozmowy, a przedpołudnia ewentualnie, gdy Cześ odczuje potrzebę pogadania z kimś przez swoją komórkę starą... Ale babcia? O tej porze? Stało się coś? ..................
..........................
..........................
Telefon znów sygnalizuje, że babcia dzwoni. Ponownie rozłączanie rozmowy i wewnętrzny głos: jak jeszcze raz spróbuje, to znaczy, że to ważna ma być rozmowa. Wyjdę i odbiorę.
Mija dwudziesta siódma minuta paplania wykładowczyni - telefon znów rozbłyska, system wibrujący porusza się po zawartości piórnika.
Cześ zaczyna zbierać swoje manatki: zeszyt, piórnik, kartka, kalendarz i jeszcze kurtka. Wszystko niedbale wrzuca do torby i wychodzi cichcem, ukradkiem, co by w niełaskę Frał Lejrerin nie popaść...
Na korytarzu ponownie spogląda na komórkę - znów babciny numer wyświetla się w pełnej krasie.
-Babcia? Stało się coś? Czemu babcia dzwoni, gdy mam zajęcia?
-Cześ, czyli cała jesteś i zdrowa? I nie było Cię w tym tramwaju? - wyczuwam podskórnie, że kamień spada z babcinego serca, gdy głos mój rozszczebiotany usłyszała.
-Jakim tramwaju? Babcia, ja z wykładu wyszłam, bo myślałam, że coś się stało...
-Oj, Czesiu, bo właśnie w dzienniku pokazywali zdjęcia ze zderzenia na Pestce. Piętnastka wjechała w czternastkę (lub odwrotnie) i jest 15 rannych. Dziecko, jak dobrze, że ciebie tam nie było, tak się martwiłam...
- No tak, to ja dzięki babci i Pestce jestem na wagarach ;)
He he, mam wolne popołudnie :D
Pewnie wyczaruję sobie sałatkę z sałaty lodowej ;)
Wiosna, wiosna, wiosna
niedziela, 25 kwietnia 2010
Powrotnie
Cześ powrócił z podróży. Odczwartkowy pobyt poza Poznaniem kiedyś się skończyć musiał, a szczerze przyznać należy - czekałam już na to z niecierpliwością Czesiowi charakterystyczną...
U Aneszki było cudownie.
Ma świetnych rodziców ;)
No i Adaś...
Czułam się, jakby to był mój własny dom... Pyszne jedzonko, krótkie spacery, kilka rozmów półżartem- półserio.
Pani Ania strasznie denerwuje się nadchodzącą maturą, mam nadzieję, że choć odrobinę pomogłam w przygotowaniach. Poza tym - jeśli zapanuje nad nerwami - wszystko pójdzie jak po maśle, bo arkusze wypełnia jak należy... Tylko ten stres...
(Swoją drogą nauczyciele mają kiepsko - strasznie trudno jest coś komuś wbić do głowy, zwłaszcza, gdy się ten ktoś uprze, że on nie rozumie,nie opanuje materiału i basta! Ehhh)
Będę trzymała kciuki w maju!!! ;)
U mnie w domu też było fajnie.
Czułam się normalnie.
Znikła presja poSubkulturowego wybryku...
Aneszek mam nadzieję, że zadowolony. Wielki wyczyn: zjadła dzisiaj caluśki obiad ;)
Poza tym - wyszalałam się z moją psiarnią, Jovan prawie mnie nie odstępował na krok, Żaba rozrabiała, Psota (jedyny pies na świecie, pieszczotliwie zwany Kotkiem) połasiła się leniwie. Tak jakoś nie umiem sobie wyobrazić siebie bez tego psiego rozgardiaszu, rozszczekania...
Tylko Tata jest chory...
Że się wołami nie da do lekarza zaciągnąć - inna sprawa...
Co do mnie - szampańsko nadal ;D Energia rozpiera mnie z siłą niepojętą. Nadal chce mi się chcieć ;)
Gdybyście mogli zobaczyć moją minę nocą, gdy się w niebo rozgwieżdżone zapatrzyłam ;) Jovan biegał gdzieś za stodołą, ja robiłam za ekipę poszukiwawczą. Oświetlenie naturalne, księżyc i gwiazdy oczywiście, sprawiło, że latarkę wyłączyłam i uniósłszy ku górze oczęta - oderwać ich nie mogłam... Przestwór, kosmos - zwał, jak zwał - ale widok taki, że dech Czesiowi zapiera nadal, jak tylko sobie przypomni tych gwiazdozbiorów kilka, które nazwać potrafi. I ta cisza, przerywana żabim rechotem, wiatru mocniejszym podmuchem i kocim miauczeniem - czaruje jeszcze uszy moje, zasłuchane. I to poczucie, że Malutka faktycznie jest malutka... Lubię przynależeć do tak wielkiej machiny, jaką jest świat w wydaniu skynight.
W głowie mruczy mi się nadchodzącymi JUWENALIAMI i nie tylko juwenaliami...
Mam już plan na weekend majowy - zostanę sobie w kochanym 418. Aneszek wybywa z Piotrkiem. A ja? Ugotuję sobie jakieś pyszności. Posprzątam. Pospaceruję. I wreszcie zacznę pisać moje prace zaległe ;) Ma być twórczo, kreatywnie i pracowicie - a w nagrodę pomaszeruję z rozdziawioną buzią do zoo, żeby rozrywka też jakaś się pojawiła ;) Podoba mi się taki plan.
A propos pisania - wreszcie odkryłam, jak popełnić: "ć" na moim laptopie nowym ;D Choć skomplikowane to nieco ;)
No - to zmykam się poczesiować trochę, z Kazikiem ;)
Dobrej nocy
U Aneszki było cudownie.
Ma świetnych rodziców ;)
No i Adaś...
Czułam się, jakby to był mój własny dom... Pyszne jedzonko, krótkie spacery, kilka rozmów półżartem- półserio.
Pani Ania strasznie denerwuje się nadchodzącą maturą, mam nadzieję, że choć odrobinę pomogłam w przygotowaniach. Poza tym - jeśli zapanuje nad nerwami - wszystko pójdzie jak po maśle, bo arkusze wypełnia jak należy... Tylko ten stres...
(Swoją drogą nauczyciele mają kiepsko - strasznie trudno jest coś komuś wbić do głowy, zwłaszcza, gdy się ten ktoś uprze, że on nie rozumie,nie opanuje materiału i basta! Ehhh)
Będę trzymała kciuki w maju!!! ;)
U mnie w domu też było fajnie.
Czułam się normalnie.
Znikła presja poSubkulturowego wybryku...
Aneszek mam nadzieję, że zadowolony. Wielki wyczyn: zjadła dzisiaj caluśki obiad ;)
Poza tym - wyszalałam się z moją psiarnią, Jovan prawie mnie nie odstępował na krok, Żaba rozrabiała, Psota (jedyny pies na świecie, pieszczotliwie zwany Kotkiem) połasiła się leniwie. Tak jakoś nie umiem sobie wyobrazić siebie bez tego psiego rozgardiaszu, rozszczekania...
Tylko Tata jest chory...
Że się wołami nie da do lekarza zaciągnąć - inna sprawa...
Co do mnie - szampańsko nadal ;D Energia rozpiera mnie z siłą niepojętą. Nadal chce mi się chcieć ;)
Gdybyście mogli zobaczyć moją minę nocą, gdy się w niebo rozgwieżdżone zapatrzyłam ;) Jovan biegał gdzieś za stodołą, ja robiłam za ekipę poszukiwawczą. Oświetlenie naturalne, księżyc i gwiazdy oczywiście, sprawiło, że latarkę wyłączyłam i uniósłszy ku górze oczęta - oderwać ich nie mogłam... Przestwór, kosmos - zwał, jak zwał - ale widok taki, że dech Czesiowi zapiera nadal, jak tylko sobie przypomni tych gwiazdozbiorów kilka, które nazwać potrafi. I ta cisza, przerywana żabim rechotem, wiatru mocniejszym podmuchem i kocim miauczeniem - czaruje jeszcze uszy moje, zasłuchane. I to poczucie, że Malutka faktycznie jest malutka... Lubię przynależeć do tak wielkiej machiny, jaką jest świat w wydaniu skynight.
W głowie mruczy mi się nadchodzącymi JUWENALIAMI i nie tylko juwenaliami...
Mam już plan na weekend majowy - zostanę sobie w kochanym 418. Aneszek wybywa z Piotrkiem. A ja? Ugotuję sobie jakieś pyszności. Posprzątam. Pospaceruję. I wreszcie zacznę pisać moje prace zaległe ;) Ma być twórczo, kreatywnie i pracowicie - a w nagrodę pomaszeruję z rozdziawioną buzią do zoo, żeby rozrywka też jakaś się pojawiła ;) Podoba mi się taki plan.
A propos pisania - wreszcie odkryłam, jak popełnić: "ć" na moim laptopie nowym ;D Choć skomplikowane to nieco ;)
No - to zmykam się poczesiować trochę, z Kazikiem ;)
Dobrej nocy
piątek, 23 kwietnia 2010
Malutka na wakacjach ;)
Malutkiej/ Czesia nie ma w Poznaniu od wczoraj.
W spontanicznym geście tęsknoty za zielenią niemiejską - wybyła na wiesi dwie:
* wieś Aneszka do jutra popołudnia
* i wieś własną - od jutra do niedzieli...
Jest zielono, spokojnie, rytm dnia wolny i harmonijny, aż się chce ulegać pobudce rodzicielki Aneszki o ludzkiej już 8. 30.
Co mamy w planach?
Na pewno będę jeszcze ćwiczyć się w nauczaniu. Aneszki mama zdaje w maju maturę, więc polonistka przyszła to całkiem niezła pomoc. Szczegół. że polonistka przyszła nigdy nic z nauczycielstwem wspólnego mieć nie będzie...
Potem jakiś spacer długi, żeby stopy zaplątać między traw źdźbłami.
Może film.
Jak ja lubię życie Czesia.... ;)
Miłego dnia
W spontanicznym geście tęsknoty za zielenią niemiejską - wybyła na wiesi dwie:
* wieś Aneszka do jutra popołudnia
* i wieś własną - od jutra do niedzieli...
Jest zielono, spokojnie, rytm dnia wolny i harmonijny, aż się chce ulegać pobudce rodzicielki Aneszki o ludzkiej już 8. 30.
Co mamy w planach?
Na pewno będę jeszcze ćwiczyć się w nauczaniu. Aneszki mama zdaje w maju maturę, więc polonistka przyszła to całkiem niezła pomoc. Szczegół. że polonistka przyszła nigdy nic z nauczycielstwem wspólnego mieć nie będzie...
Potem jakiś spacer długi, żeby stopy zaplątać między traw źdźbłami.
Może film.
Jak ja lubię życie Czesia.... ;)
Miłego dnia
środa, 21 kwietnia 2010
Czesia ciąg dalszy...
Między zajęciami jest czas taki dziwny, leniwy, który niby płynie, niby w miejscu stoi. I jakoś się tak refleksyjnie na duszy robi. Smak kawy z mlekiem, zdiełanej przez Aneszkę, widok jedynej w Poznaniu krakowskiej kamienicy - koi napięcie całe, które się siłą rzeczy gromadzi w efekcie podjęcia aktywności najróżniejszych ;)
Ja wiem, że macie przed oczyma dwóch Czesiów: najpierw się rozwodziłam szeroko, głęboko o beznadziejności mojego istnienia, o tym jak mi źle i tak dalej... Było czarno, ponuro, szaro... Częściej łzy niż cokolwiek innego.
Cześ z dzisiaj - radosny, zadowolony, jakby pewniejszy siebie, śmielej spoglądający w przyszłośc. Zaczynam realizowac marzenia skrywane do tej pory, brac się za bary ze wszystkim, co mierzyc się ze mną zachciało. Czesiek śmieje się w sobie, od ucha do ucha, mruczy w zadowoleniu, gwiżdże sobie zadziornie na świat i innych człowieków - bo grunt to wyjśc z 418 krokiem zwinnym, krokiem kocim, z kaszkietem i w tenisówkach ;)
To, że zajęcia mnie wciągają bardziej - plus wielki. To, że gdy zajęc nie ma, bo odwołano - prowadzi mnie na Cytadelę - plus kolejny. To, że wreszcie myśli na sobie skupiam - plus największy.
Mały mankament - jak się Cześ tak nieustannie szczerzy to ma z utrzymaniem powagi problemy... A przecież na uczelni mina poważna czasem niezbędna jest... ;) ;) ;)
Dzisiaj jeszcze przede mną zajęcia w sztukach dwóch: ze specjalizacji i kolejny z wykładów Pracowni Pytań Granicznych - zaczynam sądzic, że to najlepsza UAM-owska inicjatywa naukowa... Wykładów jest kilka, pogrupowanych na cykle poszczególne. Zajęcia prowadzą wybrani wykładowcy UAM, jak i goście spoza uczelni. Filozofia miesza się z teologią, kognitywistyka z biologią, fizyka z chemią się brata, za nimi matematyka, medycyna wspiera się na etyce i nigdy nie wiem, jaki kąsek mogę upolowac na kolejnych zajęciach... Bo jeśli ma się w głowie coś więcej, niż tylko miłośc dla literatury pięknej - to PPG stwarza możliwośc wszechstronnego zaglądania w inne dziedziny, inne nauki. I dobrze, bo ograniczeń nie znoszę. Bo inne rzeczy też mnie interesują. Bo tak sobie nieśmiało planuję jeszcze się w biologii zatopic...
I chciało by się zanucic za Lipnicką: "wszystko się może zdarzyc, gdy..."
Ja wiem, że macie przed oczyma dwóch Czesiów: najpierw się rozwodziłam szeroko, głęboko o beznadziejności mojego istnienia, o tym jak mi źle i tak dalej... Było czarno, ponuro, szaro... Częściej łzy niż cokolwiek innego.
Cześ z dzisiaj - radosny, zadowolony, jakby pewniejszy siebie, śmielej spoglądający w przyszłośc. Zaczynam realizowac marzenia skrywane do tej pory, brac się za bary ze wszystkim, co mierzyc się ze mną zachciało. Czesiek śmieje się w sobie, od ucha do ucha, mruczy w zadowoleniu, gwiżdże sobie zadziornie na świat i innych człowieków - bo grunt to wyjśc z 418 krokiem zwinnym, krokiem kocim, z kaszkietem i w tenisówkach ;)
To, że zajęcia mnie wciągają bardziej - plus wielki. To, że gdy zajęc nie ma, bo odwołano - prowadzi mnie na Cytadelę - plus kolejny. To, że wreszcie myśli na sobie skupiam - plus największy.
Mały mankament - jak się Cześ tak nieustannie szczerzy to ma z utrzymaniem powagi problemy... A przecież na uczelni mina poważna czasem niezbędna jest... ;) ;) ;)
Dzisiaj jeszcze przede mną zajęcia w sztukach dwóch: ze specjalizacji i kolejny z wykładów Pracowni Pytań Granicznych - zaczynam sądzic, że to najlepsza UAM-owska inicjatywa naukowa... Wykładów jest kilka, pogrupowanych na cykle poszczególne. Zajęcia prowadzą wybrani wykładowcy UAM, jak i goście spoza uczelni. Filozofia miesza się z teologią, kognitywistyka z biologią, fizyka z chemią się brata, za nimi matematyka, medycyna wspiera się na etyce i nigdy nie wiem, jaki kąsek mogę upolowac na kolejnych zajęciach... Bo jeśli ma się w głowie coś więcej, niż tylko miłośc dla literatury pięknej - to PPG stwarza możliwośc wszechstronnego zaglądania w inne dziedziny, inne nauki. I dobrze, bo ograniczeń nie znoszę. Bo inne rzeczy też mnie interesują. Bo tak sobie nieśmiało planuję jeszcze się w biologii zatopic...
I chciało by się zanucic za Lipnicką: "wszystko się może zdarzyc, gdy..."
wtorek, 20 kwietnia 2010
Jak uszczęśliwic Czesia do granic możliwości? ;)
Otóż jest jeden na to sposób...
Wystarczy postawic przy mównicy dr Marka W. i pozwolic mu mówic o sprawach interesujących, kształcących i mądrych po prostu...
To był najlepszy wykład Pracowni Pytań Granicznych ze wszystkich od lat przynajmniej 3
;) ;) ;)
o cięciu mózgu na plasterki ;)
Dobrej nocy, moi Mili
Wystarczy postawic przy mównicy dr Marka W. i pozwolic mu mówic o sprawach interesujących, kształcących i mądrych po prostu...
To był najlepszy wykład Pracowni Pytań Granicznych ze wszystkich od lat przynajmniej 3
;) ;) ;)
o cięciu mózgu na plasterki ;)
Dobrej nocy, moi Mili
Czesiowo ;)
Jest teraz taki piękny czas, który krąży we mnie, który mnie otula, który każdy dzień wita moją zadowoloną miną, moim spojrzeniem jasnym, moim głosem wyrazistym... Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam aż tak szczęśliwa. Nie pamiętam nawet, kiedy byłam szczęśliwa dłużej niż całe 3 dni...
A od mniej więcej dwóch miesięcy - wszystko we mnie śpiewa i tańczy, uśmiecha się figlarnie, psotnie oczy mruży ;) Nagle osiągalnym się stało to, o czym nawet nie śniłam. Uczę się siebie doceniac, uczę się siebie dopieszczac... Właściwie nawet się nie uczę - to samo ze mnie uchodzi, samo się dzieje - a ja - tylko poddaję się tej bryzie, która źródło ukryte głęboko w środku, przed światem schowane, takie tylko dla mnie, a jednak jest, głaszcząc moje myśli, łaskocząc marzenia...
CZEŚŚŚŚŚ ;)
Sprawy z Bratem moim Młodszym powoli się prostują i piekielny weekend wyrzucam do kosza wspomnień nie wartych rozpatrywania. Nawet nie wiecie ile głupot na raz można zrobic, mając lat 19... Podejrzewam, że mój Braciszek pobił rekordy rekordów. I nie pociesza mnie, że wywinął dokładnie to samo, co ja - skala jednak bez porównania. Poza tym - ja niektóre z tych szaleństw wcieliłam w życie już na studiach, z nastawieniem na drugi rok ich trwania.
Liczę, że Małolat dojdzie do odpowiednich wniosków i wreszcie się uspokoi nieco.
Słońce wpada do 418 ciepłym złotym światłem. Siedzę na łóżku, na przeciwko mnie siedzi Aneszek. Pokój należy do nas, niepodzielnie.
Aaaa, ja od tego powinnam zacząc:
A od mniej więcej dwóch miesięcy - wszystko we mnie śpiewa i tańczy, uśmiecha się figlarnie, psotnie oczy mruży ;) Nagle osiągalnym się stało to, o czym nawet nie śniłam. Uczę się siebie doceniac, uczę się siebie dopieszczac... Właściwie nawet się nie uczę - to samo ze mnie uchodzi, samo się dzieje - a ja - tylko poddaję się tej bryzie, która źródło ukryte głęboko w środku, przed światem schowane, takie tylko dla mnie, a jednak jest, głaszcząc moje myśli, łaskocząc marzenia...
CZEŚŚŚŚŚ ;)
Sprawy z Bratem moim Młodszym powoli się prostują i piekielny weekend wyrzucam do kosza wspomnień nie wartych rozpatrywania. Nawet nie wiecie ile głupot na raz można zrobic, mając lat 19... Podejrzewam, że mój Braciszek pobił rekordy rekordów. I nie pociesza mnie, że wywinął dokładnie to samo, co ja - skala jednak bez porównania. Poza tym - ja niektóre z tych szaleństw wcieliłam w życie już na studiach, z nastawieniem na drugi rok ich trwania.
Liczę, że Małolat dojdzie do odpowiednich wniosków i wreszcie się uspokoi nieco.
Słońce wpada do 418 ciepłym złotym światłem. Siedzę na łóżku, na przeciwko mnie siedzi Aneszek. Pokój należy do nas, niepodzielnie.
Aaaa, ja od tego powinnam zacząc:
MAM JUŻ WŁASNY KOMPUTER ;)
Komfort... ;* ;* ;*
Poza tym - Kaź ma od jakiegoś tygodnia ADHD w godzinach, kiedy teoretycznie powinien smacznie spac... Może na niego też wiosna działa? Biega po klatce, w kołowrotku, tylko nadal od tunelu stroni :(
Plany na najbliższy czas - cieszyc się, cieszyc się i wreszcie robic to, na co mi przyjdzie ochota. Zaczynam pozbywac się wewnętrznych oporów, wyrzucac reguły, które choc teoretycznie poprawne - wcale nie dawały powodów do radości, do satysfakcji.
Owszem, są takie reguły, których naruszac nie wolno, których charakter określic należy jako: świete. I tego trzymac się trzeba.
Tyle na teraz. Zmykam na zajęcia ;)
Komfort... ;* ;* ;*
Poza tym - Kaź ma od jakiegoś tygodnia ADHD w godzinach, kiedy teoretycznie powinien smacznie spac... Może na niego też wiosna działa? Biega po klatce, w kołowrotku, tylko nadal od tunelu stroni :(
Plany na najbliższy czas - cieszyc się, cieszyc się i wreszcie robic to, na co mi przyjdzie ochota. Zaczynam pozbywac się wewnętrznych oporów, wyrzucac reguły, które choc teoretycznie poprawne - wcale nie dawały powodów do radości, do satysfakcji.
Owszem, są takie reguły, których naruszac nie wolno, których charakter określic należy jako: świete. I tego trzymac się trzeba.
Tyle na teraz. Zmykam na zajęcia ;)
czwartek, 15 kwietnia 2010
Skrótem szybkim, by zdążyć przed brakiem internetu...
A dzisiaj w Czesiu cały dzień leci jedno tylko... Obłędnie, jakby zatrzymać muzyki nie szło, jakby...
Mimo przejść z Bratem moim młodszym, które się jutro wyprawą po Młodego Gniewnego skończą -żeby przypadkiem drogi do domu nie zapomniał - jest coś takiego w słońcu dzisiaj, że uśmiech się z niepokojem miesza.
Swoją drogą, kto powiedział, że najgorszym etapem w życiu małolata jest gimnazjum - albo to tylko Subkultura tak późno w okres Sturm und Drang wdepnął...
Poza tym dziś stomatolog... Strach się bać. Ciężki czas dla Czesia, ale uszy do góry - jak zwykle wyjdę z tego cało i z rezonem ;)
Miłego popołudnia i weekendu, bo pewnie dopiero w niedzielę uda mi się coś więcej wyklikać :)
Mimo przejść z Bratem moim młodszym, które się jutro wyprawą po Młodego Gniewnego skończą -żeby przypadkiem drogi do domu nie zapomniał - jest coś takiego w słońcu dzisiaj, że uśmiech się z niepokojem miesza.
Swoją drogą, kto powiedział, że najgorszym etapem w życiu małolata jest gimnazjum - albo to tylko Subkultura tak późno w okres Sturm und Drang wdepnął...
Poza tym dziś stomatolog... Strach się bać. Ciężki czas dla Czesia, ale uszy do góry - jak zwykle wyjdę z tego cało i z rezonem ;)
Miłego popołudnia i weekendu, bo pewnie dopiero w niedzielę uda mi się coś więcej wyklikać :)
wtorek, 13 kwietnia 2010
Na szybko... ;)
Z zajęć dzisiejszych:
* słowo dnia: HIPOKAMP
* zdanie dnia: " CZŁOWIEK WYJĄTKOWY JEST".
Podsumowanie: jak na wykład do humanistów przychodzi, dajmy na to, biolog, to od razu myśli, że edukacja z tej dziedziny zakończona została na etapie przedszkola... Szkoda, bo wykład mógł być ciekawy, a poziom ledwo licealny, to przynajmniej dla mnie za mało.
Wniosek: WIĘCEJ WIARY WE WSZECHSTRONNOŚĆ HUMANISTÓW!!! A będzie nam się lepiej współpracowało ;) Tak na przyszłość ;)
Pozytyw jak zawsze - Cześ nad Czesiów ;)
Miała być na koniec piosenka, co w Czesiu się nuci, ale mi youtube nawala. No więc - jak zadziała to będzie na pewno ;)
Dobrej nocy!
* słowo dnia: HIPOKAMP
* zdanie dnia: " CZŁOWIEK WYJĄTKOWY JEST".
Podsumowanie: jak na wykład do humanistów przychodzi, dajmy na to, biolog, to od razu myśli, że edukacja z tej dziedziny zakończona została na etapie przedszkola... Szkoda, bo wykład mógł być ciekawy, a poziom ledwo licealny, to przynajmniej dla mnie za mało.
Wniosek: WIĘCEJ WIARY WE WSZECHSTRONNOŚĆ HUMANISTÓW!!! A będzie nam się lepiej współpracowało ;) Tak na przyszłość ;)
Pozytyw jak zawsze - Cześ nad Czesiów ;)
Miała być na koniec piosenka, co w Czesiu się nuci, ale mi youtube nawala. No więc - jak zadziała to będzie na pewno ;)
Dobrej nocy!
piątek, 9 kwietnia 2010
***
Dzisiaj będzie nerwowo... Muszę powiedzieć, co powiedzieć powinnam, zrobić, co zrobić należy. Już czas. Już postanowiłam.
Przerażająca jest myśl, że to już, że wszystko przenieść należy do sfery wspomnień cudownych... Chciałabym, żeby było jak wtedy, gdy to On podjął decyzję. Boję się.
Ale jestem pewna. Jestem silna i gotowa, by przez to przejść.
To nie znaczy, że miłość umarła... To znaczy, że miłość się zmienia, choć jej ślad zawsze przemawiać będzie tą siłą gniotącą.
Tak, kocham Go. Zawsze będę... I dziękuję, że moje życie odmienił, że mnie kochać nauczył, że stał się częścią mnie, która kazała trwać i próbować... I że dał te dwa i pół roku, gdy jeden Jego szept wyrywał mnie z odmętów rozpaczy. Dziękuję, Kochany...
...
:* :* :* :* :* :* :*
...
Przerażająca jest myśl, że to już, że wszystko przenieść należy do sfery wspomnień cudownych... Chciałabym, żeby było jak wtedy, gdy to On podjął decyzję. Boję się.
Ale jestem pewna. Jestem silna i gotowa, by przez to przejść.
To nie znaczy, że miłość umarła... To znaczy, że miłość się zmienia, choć jej ślad zawsze przemawiać będzie tą siłą gniotącą.
Tak, kocham Go. Zawsze będę... I dziękuję, że moje życie odmienił, że mnie kochać nauczył, że stał się częścią mnie, która kazała trwać i próbować... I że dał te dwa i pół roku, gdy jeden Jego szept wyrywał mnie z odmętów rozpaczy. Dziękuję, Kochany...
...
:* :* :* :* :* :* :*
...
czwartek, 8 kwietnia 2010
Ciut więcej nowin i nowinek :)
No jak to jest? Jak? Do koła mnie tylko śmiech, śpiew i ptasi świergot - pięknie mnie wiosna w tym roku przywitała i mam nadzieję, że to dopiero początek, tak bardzo chcę jeszcze i więcej, bo przecież żyję, bo mój oddech głęboki jest wielkim spijaniem szaleństwa z powietrza, bo mój głos wykrzesany gdzieś z głębin jest nawoływaniem do szczęśliwych gwiazd, pierzastych obłoków...
Nie było mnie przez chwil kilka. Ale byłam. Dopiero nadrabiam blogowe zaległości - piszę, słuchając nagrania Crewmastera :) Brawoooo!!!!!!!!!!! I wiecie co? - jest dobrze. Wirtualny świat to dodatkowy powiew energii i pasji. Brak laptopa... tylko potęguje moją ciekawość, co tam u kogo :)
Wracam do Świąt, bo były najlepszymi ze wszystkich do tej pory... Dziwnie, kiedy w domu panuje taki spokój, harmonia i jest ciepło mimo wszystko, a ja wiem, że sporo tego mimo wszystko. Było tak lekko, tak krucho i tak dobrze... Może dlatego, że w niedzielę wielkanocną, zaraz po śniadaniu obfitym rozjechała się cała gromada na cztery strony świata, a w domu został mój tatuś kochany, Alejandro (kuzyn), ja i cała świta czworonogów, no + Kazik :) Jak na rodzinę ponad 9 osobową - zrobiło się pusto, tyle przestrzeni w naszym wielkim domu jeszcze chyba nie miałam. Wielki spokój, wielkie wyciszenie.
Błądziłam rozmarzona między łąkami a polami, zaplątywałam stopy w trawach soczystej zieleni, siadywałam nad stawem, bo posłuchać żabich harców... Psy krążyły dokoła mnie, podskakiwały, aportowały, z wdziękiem machały ogonami swoimi. Mój żywioł. Niebo tak jasne, słońce tak ciepłe - i ja, która przyjmowałam wszystko, co wpadało do moich dłoni, ust, oczu. Szemrały drzewa, pierwsze stokrotki i jakoweś niebieskie kwiaty, w ogródku: żonkile, bratki, trochę krokusów i takie rośliny, których nazwać nie potrafię. Biegałam boso po ścieżkach ogrodu, chcąc poczuć chłód ziemi. A potem przyleciał na gniazdo pan bocian, dzień czy dwa później, pani bocianowa :)
Przyroda odżywa :* Sielanka, mówię Wam :)
Wieczorem zasiadałam przy winku z tatą i Alejandrem i gadaliśmy sobie niespiesznie: o nauce, studiach, życiu, o tym, że brat mój musi dostać samochód, żeby praktyki zrobić. Tata chyba też wypoczął od ciągłego gwaru i rozgardiaszu. Alejandro - gdy nie krążył swoim nowiuśkim motocyklem po okolicy - rzeźbił swoje ciało w stworzonym przez siebie maleńkim Shaolinie. Ja zaś raźnie towarzyszyłam raz jednemu, raz drugiemu.
Było też takie popołudnie, gdy tata wyciągnął ze swojego barku 11 flaszek trunków różnych, różnorakich, które czekały na swoją premierę. Tata to facet z gatunku niepijących, więc się nazbierało tego sporo, a ja... no cóż - degustacja mój konik :) Piliśmy sobie po kieliszeczku, po dwa. Aż nas ululało słodko i cicho. Czeskie alkohole to zdecydowanie fajna sprawa. Choć korzenne cuś było bleee.
Gdy powróciła reszta domowników - wcześniejszy byt-nie-byt rozpłynął się w powietrzu. Było więcej kaw, więcej nawoływań, żeby gdzieś pójść, coś przynieść. Ale cieszę się: mama i Subkultura (brat mój słodki, zwany gdzieniegdzie Młodym) pobyli u dziadków, co korzystnie wpłynęło tak na mamę i Subkulturę, jak i babcię i dziadka.
Nabrałam chyba więcej szacunku do całości. Wcześniej bywało różnie, były kłótnie gorączkowych przygotowań, a w tym roku - spełnienie marzeń, do których nikt (poza mną) nie przyznawał się głośno. W gromadzie raźniej i cieplej. Czasem jednak trzeba odrobinę przerzedzić ten tłum nieokrzesany, gdy każdy ma inny pomysł na święta i świętowanie.
W tym roku było IDEALNIE :)
Do Poznania wróciłam we wtorek z Aneszką i Piotrusiem. Przyjechali po mnie. Potem był spacer z Badym, psem Piotrka, który już na wstępie podbił moje psolubne serducho, a na Cytadeli tylko mnie w tym utwierdzam. Wieczorem wyszliśmy do Warki na mecz :) Oczywiście Barca wygrała, oczywiście Messi pokazał, co potrafi.
Następnego dnia spotkałam się z kumplem, by ranne godziny nabrały nowej jakości. Trochę pogadaliśmy, trochę powygłupialiśmy się. Słońce, wpadające do wnętrza, spadało na nas jasnym rozkołysaniem. Muzyka nam towarzysząca lekko wypełniała myśli radością.
Podoba mi się to, co tu i teraz. Liczę, że będzie tego więcej. Że Cześ, który już z miesiąc umie się cieszyć życiem, bez roszczeń i rozpatrywania tego, co złe i bolesne, będzie kwitł, jak kwitną stokrotki przed akademikiem :)
Mam masę planów, tysiące nowych marzeń. Tańczę, gdy tylko zostaję sama, śpiewam, gdy do mych uszu dobiegnie jakakolwiek melodia. Mam ochotę skakać, biegać, śmiać się i nie rosnąć, tak się teraz czuję dziecięco szczera w tym, co we mnie siedzi. Chcę zacząć uprawiać jakiś sport, zastanawiam się tylko, co by to mogło być, żeby moich stóp nie przeciążać. Chcę, żeby dużo się działo. Nawet uczelnia mnie nie przeraża, bo brak laptopa komplikuje mi wywiązywanie się z terminów oddawania prac.
Taka jestem teraz. Dziękuję Wam, że mam się z kim tym podzielić :)
Zmykam. Czeka mnie jeszcze trochę pisania, a już się tego doczekać nie mogę ;)
Ps. A od wczoraj w pokoju 19 róż wypełnia moje myśli, moje oczy. Łososiowe, piękne. Ode mnie dla mnie, bo przecież trzeba doceniać szczęście :)
Nie było mnie przez chwil kilka. Ale byłam. Dopiero nadrabiam blogowe zaległości - piszę, słuchając nagrania Crewmastera :) Brawoooo!!!!!!!!!!! I wiecie co? - jest dobrze. Wirtualny świat to dodatkowy powiew energii i pasji. Brak laptopa... tylko potęguje moją ciekawość, co tam u kogo :)
Wracam do Świąt, bo były najlepszymi ze wszystkich do tej pory... Dziwnie, kiedy w domu panuje taki spokój, harmonia i jest ciepło mimo wszystko, a ja wiem, że sporo tego mimo wszystko. Było tak lekko, tak krucho i tak dobrze... Może dlatego, że w niedzielę wielkanocną, zaraz po śniadaniu obfitym rozjechała się cała gromada na cztery strony świata, a w domu został mój tatuś kochany, Alejandro (kuzyn), ja i cała świta czworonogów, no + Kazik :) Jak na rodzinę ponad 9 osobową - zrobiło się pusto, tyle przestrzeni w naszym wielkim domu jeszcze chyba nie miałam. Wielki spokój, wielkie wyciszenie.
Błądziłam rozmarzona między łąkami a polami, zaplątywałam stopy w trawach soczystej zieleni, siadywałam nad stawem, bo posłuchać żabich harców... Psy krążyły dokoła mnie, podskakiwały, aportowały, z wdziękiem machały ogonami swoimi. Mój żywioł. Niebo tak jasne, słońce tak ciepłe - i ja, która przyjmowałam wszystko, co wpadało do moich dłoni, ust, oczu. Szemrały drzewa, pierwsze stokrotki i jakoweś niebieskie kwiaty, w ogródku: żonkile, bratki, trochę krokusów i takie rośliny, których nazwać nie potrafię. Biegałam boso po ścieżkach ogrodu, chcąc poczuć chłód ziemi. A potem przyleciał na gniazdo pan bocian, dzień czy dwa później, pani bocianowa :)
Przyroda odżywa :* Sielanka, mówię Wam :)
Wieczorem zasiadałam przy winku z tatą i Alejandrem i gadaliśmy sobie niespiesznie: o nauce, studiach, życiu, o tym, że brat mój musi dostać samochód, żeby praktyki zrobić. Tata chyba też wypoczął od ciągłego gwaru i rozgardiaszu. Alejandro - gdy nie krążył swoim nowiuśkim motocyklem po okolicy - rzeźbił swoje ciało w stworzonym przez siebie maleńkim Shaolinie. Ja zaś raźnie towarzyszyłam raz jednemu, raz drugiemu.
Było też takie popołudnie, gdy tata wyciągnął ze swojego barku 11 flaszek trunków różnych, różnorakich, które czekały na swoją premierę. Tata to facet z gatunku niepijących, więc się nazbierało tego sporo, a ja... no cóż - degustacja mój konik :) Piliśmy sobie po kieliszeczku, po dwa. Aż nas ululało słodko i cicho. Czeskie alkohole to zdecydowanie fajna sprawa. Choć korzenne cuś było bleee.
Gdy powróciła reszta domowników - wcześniejszy byt-nie-byt rozpłynął się w powietrzu. Było więcej kaw, więcej nawoływań, żeby gdzieś pójść, coś przynieść. Ale cieszę się: mama i Subkultura (brat mój słodki, zwany gdzieniegdzie Młodym) pobyli u dziadków, co korzystnie wpłynęło tak na mamę i Subkulturę, jak i babcię i dziadka.
Nabrałam chyba więcej szacunku do całości. Wcześniej bywało różnie, były kłótnie gorączkowych przygotowań, a w tym roku - spełnienie marzeń, do których nikt (poza mną) nie przyznawał się głośno. W gromadzie raźniej i cieplej. Czasem jednak trzeba odrobinę przerzedzić ten tłum nieokrzesany, gdy każdy ma inny pomysł na święta i świętowanie.
W tym roku było IDEALNIE :)
Do Poznania wróciłam we wtorek z Aneszką i Piotrusiem. Przyjechali po mnie. Potem był spacer z Badym, psem Piotrka, który już na wstępie podbił moje psolubne serducho, a na Cytadeli tylko mnie w tym utwierdzam. Wieczorem wyszliśmy do Warki na mecz :) Oczywiście Barca wygrała, oczywiście Messi pokazał, co potrafi.
Następnego dnia spotkałam się z kumplem, by ranne godziny nabrały nowej jakości. Trochę pogadaliśmy, trochę powygłupialiśmy się. Słońce, wpadające do wnętrza, spadało na nas jasnym rozkołysaniem. Muzyka nam towarzysząca lekko wypełniała myśli radością.
Podoba mi się to, co tu i teraz. Liczę, że będzie tego więcej. Że Cześ, który już z miesiąc umie się cieszyć życiem, bez roszczeń i rozpatrywania tego, co złe i bolesne, będzie kwitł, jak kwitną stokrotki przed akademikiem :)
Mam masę planów, tysiące nowych marzeń. Tańczę, gdy tylko zostaję sama, śpiewam, gdy do mych uszu dobiegnie jakakolwiek melodia. Mam ochotę skakać, biegać, śmiać się i nie rosnąć, tak się teraz czuję dziecięco szczera w tym, co we mnie siedzi. Chcę zacząć uprawiać jakiś sport, zastanawiam się tylko, co by to mogło być, żeby moich stóp nie przeciążać. Chcę, żeby dużo się działo. Nawet uczelnia mnie nie przeraża, bo brak laptopa komplikuje mi wywiązywanie się z terminów oddawania prac.
Taka jestem teraz. Dziękuję Wam, że mam się z kim tym podzielić :)
Zmykam. Czeka mnie jeszcze trochę pisania, a już się tego doczekać nie mogę ;)
Ps. A od wczoraj w pokoju 19 róż wypełnia moje myśli, moje oczy. Łososiowe, piękne. Ode mnie dla mnie, bo przecież trzeba doceniać szczęście :)
Skrót, bo mnie nań natchnęło :)
Kolejna zarwana noc. To już chyba tydzień, gdy ciągle coś przeszkadza mi w słodkim oddawaniu się snom i śnieniu. Ale warto :)
Życie nabiera tylu pięknych barw - że aż strach spoglądać z niekrytym zachwytem, żeby to wszystko nie było bajką ulotną, która rozpłynie się nie wiedzieć jak i dokąd :)
Dobrze być w domu, u siebie. Dobrze mieć swoje 4 ściany, choćby w akademiku. Dobrze spędzić ranek w jasnym mieszkanku przy muzyce, od której kręci się w głowie. Gdy pogoda z zewnątrz odzwierciedla to co w środku.
Piłam kawę pyszną, uwielbiam chwalić się pyszną kawą, a ta była fenomenalna.
Aneszka śpi. Kaź biega w kołowrotku. Ja też chcę już polec...
Do przeczytania za kilka godzin :)
Życie nabiera tylu pięknych barw - że aż strach spoglądać z niekrytym zachwytem, żeby to wszystko nie było bajką ulotną, która rozpłynie się nie wiedzieć jak i dokąd :)
Dobrze być w domu, u siebie. Dobrze mieć swoje 4 ściany, choćby w akademiku. Dobrze spędzić ranek w jasnym mieszkanku przy muzyce, od której kręci się w głowie. Gdy pogoda z zewnątrz odzwierciedla to co w środku.
Piłam kawę pyszną, uwielbiam chwalić się pyszną kawą, a ta była fenomenalna.
Aneszka śpi. Kaź biega w kołowrotku. Ja też chcę już polec...
Do przeczytania za kilka godzin :)
środa, 7 kwietnia 2010
A teraz jest tak:
Tyle, że spać się chce niesamowicie!!!
Słodkich ;)
Ps. Jutro rano napiszę co nowego i będzie, co czytać ;)
piątek, 2 kwietnia 2010
Jestem i mnie nie ma, jestem i mnie nie ma;)
Moi Mili!!!
Z okazji nadchodzących Świąt Wielkiej Nocy, życzę Wam tego, czego Wy w duszy życzycie sobie z tej okazji: niektórym wyciszenia, innym radości, komuś spaceru długiego po lesie, komuś innemu wielkiego pałaszowania :) Byle w zdrowiu, słońcu i pogodzie ducha!
Jestem w domu. Z racji śmierci laptopa na blogu pojawiam się rzadko i okazjonalnie, co nie jest dla mnie łatwe i komfortowe, bom już wrosła w wypisywanie siebie tutaj. Jak tylko mogę - zaglądam i piszę...
U mnie jak zwykle dobrze :) Ciągle rośnie we mnie entuzjazm do mnie samej i mojego życia. Mam sporo możliwości i zamierzam z nich korzystać.
Chwilowo krążę między garami a odkurzaczem. Jestem na etapie mazurkowania z marcepanem. Na szczęście baby drożdżowe piekła mama z ciocią, więc nie sknociłam :) W domu pachnie jedzeniem, na zewnątrz powoli króluje zieleń. Wiosna działa, nawet powietrze ma teraz jakiś taki energetyczny składnik :) Wszystko szykuje się pięknie na Święta choć u mnie w domu atmosfera już odpowiednia. Wbrew moim przewidywaniom nie było żadnej awantury jeszcze.
Mam ze sobą Kazia :) To tak na dodatek. Chomik podbił serca wszystkich :)
Tyle. Muszę mykać. Buźki dla Was!!!
Z okazji nadchodzących Świąt Wielkiej Nocy, życzę Wam tego, czego Wy w duszy życzycie sobie z tej okazji: niektórym wyciszenia, innym radości, komuś spaceru długiego po lesie, komuś innemu wielkiego pałaszowania :) Byle w zdrowiu, słońcu i pogodzie ducha!
Jestem w domu. Z racji śmierci laptopa na blogu pojawiam się rzadko i okazjonalnie, co nie jest dla mnie łatwe i komfortowe, bom już wrosła w wypisywanie siebie tutaj. Jak tylko mogę - zaglądam i piszę...
U mnie jak zwykle dobrze :) Ciągle rośnie we mnie entuzjazm do mnie samej i mojego życia. Mam sporo możliwości i zamierzam z nich korzystać.
Chwilowo krążę między garami a odkurzaczem. Jestem na etapie mazurkowania z marcepanem. Na szczęście baby drożdżowe piekła mama z ciocią, więc nie sknociłam :) W domu pachnie jedzeniem, na zewnątrz powoli króluje zieleń. Wiosna działa, nawet powietrze ma teraz jakiś taki energetyczny składnik :) Wszystko szykuje się pięknie na Święta choć u mnie w domu atmosfera już odpowiednia. Wbrew moim przewidywaniom nie było żadnej awantury jeszcze.
Mam ze sobą Kazia :) To tak na dodatek. Chomik podbił serca wszystkich :)
Tyle. Muszę mykać. Buźki dla Was!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

