środa, 30 grudnia 2009

W kalejdoskopie

Był taki serial nawet. I coś w tym jest. Mija jeden, pojawia się kolejny... Słońce, księżyc, gwiazdy, chmury, samotność, towarzystwo, smutek i radość, łzy i uśmiech - mieszanka wybuchowa, i nigdy nie wiadomo, co kiedy się objawi.

Ostatni czas nie był dla mnie dobry. Ciągłe przepychanki z Nim, rutyna, osamotnienie i właściwie nikt nie wiedział, czy jest w "nas" jakiś sens, "nas" w ścisłym rozumieniu "razem", ja nie wiedziałam. Wielkie plany końca, wielkie próby odejścia.
I jedno spostrzeżenie: nie mogę, nie jestem w stanie...

On wrócił do Poznania spragniony mnie, zachłannie wykorzystując każdą sekundę, bym zrozumiała, że dla Niego zwariowałam bardzo dawno temu, a On dla mnie. Cudowny. Czarujący. Znów taki mój. Najintymniej wypowiedziane: "kocham" - gdy usta wcale nie wypowiadały słów, gdy to spojrzenia łapczywie wyszukiwały spojrzeń, a dłonie wypisywały na dłoniach te iskry uniesień...
Zaskoczona, poddałam się nurtowi tego, co się tak pięknie między nami działo.
Szczęście nieopisane...
Koniec knowań theendowych.

Właściwie ten post miał być długi i wielowątkowy. Ale przenosimy to na któryś z kolejnych, bo... :
^ w pokoju toczy się coś na kształt imprezy, ale bardzo rozczłonkowanej
^ wizyta Jolki znacznie zmąciła mój nastrój, i kurcze nad tym nie umiem zapanować
^ w mojej głowie siedzi teraz jedna wielka potrzeba: SNU!

Na swoje usprawiedliwienie;
^ początek imprezy = Jolka= spadek nastroju
^ pobudka o 7.45 wykończyła organizm przyzwyczajony ostatnimi czasy do długiego wylegiwania się w łóżku
^ stresogenne badanie, bo zwykła morfologia, ale wynik ważny...

Tyle na dziś, sprostowanie będzie niedługo. Obiecuję!

niedziela, 27 grudnia 2009

Spacerrrr, ścieżkiii

Siedzę w domu. Atmosfera zrobiła się senna i leniwa. Nawet na obżarstwo nikt nie ma już siły się zdobyć. Dziś ku pokrzepieniu serc (i układów pokarmowych)- rosołekkkkkk... Przepysznyyyy. Mój ulubiony zresztą ;)

Właściwie nie wiem, o czym pisać.

Mam znów ciche dni sama ze sobą.
Samodyscyplina wewnętrzna chroni mnie przed wybuchem tego całego chaosu we mnie.
Chyba jestem na rozdrożu. A przede mną dwie drogi: jedną znam i kocham, ale nie potrafię idąc nią piastować w sobie radości i spokoju. Druga jest zagadką, czymś co przeraża... I nie wiem, czy jest we mnie tyle odwagi, by na nią wejść. Ta ścieżka oznacza też rezygnację ze stabilizacji, jaką teoretycznie już mam, jest rezygnacją z całego dotychczasowego życia... Obawiam się jej i póki co - odrzucam ją, choć coraz bardziej ciągnie mnie w jej stronę...

Piszę list do Niego. Pełen zdań przydługich i chyba dziecinnych.
Sama nie potrafię już określić, czy faktycznie jestem tak dorosła i dojrzała, jak mi się wydaje, czy jednak wciąż jestem dzieckiem... Bo:
* wierzę w bajki
* mam swoje ideały
* nie potrafię kierować się w wielu sprawach rozumem, zawierzając sercu i emocjom nieopanowanym
* wciąż nie potrafię zainteresować się szczegółami, pozwalając sobie na uleganiu magii całokształtu, być może tylko tej wierzchniej warstwy
* nadal nie umiem powiedzieć, czym chcę zajmować się w przyszłości niecało 2 letniej.

Pocieszającym jest fakt, że Jovan nie odstępuje mnie na krok, a dzisiaj rano budził mnie w urzekający sposób, drapiąc łapką moje ramię, ale tak delikatnie, jak tylko on potrafi. Wczoraj wieczorem wybraliśmy się na spacer. Niby było bardzo ciemno, i bardzo mroźno, i bardzo niespacerowo, ale nam się podobało. Blask księżyca oświetlał nam drużki, odsłonięte spod śniegu trawy stanowiły osłonę przed zimnem, a tak Jovan, jak i ja, mieliśmy ochotę podreptać sobie trochę... Całe Święta przesiedzone i przeleżane - żadna z tego atrakcja. Jovan jak zwykle znalazł sobie żywy cel - okazało się, że tuż za domem sarny wybrały sobie miejsce na żer i sen... Jakimś cudem udało nam się je podejść bardzo blisko, ale szczekanie Jovana i tak spłoszyło dzikie zwierzęta te piękne...
Sarny = gracja... ;)
(Pamiętam, jak kiedyś znaleźliśmy małą sarenkę i była u nas przez kilka lat... - ale o tym to opowiem, kiedy indziej).

Znów krótko, ale problemy z internetem skończą się już jutro...
Jutro wracam do Poznania ;P

Miłego popołudnia, a później wieczoru.

Ps. Koniec słodzenia Czytaczom moim, bo wyczułam sama, że wazelina blisssko... ;)
Ps. 2. I tak jesteście cudowni!!!

piątek, 25 grudnia 2009

Na chybcika.

Wyszperane w sieci :)

Pozdrowienia i życzenia dla Was wszystkich ode mnie i od mojej... Babci :)

Tak, tak. Popełniam tę gafę i piszę podczas świątecznej wizyty u Dziadków. Ale skoro necik śmiga tutaj jak szalony... to nie potrafię się temu oprzeć. I piszę dla Was i dla siebie.
(Przyznać muszę, że świadomość, iż czyta mnie kilka osób, w tym hmmm, Ci, których czytam z podziwem, dodaje mi skrzydeł i napędza ten mechanizm, że piszę i pisać chcę, tym chętniej, tym skwapliwiej, baczniej nawet. Poczucie przynależności do wirtualnej wspólnoty blogowiczów towarzyszy mi od jakiegoś czasu i wzrasta z każdym komentarzem. Przyznam też, iż nie sądziłam, że tak mnie to wciągnie).

Odwiedziny w T***ówce to jeden z elementów tradycji świątecznej :) Miły i wyczekiwany, bo zawsze brakuje czasu na to, by tu zajrzeć... A dziś atmosfera jest szczególna: przez pierwsze 4 godziny nie było prądu: a to oznacza brak światła i wody (niestety), a skoro dotarliśmy już po 16 to z ciemności w ciemność.

W tym roku Gwiazdor niósł ze sobą w prezentach aromaty, zapachy i wonie cudne... To przeważało... A reszta to słodycze i cytrusy.
Nasza niespodziewajka dla Rodziców udała się przecudnie. Olo/ Aleksander/ Gwiazdor/ Sternmann wczuł się w rolę, a Dorosłe Dzieciaki zaskoczone były do tego stopnia, że słów brak, by oddać ich miny. Wszyscy pękali wręcz ze śmiechu... I czego by nie powiedzieć - to była najweselsza Wigilia ze wszystkich, które pamiętam...

I już kończę. Bo piszę ukradkiem.

Weselcie się resztą Świątecznych Dni i Uroków :)
Ode mnie nadal korzenne uściski lecą w świat i sieć...

środa, 23 grudnia 2009

domowo mi...

Internet póki co grzecznie śmiga, choć laptop w takim miejscu i takiej pozycji ułożony, że wyczynem jest uderzać w klawiaturę lekko zziębniętymi koniuszkmi palców. Parapet, pierwsza szyba otworzona... Wyobraźcie to sobie, a jako podkłada (dla utrzymania poziomu) - stara encyklopedia - tak na dodatek...

Dokoła biel, choć taka jakaś przygaszona i niemrawa. Termometr wskazujący temperaturę na plusie nie wróży nic dobrego na Święta. Śnieg topi się z zadziwiającą szybkością. Od czasu, do czasu z nieba leci gęsty puch, jednak tuż przy ziemi zamienia się w krople deszczu, a nie w śnieżynki tak teraz pożądane.
Dom pachnie makowcem i ciastem drożdżowym. Wczoraj upiekł się piernik. Rybki grzecznie pływają w swoich zalewach. Itd. Dom już praktycznie lśni... O zgrozo, plecy chcą mi odpaść, głowa pęka, a kolana same się uginają. Marzę o krótkiej drzemce. Gdy tymczasem reszta ferajny ogląda tv, podczytuje jakieś powieści o wampirach - reszta, czyli brat i kuzynowie. Słodkie lenistwo, jakie zaserwowali sobie chłopcy wydaje mi się być jawną niesprawiedliwością.
W takich momentach łatwiej mi myśleć o feministkach... ;P
Tak czy siak - Święta już w pełni...

Z rzeczy mniej istotnych - plan gwiazdorzenia, z Gwiazdorem-Aleksandrem dopracowany do ostatniego szczegółu. Będzie schodzenie po drabinie, worek pełen prezentów i dzwonki, którymi dawno temu tata i dziadek obwieszali sanie.A obdarowanymi dziećmi... będą nasi RODZICE, jako, że czasem trzeba ich zaskoczyć. Oby plan wypalił, bo jak będzie klapa, to ja nie chcę patrzeć na zawiedzione miny moich chłopaków... ;*

Szkoda mi śniegu, bo miał być kulig, duuuużymi saniami właśnie, przez las i pola... Taki, który kojarzy mi się z dzieciństwem i jego urokami. Gdy enta ilość nakryć ciała nie przeszkadza w swobodnym balansowaniu ciałem, a to, żeby ominąć kamień jakiś zagubiony, gałąź oderwaną niewdzięcznie. Tak, rodzice na dużych saniach, u boku których radośnie migocze światło małych latarenek, i dzieciarnia z uczepionymi saneczkami, dla większej adrenaliny... Silny powiew wiatru zsuwał na oczy czapki lub bujne czupryny... TO były czasy...

Tęsknię za Nim i za Aneszką. Ale to wiecie, i opisywać tego nie będę.

Miłego kończenia przygotowań Czytacze moi. Całus pachnący przyprawami korzennymi... ;*


Ps. A PKP się spisało, skład był długi i mogłam spokojnie zająć miejsce tak ja, jak i moja walizka ;P

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Bry!

Minęło południe, a ja się czuję tak, jakby mnie ktoś zbudził bladym świtem. W tym miejscu dodać należy, że poległam już o 23. 20, a ostatecznie zasnęłam "nocnie" przebrana jakieś 24 minuty później.

On poszedł po pączki dla mnie, papierosy dla Niego i bilety na autobus dla nas... (Chyba słyszę Jego kroki na korytarzu).

Akademik opustoszał. Jakoś się tak zrobiło nijak, smutnie, trochę samotnie...

Nie wiem, co myśleć o powrocie do domu dzisiaj. Przeraża mnie wizja jechania pociągiem, stanie w kolejce po bilet itd. Jakoś się odzwyczaiłam. Liczę, że zaskoczy mnie dzisiaj PKP (MPK też by mogło ;)

Miałam dziś niesamowite sny. Takie urywane. Jak zwykle śniło mi się odcinanie kończyn na koślawym krzesełku. Potem były małe, czarne kózki, jakiś prosiaczek zagubiony w stogu siana. W ogóle moje sny były dziś wielkim skupiskiem zapachów: siano, poziomki, mokra trawa i mięta. A teraz, zza okna dobiega mnie woń śniegu.
Zastanawiam się, czemu tak często śnią mi się zwierzaki w początkowym okresie ich życia. W sumie wiem czemu - tata uroczyście oznajmił mi, że jak przyjadę, to czeka mnie asystowanie przy przynajmniej 2 porodach... Prosiaczkowo się robi w głowie mojej.

Adaś i Agnieszka wczoraj pojechali do domu, i pokój stracił sporo z tej świątecznej aury. Ja i On jednak starzy już jesteśmy (choć On baaardzo się z prezentu cieszył).
Tak czy siak. Uwielbiam Adaśka. I czas, kiedy Młody odwiedza siostrę. Niesamowicie pozytywny chłopak....

To tyle na teraz. Pisać będę w miarę możliwości mojego internetu na mojej zabitej dechami wsi. ;P
A tak swoją drogą pięknie musi być w domu teraz, wszystko zasypane śniegiem, las za domem, staw pewnie nadaje się pod jazdę na łyżwach.
Chyba cieszy mnie podróż do domu.
Cześć

piątek, 18 grudnia 2009

intymnie mi ;)

Taki to leniwy dzień, nie spieszący się usilnie za prezentami, nie goniący znajomymych, których trzeba świątecznie spapapować. Dzień rozpoczęty w południe. Zaczepiony o te chmury wolno sunące po niebie ponad moją "krakowską" kamienicą. Pierwszy szron wymalował nieśmiały wzór u dołu okna. Mroźne powietrze z lekkością wślizguje się do pokoju, przemycając zapach śniegu do mojej małej świątyni.

On sobie poszedł. I ok. Postanowiłam nie rozpaczać nad tym przeraźliwie, tylko wreszcie ucieszyć siebie samą sobą. Słucham Lisy Ekdahl, mam wyłączone światło... Tylko jasność świec rzuca ciepły blask na ściany pokoju 418. Tak jakoś jest magicznie. Wino lekko rozgrzewa moje ciało i duszę. Tak. Dzisiaj jestem leniwie wyrozumiała dla siebie, a właściwie, to chyba bardziej sobie dogadzam, niż odrywam myśli od tych spraw, które zcierają uśmiech z twarzy. Dość ich już było. Czas, by moje prywatne niebo rozpogodziło się. Intymnie mi teraz ze samą sobą ;)

Dym z komina szaleńczo rwie się ku górze. Kolor nieba znów zmienia się w ten niepojęty dla mnie róż. Piękny jest zimowy krajobraz. Śnieg, który pruszy sobie od czasu do czasu, trzeszczy wzrocowo pod butami. Widziałam nawet jednego bałwana, przed budynkiem Urzędu Wojewódzkiego - czy kryje się za tym jakaś aluzja do urzędników?! ;) Nie wnikam. Zapach gorącej kawy, pachnącej cnamonem i imbirem, budzi we mnie zaniedbywane poczucie nicnieróbstwa...

Dokonał się już mój osobisty ceremoniał świąteczny, ten jeden, bez którego nie byłoby Świąt, który stanowi o pełni Bożego Narodzenia - jeden baaardzo długi list poleciał do mojego wyjątkowego wujka. 6 stron a4 zabazgranych moimi wspomnieniami, marzeniami, planami... Opisałam wszystkich, którzy tak bardzo wryli się w moje życie, że bez ich szlifu nie byłabym taka, jaką jestem. Ci, którzy uczą, cieszą i ganią. Przyjaciele... Nie wiem, jaki sens ma pisanie takiego listu, wszak Jozef P. i tak ich nie zna, nie pozna nawet, ale jednak... jest we mnie taka przewrotna potrzeba pisania o sobie, a skoro o sobie to i o nich, tych tyatanach życia, bohaterach przygód...
Wiem, że nadejdzie taki dzień, gdy znów usiądę na gałęzi starej gruszy, tuląc się do pnia. Niebo będzie rozgwieżdżone, a długa lipnicka noc nie będzie skłaniała do snu... On będzie stał na przeciwko. I będzimy rozmawiać, zachłannie, chciwie. Słowa będą jedynie tym jednym malenkim przekaźnikiem myśli i emocji. Resztę dopowiedzą nasze oczy, dłonie gestykulujące żwawo.
Wuj to chyba jedyna osoba w całej naszej rodzinie, która wydaje się być moim pierwowzorem. Osobowościowo to jego przypominam. Popełniam podobne gafy, równie bardzo buntuję się i walczę o prawo do własnego światopoglądu. Do tego oboje mamy pewien hmmm "defekt" fizyczny (kuperek..:).
Kiedy widzieliśmy się ostatnim razem, a było to jakieś 4 lata temu... brakowało nam czasu, by o wszystkim podyskutować, by wymienić się spostrzeżeniami i żartami. Potem były telefony... I rozmowy trwające średniopo 2 godziny.
I ja się cały czas zastanawiam, co można dostrzec w dwunastoletniej dziewczynce, że ona, jako młoda kobieta wciąż z utęsknieniem wspomina wszystkie rozmowy, odkurza w pamięci każdy zapomniany szczegół ze wspólnie spędzanego czasu? Czym jest ta niewidzialna nić łącząca naszą dwójkę...
Wiem, doskonale wiem, z jaką radością i podeksytowaniem wuj rozrywał będzie kopertę. Jak sycił będzie oczy każdym nakreślonym przeze mnie wyrazem. Jak czytać będzie raz pierwszy, drugi, trzeci i kolejne tę całość spisaną tak daleko od niego. I jak poczuje, że jestem blisko, ja i moje zrozumienie pewnych spraw ważkich i delikatnych, tych, o których nikt inny wiedzieć nie powinien.
Jeśli ktoś kiedyś będzie mógł powiedzieć, że naprawdę mnie rozumiał - to tylko on... Przysłowiowy wuj z Hameryki, przysłowiowy i dosłowny ;)

Czekam na Agę i Adasia, którzy pojawią się tu lada moment... Aneszka chce pokazać bratu urok Świąt tutaj, u nas, w akademiku, w wielkim (a przynajmniej większym) mieście. Liczymy, że Adasiowi się spodoba ogrom zaplanowanych atrakcji!
A mi zamarzyły się właśnie własne łyżwy, figurówki... Czy ja się już chwaliłam na blogu, że zaliczyłam pierwszą wizytę na lodowisku? I było tak jak lubię najbardziej: półtorej godziny na gładkiej tafli lodu, pięć tzw. "przysiadów" treningowych, zmarznięty nos i dużo śmiechów... Dźwięk rysowania lodu ostrzem łyżwy... i wzory, które na nim pozostają po niesfornych łyżwiarzach... Coś, dlaczego warto zrobić sobie post, odwyk i inne tego typu zabiegi, służące zgromadzeniu odpowiedniego budżetu łyżwołaknącego...

Wyszperane w sieci :)



Odrobina zadumy...

Wyszperane w sieci...

Z kilku kolejnych blogów dowiedziałam się o śmierci Dotty...

Samobójstwo wymaga wielkiej odwagi i pewności tego, że życie dotarło do kresu cierpienia, że nie można już nic więcej unieść na barkach własnego jestestwa...
Samobójstwo nie jest czymś łatwym, nie jest dowodem głupoty i bezradnej klęski.
Nie potępiajmy tych, którzy taką właśnie drogę obrali do wolności i wyzwolenia się spod pęt, z których istnienia nie zdajemy sobie nawet sprawy...
Wyrazy współczucia tym, którzy Dotty znali, którym była Ona bliska...

środa, 16 grudnia 2009

Antropologicznie o kulturze...

Obiecałam Matce Poruszycielce (tej Białogłowie, co mnie do pisania bloga namówiła), że stworzę pięknego, pozytywnego, radosnego posta :) Dostałam w tym celu nawet jakąś dawkę czasu ;)
Obiecuję słowa dotrzymać!

A dzisiaj nie będę się rozpisywać, bo nie mam sił.

Jednak coś ku pokrzepieniu umysłów/ dowcipu/ błazenady zamieszczę:

~Małżeństwo to forma ograniczenia popędu seksualnego do 1 partnera.

Wyszperane w sieci :)

~ Taniec zbójnicki powstał w 1910 roku w efekcie pomysłu Szczęsnego Potockiego, jako forma uczczenia 500 rocznicy zwycięskiej bitwy pod osławionym Grunwaldem, a że się spodobało... to mamy tradycję ludową ;)

Wyszperane w sieci :)

~ Stroje łowickie, stanowiące jedno z najpiękniejszych polskich dziedzictw narodowych... wywodzą się z Watykanu... A było to tak: władca ziem łowickich wyruszył w pielgrzymkę, by przyklęknąć przed papieżem, ale zamiast spozierać na biskupa Rzymu - gapił się z oczarowaniem na Szwajcarów - papieską straż. Wiadomym było, że nie uzyska zgody na skopiowanie stroju Szwajcarów, zadowolił więc owego Pielgrzyma materiał podobny, w pasy...

Wyszperane w sieci :)


To tyle na dzisiaj. Spokojnego wieczoru i kolorowych snów...

wtorek, 15 grudnia 2009

Zagadka...

Za tym pytaniem czai się mała intryga...
Może ktoś zgadnie, bo ja

jestem między "S" a "W" na "K"?


Jak wykombinujecie o co chodzi, to piszcie... Temu kto zgadnie postawię 5 kolejek ;)

Zakaz odzywania się w tej kwestii ma tylko AGA/ Kalliope.

*** A. ***

Trzęsą mi się ręce, wszystko wewnątrz mnie drży... z zimna, chłodu...
W pewnym sensie zostałam dziś sama ze sobą.
Nie liczę na zrozumienie, na klarowne objaśnianie mi, co i jak?

Ale na moment zawieszenia się nade mną.

Przykro mi, że to wymaga tyle poświęcenia.
Przykro mi, że Ty też masz po górkę...

Dziś jednak bardzo Cię potrzebuję. I potrzebuję, by choć odrobina Ciebie skierowała się na mnie, nie bezsilnością, agresją, izolacją...

Nie wiem, czy ja zbywam Ciebie półsłówkami, wtedy gdy mnie potrzebujesz... Kiedy masz tylko mnie, tak jak ja dzisiaj Ciebie. Jeśli tak to przepraszam, teraz wiem, jak to boli. A boli bardzo.

Nie chcę zawodów, która ma gorzej. Nie chcę wiecznego użalania się nad nami. To czego chcę - tak inne jest od aury dnia dzisiejszego...

A.

sobota, 12 grudnia 2009

Poszarpany post...

Wyszperane w sieci

Przypomniał mi się pewien krajobraz: stary dąb na skraju leśnej polany... Słońce zachodzi. Chmury skąpane są w czerwieni, pomarańczy i złocie. Jaskółki prędko kreślą swoje historie w powietrzu. A dwoje ludzi siedzi na miękkiej posadzce z mchów. Są starzy. Ich złączone dłonie poorał czas. Tylko oczy - młode, żywe i radosne.

Widziałam jak spoglądali sobie w oczy, jak kierowali swoje uśmiechy ku sobie. A potem razem odeszli z polany. Stary dąb powiewał liśćmi na pożegnanie.

A ja podziwiałam ich, oparta o brzozę i patrzyłam na blask, jaki bił od postaci tychże staruszków...


Wyszperane w sieci

Na taki blask nie mam szans.
On... Cóż. Kocha jak umie. A mi musi to wystarczyć, choć chyba nie starcza.
Cudowny wspólny weekend i Jego zachwycone spojrzenie. I rozmowy, długie, ciepłe, pełne wzajemnego pragnienia.
Chciałabym Wam napisać, że tak jest, było...
Było. Ale nie ze mną.
Ze mną tak nie jest.
Nie zasłużyłam. Nie potrafię.

Parapetówka przybrała niespotykany wymiar. Do 6 rana. Potem ja ruszyłam na miasto po 2 godzinach snu. I spędziłam ranek i popołudnie z przyjacielem. On i Aga czekali z obiadem.
Po obiedzie film - a potem On sobie poszedł.

Kolejny raz zostałam sama. Nakarmiony - chyba jest szczęśliwy.
Ja - przesiedziałam na korytarzu jakiś czas. Dla mnie to za mało. Za mało.
On - więcej czasu spędza z innymi. Z nimi rozmawia, wygłupia się, bawi.
Ja - tak potrafię tylko wtedy, gdy jesteśmy sami.

On nie chce mnie sam na sam.

Właściwie, co ja tu wypisuję? Żale, pretensje, bezsilność? Chciałam tej miłości, może nie takiej, ale z pewnością TEJ!!!
Nic to, że łzy, smutek i rozczarowanie. Nic.

Chciałabym wiedzieć, co zrobić, żeby było inaczej, żeby to rozwiązać, żeby zmienić.

Tyle się działo, tyle Wam miałam do opisania, przekazania. Nic z tego się już nie liczy. Nie mam w głowie obrazów, ludzi, dźwięków i zapachów... Zniknęły pod naporem tego bólu, o którym krzyczy każde z zamieszczonych tu słów. A ja nie potrafię się przed tym bólem ochronić. I nie mogę go już bagatelizować.
On mi nie pomoże. Dla Niego to naturalne, że ja mam problemy sama ze sobą.

Pewnie mam.


Wyszperane w sieci

I tylko jeszcze z mojego prywatnego archiwum notka; 24 maj 2009:
Nie umiem być bez Niego, tak jakby On stał się częścią mojego ciała, mojego ducha. Rozsądek, choć się przeciw temu buntuje, zawsze przegrywa z resztą mnie. Bo wszystko we mnie jest Jego: serce, dłonie, usta, myśli... Stał się tlenem, który, gdy On jest tam hen daleko, dozuję sobie przypominając miękkość naszych złączonych ust, aksamit dotyku, ten najintymniejszy moment, gdy On stoi za mną i tuli mnie, patrząc na nasze odbicia w lustrze, taki męski, taki zdecydowany, mój... A ja? Gdzie w tym moje miejsce? Czasem myślę, że moje miejsce to ta mała -przestrzeń, między moją a Jego dłonią, splątanymi w uścisku; między naszymi wargami...

środa, 9 grudnia 2009

Zoologicznie

Dzień pod znakiem ŚWIĄT...

Poranek był trudny... Ledwie udało mi się zwlec z łóżka o godzinie haniebnej: 7. 41 - zajęcia na 8.00. Na szczęście mieszkam siedem minut od wydziału (filologii polskiej, bo na socjologię to kawał drogi mam), więc zdążyłam bez większego pośpiechu... Ale męczarnią jest wstawać przed 8 enty raz z rzędu... Snu mi trzeba.

Pierwszy wykład był niezły. Profesor opowiadał o literaturze okupacyjnej itd. Wykład ten nie skończył się bez echa - mam kolejną pozycję do bibliografii mojej pracy mgrskiej. I tylko przeraża mnie ile tego jest do przeczytania, opracowania itd... Że też chce mi się o Czarnym Lądzie i mroku pisać... Conrad rządzi!!!

Później wybrałam się na skromne zakupy prezentowe: obdarowani zostaną: Aneszka, Iza i Babcia... (Właściwie, to się nie wybrałam, tylko zgrabnie urwałam z zajęć - dzięki zwolnieniu przez Samego Prowadzącego). Cała reszta mojej ferajny musi czekać na jakiś impuls zakupowy... A pierwszą osobą (albo i nie), która już korzysta ze swojego podarku jest Kazimierz Wielki - kupiłam mu w sklepie zoologicznym taką specjalną kulę, żeby mógł biegać po pokoju (ale zawsze w polu naszego widzenia - wykluczamy możliwość gry: znajdźcie mnie, nim pomrę z głodu i pragnienia za którąś z szaf...). Zielony, acz przejrzysty plastik ładnie sie komponuje z Kazikiem, który jakoś tak instynktownie od razu poprawnie korzystał z nowej atrakcji :)
A i jeszcze dotykałam gładkiej skóry węża... Chłopaki w zoologicznym mieli ubaw, bo nie chciałam - jakoś za wężami i pająkami nie przepadam, ale skutecznie mnie namawiali, więc im uległam... A poza tym - i tak wąż wił się po rękach jednego z nich, jakieś 30 cm od moich dłoni... No to się ODWAŻYŁAM. Wąż nie był duży, raczej młodzik z niego, ale przyjemnie było wodzić lekko ręką po jego ciepłym, gładkim ciele... Mimo to - nadal preferuję jaszczurki!
Tak sobie myślę, że zoologiczny ze mnie stwór...

Poza tym - kupiłam sobie w końcu skoroszyty, by posortować kserówki i notatki, bo się gubiłam baaardzo.

A teraz? Zmykam na kolejne zajęcia, bo taki mam poszatkowany dzień na uczelni...


Wyszperane w sieci :)

Ps. Trzy spore kubły kofeiny wcale mi sił nie dodały ;(
Ps.2. Chyba mam ochotę na długą wyprawę gdzieś na skraj świata... Może Mongolia? Jak na zdjęciu?

wtorek, 8 grudnia 2009

Pora na sen...

Kładę się już spać... Nie mam sił, by dalej oglądać film. Nie mam sił, by utrzymywać postawę pionową.
Starczy mi sił, by pościelić łóżko i złożyć głowę na poduszce...

Jutro znów na 8. Umieram... Nienawidzę wczesnego wstawania, pobudek, spania z otwartymi oczyma.

On śpi dzisiaj u mnie. Kto wie - może ja jutro będę nocowała u Niego.


Wyczerpujący rytm życia... Nawet sen to wysiłek... A kto nastawi budzik???

;) Kolorowych snów. Dobranocnie Wszystkim Nam!

W pokoju siedzę

Siedzę w pokoju. Jolka się maluję, make-upuje, czy jakoś tak to się zwie.

Mokra szyba wygląda niczym jakaś mozaika. Ciemność zza okna wdziera się do środka pokoju. Jest mi zimno. Światła z okien mojej "krakowskiej kamienicy" lekko przebijają się przez wieczorny mrok. W szybie odbija się też ciepły, czerwony blask naszej akademickiej lampy... Tak kojarzy mi się późna jesień. Chłód, wilgoć, ciemność. Czas wyczekiwania i oczekiwań niespokojnych. Na co? Przyroda - chce odpoczynku, człowiek - odrobiny zatrzymania, chwili dla siebie, przy herbacie, rumie i imbirze. Jeszcze tylko żywy ogień płomieni, kominek i obraz staje się kompletny. Nie liryczny, choć przyciężki. Budzący skojarzenia, przywołujący idee z zakamarków naszego jestestwa. Tak, jakby udało się uchwycić esencję dnia, życia. Uchwycić - i wydusić z niej ile się da. Teraz, gdy zdaje się nie być tak nieuchwytna, niespokojna, gdy sama ciśnie się do moich rąk... A może nie moich?



Wyszperane w sieci :|)

Tyle mam do napisania, do wyrażenia: myśli nieposkładanych, słów niezgrabnych, mnie zbyt niepojętej, bym siebie określiła.

Jednego żałuję: gdyby ten blog pisany był zupełnie anonimowo - pisałabym bezkarnie o tym, jak mi źle. Ale wiem, że czyta go moja Aga i On... Dlatego muszę przemilczeć tutaj pewne rzeczy, bo to JA mam problemy, nie oni, i dlatego nie będę ranić ich słowami, myślami, których nie zaakceptują... Bo są to kwestie, do których najbliższe mi osoby nie powinny zaglądać, wiedzieć o nich nie powinny nawet. I nie ma w tym nieszczerości, tylko potrzeba zupełnej spowiedzi, kompletnego negliżu mojej pooranej szaleństwem duszy chorej i ciemnej...

Kiedyś tak zrobię. Raczej nie tutaj, ale zrobię!

Miałam dziś zajęcia z Aurelą - nic ciekawego. Przegadała, przegadała i tyle. Jedyny plus - nie każe nam odrabiać zajęć, które nie odbyły się z powodu jej choroby - i dobrze, bo kolejny czwartek na 8 rano to przegięcie, niemożliwe do zrealizowania, dla mnie, śpiocha cierpiącego na lenia.

Właściwie tyle na teraz - bolą mnie plecy i reszta ciała, więc poleżę trochę na łóżku :) Później ugotuję obiad mojej Gromadce Kochanej (Aga i On) :* :* :*

poniedziałek, 7 grudnia 2009

***

Nim cokolwiek się zmieni - czas będzie płynął zbyt wolno i zbyt szybko równocześnie.



nim powiem coś o sobie - pomyślę trzy razy, czy muszę.
znów chcę być samodzielna i samowystarczalna.
moje wewnętrzne "ja" znów musi we mnie zamieszkać.



Nie zmieni się tylko miłość i przyjaźń, choć może z nadejściem mroku, jasne światło ich uleci gdzieś, gdzie nie znajdę sobie miejsca, bo nikt dla mnie nie stworzy tej bezpiecznej strefy.


zapominam, że można inaczej, niż tak.

przepraszam...

wtorek, 1 grudnia 2009

Uzupełnienie

Na szybko:

* Aurela odwołała zajęcia, ja pocałowałam klamkę, a na drzwiach wisi (myślę, że nadal) żółta kartka, że wolność grup 2 i 4 od 13.15 do 14. 45.

* po raz drugi obejrzałam świetną bajkę - Up, po polskiemu Odlot. I znów polecam. Kurcze, pierwsza bajka naprawdę dla dzieci, nienaszpikowana podtekstami ze świata dorosłych. Kolorowa, świetnie zrobiona. Nie razi kwadratowa animacja :) Zupełnie inna od np. shrekowej. Mądrze wyważona fabuła, pokazanie emocji, smutku, łamanie barier... Opowieść ciepła, pogodna, nastrajająca. No i chyba spodoba się Wam, starym wyjadaczom :) (Bo ci, co płynnie czytają i piszą, to już dziadkowie).

* a teraz mykam na wykład o kulturze :) ale mi się nie chce...



No i jeden mały smut, głupiutki, z pewnej nic nie znaczącej przyczyny. Taki, który istnieje w świadomości, a nie uczuciach - czyli smut niegroźny.


Ogólnie: FAJNY DZIEŃ!

Porannie

Jest rano, a ja zdążyłam wrócić z jednych zajęć. Nie idę na wykłady, bo muszę lekko wystopować... Znów odbija się na pracy mojego organizmu brak snu. Ale taki mój urok. I jeszcze ta dieta... mająca jeden dzień... Jakoś mi nie idzie... Ale jeszcze nie podjadłam nic ukradkiem. Choć dziś zakołowało mi w głowie i przed oczyma.

Czas na trochę sprawozdań.

Jestem perfidna. Stwierdziłam, że łatwiej będzie oswoić Elkę z moją osobą, niż tylko majaczyć w jej myślach jako majestatyczna dziewczyna Jego, zbyt wiele abstrakcji się w tym kryło. Jako, iż wiem, że panna z MISzu lubi towarzystwo, to zaprosiłyśmy ją na herbatkę. A potem wywiązała się bitwa na poduszki. Takie to nasze akademickie rozrywki. Ale swojego pilnować będę, tzn. nie dam okazji do słodkiego sam-na-sam z Nim. Możecie uznać, że to głupie, ale cóż... Lepiej zapobiegać, niż leczyć - prawda dohtory?

Ooo, a jeszcze muszę napisać o pewnej niespodziance :) Jak zwykle w poniedziałek, podróż na Ogrody z Fredry o 7. 20... A tam, między ludźmi chodziły PIKUSIE, takie misie, co w nich człowiek jakiś siedzi, ale i tak widać tylko plusz, plusz, plusz... No więc Pikusie, żółte, z pięknymi, dużymi oczętami namawiały do uśmiechania się i obdarzały wesołym tuli-tuli. Wytulone my, Aga i ja, jakoś raźniej podążałyśmy w stronę wydziału. I nawet fakt, że jechałam na marne, bo psychologii nie było - nie mącił mi dnia tym, że mogłam sobie dłużej pospać... :) Oby takich Pikusiów więcej chodziło i częściej.

A ja? No cóż... Bez owijania w bawełnę: znów mam mój pancerz, czyli ułudę dla świata otaczającego, że jest Ok, choć nie jest. Mam więcej siły, żeby budować złudzenie, że dobrze mi ze mną i z resztą ludziów.
Choć każda mała, ledwie drgająca oznaka ataku w moją stronę, kończy się moją obronę - atakiem. Aga mówi, że czepiam się szczegółów.



Miłego dnia. Czytacze :)



Ps. Żaba ma 5 szczeniaków - ktoś chce? Czarne i rude, wyrosną na psy średnich rozmiarów :) I mają fantastyczne uszka :)

Ps.2. O 13 idę na błogosławioną Aurelę od socjologów - obiecuję Wam smakowite kąski jej mądrości :P

niedziela, 29 listopada 2009

Niedziela

Moja niedziela. Chciałabym nawet nie myśleć.

Panna z Miszu (poprawnie MISH, ale ona na poprawność zupełnie nie zasługuje...) znów w akcji - jej żywioł to zagadywanie Go, gdy tylko wyjdzie poza próg 418. Śmiech Elżuni wbija się głuchym, a może pustym echem w ściany mojego pokoiku nawet wtedy, gdy ona znajduje się na zupełnie innym korytarzu. Co kto lubi. Ale co niby mam z tym zrobić? Jego wola. Odwrócony plecami do ściany - leży i żuje moje niezadowolenie - zupełnie dla Niego niezrozumiałe. On też nie jest w nalepszym nastroju. Zamiast się uczyć, czytać, rozwijać - siedzi tutaj, ze mną, odczuwając na własnej skórze moje wycofanie. Zwalamy wzajemnie na siebie winę. A z zewnątrz wszystko wygląda normalnie, wzorcowo. Mam sobie iść? - pyta - NIE!!! Zostań. Tutaj.

Chciałabym się cieszyć, ale chyba ktoś mi przypomniał, że ja tego zupełnie nie potrafię.


łzy które spływają po policzkach
smak słony mają nie gorzki
a ja
w tym jestem
tym żyję



Tak bardzo brakuje mi choćby małego zaplecza... Jakiegoś składziku z dobrą siłą... Wszystko wydaje się zbyt przygaszone, niechciane.

Wczoraj obejrzeliśmy Inland Empire... Polecam - ale tylko tym, którzy naprawdę lubują się w sztuce Lyncha... Gratka nie lada... Choć uprzedzam - seans zacznijcie wczesną porą, bo nocą możecie nie dać rady - taki to natłok wątków i motywów w trzygodzinnym obrazie.

Tyle na teraz.

sobota, 28 listopada 2009

Otchłań

Poczucie wewnętrznego wypalenia towarzyszy mi od tygodnia. Poczucie odrzucenia od kilku dni. A przeczucie złego - od kilku godzin.

Nie pisałam nic od kilku dni, bo to, co we mnie teraz siedzi jest smutne i ciemne. Chciałam więc zaoszczędzić Wam szczegółów mojego Weltschmerz. Dziś jednak uznałam, że czas się wypisać, że za dużo we mnie żółci i goryczy.

Niby wszystko jest normalnie. Niby rozmawiam z ludźmi, chodzę na zajęcia, sprzątam pokój, odchorowuję grypsko. Niby.
A jednak. Najpierw odwraca się ode mnie jedna osoba, potem kolejne. A ja zdaję sobie z tego sprawę z opóźnieniem. Nie umiem zareagować rozsądnie. Przesadne miotanie się między JA a ONI.
I ta wątpliwość: jestem dobrym człowiekiem?
Nie wiem. Tyle we mnie złego... Tyle niechcianego...

Zdałam sobie sprawę, że gdy byłam zupełnie sama - odrzucenie nie bolało, teraz zaś cholernie boli. Zapędziłam się.
Od jakiegoś czasu nieustannie postępuję agresywnie w stosunku do wszystkich. Najmniejszy szczegół staje się zaczątkiem lawiny: awantur, oskarżeń, epitetów, a w krańcowej fazie - płaczu przeszywającego.
Nie wiem, co się ze mną dzieje.
Ranie wszystkich.
Jego.
Agę.

Powinnam szaleć z radości, bo wreszcie mamy z Nim pokój na weekend dla siebie... Zamiast tego - wczoraj wyrzuciłam Go na parę godzin, żeby sobie pobeczeć nad moim biednym losem... Wieczór upłynął w atmosferze niezłej, ale jednak. A dzisiaj? Siedzę smutna. Siedzę obrażona na siebie. On nie wie, co robić. Właściwie, to powiedziałabym: jedź do siebie... Ale nie mogę, bo się obrazi, poczuje wyrzucony itd. Tak się nie robi. Czuję się podle. Psuję mu weekend. Marnuję Jego czas.

Tak. Użalam się nad sobą. Nie wiem, co jest ze mną nie tak. Ludzie średnio widzą, że mi źle - zbyt dużo jest agresji w moim zachowaniu: mówię głośno, pokazuję, gestykuluję, określam dosadnie. Trudno się dopatrzyć czegoś przygnębiającego pod tą osłoną.

Jestem straszna. Egoistyczna i wredna do granic możliwości. Nikt tak naprawdę mnie nie lubi. Nikt mnie nie zna. Są rzeczy, których nie zdradza się nikomu - to one decydują o tym, jakim się jest, co się robi i do czego się dąży. A ja? Nie przekonałam się do ludzi. Dlatego oni nie garną się do mnie. Nie ma zagadywania zbędnego na korytarzu: cześć - cześć, i tyle. Skończyły się odwiedziny, herbatki. Wiem, że to przez moje wyłączenie się z rywalizacji o nich. Nie zaczynam zawodów, gdy wiem z góry, że przegram. Są ludzie, którzy niczym hipnozą przyciągają ludzi, ich uwagę. Ja taka nie jestem.

Kiedyś byłabym z tego dumna. Że sama, samodzielna, samowystarczalna. Dziś jest inaczej: opuszczona, żałosna, niepotrzebna.

Bez szansy na zmianę i bez nadziei na lepszy czas. Na poczekalni.

A teraz? On wziął do ręki Szewców i czyta. A mnie? Roznosi, że zamiast książki, mógłby COŚ zrobić!!! Coś powiedzieć!!! Jakoś pomóc!!!

Sprowadzona do roli: zrób obiad kobieto - już po obiedzie nie nadaję się do niczego.
Jest mi źle ze sobą.
Mam wrażenie, że za moment nie będę nawet potrafiła się uśmiechnąć. A na udawanie nie mam ochoty.

Miało być pogodnie i słonecznie; mieliśmy rozleniwieni obejmować się ze śmiechem, rozmawiać o tylu ważnych sprawach, potem pójść na spacer, może na jakieś winko.

A przecież wszystko jest nie tak. Nie smakuje mi herbata. Obiad był niedobry. Łóżko jest źle pościelone. Podłoga znów zapruszona. Muzyka za głośna albo za cicha. On zbyt zdystansowany. Ja oderwana od tego, co tu i teraz. Nie ma gwaru, śmiechu, radości. Zgorzkniała atmosfera gnijącego powietrza. Jakoś tak szaro i nijak. A w samym środku w centrum ja i moje niezadowolenie. A tuż obok Jego rozczarowanie. Nie da się tego znieść.
Dobrze, że czasem ktoś tutaj zagląda.
Dlaczego On czegoś nie zaproponuje, nie postanowi? Wszystko ma być wg. grafiku. Nie ma być niepotrzebnego wykorzystywania czasu. Róbmy, co musimy robić. Tak będzie lepiej.

Nie chcę książek, filmu, mądrych dysput! Nie chcę ideologii, światopoglądów, gustów!
Chcę jakiegoś uniesienia, uczuć, chcę czuć, rozkruszyć twardą formę kokonu odrętwienia, w którym siedzę, który już mnie dusi.

Wytrąciło mnie z równowagi. Nie jestem tylko pewna co. Czuję presję i zagrożenie. Nie umiem stwierdzić, z której strony ono uderzy, gdzie jest.

niedziela, 22 listopada 2009

Akademik wieczorową porą.

Gdyby w pociągu był mniejszy ścisk - mielibyście przed oczyma posta z drogi do Poznania. Był by to post długi, nastrojony radośnie i pozytywnie, pełen wieści mniejszych i większych.
Ale piszę już stąd. A wedle zasady - im bardziej chcesz, tym mniej masz - ten wpis daleki będzie od pierwotnego zamysłu. Obiecuję jednak - postaram się nie smęcić!

Zacznę więc niepozorną historyjką: moi rodzice, którzy sami nadali sobie pseudonimy: Pączuś (Mama) i Balonik (Tata) prowadzili w mojej obecności niesamowitą rozmowę. Balonik opowiadał historię uwodzenia Pączusia i tego, jak trudno mu zrozumieć, jak można lubić cukierki Irysy. Natomiast Pączuś wspominał, że w czasie ich młodzieńczej fascynacji Balonik bardziej przypominał chuderlawego Herbatnika Czekoladowego - tak murzyńsko chodził opalony (nie jest to sformułowanie o zabarwieniu rasistowskim, a jedynie opis koloru skóry Taty). Miło, kiedy małżeństwo ze stażem, ogromnym bagażem doświadczeń lepszych i gorszych, takie dialogi prowadzi, żeby latorośl widziała, że można być ze sobą całe życie, a nie tylko do czasu rozwodu...

Kwestia kolejna - Jovan, który, jako że jest jednym z moich najlepszych przyjaciół, na blogiu pojawia się regularnie, znów szczeka Wam z ekranu. Ma teraz dobry czas, nie bolą go stawy, nie ma rzęrzeń w płucach, zwiększył mu się apetyt i sierść nabrała ładnego blasku. Bawi się chętnie, dużo biega i zawsze z tym samym entuzjazmem czeka na aportowanie. Tak dobrze było kłaść się spać, gsy na kocu, tuż przy ramieniu układał się Jovek. Jeszcze chwilę drapałam go po główce i grzbiecie. I zasypialiśmy. Dodać muszę, że Juv chrapie bardzo. I czasem mnie budzi. Ale za nic nie oddałabym nocy, gdy mam przy sobie psa obronnego... I sen jest taki spokojny i błogi.


Natomiast Żaba - chyba właśnie się szczeni... Czekam na wieści. :D


Poza tym - wreszcie zapisałam kalendarz danymi: kto kiedy ma urodziny i imieniny? Żeby nie popełnić gafy, że znów nie pamiętałam... Głupio było, gdy mama musiała podać mi konkretną datę swoich urodzin, bo na jej pytanie: "nie pamiętasz?" - musiałam powiedzieć prawdę - znam rok i miesiąc, ale nie dzień... Tak jest z całą resztą mojej licznej rodziny: rodziny i znajomych.

Tyle na teraz. O wyciu do księżyca nie napiszę za dużo - bo się o tym naczytaliście, że pewnie Wam bokami wychodzi... A i ja chyba już nie chcę się rozpisywać, że jeden, którego kocham leży w drewnianej skrzynce, a drugi właściwie nie wie, co ze mną robi i po co.

Śpijcie spokojnie. Mam nadzieję, że jutro będziemy mieli dobry dzień.
Dobranocka :)

czwartek, 19 listopada 2009

Część II.

Mam połączenie. Znów. Wreszcie. Uff. Więc - zabieram się do dzieła. :)

Miałam dziś kilka przygód: Żabol schował się w samochodzie, a potem przez pół dnia prowadziłam szeroko zakrojone poszukiwania - bo nie wpadłabym na to, że pies do garażu czmychnie i się zaszyje na tylnym siedzeniu taty samochodu ; Jovan zjadł dziś chyba całą tabliczkę czekolady, bo mi takowa z biurka zaginęła; i było szczepienie prosiaczków :)
To co robiłam sama? Poczytałam ukochanego Dumasa. Obejrzałam film z Antoniem B., a potem taką bajkę o smoku/ koniu wodnym. Byłam na długim spacerze w lesie. I jeszcze objadłam się chrupkami kukurydzianymi.
Moje gusta filmowe zdecydowanie do wybitnych nie należą, ale jestem wybredna. Jeśli jednak widzę, że ekran wypełnia Antonio - oglądam uparcie i zawzięcie, nawet przy kiepskiej fabule itd. Dzisiejszy film - nic specjalnego - przykuł moją uwagę jedną refleksją: dlaczego kościół= wiara katolicka? The Body - opowieść o szczątkach z 32 roku, to kontynuacja Dan Brownowego bumu w kwestii: Watykan knuje...

Przypomniało mi się właśnie, że miałam zamieścić specjalną rubrykę pod jakże tajemniczym tytułem: Błogosławiona Aurela od socjologów. Zapomniałam. Muszę zrobić taką zakładkę czy coś, bo specjalne miejsce należy się wyjątkowym mądrościom głoszonym przez panią doktor (Oa może jeszcze magister) zajmującą się socjologią rodziny... Bo gdzież zamieścić słowa:
* cóż to za fetor wydobywa się z twojej pieluszki mój pięciomiesięczny synu?
lub:
* kobiecie zawsze jest źle, zwłaszcza na górze!
i:
* mężczyzna to brutal, kobieta - zwykła idiotka.
Szanowna pani prowadząca budzi respekt w nas, adeptach nauk społecznych - nic tak nie poszerza naszych horyzontów...

Część I.

Poczułam nagłą i nieodpartą potrzebę przyjazdu do domu, do rodziców, moich psin kochanych i tego wszystkiego, co mówi mi, że stąd właśnie jestem. Rzuciłam więc wszystko, spakowałam w pośpiechu walizkę i wyruszyłam. Miła niespodzianka na dzień dobry - ze stacji odebrali mnie mama i tata, co zdarza się bardzo rzadko, albo i rzadziej... Mały jest jeszcze w szkole - dobrze, że nie wagaruje jak starsza siostra ;)

Jadąc pociągiem patrzyłam jak szybko zmienia się krajobraz. Dwa tygodnie wcześnie było bardziej zielono, liście jeszcze się trzymały gałęzi, a ludzie nie chodzi opatuleni wszystkim, czym się da. Dziwny widok - w pociągu jechała dziewczyna, owinięta kocem w czerwone róże. Tak jej było zimno... Rude loki, spływające niepokornie na ramiona i koc właśnie, nadawały jej niesamowicie tajemniczy wyraz... A oczy miała takie rozświetlone... Nie muszę chyba dodawać, że towarzyszył jej młodzian wysoki i przystojny, z tym czymś w spojrzeniu.
Dobrze mi się na nich zerkało ukradkiem. Przypomnieli mi pewną parę sprzed dwóch lat... Jego i mnie... Choć ja niestety nie wyglądałam tak magicznie... Aż dech zapiera. To już dwa lata... Oby było więcej takich wspólnie wykochanych lat... Mam poczucie, że moje serce należy do Tego, do Którego należeć powinno.




Ale przecież nie samą miłością żyje człowiek :)
(Ale o tym w następnej części, bo łapię każdy najkrócej funkcjonujący zasięg.)

środa, 18 listopada 2009

Post pisany na szybko...

Jestem w domu - a tu nie ma zasięgu... Ehhh.

Post będzie kwitł, ale w wersjach roboczych - bo wątpię w możliwości połączenia tutaj.

wtorek, 17 listopada 2009

Leżę w łóżku. Ból brzucha po lewej stronie nasila się - jutro pójdę do lekarza, bo mi to życie utrudnia od tygodnia. Gdyby nie to, że mi wyrostek usunięto, i że wyrostek zwyczajowo po prawej stronie sobie tkwi - stawiałabym, że to to... A tak - nie wiem. Coś z tym trzeba zrobić.

Obiecuję jutro dłuuugiego i wyczerpującegoooo posta napisać. :)
A teraz zmykam.

środa, 11 listopada 2009

Św. Marcin, czyli jak zapomnieć o imieninach ulicy...

Wstaliśmy rano po wielkich perturbacjach. Wieczór miał być spokojny i krótki, a później miał być zasłużony sen... A była impreza. I to całkiem udana. Zamknięta i elitarna, rzec by można.

Byliśmy w pokoju, w Mięsnej, w Al Mirage i w pokoju. Dla mnie zabawa zacząła się po tym, jak poszła Turczynka, a przyszedł Saba. Saba to Irańczyk, i może...? ;)
Oczko puściłam Adze.
A, i mój Mężczyzna ze mną... tańczył ;) Hihi... dawno takiej nocy nie mieliśmy.

Rano odwiedziła Agnieszkę, czyli nas też, Marlena. Znów pojawił się temat jej ślubu - dopingowanie młodych idzie nam nieźle, ale rzeczywistość zdaje się odrobinę inaczej torować całość przedmałżeńskiego bycia Marleny i Dawida... W szczegóły wdawać się nie będę ;)

A dzisiaj byliśmy w palmiarni całą rodziną, czyli Aga, Sław i ja. Ryby, gady, ptaki... Małp mi tylko brakowało i bananowców. Ale było warto: kolorowo, ciepło, zimno, niezbyt tłoczno, egzotycznie i ZIELONO bardzo. Liany, liście, kaktusy... Aż chciałoby się ruszyć do dżungli, ale raczej na urlop, niż na stałe. Wystawa owadów zrobiła na nas ogromne wrażenie - zwłaszcza chrząszcze i motyle. No i ja pierwszy raz widziałam płaszczkę "na żywo". ;)

Tyle na teraz, włączę sobie Dextera.
A pannę z MISZu - ZLIKWIDOWAĆ!!!

CIERPLIWA JEST W CHOLERĘ I TWARDA.
NIE DA SIĘ.

NIECH SPIERDALA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!111

wtorek, 10 listopada 2009

"klamka zapadła"

Miałam dziś dość intensywny dzień. Mam zamiar sporo wydarzeń opisać, przytoczyć pewne anegdotki. Teraz właśnie, gdy Jolka gada po angielsku z jakąś Turczynką, a Aga włącza się do dyskusji z zaangażowaniem, a ja znów schowana na moim łóżku, za plecami. W przyrodzie nic się za bardzo nie zmienia... Jakoś tak. Ale teraz mam to gdzieś. Ożywię się, gdy On wróci z winami.

Są tacy wykładowcy, którzy zawsze będę robili na studentach wrażenie. Tytani swojego fachu. Specjaliści i czarodzieje. Elita starszych - wbrew pozorom ich wieku, to na ich wykłady chodzi się najchętniej, najczęściej. Profesor W., choć zajmuje się czymś czego nie trawię - językoznawstwem - zawsze przykuwa moją uwagę. A to rzuci jakąś ciekawostkę o hindi, a to policzy języki świata jakoś tak, że chętnie się tego słucha. Profesor P. od historii kultury to kobieta-anioł, człowiek z sercem na dłoni i mówi o rzeczach, o których nie słyszałam wcześniej, lub się nad nimi nie zastanawiałam. Chwała jej za to.

Za to na socjologii miałam dzisiaj przykład bezmyślności pani doktorrr. Właściwie to ja wypunktuję największe hity jej wykładu:

* powinnościami matki są: nakarmić dziecko, przewinąć i uśpić;

* koło miłośników kotów persów działa;

* przesadyzm (czy takie słowo istnieje?) ludzki;

* wcześniej nie było roli pilota statku kosmicznego tak, jak teraz, bo teraz taka rola jest.

Usprawiedliwić muszę niewielką ilość przykładów, ale przysnęłam na tych zajęciach... Obudziła mnie chwila, w której pani doktor oznajmiała, że to już koniec ćwiczeń z socjologii rodziny... Ulga...

A wieczór? Poniekąd mój - byliśmy w kawiarni z Nim. Piękne miejsce, bardzo klimatyczne, specyficznie urządzone, jasne i ciepłe. Aura jesiennych świateł, liści, i relaksu, i On.
Tyle, że siedzieliśmy naprzeciw siebie, wpatrzeni, ale ani On, ani ja, nie mówiliśmy nic... Cisza i milczenie... Tak, bo On przecież mi nie ma nic do powiedzenia... Przez te 2 lata powiedział wszystko, co powiedzieć chciał... Teraz już nie musi... Teraz woli rozmawiać z wszystkimi innymi.
Jest mi z tym źle i nijak.
Ale wieczór uważam za udany. Spokojny i cichy. Bez poczucia chaotycznego wycieńczenia miejsc.

Reszta wieczoru? Już usprawiedliwiłam swoją duchową nieobecność tym, iż piszę bardzo istotnego posta, którego chcę zamieścić jeszcze z dzisiejszą datą. Nikt już na mnie nie spogląda, nie pyta. On siedzi za daleko, by się przytulić. Ale co tam - niech każdy ma coś z tego wieczoru. Prawda?

Kazik biega już w kołowrotku chętnie i często. Nawet nie specjalnie hałasuje. Urósł i przytył. Więc zrzuca zbędne kilogramy ;) Bawi mnie jego nieporadność, gdy coś się zmienia w jego domku, gdy coś mu przestawimy, coś przesuniemy. Tak bezradnie ześlizguje się z biurka. Ale chyba lubi być spadochroniarzem. Kiedy jest czas jego aktywności - wdrapuje się na wszystko, co wyżej, a potem zeskakuje. Ta, a mi ciągle przypomina lotopałankę... Też mi skojarzenie.

Właściwie, to chyba mi się wątki wyczerpały. Za bardzo chce mi się spać, żeby pociągnąć coś więcej. A jeszcze jedno wino nie poszło.... A rano pobudka... Ehhhhhh ;/



A to moja jesień z II roku studiów... Tak mi się przypomniało. Najpiękniejszy czas mojego życia studenckiego... Wtedy się zakochałam, wtedy nie miałam żadnych problemów, wtedy świat leżał u moich stóp... Wszystko się zmieniło... Ale jest mi prawie dobrze. ;) Kończę więc pozytywnie ;)

Kolorowych snów!!!

poniedziałek, 9 listopada 2009

Poprzednia notka zostaje. Chciałam ją usunąć, ale niech jest, ku przestrodze choćby.

Moje wczorajsze myśli wciąż tańczą okrutne tango w mojej głowie.

Przeprosiłam Agę za wczorajszy rykoszet... Ma rację. Jak dziecko - milknę obrażona, gdy coś dzieje się inaczej, niż bym chciała.

Milknę - bo nie umiem mówić. Nawet, gdy nie jestem wzburzona mam z tym problem. A gdy jestem, to dla dobra tak siebie, jak i tych, na których mi zależy - zaplątuję język w supeł. Tak jest lepiej. Gdy zaczynam mówić, tracę osoby z którymi miałam dobry kontakt. I nie dlatego, że używam oszczerstw czy innych nieuczciwych argumentów. Po prostu nie umiem zbliżyć się ponownie do kogoś, kto postawił mnie w takiej sytuacji...

(Tak było z Ewą...).

Co do Niego - nie widzi, że coś jest nie tak. Kiepski z Niego obserwator, albo ze mnie kiepska Jego dziewczyna.

Tyle na teraz. Idę na ćwiczenia z podstaw socjologii. O ironio, temat na dziś: interakcje... Nie jestem dobra w te klocki...

niedziela, 8 listopada 2009

śmiech za drzwiami, pustka ścian.

Wyszperane w sieci :)

za drzwiami impreza. jest głośno, śmieją się i gadają.
nie, nie mam do nikogo pretensji. znów to był mój wybór, że siedzę zupełnie sama w pokoju.
chciałabym, żeby mnie ktoś wywiózł na koniec świata, a najlepiej na bezludną wyspę.
nie nadaję się do życia między ludźmi. ta cała zabawowa otoczka na mnie nie działa, albo raczej działa - drażni mnie niczym czerwona płachta byka.

przeczytałam Kartotekę Różewicza, za Rozrzuconą kartotekę się nie zabieram - nie mam teraz do niej cierpliwości.

w domu? atmosfera ponurego oczekiwania: Młody wyleci ze szkoły albo nie wyleci. problemy wychowawcze...

w głowie myśl: nigdy nikomu nie wystarczę do końca, nigdy nie będę wszystkim.
dlaczego więc dla mnie to takie proste: oddaję całą siebie i całą swoją uwagę...


Wyszperane w sieci...

chciałabym, żeby W. wrócił. dla Niego byłam wszystkim. i nie musiałam tego udowadniać, ani Jemu, ani sobie.

poszłam po fajki, piwo stoi w lodówce. On ma to, czego potrzebuje, ja jestem mu zbędna. przeszkadzam. zawadzam. jestem 15 kołem u wozu. gratem, zakałą, śmieciem. zawsze tak samo beznadziejna. zawsze tak samo do niczego. zawsze tak samo głupia i pusta. zawsze taka nie-Jego. zawsze niczyja. zawsze. zła i niewdzięczna. wystarczyło, że zamknęłam się w pokoju - a korytarz wypełnił się ludźmi.

Aga pewnie jest zła. pewnie ma rację. impulsywnie - nie jestem noworodkiem, nie potrzebuję nieustannej opieki i troski. czasem może zrobić sobie ode mnie wolne. przepraszam.

... ***...

czarno, słono, mokro, źle

nienawidzę...

czasem jestem bezsilna. czasem zła. teraz... inaczej.

nie ma szans, że to zmienię. chcę świętego spokoju. czy to się musi dziać, kiedy ja tu jestem w pokoju, w akademiku, w Poznaniu, w życiu? czy to musi mnie dusić i tłamsić? chcę do domu.

nienawidzę ułudy, że może być inaczej. prób wyjścia do ludzi i z ludźmi. udawania, że umiem się dobrze bawić, że wcale nie jestem inna. i tej naiwnej wiary, że coś się zmieni też nie znoszę. jestem osobnikiem, jednostką, komórką, liczba pojedyncza. tak to już zostanie.

gdybym mogła cofnąć czas - nigdy nie wpuściłabym nikogo do środka mnie. nigdy i nikogo. od początku do końca. kocham Was - ale lepiej dla wszystkich by było, gdybyśmy się nie spotkali. nie poznali.

sobie? nie życzę 100 lat.

kupiłam Tacie kwiaty na urodziny. tak bardzo Go kocham.


Wyszperane w sieci

ostatnim czego chciałam od dna dzisiejszo/ wczorajszego jest to.

piątek, 6 listopada 2009

Wstałam po perturbacjach. Nie poszłam do pracy. Nie przeczytałam nic wartościowego. Jakoś tak. Jedynym osiągnięciem wczorajszego wieczoru było przymuszenie się do obejrzenia pierwszej serii Dextera. Jakimś cudem dałam radę przetrwać fabuły, wątki, zamysł twórczy i kiepsko grę aktorów. Czego się nie robi z nudy... I czego się nie robi po to, by już nie męczyć Kazika nauką chodzenia w kołowrotku... Biedny zwierz, nadmiar miłości szkodzi...

Cała reszta sprawozdania, kiedy zwalczę rozdrażnienie buzujące między moją głową a stopami...

Kurcze, żałuję, że nie wybyłam wczoraj do domu. Nie byłoby niespodzianek. Żadnych.

Ps. Czy ja już pisałam, że nie lubię niespodzianek?

poniedziałek, 2 listopada 2009

Aga śpi. On był z krótką wizytą, ale i tak mnie wytulił :) Kazik ma wreszcie klatkę, która wygląda jak prawdziwy dom chomika - dzięki Aniu :) :) :) A ja wierzę, że jutro nie będzie wejściówki z procesów ludnościowych :)

Chyba naprawdę jestem zmęczona. A zajęcia na 8... Jedne ćwiczenia, a potem tylko 5 wykładów... Chyba się walnę na glebę... Kiedy ja się wyśpię????????

Ps. Czasem milczę, bo brak mi słów... bo nie mam siły poruszać się w skomplikowanej sieci międzyludzkiej. Tak już mam. Nic na siłę, a przynajmniej nie wtedy, gdy ja tej siły nie mam. Przepraszam.

A na dobranoc - La bella vite! (Czy jakoś tak).

niedziela, 1 listopada 2009

Wieczór...

Samotny wieczór, pełen myśli i myśli, tych prostszych, przyziemnych i tych bardziej wyrafinowanych, oderwanych od dnia codziennego. Jakoś tak mi.

Nie lubię pierwszych dni listopada, gdy wszyscy nawiedzają cmentarze i ustawiają rzędy zniczy. Ułuda oddania, trzyminutowa refleksja nad śmiercią. Cmentarze zasłane kobiercami z liści nagle tętnią życiem, jak Londyn w Boże Narodzenie. Groby przestają być anonimowe, a dorośli i dzieci spoglądający na tablice zdają się kusić zmarłych rozmową i kolorami czapek lub szali.
A we mnie coś krzyczy: gdzie miejsce na modlitwę, gdzie pokorna cisza?
Nikt nie słucha mszy, nikt nie słucha wypominków, tylko ksiądz trzęsący się z zimna klepie od lat znane mu formułki.

W tym roku zupełnie nie ciągnie mnie na cmentarz. Nie chcę stać nad grobami znanymi i nieznanymi.
Skoro nie mogę nawet wyszeptać kilku słów Wojtaszkowi. Nie zapalę Mu lampki. Nie zmówię modlitwy. Nie przyklęknę i nie dotknę chropowatej płyty Jego nagrobka. Nie powiem, czego żałuję, czego chcę, na co czekam i tego, jak mi Go brakuje.
Pamiętam, że gdy pierwszy raz stałam nad Jego grobem, był tylko usypany z piasku i założony kwiatami, pewnie łącznie nie dostałby tylu przez wszystkie swoje urodziny, imieniny i z okazji ślubu. Potem przychodziłam do Niego codziennie, patrzyłam jak kwiaty gniły, schły, jak górka piasku się obniżyła. Aż pojawiła się płyta z wygrawerowanym napisem i tymi kilkoma słowami, o które prosił.
A ja nadal nie zgadzałam się z tabliczką, tablicą i wszystkimi innymi szczegółami. Myślałam chyba, że z piasku łatwiej będzie Mu wyjść. Spod płyty nie wyjdzie. A ja chyba nie chcę więcej stać i czekać.
A jednak w tym roku powinnam być z Nim. Tęsknię bardziej niż wcześniej. Bardziej Go potrzebuję, częściej przywołuję w snach. I gdybym miała jak - pojechałabym na cmentarz.

Nie próbuję już sobie wyobrażać tego, że się spotkamy. Że coś zostało z naszej miłości, choć zostało całkiem sporo. I nie chcę wiedzieć czy On i On polubiliby się, czy znaleźliby wspólne tematy. Czy obaj wybaczyliby mi, że żaden z nich nigdy nie będzie miał mnie w zupełności dla siebie. W końcu to napisałam. Kocham Ich obu. I zawsze tak będzie. W Boże Narodzenia, Wielkanoce, Święta Zaduszne. Obu.

I nuci mi się w głowie ta jedna piosenka...:

Edyta Geppert, Jaka róża taki cierń

Była zła, gdy zatrzasnął drzwi
W środku płacz, w oczach suche łzy
Pomyślała, no tak
Znów ten schemat się pcha
Oto był ten ich słynny ląd
Dwa na trzy, wynajęty kąt
Może śmiesznie to brzmi
Lecz w tej chwili nie miała już nic
Trzy tuziny złych lat
To, co bolało znikło już
Mimo to ból

Jaki ranek, taki dzień - nie dziwi nic
Jaka woda, taki brzeg - nie dziwi nic
Jaka pościel, takie sny - nie dziwi nic
Nawet to co jest

Jakie serce, taki lęk - nie dziwi nic
Jaka słabość, taki grzech - nie dziwi nic
Jaka kieszeń, taki gest - nie dziwi nic
Nawet to co jest

Jaka róża, taki cierń - nie dziwi nic
Jaka zdrada, taki gniew - nie dziwi nic
Jaki kamień, taki cios - nie dziwi nic
Jakie życie, taka śmierć

Różo, różo, nasz jest świat
Zostaniemy wciąż młode
Noc wiruje wokół nas
Spójrz, uśpiłam już trwogę
Miłość durna, miłość zła
Nie ma władzy nade mną
Włosy me pochwycił wiatr
Dziesięć pięter i ciemność

Jakie życie, taka śmierć - nie dziwi nic
Jaka zdrada, taki gniew - nie dziwi nic
Jaki kamień, taki cios - nie dziwi nic
Nawet to co jest, co wyrywa z nas
Cały zapas słów
Cały spokój serc

Jakie życie, taka śmierć - nie dziwi nic
Jaka zdrada, taki gniew - nie dziwi nic
Jaki kamień, taki cios - nie dziwi nic
Nawet to co jest...



