poniedziałek, 27 grudnia 2010

;/;/;/;/;/;/;/;/;/;/

A teraz to już mam doła jak stąd do Kremla (bo wcześniej faktycznie nie miałam - jakieś przymulenie może).
Rów Mariański.
Czy inne dziadostwo z geografii.

Jak się krzywdzić to na całego.
Wszystko przyjęłam "na twarz", ale teraz nikt już na mnie nie patrzy, a "na twarz" tylko ten śmiesznie żałosny grymas: proszę mnie ukrócić o głowę.

Miałam oberwać - oberwałam. W sumie na własne życzenie. A potem wystarczyło dopomóc samej sobie: rzęsy w szronie. Dobrze mi było na wietrze.

Niechże już będzie "kiedyś".

Czuję się jak smarkula. Jakbym znów miała te swoje 14 lat i spisywała, co ze sobą zabrać. Teraz nie trzeba mi już niczego poza izolatką na amen.

Tak łatwo mnie rozbić. Tak łatwo mnie rozbić.

Wciąż zastanawia mnie, gdzie podziewa się ta cholerna odwaga.
Czemu we wszystkim czym nie trzeba umiem wyleźć do przodu i bezczelnie doprowadzić do tego, czego chcę???
W tym co trzeba - tchórzę. Notorycznie. Nieustannie.
Moje Waterloo, czyli w 15 minut na dno, albo i niżej, w większe jeszcze bagno.

I przypomina mi się taki obrazek: mała dziewczynka siedzi na kamieniu, twarz zasłaniają jej rozpuszczone włosy i strumienie łez, kaskady; dziewczynka czuje chłód kamienia i tuli się do niego tym bardziej, taka mała dziewczynka i szary kamień, i ukojenie szarego kamienia, i ten płacz, który nie ustaje.

Szlag by trafił wszystko, co we mnie czuje!!!

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Ależ smutki. Może z Nowym Rokiem wszystko się od nowa na nowo poukłada? Tego Ci bardzo serdecznie życzę.

Malutka... pisze...

Porcelanowa ja muszę po prostu wrócić do siebie, może akademik to nie dom, ale ściany przynajmniej są cicho. I wtedy wszystko wróci na swoje miejsce.
Dzięki ;)