poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Post od tak sobie

Właściwie to powinnam być jeszcze na zajęciach, ale w wyniku babcinej troski - skróciłam sobie zajęcia o jakąś godzinkę ;)

A było to tak: dawno, dawno temu, wnuczka babci Teni, zwana pieszczotliwie Czesiem, wybrała się na studia do miasta wielkiego, no, może tylko większego. Dziecko dumą napawa faktem owym, dziadków w szczególności. Szczegółowe relacje z odbytych zajęć, z ćwiczeń różnych trwały ledwie kilka miesięcy, potem ucichły, bo już sobie Cześ radził dużo lepiej: zaaklimatyzował się, znalazł sobie przyjaciół kilku, w dodatku nigdy nie narzekał, że chory, że głodny. Babcia Tenia dzwoniła jednak regularnie, chcąc wiedzieć, czy obiad zjedzony przynajmniej jeden na dni 3, czy czapka na głowie, gdy ziąb i zawierucha... Ot, przyzwyczaił się Cześ do babcinej troski, co się w słuchawce odbijała.
Był jednak pewien smok, który zawsze straszył babcię kochaną. Smok ów miał imion kilka: Wypadek, Pożar, Katastrofa, Późne Powroty do Akademika, Złodzieje, Mordercy i Gwałciciele (kolejność zupełnie przypadkowa i dowolna).

Siedzi więc sobie dnia pańskiego, anno-hanno 26 IV 2010, Czesiek na wykładzie nudnym, a znienawidzonym, wiedząc, że to strata czasu tylko, ale jak trzeba, to trzeba. Właściwie to ledwie usiadł z boczku, obok koleżanki z pracy byłej, wpisał się na listę i rozpoczął obserwację zegarka. Jedna minuta, sekund trzydzieści, pięć minut, sekund siedemnaście itd. Wreszcie myśli Czesia odrywa taki chochlik jeden i udaje się głos pani doktor zagłuszyć skutecznie.
Dodać należy, dla spójności historyjki niewinnej, że wykład: Dramat blabla wieku, to jedyne zajęcia poniedziałek zakłócające... No, ale jak się studiuje, to wolny poniedziałek nikogo nie rusza i priorytetem dla nikogo nie jest ;)
Mija nagle minuta dwudziesta trzecia. Cześ spogląda z niepokojem na telefon, co w wibrujący sposób przyzywa do sprawdzenia, któż od zajęć śmiał oderwać... I zdziwienie.
Babcia.
Babcia Tenia.

Yyyy, nastąpiła standardowa procedura: wciśnięcie czerwonej słuchawki i powrót do rozmyślań własnych.
Lecz myśli do babci pobiegły, że w takich godzinach nigdy nie dzwoni, że nasze są wieczorne rozmowy, a przedpołudnia ewentualnie, gdy Cześ odczuje potrzebę pogadania z kimś przez swoją komórkę starą... Ale babcia? O tej porze? Stało się coś? ..................
..........................
..........................
Telefon znów sygnalizuje, że babcia dzwoni. Ponownie rozłączanie rozmowy i wewnętrzny głos: jak jeszcze raz spróbuje, to znaczy, że to ważna ma być rozmowa. Wyjdę i odbiorę.

Mija dwudziesta siódma minuta paplania wykładowczyni - telefon znów rozbłyska, system wibrujący porusza się po zawartości piórnika.

Cześ zaczyna zbierać swoje manatki: zeszyt, piórnik, kartka, kalendarz i jeszcze kurtka. Wszystko niedbale wrzuca do torby i wychodzi cichcem, ukradkiem, co by w niełaskę Frał Lejrerin nie popaść...
Na korytarzu ponownie spogląda na komórkę - znów babciny numer wyświetla się w pełnej krasie.
-Babcia? Stało się coś? Czemu babcia dzwoni, gdy mam zajęcia?
-Cześ, czyli cała jesteś i zdrowa? I nie było Cię w tym tramwaju? - wyczuwam podskórnie, że kamień spada z babcinego serca, gdy głos mój rozszczebiotany usłyszała.
-Jakim tramwaju? Babcia, ja z wykładu wyszłam, bo myślałam, że coś się stało...
-Oj, Czesiu, bo właśnie w dzienniku pokazywali zdjęcia ze zderzenia na Pestce. Piętnastka wjechała w czternastkę (lub odwrotnie) i jest 15 rannych. Dziecko, jak dobrze, że ciebie tam nie było, tak się martwiłam...
- No tak, to ja dzięki babci i Pestce jestem na wagarach ;)


He he, mam wolne popołudnie :D
Pewnie wyczaruję sobie sałatkę z sałaty lodowej ;)


Wiosna, wiosna, wiosna

Brak komentarzy: