Jakoś tak się dzieje ostatnio, że na uczelni mam luzy straszne, choć zwalić to należy przede wszystkim na wrodzoną niechęć do wydziałowej machiny...
No, ale dzisiaj - rekord rekordów.
Zaspałam, no zdarza się, gdy pierwszy raz od czasów niepamiętnych kładzie się Malutka do łóżka około dwudziestej trzeciej, a nie o zwyczajowej pierwszej... Wyspana byłam już lekko po drugiej i przez czas dłuższy gapiłam się za okno, przy okazji zaglądając odrobinę do skołatanych myśli...
Pobudka była planowana na 6. Ale nam nie wyszło. I Aneszek, i ja, poległyśmy. Obudziła nas dopiero poranna wizyta Izy (chwała Bogu za najście herbaciane). Zerwałam się spiesznie, choć niespiesznie, zaliczyłam szybki prysznic i pędem na uczelnię...
Pierwsze zaskoczenie: przed wydziałem dłuuuugiiii sznurek przedszkolaków (lub bliskich im wiekiem dzieciaczków), które powoli wtaczały się do wnętrza potwora filologicznego. Postałam więc grzecznie chwil kilka za nimi i jako ostatnia zamykałam za sobą drzwi.
Niespodzianka numer dwa: ZAJĘCIA ODWOŁANE ;) ;) ;) Jakowyś festiwal się odbywa, który godzinami rektorskimi został uczczony :D No i wolne, fajrant Cześ!!! Możesz zmykać do 418, na herbatkę...
Normalnie 6 grudnia - dzień Świętego Mikołaja ;) Pytam tylko, gdzie jakiś geschenk dla Czesia?
Tym sposobem, ku chwale rozwojowi ogólnemu, czekają mnie zakupy z Aneszkiem, bieganie na Cytadeli i wieczorny wypad do Brogansa na mecz. Gra Lech ;)
Poza tym: JA CHCĘ ŻEBY BYŁA SOBOTA!!!
Zmienił się nieco mój plan weekendowy ;) I bardzom tego rada ;)
Jest tylko maleńki problem taki: jak to zrobić, żeby nie było tych dni, które środę od soboty oddzielają?!
Zmykam - Aneszek każe wypić herbatę... Trza usłuchać :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz