piątek, 31 grudnia 2010

koniec roku - nie czuję różnicy... :)

Życzę Wam pomyślnych wiatrów w żagle.
Abyście każdego dnia Nowego Roku zbliżali się do wybranego przez siebie portu lub wybranych portów!
Dobrego 2011 :)

I specjalne:
Kamie - uśmiechu i sił, na sam początek - później będzie tylko lepiej ;)))
Wyszperane w sieci :)

A ja?
Tak sobie myślę, że jest mi naprawdę obojętne jaki dzisiaj dzień. Nic przełomowego. Żadnego milowego kroku nie przewiduję. Ot - jutro będzie tak jak dziś, tyle, że trzeba się przestawić z automatycznego datowania Roku Pańskiego 2010.

Brak we mnie autorefleksji tego, co mi się udało, co nie. Nie chcę podsumowywać, bo i ku temu powodów nie widzę.

Rok, jak rok, czasem z zadziornym uśmieszkiem, czasem w pozycji przygniatającej do gleby. Tak było i będzie.
W 2011 schemat się raczej nie zmieni, więc bez gorączkowego szykowania się, strojenia, włączymy z S. film. Po cichu, w spokoju. Z filmem i wermutem, ot, żeby nie było, że totalnie bezalkoholowo.
Pewnie przyjdzie Jolka, bo z R. znów tarapaty; wielkie, mokre, rozmazane tarapaty.

Mailowy Prorok napisał mi , że nie potrzebuję powodów do tego, by się smucić. Po prostu jestem stopem wszystkich trosk i problemów, jakie pojawiały się w zasięgu 5 km ode mnie.
Potrzebuję za to powodów do radości. Więc kto wie, Prorok to w końcu prorok.


Z raportów Babci: Szach, jak na szczenię przystało, zdefraudował: obrus jeden, dwa dywany, ręcznik jeden, trzy kapcie. I reaguje na moje imię, kiedy dziadkowie zwracają się do mnie przez telefon, podobno dostaje głupawki :)
Nie ma jak to wychować sobie psa - nawet na odległość działa :D
A propos zwierząt - Kazik właśnie dokazuje w klatce, schomiczały do cna, niereformowalny indywidualista z przerzedzonym futerkiem.

Oki, koniec wywodów :)
Jeszcze tylko mała wstawka muzyczna: Amos Lee i It started to rain... Zakochałam się w tym kawałku zdecydowanie :)


czwartek, 30 grudnia 2010

rozdanie...

wczoraj było wczoraj
walet trefl jakoś nie ma do mnie szczęścia
dzisiaj jest dzisiaj
a karty w moich dłoniach niepewnie niepewne
dziwnie mi je los rzuca

Wyszperane w sieci :)

Miałam iść na łyżwy, a zamiast tego - kupiłam książkę Pewnej Wojowniczki :)
Może uda mi się dzisiaj poczytać?

tymczasem
namiastkę dostaję biorę mam

Na parapecie zaspa - jak bum cyk cyk ;)
Szyby wygrawerowane przez mróz przerabiają swój wygląd co rusz. Wczoraj - harfa, dzisiaj - (chyba) nożyczki. Podoba mi się ta zmienność. Zimowe metamorfozy.
Akademik cichy, bezludny, z krokami dudniącymi echem na korytarzach. Prawdziwy Raj dla Odludnych :)

Ale taka cisza ma i gorzki posmak...
Wiedzą zwłaszcza ci, którzy spędzili tu Boże Narodzenie, mniej lub bardziej dobrowolnie.

Subkultura zdążył mi opowiedzieć któregoś wieczoru do snu pewną historię (w ogóle to historii było więcej, ale stopniowo, stopniowo) o rodzinności w szerokich kontekstach.
Pewien dziewiętnastolatek z klasy mojego Brata dwa lata temu poznał dziewczynę ślicznej urody, radosnej natury i... przepadł w spojrzeniu jej niebieskich oczu (a ma niebieskie oczęta, że aż - Subkultura pokazał mi zdjęcia). Zaczęły się randki, zastępowanie słowa: "ja" słowem: "my". I tak, w sielance młodzieńczej miłości, chłopak stwierdził, że Niebieskooka jest dziewczyną jego życia: w wakacje zatrudnił się u znajomego rodziców i harując po kilkanaście godzin dziennie odkładał grosz do grosza. Sporo się uzbierało - tyle, żeby kupić pierścionek z przepastnym niebieskim oczkiem zatopiony w złotych uściskach, z wygrawerowanym wyznaniem najintymniejszym młodej duszy zakochanej. W pewien wyjątkowy październikowy dzień porwał dziewczynę z lekcji, lecz naganność wagarów niweluje szlachetność zamiarów chłopaka i obnażył przed nią swoja miłość prosząc ją nie o rękę, lecz o nią, Niebieskookiej całość. Dziewczyna poznawszy go, również przepadła, patrząc wprost w orzechowe spojrzenie chłopaka, więc jej odpowiedź po dwóch latach nie mogła być inna: "TAKKK".
Historia piękna w prostocie, i oby więcej takich... Do czasu jednak.
Chłopak zaprosił dziewczynę do domu (co i wcześniej czynił), by powiedzieć rodzicom o narzeczeństwie, by opowiedzieć o planach ślubu w wakacje, po maturze, przed wyjazdem na studia. Nie wziął jednak pod uwagę jednego - wyznania.
Prawosławni rodzice wyrzucili go z domu, gdy dowiedzieli się, jakiego wyznania jest wybranka ich syna. Katoliczka. Obraza Majestatu.
I Bogowie drwią z młodej miłości.
Chłopak nie mógł zamieszkać u dziewczyny, bo jej liczna rodzina gnieździła się na 3 pokoikach.
Początkowo waletował w internacie, kryty przez klasową brać i klasowej barci znajomych. Nie da się jednak długo w ten sposób pociągnąć. Przeniósł się na coś wieczorowego, za dnia pracuje, bez czasu na sen i odpoczynek. Ale jest silny i konsekwentny. Uczy się z zeszytów kumpli, sam opłaca sobie internat. I nadal chce zostać mężem Niebieskookiej.

A ja się po cichu zastanawiam jak można być fair wobec Boga, skoro odrzuca się własne dziecko...?
I nic rozsądnego nie przychodzi mi do głowy, tylko trzymam mocno kciuki za młodych, żeby udało im się ze sobą być na ich zasadach i jest mi obojętne przed którym Bogiem czy Urzędem będą składali przysięgę...

Muzycznie - Hasiok & Maciuś Maleńczuk, któremu wiernam od szczenięctwa, Synu...
Cóż więcej?


środa, 29 grudnia 2010

własne, ciasne, mojeeeee

wreszcie u siebie...

ULGAAAAAA


jeszcze z płaszczem w ręce, Kaziem w przewoźnym wagoniku, nierozpakowaną walizą - jestem u siebie i znów oddycham powietrzem niezagęszczonym niczyimi wpływami...


Pink Floyd: Wish you were here... Bo... No właśnie, bo...

wtorek, 28 grudnia 2010

recepty

Wic roku :
"bo powinnaś zrobić tak i tak,
i jeszcze tak,
i tak,
a potem tak, tak i tak,
a będziesz zaje... dobra, inteligentna, miła, śliczna, mądra, kochana, uwielbiana, rozchwytywana, ideeeeeaaaalnaaaaa"


Czyli: inni zawsze wiedzą lepiej, jak zrobić z ciebie i twojego życia dzieło perfekcyjne.
Ja wysiadam.

Dobrze, że jutro wracam do akademika, to (oby) przy okazji dojdę do siebie.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

;/;/;/;/;/;/;/;/;/;/

A teraz to już mam doła jak stąd do Kremla (bo wcześniej faktycznie nie miałam - jakieś przymulenie może).
Rów Mariański.
Czy inne dziadostwo z geografii.

Jak się krzywdzić to na całego.
Wszystko przyjęłam "na twarz", ale teraz nikt już na mnie nie patrzy, a "na twarz" tylko ten śmiesznie żałosny grymas: proszę mnie ukrócić o głowę.

Miałam oberwać - oberwałam. W sumie na własne życzenie. A potem wystarczyło dopomóc samej sobie: rzęsy w szronie. Dobrze mi było na wietrze.

Niechże już będzie "kiedyś".

Czuję się jak smarkula. Jakbym znów miała te swoje 14 lat i spisywała, co ze sobą zabrać. Teraz nie trzeba mi już niczego poza izolatką na amen.

Tak łatwo mnie rozbić. Tak łatwo mnie rozbić.

Wciąż zastanawia mnie, gdzie podziewa się ta cholerna odwaga.
Czemu we wszystkim czym nie trzeba umiem wyleźć do przodu i bezczelnie doprowadzić do tego, czego chcę???
W tym co trzeba - tchórzę. Notorycznie. Nieustannie.
Moje Waterloo, czyli w 15 minut na dno, albo i niżej, w większe jeszcze bagno.

I przypomina mi się taki obrazek: mała dziewczynka siedzi na kamieniu, twarz zasłaniają jej rozpuszczone włosy i strumienie łez, kaskady; dziewczynka czuje chłód kamienia i tuli się do niego tym bardziej, taka mała dziewczynka i szary kamień, i ukojenie szarego kamienia, i ten płacz, który nie ustaje.

Szlag by trafił wszystko, co we mnie czuje!!!

teatrzyk

przyleciał on nieduży
i ona większa
i ci pośrednich rozmiarów
przylecieli i zostali
ptasia maskarada
tuż przed karnawałem
zima przyszła zima pójdzie
a karmnik pomiędzy


Po Świętach - można odetchnąć.
Wskazówki przesuwają się równym rytmem po zegarowej tafli.
Pomarańcze smakują jak pomarańcze, nie jak Boże Narodzenie.
Powoli kończy się makowiec.
Milknie kolędowanie.

A ja mam w głowie pewien świetlik, który wczoraj przez szron przebił się z zewnątrz do wewnątrz: dobrze mieć o czym marzyć... Przez szybę, w drodze, w śniegu, mroźno: mieć o czym marzyć...

W prezencie mailowym dostałam to: Bogusław Mec - Jej portret.
Dziękuję...

sobota, 25 grudnia 2010

za oknem

wygięte w łuk cielsko
zza parapetu skrobie łapą o szybę
samotne myśli
rozgrzane przy piecu kaflowym
najsamotniejsze z samotnych
bo przecież...
mandarynki z łoskotem turlają się po podłodze
psy śpią snem cichym spokojnym
i ciągle niedosyt
i ciągle niedosyt

usłyszałam dziś, że to jeszcze trochę poboli
a później przejdzie
a mnie to już przecież nie boli
ale nie chcę niczego w zastępstwo
nie chcę żadnego zastępstwa
już mnie to nie przeraża
mądre oczy poprowadziły przed siebie
i jestem tu
nie najszczęśliwsza, ale zdecydowanie nie nieszczęśliwa
szeptem przypominając sobie
że to dobry czas i dobre miejsce
nawet gdy to cielsko na parapecie
spogląda żarzącymi ślepiami
wgłąb
nawet gdy łapą skrobie z tym dźwiękiem okrutnym
nawet gdy do pokoju wskoczy

na ekranie Wołodyjowski i jego wąsiki
pamiętam pierwsze wczytanie
pierwsze z kilkunastu
z zapartym tchem, gdy dziecko połowy słownictwa nie znało

gdzieś niżej śmiech i radość

świeca gaśnie
ostatnia kropelka wina

kolejne rozdziały do zapisania
może i na to się odważę?

piątek, 24 grudnia 2010

Życzeniowy :)))


Korzystając z uprzejmości mojego internetu:

W Nadchodzące Dni życzę,
aby towarzyszyła Wam pogoda ducha,
umiejętnie wymieszana z najprzyjemniejszym ciepłem domowym, skropiona radością i oczekiwaniem,
doprawiona aromatami pomarańczy i mandarynek,
posypana ozdobnie śniegiem.


Wesołych Świąt!!!



Mniej świątecznie, ale... tak jak lubię: Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora, bo wszak
Na całej połaci śnieg :)



Ps. Zima w pełni/ makiełki gotowe/ karp (chyba) jeszcze pływa/ internet nie działa/ nie mogę do Was zaglądać/ w karmniku sójki/ atmosfera już jest/a Gwiazdor się w tym roku nie uniesie ze wszystkimi podarkami.

środa, 22 grudnia 2010

hmmm?

Goście.
Przygotowania.
Gwar.

to może by tak:

E
W
A
K
U
A
C
J
A
?
!
!
!

wtorek, 21 grudnia 2010

krótki

To jest jedyny kraj, w którym pada:
"Pociąg osobowy z Poznania Głównego do Szczecina Głównego, planowany wyjazd 13. ileś tam, gotowy do odjazdu z peronu 6".

Czemu?
Bo na peronie pociągu ani śladu o 13. dużo później niż ileś tam "po" nie było, chyba, że to skład widmo był ;P

A w domu? Moja psiarnia oszalała. Jovan ma totalnego świra, nie odstępuje mnie na krok. Żaba wskakuje mi na kolana, kiedy tylko usiądę. A Szach, jak na młodzika przystało, obgryza nogawki spodni i rękawy.
Aha, w wyniku "przekładańca" pociągowego Kazik pogada ze mną o północy w Wigilię, a nie z Aneszką ;) W dodatku jest celem obserwacji Szacha, na szczęście klatka dobrze chroni przed instynktem psiego killera.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

takie łoooo ;)

sekundy między palcami
pachną kawą pitą na mieście
i kawiarnianymi sofami
czas ucieka
w niemym wypowiedzeniu: "nie ma mnie, już mnie nie ma"

czas utknął na 24 grudnia
z paczuszkami
wysyłanymi kartkami
i Drewniakiem w odległym zasłyszeniu

może tylko dwie płyty zatrzymują mnie na dźwiękach
skacząc między francuskim luzem a jazzowym zawodzeniem

ulec grypie
to wrócić do domu i marzyć o soku z cytryny
jeszcze nie marzę


Zdumiewa mnie tempo tego dnia. Jutra - po prostu się boję. Biegam tu i tam, i niewiele załatwiam, ale i tak było mi miło, kiedy pani na poczcie pomogła w pilnej sprawie, pani w banku uśmiechała się tak ciepło i pewien starszy mężczyzna nie gniewał się, że przeze mnie rozsypały się jego sprawunki. Z przymkniętymi oczyma zakochuję się w szklanych bombkach i piernikowym aromacie. Profesor mijany w kawiarni puścił oczko do ekspedientki, a widząc mnie - zarumienił się trochę. Stan lekkości rozbujany na łańcuchach światełek.Przytulam się do swoich myśli mniejszych, do niewielkich mrzonek.

O dziwo - odezwali się ci, których od bardzo dawna nie było, a milczą ci, którzy jeszcze miesiąc, dwa miesiące temu, byli blisko.

Czasem sobie myślę, że może jednak Czarownica E. miała rację: czasem wchodzimy sobie w drogę, a potem z tej drogi znikamy?
Może te wszystkie przyjaźnie rozpuszczają się, gdy nagle nie mieszka się w tym samym akademiku?

A póki co - szafa grająca zapodaje coś spoza płyt: U2, Green Day: The Saints are coming...



Wracam do pakowania ;)
Dobrej nocy!

niedziela, 19 grudnia 2010

składak ;)


"Szczególnie upodobała sobie wieloznaczności. Niewyraźne zarysy twarzy, niczym szkielety, pozwalały jej widzieć ludzi takich, jakimi ich sobie wyobrażała: czasem doprawiała im wąsy, czasem chowała łysiny, kobietom najczęściej zmieniała kształt ust na pełniejsze, bardziej namiętne. Dla niej nie istniało lustro, w którym mogłaby zobaczyć świat takim jakim jest - niczym w krzywym zwierciadle otoczyła się przekształceniami, zależnymi od jej cichego widzimisię" - urwany akapit, jak zbitek niedopowiedzeń, które tłoczą się od jakiegoś czasu w mojej głowie.

Niedziela w śniegu. Sypie, że aż... miło.

A ja czuję totalną niechęć do jakiegokolwiek wysiłku: owszem posprzątałam w pokoju, to, co do mnie należało, ale. Ale nie chce mi się iść na zewnątrz, poza pokój - pokój moją ostoją, moim schowaniem się.
Spoglądam z pobłażaniem na radość większości, że już do domu, że Święta i takie tam. Na IV piętrze przewaga pierwszoroczniaków, więc rozumiem ich entuzjazm, bo wszyscy raczej z daleka i dzieciakom trudno tak nagle wracać do domu raz na miesiąc na dwa, no może trzy dni, a grudniowy czas jest jak namiastka ferii, w dodatku z choinką, prezentami i wielkim obżarstwem w tle.
Dżull już się doczekać nie może. Ćwierka mi o domu, o tym, co babcia dla niej upichci, o kartce wysyłanej do Szweda. Ładnie jej z tym, z tęsknotą za domem też.

Ja mam do Gniazda Rodzinnego jechać we wtorek, ale jakoś tego nie czuję. Pewnie standardem dopiero w środę zabiorę się w podróż.
Na marginesie: spoglądając za okno - chyba ubezpieczę się na drogę we flaszeczkę z trunkiem jakowymś, żebym przypadkiem, tkwiąc w szczerym polu, bo się pociąg przez zaspy przebić nie może, nie zamarznąć, a i humor doprawić czymś... smakowym ;) Taki mi pomysł wpadł do głowy, bo czytałam ostatnio wspomnienia z zimy stulecia pasażerów kolei, którzy sylwestra święcili w tym oto ruchomym, acz nie, przybytku.

O i mam dziś nosa do fraszek sytuacyjnych.

I. Johnny.
- Cze, zgraj mi na drive Housa.
- Ok, siadaj.
Zgrywam 3 odcinki, w tym czasie cisza. Dżull przy lustrze szykuje się na miasto. Wreszcie pytam:
- Johnny, co twoja współlokatorka robi? (bo Johnny mieszka z kumpelą, a dziewczyna jego dwa piętra niżej ma pokoik).
- Jak to co? - uczy moją dziewczynę 69, bo mi się nie chce.
Rechoczemy z Dżull, kiedy ta nagle wypala:
- A jak źle nauczy, to potem obie dostaną batem od ciebie po tyłkach.
Brak mi słów.

II. Dżull.
Jakoś niedawno coś pojawiło się na zamku od naszego pokoju. Napisy i strzałeczki. W końcu pada moje pytanie:
- Dżull, o co chodzi z zamkiem, czemu on jest popisany?
- Bo ja nigdy nie pamiętam w którą stronę się otwiera, a w którą zamyka, to sobie strzałki narysowałam.
Błyskotliwe ;)

III. Johnny 2.
Rozmowa na temat jego super, hiper, megawypasionej popularności, bo Johnny uchodzi w akademiku za rockmana, gwiazdę i ciacho, że ho ho (nie żeby to prawda była, bo prawdy w tym ni krzty nie ma).
- Johnny żaden tam z ciebie buk wyjątkowy, raczej zwykłe drzewo?
- No.
- Czy tylko ja mówię ci prawdę?
- No. I dlatego z tobą rozmawiam.
- Yyy?
- Bo do innych kieruję komunikaty, niewymagające obustronnego zaangażowania. Ja mówię, a reszta słucha. He, sekta prawie.
- Uhmm.
I mucha nie siada ;)

IV. Gosia.
Gosia ma tu jeszcze stosunkowo niewielu znajomych i tak wyszło, że w tym gronie i ja jestem. Pytana co o niej myślę przez Johnny' ego, odpowiadam, że jest w porządku, miła, sympatyczna i Czesiowi przypadła do gustu, skoro przez dłuższy czas z nią rozmawiałam.
- No, to prawda musi być, bo jak ty już kogoś polubisz, to nie ma się do czego przyczepić.
- Hmmm?
- A swoją drogą ty też musiałaś być nie-sobą, że tak długo wytrzymała w twoim towarzystwie.
Fakt.

No, to chyba dobrnęłam do końca. Bo zbiera mi się na głupoty niesamowite. W pokoju dyskusja Dżull i Aneszki, wypadałoby się włączyć... ;)
Tym bardziej, że temat godny zaangażowania o pewnym panu alkoholiku, lat czterdzieści kilka, który w akademiku mieszkając, psuje nam nerwy skutecznie i chyba zaczynamy się głowić nad tym, jak się go pozbyć, przynajmniej z naszego piętra.

Wieczornie coś, co Dżull puszcza namiętnie od kilku wieczorów... Może pesymistycznie: Soko, I'll kill her.


sobota, 18 grudnia 2010

dało się przeżyć ;)

Chciałabym nieco napisać o imprezie, że była nawet udana, zaskakująco długa, uroczo nieskładna - czyli jak zazwyczaj :)

Zacznę jednak inaczej - zasługa Dżeremaja:
Kaczmarski: Arka Noego.


I dalej:
Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński: Autoportret Witkacego.


Maryja Wica, nieustannie fosząca.
Przem szczęśliwy i rozgadany.
Dżeremaja, jak Dżeremaja.
Ludzie mniej znani i już raczej nie do poznania.
I Camel. Tak tak. Ostatni raz widziałam pana dwa lata temu.
Alkoholu na przynajmniej 3 takie opijania.

O dziwo wróciłam rozczarowana inaczej.
W kontekście ludków - chyba się wtopiłam. W kontekście nocowania: 3 osoby na niewielkiej kanapie to tłok, zwłaszcza w dziwnych okolicznościach przyrody. Ale dało się pogadać, pośmiać i tradycyjnie analizować świat wg. Maryi Wicy.
Rozczarowanie? Bo nigdy nie jest do końca tak, jakbyśmy tego chcieli. Czegoś zabrakło, czegoś było za dużo. Rozmów o eks-kochaniu już w to nawet nie wliczam.
Najważniejsze, że dało się przeżyć :)
Choć... No właśnie.

Wieczór kończył/ ranek rozpoczynał bardzo fajny akcent.
Dżeremaja zaraził ZAZ z Eblouie Par La Nuit (u Kalliope inny kawałek - Je veux, bardziej klimatyczny, ale się powtarzać nie będę).
Ja zaś "sprzedałam" dalej Nouvelle Vague.



To tyle. Pora zmykać na obiad ;)
Dobrej soboty!

piątek, 17 grudnia 2010

różnie i podłużnie

Czas jaki jest każdy widzi. Słońca mało, to ludziom dziwne, niekoniecznie dobre, pomysły do głowy wpadają. Potem Czesie i Czesiopodobni mają zrypaną którąś ze sfer życia.
Natomiast lekarze, jak nakręceni, starają się odkręcić wszystko w miarę możliwości, bo delikwencji fantazji destrukcyjnej nie brak, niestety, a później detoksy, OIOMy i psychiatrzy na podorędziu.

Podbramkowy poranek przypomniał podbramkowy zeszły grudzień i maj tegoroczny. I stawanie na głowie, żeby zminimalizować ryzyko i złagodzić konsekwencje. Ta i myśl, że gdyby mi Taki Jeden A. łba nie zesuszył, to licho by się to wszyćko poukładało.

Jakimś cudem zagłuszyłam wszystko i dalszy ciąg dnia był udany.

Oprócz dwóch prezentów, które udało mi się znaleźć w stercie wszystkiego, udało mi się też przytyć o tartę malinową i czekoladę meksykańską, w doborowym towarzystwie, dodać należy. Co prawda Aneszka podstępnie zmyła się z placu boju podarkowego, ale to mi ułatwiło znalezienie prezentu dla niej :) Poza tym - miałam okazję spędzić trochę czasu z Gosią, nowo zapoznanym nabytkiem akademickim z racji istnienia MOSTu :) Było nawet sympatycznie, nie wyszłam raczej na odludka, ani nic takiego.
Mały szkopuł: jakoś nie czuję, by Drewniak był strzałem w dziesiątkę, ale... hmmm... musi być ;) A nuż ;)

Teraz: wplątana w sieć powiązań i relacji międzyludzkich pójdę poudawać małpę w tłumie, bo Przem święci obronę magisterki i mu się na telefoniczne ściągania Czesia, do jego partyroomu, zachciało. Zważywszy, że nie jestem przyjaźnie nastawiona, że znów będę się gapić bezwiednie na Maryję Wicę, uczepioną przemkowej szyi, jakby syjamską mu była - powinnam zostać w domu.
Aczkolwiek w razie nieuzasadnionej nieobecności (a nieuzasadnione jest wszystko poza hispitalizacją) czekałoby mnie kazanie dłuższe niż to, które walnął ostatnio ksiądz na Wszystkich Świętych, i równie nudne, tyle, że nie o kasie, polityce i Annie Jantar, ale o moim społecznym niedostosowaniu, heh.

Wiem, zjadliwy to był akapit. Ale naprawdę wolałabym posiedzieć w ciszy i przy świetliku.

Ooo, jak o świetliku mowa - to będzie o świetle - Dżull jest jak tsunami.
Dokonała już tylu zabawnych usterek w pokoju, że panowie "złote rączki" zwracają się do nas po imieniu. Hydraulik zajął się zapchaną umywalką i strąconymi kurkami, elektryk wymienił żarówki w sztukach dwóch.
Czekam aż się któraś z półek oberwie, to i ze stolarzem się fałszowaną herbatkę wypije ;)

Tyle na dziś. Zostawiam Was z Milesem Davisem: Time after time...


Soyowyyyy ;)))

Już mogę!!!

Wszystkiego najlepszego Soy!!!
23 to brzmi obiecująco ;)

(zgodnie z tym, co w liście było - powtarzać się nie będę ;)

czwartek, 16 grudnia 2010

w temacie (przed)świątecznym...

Komu świątecznie, temu świątecznie...

Wyszperane w sieci :)

Mam jakieś takie spaczenie, że nie lubię rodzinnych zjazdów, rozjazdów, tradycji i tradycji niezachowywania. Modyfikacje wg. zapotrzebowania.
Całkiem poważnie liczę, że nie dojadę do domu. Że będę mogła zostać w Poznaniu, bo śnieg, zawieje i zawieruchy.
Bez skakania przez tydzień nad garami i zastawiania naprzemiennie stołu, a już na pewno bez włączania płyt z kiepsko odśpiewanymi kolędami.

To ma być 3 z rzędu Wigilia na dwa domy: Rodzicielka z Młodsiejszym u dziadków, ja i Rodziciel w Gnieździe Rodzinnym. Tyle ustaliliśmy w bólach. I nerwach też.

Poza tym jak zwykle nic do jedzenia: ostaje mi się piernik z marmoladą różaną i zupa grzybowa, bo rybne kombinacje nigdy mnie do siebie nie przekonają - ryb nie znoszę w ogóle, w szczególe jest niewielki zakres tolerancji, który do świątecznego obżarstwa nie przystaje. No, chyba, że Rodzicielka się w tym roku przełamie, lepiąc pierogi z kapustą i grzybami ;)
Prezenty, jak znam życie - klasyka: 3 pary rękawiczek "bo ty przecież zawsze gubisz". Lub kasa - a tego też nie lubię, nawet bardziej. Prezent to coś osobistego, ukłon w stronę konkretnej osoby, a nie pójście po bandzie.
Ozdoby? Owszem: gałązki jałowca w sypialni rodziców, z maleńkimi bombkami. I wystarczy - od paru lat zgodnie z Młodsiejszym zażyczyliśmy sobie niestawiania nam choinki w pokoju, bo znacznie utrudniała ucieczki i bijatyki na poduchy. Słodycze Młodsiejszy wcina od razu, w ilościach hurtowych, wszak Subkultura z niego i Rodzicielka choćby nie wiem jak chciała - nie da rady naszego pokoju przerobić na świąteczną modłę, ku mojemu poczuciu estetyki minimalnej. Jedyny element znaczący to światełka podwieszone pod sufitem, bo Młodsiejszy lubi, a mi nie przeszkadzają.
Oczywiście u C.K. choinkowo, kolorowo, więc dom wygląda jak szopka bożonarodzeniowa, wedle standardu: "co by ludzie powiedzieli, jakby nic nie było przed domem i w kuchni; a potem będzie kolęda, ksiądz przyjdzie". Heh.

Święta a' la Cześ?
Spokojne, z grzybową, piernikiem, makiełkami oraz pierogami z kapustą i grzybami.
Zasiedziane przy winku z Rodzicielami i Młodsiejszym, przegadane, z kuligiem i lepieniem bałwanów. Z winylami w tle i spacerami długimi, niezobowiązującymi do powrotu o tej i o tej. Z kolędami odśpiewanymi przez Rodzicielkę przy chórku naszej trójki (bo moja Mama piękny ma głos:). W składzie okrojonym do granic możliwości, bez całej familii, bez odwiedzania się itd. Żeby nacieszyć się domem i tymi, co w domu. Z zapachem mandarynek, pomarańczy. Za lampionami w oknie. Z rozleniwieniem przyjemnym i gorącym piecem kaflowym. O, i koniecznie z rozłożoną na podłodze elektryczną lokomotywą ;)

Ale tak się nie da.
Skład domowy to normalnie dyszka dorosłych ludzi.
Do tego dziadkowie, którzy trwają przy tym, że Święta spędza się u siebie, a nie gdzieś, co kończy się rozdarciem wewnętrznym Rodzicielki, bo albo oni będą sami, albo osieroci mnie i Rodziciela, i z Młodsiejszym ruszy piątkowym popołudniem wczesnym w drogę.

Ludzie dziwni są. Zamiast sobie życie ułatwiać, komplikują sobie wszystko, co tylko mogą, z premedytacją.
(A potem takie Cześki, jak ja, modlą się do Bóstw Wszelakich o śnieżyce).

Aha.
I u mnie w domu pod choinkę podarki podkłada Gwiazdor, nie Mikołaj, bo kto by Mikołajowi dwa razy do roku głowę zawracał? ;)

To sobie temat do pisania dzisiaj znalazłam, ale świeżuśki, omawiany telefonicznie od wczoraj - nie chce ktoś komórki? - z chęcią oddam.
A miałam bazgrać o kobiecych pisemkach - dobra, przełożę na kiedyś tam :)

W ramach rekompensaty za maruderskie wywody - Diana Krall, Narrow daylight:


środa, 15 grudnia 2010

nauczycielska

Krótko:

Czytam na wyborczej.pl o zmianach w Karcie nauczyciela i enty raz sama sobie gratuluję decyzji nie skorzystania z bloku pedagogicznego i rezygnacji z machnięcia specjalizacji nauczycielskiej na wszelki wypadek.


Muzycznie, żeby się rozbudzić, w wyniku maltretowanie mnie tym w domu przez Subkulturę - System of a Down, Toxicity:



wtorek, 14 grudnia 2010

zapadka.

Wyszperane w sieci :)

Schemat obronny.
Każdy jakiś ma.
I niekoniecznie chodzi o zamek w drzwiach czy od sejfu.
Jakoś mi tak w temacie.
Spokojnie, dodać należy.
(Marginesowo - "bębenek europejski o bardzo wysokim zabezpieczeniu" - strach się bać).

Na posterunku gorąca herbata.
Chciałabym dziergać na drutach.
I nie kończyć zdań

roztropnie zanurzając palce w kopcach śniegu przed akademikiem

Szafa gra: Ptaky - Chroń to co masz.
Przez przypadek.
Ale... od przypadku do przypadku ;)


poniedziałek, 13 grudnia 2010

przejęzyczenia...

może kiedyś złożę głowę
a na poduszce do zobaczenia rozsypią się włosy
figlarnie rozpuszczone przypadkowym uwolnieniem

myśli jak przejęzyczenia
...


No i jeszcze coś :)
Pewne śliczne pudełeczko, postawione na półce, dotarło de mnie jeszcze w piątek. Dziś dopiero o jego zawartości: Magda przesłała przecudną ramkę, z ramką świetlika, który ogrzewa moją przyparapetowość. Między stronami 90 i 91 Buszującego w zbożu piękna zakładka. W pudełeczku zachowany bilecik, którego treść cieszy mnie bardziej niż to, o czym już napisałam.
Magdo, dziękuję Ci ślicznie! Sprawiłaś mi mnóstwo frajdy i nie sądziłam, że tak bardzo będzie mnie cieszyć zrywanie papieru z pudełka... :)




Cuda Magdy "Co w trawie skrzypi"
Na fotkach u mnie: już czytane, powieszone, rozświetlone...

Nocnie Katie Melua, The Flood.
Trochę mi w niej niespójnie, ale przyjemnie kołysze słowami spisanymi z dzisiejszych rozmów przy czekoladzie z Aneszkiem: o mężczyznach, miłości, zranieniach, obojętności i muzyce nas...

niedziela, 12 grudnia 2010

bo sny...


W domu miewam dobre sny. Naprawdę dobre. Takie, które zapamiętuję.

I.
Mały Cześ (znaczy ja) siedzi na ogromnej poduszce, w kolorowym, pastelowym kręgu, dokoła niego porozwieszane niewielkie, czarne, połyskujące klucze wiolinowe. Nad głową Czesia wisi jeden, ogromny Wszechklucz. Wszechklucz wiruje w powietrzu, wiruje i błyszczy się w przedziwnie piękny sposób. Cześ niepewny czy powinien, wyciąga dłoń i dotyka jednego z kluczy, nieopadal lewego ucha, ten zaczyna intensywnie połyskiwać, a do cichej melodii wpasowuje się idealnie dźwięk głośniejszy, bardziej wyrazisty, weselszy. Zachęcony Cześ palcami trąca szybko i delikatnie kolejne klucze - dźwięki przeradzają się w najprawdziwszą orkiestrę... Bajkowa atmosfera grania koniec końców usypia Czesia i... wierzcie lub nie: obudziłam się wtedy, gdy w śnie zasnęłam... :)

II.
W pewnej knajpce, bardzo daleko stąd, siedziałam samotnie przy stoliku, sącząc gorycz kawy, której poskąpiłam cukru. Wspominałam ulotność chwil, które spędziłam tu kilka lat wcześniej, w innych czasach, w innych okolicznościach. Przy stoliku po drugiej stronie sali siedział mężczyzna, z którym obserwowaliśmy się nawzajem, dając sobie na to nieme przyzwolenie. Mężczyzna był wyraźnie starszy ode mnie, elegancki pan po pięćdziesiątce, ze szpakowatymi włosami, pociągłą twarzą. Jego oczy, wykrojone niczym migdały, zerkały na ścienny zegar (ehh, piękny, wiekowy, z karmelowym cyferblatem) i na moje dłonie, lekko stukające w blat stolika. Nagle zamiast knajpki "z teraz" zobaczyłam ją sprzed kilku lat. Zobaczyłam ją z zewnątrz, gdy przechodząc obok niej zastanawialiśmy się: wejść, czy szukać czegoś dalej?, słońce, rozpryskujące się oślepiającym światłem na szybie odbijało kolor filiżanek, a my powolnym, rozleniwionym krokiem zatopiliśmy się we wnętrzu lokalu, zajmując miejsca przy stoliku, który został martwym towarzyszem "z teraz". Tajemniczy mężczyzna patrzył na mnie tak, jakby doskonale wiedział, o czym myślę, jakie obrazy przywołuję i ile one dla mnie znaczyły, znaczą. Wizja "sprzed teraz" znikła, zastąpiły ją ściany w drewnie, skąpe światło żyrandoli i kilka świec z baru. Starałam się skupić swój wzrok na filiżance, i smaku kawy, lecz mężczyzna, ten mężczyzna z kuflem spienionego Budweisera. Wtem do lokalu wszedł mój kompan "sprzed teraz". Zupełnie odsłoniona, niezdolna do kamuflażu, nie mogłam pozostać niezauważona. Kompan "sprzed teraz" przyjaźnie kiwnął dłonią na powitanie, uśmiechnął się i podszedł. Zamieniliśmy ze sobą kilka oszczędnych zdań, nie mówiąc tak naprawdę niczego. Wreszcie mój kompan poszedł do innego stolika, by rozmawiać z innymi ludźmi, a ja mogłam wrócić do niespiesznego wróżenia z fusów, coraz bardziej widocznych na dnie filiżanki. Mężczyzna z naprzeciwka uważnie przyglądał się całej sytuacji, jakby analizował najmniejszy ruch mięśni na naszych twarzach. Właściwie miałam już wyjść z knajpy, gdy tajemniczy nieznajomy podszedł do mojego stolika. Jego ciemne oczy budziły zaufanie, lecz i ostrzegały o surowości jegomościa. Zdawało się, że ocenia każdy mój ruch. Zapytał chyba, jaka jestem. Odpowiedziałam, że "traurig", że "smutna". Dalszej rozmowy nie pamiętam. Wyszliśmy wreszcie na zewnątrz, ściemniało się. Ostatni widok, jaki zapamiętałam z tego snu to spienione fale nocą.

Wyszperane w sieci :)

Brakuje mi pewnych szczegółów, żeby poskładać ten sen. Kilku drobiazgów. Urywków rozmów. Przez moment myślałam, że ten tajemniczy mężczyzna mógłby być Bogiem Czy Kimś, ale teraz dochodzę do wniosku, że to było moje Sumienie, moje spersonifikowane Sumienie .
Jakkolwiek: podobało mi się - budziło szacunek. Podoba mi się też myśl, że mogłam usiąść naprzeciw niego i nie spuściłam wzroku, mimo niektórych nadwyrężeń. ;)
I ten zegar... niepokojący? Złowrogi? Obojętny? Kolejny.


Laponia przemieniła się w Krainę Wodospadów i Strumieni. Błota po kostki, woda kapała z dachu, z daszku karmnika nawet.
Spacer zaplanowany na dziś nie odbył się - Żaba wystawiła nos za drzwi i zwiała do kuchni. Psota nawet nie próbowała postawić łap na śniegu. Postanowiłam więc zgarnąć psiarnię do pokoju i tam urządziliśmy zawody w to.. która psina zaśnie szybciej. Na szczęście Szach jeszcze nie ma takich nawyków i przynajmniej z nim mogłam się bawić bezkarnie, budząc tym samym zazdrość w Jovanie, który manifestacyjnie odwrócił się do mnie plecami i chrapał dalej.

I Szach we własnej... flaneli ;)

Szczeniak powoli uczy się aportowania. Coś czuję, że zanim trafi do Dziadków przejdzie całe szkolenie: już oddaje rzucaną zabawkę, uczy się stójki; przed nim podawanie łapy i przybijanie piątki :)

Nadobranocnie muzyczka gra - dla Czesia od Czesia... Uwodzi mnie, muzycznie mnie uwodzi Violin girl Czesława M.:



Tyle na dzisiaj. Pora spać, bo... śpiąco mi już :)

sobota, 11 grudnia 2010

na całej połaci...

Mieszkam w Laponii, tylko reniferów nie widać.

Dzisiaj z Młodym odkopywaliśmy balkon, bo wyglądał, jak pełna wywrotka. Poza tym śnieg z podwórka emigruje nieustannie do ogrodu.
Psy mają używane, ja mam odmrożone łapki.
Ciekawe, czy jutro przedrzemy się samochodem przez śnieg, bo duuuużooooo go, nawet za dużo.

Magda: cudo już do mnie dotarło :) Cała radość wybrzmi, jak już będę w Poznaniu ;)

Tyle w skrócie.
Internet wybitnie niegrzeczny, skubany bawi się ze mną w chowanego: jest i nie ma, jest i nie ma.
A kuku - zadziałał za siódmym razem... :)

piątek, 10 grudnia 2010

za ścianą...

w akademiku wszystko jest wspólne
wszystko dzieli się na sąsiadów i sąsiadki z odległych krańców korytarza
każdemu po równo, każdemu po części z wnętrza pokoju
nawet harce za ścianą intymne
intymnie się stają dla wszystkich
i można od tego zgłupieć doprawdy
i moje myśli zgłupiały
wstrzymywanymi westchnieniami i drżeniem które przez ścianę tak subtelnie przenoszą erotyzm
zatrzymując się w progu 418
tutaj przebiega granica podsłuchiwania...


przykładam dłoń do rozgrzanego nieprzyzwoicie żebra
kaloryfera
cieplej mi
cieplej być musi

czwartek, 9 grudnia 2010

pomieszanie z poplątaniem...

Na morzu polarnym, Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Śnieg, rozciągnięty w przestrzeń pustą, nieskończoną,
skrzy w słońcu i tysiącznym odblaskiem się mieni,
jakby rozprysł się po nim pył z drogich kamieni.
w którym rozżarzonego skry metalu płoną.

Biały niedźwiedź powolnym, ciężkim idzie krokiem,
błyszcząc jasno; cień za nim ciemny, długi sunie -
idzie ku słońcu świetnie odstrzelonej łunie
od gór lodowych, widnych hen pod nieba stokiem.

Tu bliżej czyliż jodły wzrosły w śnieżnej bieli,
a miast gałęzi sople zwisły im błyszczące
z konarów?... - U stóp jodeł ludzie, patrzą w słońce,
I ale tak nieruchomi są, jakby posnęli...

To nie jodły, to maszty obmarzłe korwety,
co pruć nie mogła ściętej w lód dokoła fali;
ci ludzie na pokładzie nie śpią, lecz skostniali
padli tam, zda się, skórą pokryte szkielety.

Pootulane w futrach osrebrzonych szronem
sztywne posągi, twardym dłutem śmierci kule - -
snadź opuścili mroźną, bezchlebną kajutę,
by patrzeć, czy lód taje pod niebem zognionem?

Cisza i spokój śmierci... Od wschodu z ukosa
ogromne słońce, świecąc straszliwie jaskrawo,
na śniegi i na okręt bucha blasków lawą
i płomienistą łunę wlecze przez niebiosa.

Wyszperane w sieci :)

Tetmajer jest taką moją odskocznią. Był, od kiedy pamiętam.
Dziś z rana: i straszno, i pięknie. Sama już nie wiem jak.
Po sąsiedzku, u dominikanów, na wieży kościelnej bije dzwon. Gubię się w odniesieniach.
Spokojny rytm tygodnia zakłóca nadal niewinna biel. Nie martwi mnie to. Nie tutaj. Gorzej jeżeli w niedzielę nie będę mogła wrócić z domu z przyczyn wiadomych.

Wczoraj patrzyłam na jej zachwyt. Na roześmiane usta, i oczy, i dłonie, żywo gestykulujące przeżywaniem wszystkiego raz jeszcze. Skąd w jej anielskich rysach tyle smutku, skąd ta gorycz nieprzebrana, które wczoraj na moment uleciały z jej oblicza?
Jarek? To chyba nie wszystko...

Z drugiej strony nie pamiętam, żeby mnie tak cieszyło spotkanie z kimś, z małym wyjątkiem, ale to było dawno temu i nieprawda.
Gapię się na nr Łamigłówki i właściwie mogę go już wykasować.
Kilka innych nr też.
Już nie trzeba udawać ani próbować.


Cytat dnia to nocna kwestia Dżull:
"Kiedy gorzej być nie może, Szwed mi mówi, że kupił sobie futro - zrywam z nim!"


A muzycznie gra mi tym:


środa, 8 grudnia 2010

przyszła kryska na Matyska ;)

Dobrze, że nie jestem żadnym StwarzającymŚwiatPoruszycielemBogiem.

Kuśtykając słodko w brei miejskich chodników...
O tym mogłabym książkę napisać (choć może lepiej nie, bo szkoda czasu na rozwijanie własnej głupoty). O przemieszczaniu się z jednego końca na drugi.
Wywrotki? Czemu nie: idzie sobie Pan, pięciodrzwiowy w barach (na oko oceniam), środkiem drużki dla człowieków niezmotoryzowanych i nie zlezie na bok za nic w świecie.
Obłocenia? I owszem: większy furgon, którego kierowca zapragnął jechać granicą krawężnika i srrruuuu: zimne, brudne badziewie od stóp do głów.
Korki? No ba: bo np. wypadły 3 autobusy i okolice przystanków bardziej przypominają mrowiska, niż cokolwiek innego.

Ale żeby nie było - nie narzekam. Właściwie całkiem mi dziś fajnie.
Mam w głowie jakiś motorek, który każe brać się za siebie póki można:
* dieta: żeby przestać pożerać to, co choć dobre - pieruńsko kaloryczne i odkładające się gdzie nie potrza, a jeśli już pożerać dla samego smaku to w wersjach: mikro-mini;
* gimnastyka: ja wiem, w moich ustach to brzmi prawie, jak bluźnierstwo, ale jednak: teraz, albo nigdy; kuśtykające sporty: będzie śmiesznie;
* Majeczka: półtoraroczny szkrab, który mieszka sobie dwa piętra niżej - Majkę będę "wypożyczać" od jej mamy, żeby ta mogła się uczyć: regularnie dwa lub trzy razy w tygodniu na dwie lub trzy godziny - przy okazji, może mi zrobi się bardziej kolorowo i radośnie?;
* Muppety, których nie znosiłam, z nastawieniem na Wielkiego Ptaka (się nie śmiać w wyniku skojarzeń) święcą triumfy po wczorajszym wydawaniu stypendium; mimo takich "incydentów" i z tym idę w dobrą stronę, jakoś ta moja szafa tańcząca flanelami zaczyna wyglądać... na mnie :)
* wczesne poranki: czyli dużo czasu na naukę, oj dużo, dzisiaj np. badania kulturowe z Geertzem na czele;

Takie są założenia dnia. I najbliższej przyszłości.
Czeka mnie jeszcze kilka mniej poważnych pisanin, kilka wyjść niekontrolowanych i tłumaczenie się z jednej głupoty. Ale to akurat sprawy marginalne.
Chcę sobie zapchać dobę możliwie jak najbardziej, żeby ukrócić moje smętne ciągoty do granic możliwości.

No.
Power zapewne i dlatego, że w skrzynce mailowej dobre wiadomości, których się nie spodziewałam od ludzi, którzy już jakiś czas temu wycofali się z mojej codzienności.

I ja się zastanawiam, po co ja tyle piszę? Wystarczyłoby przecież krótko:
u mnie git, gitara i kaloszki :)

Wyszperane w sieci :)
Idealnyyyy...

Muzycznie dalej wałkuję Nouvelle Vague.
Dzisiaj proponuję to:



Miłego dnia!

wtorek, 7 grudnia 2010

wspomnieniem...


ciszą zasiadam do Twoich obrazów
kiedyś czytałam z nich każdą kreskę
każdy krzywy zygzak, W.

dziś ledwie pamiętam zapach farb w pokoju ciemnym
i sztalugi rozłożone pod oknem

I Zarys kardiochirurgii
rzucony niewinnie na siedzisko czerwonej pufy

przypominam sobie czerwonego ptaka skrzydła
i czerwone chmury na szczycie czerwonych gór

przypominam sobie tubę z pędzlami
to jak czasem malowałeś nimi po moim brzuchu
farbą niewidzialną

tęsknotą spokojniejszą wyciągam dłoń do przodu
coś musi być
Gdzieś

dzisiaj na ulicy widziałam jedno z Twoich malowideł
czerwoną czapkę na czerwonych włosach
i czerwony płaszcz

przyjdziesz w nocy?

Dorota Łaz, "Czerwona abstrakcja".
Wyszukane w sieci...

doprowadzając do porządku...?

Wyobraźcie sobie dziewczę o długich, zalotnych rzęsach, czarnych, jak sadza, podkręconych do nieba. Dziewczę z karminowymi ustami, pełnymi i wydatnymi, stworzonymi do całowania. Z oczętami koloru bursztynu, zapatrzonymi w punkt, którego nie dostrzeże nikt, prócz niej. Z włosami poskręcanymi w tak urocze loki, że aż chciałoby się do nich przytulić, spływającymi swobodnym strumieniem na osłonione jedwabiem bluzki ramiona.
Wyobraźcie sobie, że dziewczę to siedzi naprzeciw was, z nogami skrzyżowanymi w pospolity siad po turecku. Obok dziewczęcia tysiące bibelotów, setki fatałaszków, które pojawiły się nagle, nie wiadomo skąd i kiedy.
Wyobraźcie sobie spojrzenie dziewczęcia, delikatnego niczym mimoza, pełne poezji i na poezji skupienia, jakby melancholia zstąpiła z niebios, żeby otoczyć sobą całą postać dziewczęcia tą zadumaną, połyskującą poświatą, z ustami wydętymi wymownie, na znak wielkiego zamyślenia. Łagodne, lecz zarazem wyraziście zarysowane kontury rysów jej twarzy zdają się trwać w niewypowiedzianym oczekiwaniu na nieokreślone sacrum.
Wyobraźcie sobie wreszcie atrybuty w dłoniach dziewczęcia: duże, okrągłe lustro, w białej ramce, szminkę koloru purpury i trzymaną na sposób magika zalotkę... Dziewczę zdaje się przemawiać zaklęciami do lustra, z pytaniem: "czy najpiękniejszam na świecie? -lustereczko, potwierdź przecie", żarliwie nakazując szmince i zalotce posłuszeństwo.
Wyobraźcie sobie, że oglądacie to śliczne dziewczę każdego poranka, przez mniej więcej półtorej godziny. Patrzycie z zachwytem na śnieżnobiałe dłonie, na ogniki w oczach, na loki czarne, a gęste, na policzki lekko zaróżowione tym najpiękniejszym rumieńcem dziewczęcego zawstydzenia.
A później rozejrzyjcie się wokół dziewczęcia: łóżko niepościelone, naczyń brudnych na kopy, papiery na podłodze, stół zawalony karteluszkami, spineczkami, ręczniki na krzesłach porzucone niedbale, waciki zużyte, kolorowe od pudrów i cieni, i lakierów w okolicach kosza na śmieci, żelazko rzucone jeden Bóg wie, w który kąt..
Wyobraźcie sobie Dawida, który sieje spustoszenie siłą Goliata: jeden cios, od którego runie wieża wiekowa przyrównuję do jednego śniadania, po którym nie wiem, gdzie szukać czystego miejsca na stole, żeby się nie przykleić, żeby się nie ubrudzić, żeby wreszcie samej przygotować sobie naleśniki czekoladowe, w których robieniu doszłam już do perfekcji...
Wyobraźcie sobie moją współlokatorkę.

Pięknym popołudniem zastanawiam się, jaką obrać metodę edukacyjną. Bo przecież nie będę wiecznie sprzątać za nas dwie. A z drugiej strony nie mam też ochoty siedzieć w takim, takim, takim nieładzie... Na razie zgarnęłam nie moje rzeczy na jedno miejsce. Zobaczymy, co będzie dalej...

Wyszperane w sieci :)

Życzcie mi dużo cierpliwości, rozsądku i opanowania.
Bo jak Czesia w sobie kocham - długo się taki stan nie utrzyma i dojdzie do rękoczynów!

Muzycznie od kilku dni przesłuchuję płytkę Nouvelle Vague: Bande A' Part.
I nie mogę się uwolnić od frywolności dźwięków, od lekkości brzmień...
Trafiła w sedno, przyjemnie wpadając, chyba każdą piosenką, do mojego spragnionego "jeszcze" ucha... :)


poniedziałek, 6 grudnia 2010

chwilowo jestem w stanie: niech mnie ktoś poszatkuje

ale spokojnie: przejdzie mi.

.
.
.
.
.
.
.
.
.
.

:)

czasem nie chce mi się wierzyć, że tak można
że ja tak potrafię

i jakoś nie mogę przestać uśmiechać się w przestrzeń



Jeszcze wykład, seminarium i konsultacja. Da się żyć. Przeżyć.
Tylko, że chce mi się spać... Przeraźliwie, ziewając nieustannie...
Chyba jednak spanie powyżej 10 godzin, nie ma na mnie zbawiennego wpływu.
A może to ciśnienie?
;)

niedziela, 5 grudnia 2010

mimochodem


taki dzień...

mimochodem
wszystko jest przecież mimochodem


śniło mi się wieko, a na nim grudy...
grudy na zapomnianej już dobrej przyszłości...
coraz bardziej zapominam.

sobota, 4 grudnia 2010

...

nie wiedziałam, że mogę onieśmielać...
że mam w sobie tę wyrazistość, która gasi śmiałość spojrzenia...

nie wiedziałam - do dzisiaj


kuśtykam sobie

Sobota kuśtykana, bo mi lewa stopa odmawia posłuszeństwa.
Tak już było, lata temu, więc niby się nie przejmuję. Ale utrudni mi to życie przez najbliższy tydzień.

Dzisiaj wielkie sprzątanie, bo:
* kiedyś trzeba było,
* ma mnie odwiedzić dziewczyna Matrixa :)
* muszę coś zdziałać fizycznie.

Zapach listów...
W notatniku kilka nazwisk opatrzonych wykrzyknikiem.
Adresy miejsc, których nigdy nie widziałam, których raczej nie zobaczę.
Koperty nie znają granic.
I ludzie, schowani za numerami domów, za nazwami ulic.
Ci, którzy czekają.
Wyszperana w sieci :)

Nie znam donioślejszego uczucia niż to, kiedy zasiadam w cichości uczuć do czystych kartek, do kopert i znaczków, z piórem i pierwszym zdaniem w głowie. Zawsze na Boże Narodzenie. Zawsze, żeby coś podsumować, ale i zdradzić to, co ma się wydarzyć... Mętne myśli wyklarować w blasku lampki i patrzeć, jak zastygają w atramencie.
Mój świąteczny rytuał. Moje celebrowanie pewnego kręgu, który tak rzadko wydaje się pełnym i zamkniętym.

Mam szczęście. W pewnych kontekstach mam go więcej niż może się wydawać.

Wczoraj było ciężko, Soy, to nic nowego. Wczoraj poleciały łzy na czarną koszulę. Wczoraj. Kryzys kryzysu.
A dzisiaj jest dzisiaj.
W dodatku gra mi tym parapet i łóżko, i drzwi, i krzesło z przetartym siedziskiem:



Życzę Wam dobrej soboty, spoglądając na moje ptaszydła parapetowe...
Bo przecież czasem wszystko jest takie proste, tak mądrze i przyjemnie nie skomplikowane...

piątek, 3 grudnia 2010

piątkowa cisza

cicho tu
cicho wokół
zamarły szyby od szronu
zamarły drzwi z klamką zwichniętą
tylko to słońce zimowe
a może...


Wczoraj byłam na pewnym przedstawieniu. Poszłam, bo bilety załatwione zakulisowo, przedpremiera, trupa teatralna podobno znana i nagradzana. Szkoda było okazję zmarnować. A jednak: nie podobało mi się zupełnie, bo przekombinowano całość, a gra aktorska nikła w natłoku technicznych czarów-marów i tylko wymarzłam jak głupia na starej hali Cegielskiego, ale podkreślę raz enty: ja to się na sztuce znam niczym sroka na matowych powierzchniach.
Jeśli chodzi o ptaszydła - moje głąbki-gołąbki na śniadaniu:


Piątkowe popołudnie.
Chciałabym przestać myśleć.

Do domu nie jadę, bo nie dość, że cyrki z PKP, to jeszcze zasypało Gniazdo Rodzinne i okolice, nie mam więc jak dotrzeć do chatki Czesia. (Chyba, że pożyczę zaprzęg reniferów od Mikołaja).
Właściwie to dobrze się złożyło/ zasypało. Zrobię prezentację. Skończę artykuł. Przeczytam książkę od Edith. Opuszczę Barbórkę, co cieszy, bo póki co stypendium nie wpłynęło. Minę się z Dżull, ona będzie miała wolny przyszły weekend :) I takich jeszcze kilka innych drobnostek, które na komfort psychiczny wpływają.

Korci mnie spacer na Cytadelę.

Muzycznie to:



czwartek, 2 grudnia 2010

bo zjadłabym truskawek garść ;)

Przez przypadek znalazłam to:
Obraz Zinaidy Serebriakovej.



Czasem się cieszę, że o sztuce wiem, tyle, ile zobaczę...
Najprościej i naiwniej mówię: piękny.
I w rzeczy samej jest piękny.
Jego istotą jest piękno.
Artodyssey to kopalnia i skarbnica.
Zagoszczę tam na dłużej, zdecydowanie.


Przyziemnie: Poznań sparaliżowany. Tramwaje stoją od Kościoła na Fredy po Teatralkę. PKP nie funkcjonuje normalnie. Śnieg prószy nieustannie. Ja znów dbam o niezalanie pokoju. Za oknem śnieg, szronu dziś nie widać. Realnie wpadłam w zaspę na chodniku ;)
Na konferencji wysiedziałam 3 referaty. I wystarczy. Dlaczego odczyty muszą być nudne? Zupełnie tego nie rozumiem, zwłaszcza, że temat całości ciekawy jest i do niewielkiej sali spieszyły tłumy.

Marzą mi się truskawki. Ja wiem. To już przesada absolutna. Ale nie mogę ich sobie wybić z głowy. Soczystych, słodkich, tak perwersyjnie letnich i rozgrzanych słońcem do czerwoności.

Przynajmniej muzycznie łagodniej, choć nie powiem, ciągnie mnie do Linkin Parkowego łubu-du.
Teraz spokojniej, nastrojem wyciszonym, zapomnianym:


środa, 1 grudnia 2010


ASIAK ZDAŁA KOMISA!!!

CZYLI, ŻE V ROK UPŁYNIE NAM W KOMPLECIE PRAWIE :)))

szron

Pierwszy grudzień i pierwszy szron na szybie...
Wyrazistość zimy i zachwyt.
Poranna kawa.

Wyszperane w sieci :)