Nie myślcie, że żyję tylko na biegunach: On - On. W moim zwyczajnym życiu wreszcie stabilizuje się wszystko. Egzaminy być albo nie być na filologii polskiej zaliczone, czas poważnie zabrać się za magisterkę. O tym, ile się najadłam strachu przed wejściem do gabinetów doktorów naszych nawiedzonych, pisać nie będę. Ale już mam to za sobą. Nie straszny mi Sinkiewicz, Orzeszkowa i paru innych Prusów. Nie przeraża mnie słowotwórstwo, składnia ni inne pluralia tantum. Nic. I czekam na resztę wrażeń, jakie zaserwuje mi Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej UAM.

Wreszcie pobyłam trochę w domu. Mamy nowego kotka, właściwie kotkę, bieluśka jak mleko, z siwym ogonem i jednym uchem. Znalazła się dzisiaj. I z miejsca urzekła tatę. Czyli zostaje.

Reszta jutro. Aga wróciła. Czas spać, na 7 trzeba do pracy wstać.
Dobranoccccccccccccccccccc

czwartek, 29 października 2009

wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

ostatnia rzecz za mną... jestem bogiem :) boginią, znaczy się...


następna rzecz, jak otrzeźwieję ze szczęścia... :D

wtorek, 27 października 2009

Skromnie...

Zdałam wreszcie poprawkę, i to na 5 ;) Historia literatury polskiej pozytywizmu i Młodej Polski już za mną. Uffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffff. Spaliłam listę lektur. Wykasowałam wszystko, co mogłoby mi o tym przypominać z komputera. Jest git.

Jutro kolejne przeboje uczelniane. Ale mam problem, by się za siebie wziąć. Ehhh.

Odezwę się, kiedy pozamykam te najcięższe drzwi za sobą, do końca, raz na zawsze.

sobota, 24 października 2009

Mam kiepskie przeczucia.
Usiłuję uczyć się, korzystając z tego, że jestem teraz samiusieńka w pokoju ;) Ale Suszek od wczoraj święci swoje urodziny i mam teraz istny koncert pod drzwiami, natchniony poranną dawką Żołądkowej... I leci wszystko: Sokoły, Chryzantemy złociste, Czerwone korale i jakieś cosie, których spersonalizować nie potrafię. Głosy panów charakteryzuję trzydniowa chrypka alkoholowa i jakieś takie wycieńczenie... I nauka jakoś niekoniecznie idzie... A powinna pędzić.

Wreszcie się wyspałam. No tak... On całą noc mnie tulił, albo ja Jego ;) I wczoraj był czarujący, zachwycający, taki jak wtedy, gdy Go poznałam... Studiowanie Mu służy. A teraz siedzi na konferencji Filozofia matematyki i spełnia się w tym całym uczelnianym życiu. I napawa mnie dumą Mężczyzna mój.

Kazik zmienia domki, jak kobiety rękawiczki, a mężczyźni kobiety. Uczy się uciekać. Odbyła się jedna poważna akcja poszukiwawcza, jeden pościg nocny w warunkach niesprzyjających (Aga spała...). Chyba mu się u nas podoba. Chętnie buszuje po pokoju, daje się pieścić, śmiga po łóżku czy podłodze. Staramy się zapewnić mu przestrzeń, dopóki nie dostanie odpowiedniej klatki, co może nastąpić nieprędko. Ulubioną rozrywka Kazika jest chwilowo slalom/ labirynt z pudełka od jajek - biega po nim, wspina się i chowa przed ciekawskimi spojrzeniami naszych gości i nas samych. Dzisiaj, około 2 wpadł na genialny pomysł jak wydostać się ze swojego domku i skakał potem na Małysza z pudełek i innych przeszkód wstawionych ku jego uciesze do prowizorycznego placu zabaw. No cóż - ja byłam sprytniejsza: wszystkie akcesoria umieściłam blisko środka tak, że do każdej ściany miały zbyt daleko. Tym samym ponowna ucieczka okazała się niemożliwą.

Jak chodzi o nastrój: nie jest źle. Wczoraj było dobrze. Dzisiaj też.
Martwi mnie Aga i jej kolejne załamanie. I nie umiem pomóc, choć bym chciała.

Tyle na teraz.
Koncert przeniósł się na drugi koniec korytarza, mogę wracać do nauki.

Paaaaaaaaaaa

środa, 21 października 2009

***


nie śpię



***

wtorek, 20 października 2009

jest noc
a ja jestem wykończona fizycznie
powinnam zasnąć

miałam jakieś 5 lat, gdy zaczęły się problemy ze snem. poznałam czym jest ludzka śmierć. i bałam się. przeszło po około roku. problem z zasypianiem powrócił, gdy chodziłam do 6 klasy, potem dopiero po śmierci W. i teraz.

boję się
jestem przerażona i pewnie dlatego nie zasypiam, jak wszyscy normalni ludzie
4 godziny snu na dobę to za mało
łóżko: ciasne, ogromne, za miękkie, za twarde, niczyje, moje
oczy zamykają się na kilka sekund - a potem znów wracam do rzeczywistości

jak będzie dzisiaj?

Układam, sklejam, łatam - siebie.

Wyszperane w sieci :)


Ten post jest jak mój nastrój... Zmienny.

Pozwalam sobie na to, by czas stanął w miejscu, po czym - karzę mu biec, pędzić. Chcę skondensować wszystko w jeden moment... Czekam z wszystkim do ostatniej chwili - a potem rozciągam czas - niczym gumę... Zaczynam się bać, że nie zawsze tak można, że to dziecinada, że kiedyś czasu naprawdę mi zabraknie, bo przecież wszystko ma swoje granice. Oby te dwa tygodnie wystarczyły do załatwienia tego, co załatwić muszę!

Kiedy On mieszkał w Słupsku nie raz było mi źle. Nie raz przepłakałam noc samotną. Nie raz pragnęłam zesłania na przeklęte miasto wszystkich plag egipskich. Nie raz wreszcie marzyłam o tym, by osławiony On, zamieszkał wreszcie w Poznaniu. Złudne to było.
Łatwiej było pogodzić się z Jego nieobecnością gdy był daleko, gdy wiedziałam, że nie ma siły, by zobaczyć Go wcześniej, by przytulić za moment niecały... Niezapomniane były poranki, gdy On przyjeżdżał - budził mnie kawą, pocałunkami i tym poczuciem: mamy siebie TUTAJ i TERAZ. Czasem przyjeżdżał nocnym pociągiem, gdy ja już powoli zasypiałam - wchodząc do pokoju - przeganiał sen i zmęczenie - zamiast nich: przywoził mi miłość, radość, beztroskę... W Jego uśmiechu, w blasku Jego oczu, w Nim całym - rozpływały się obawy, lęki, smutki... Zbyt rzadko się widywaliśmy. Zbyt rzadko mieliśmy siebie. Rozdzieleni: koniecznością, odległością - spragnieni siebie, wygłodzeni tej naszej małej, wielkiej miłości - w dwa dni, w tydzień oddawliśmy się sobie zupełnie.
Dziś: teoretycznie wszystko jest tak, jak chciałam.
Trudniej mi tylko zasypiać samotnie. Trudniej godzić się z tym, że choć mieszka pół godziny ode mnie - nie widujemy się codziennie, że nadal nie mogę Go dotknąć, usłyszeć, zobaczyć wtedy, gdy tego chcę. Moja tęsknota przechodzi trudną transformację - przeobraża się między przystankami tramwajów, między budynkami uczelni, między dwoma akademikami.
Wiem, czas, by On rozwinął swoje skrzydła. Czas, by miał swój kąt. Taki tylko dla Niego. I pora, bym ja miała takie miejsce. Aga nie pisała się mieszkać z NAMI, tylko ze mną. Trzeba wreszcie postawić w tej kwestii kropkę nad "i".
A ja? Mam teraz rozdarte serce. Rozdarte między Przyjaciółką, a Ukochanym. Między tymi dwoma światami, które przez kilka chwil były światem jednym, harmonijnym, pięknym i ogromnym... Światem, w którym ja miałam dwie najwspanialsze osoby najbliżej, jak można. Pokój emanował ciepłem i poczuciem kompletności. Ale w tej trójce tylko ja czułam się komfortowo. Zarówno Aga, jak i On czasem mieli wrażenie, że są entym kołem u wozu...

Jest dobrze, gdy szaleję z Agą po sklepach, gdy wychodzimy na miasto na drinka. Dzisiaj piłyśmy gorącą czekoladę, wcześniej buszowałyśmy wśród ubrań. Obie zrezygnowałyśmy z wykładów. Obie postanowiłyśmy ponadrabiać zaległości. Potem razem zdecydowałyśmy, że pora, by w pokoju zamieszkał z nami ktoś jeszcze.
Kazik jest chomikiem dżungarskim. Domek ma z pudełka po butach. Jest maleńki (wybrałyśmy najmniejszego z tych, które mieli w sklepie zoologicznym), ale odważny i nie boi się nowego otoczenia. Z chęcią biega po łóżku, naszych rękach, szyjach. Zaadoptował się w nowym domu szybko i chyba bezboleśnie. I jest powodem do ogromnej radości. I wreszcie mamy kim się opiekować, o kogo dbać, kogo pogłaskać za uszkiem.
\
Przem stwierdził, że chomik zajął miejsce mojego Jego. Choć to nieprawda.

Tylko teraz, gdy Aga już odpadła, gdy słodko śpi - ja siedzę na korytarzu, słuchając płaczu i opowieści Turczynki, myśląc o tym, że On jest za daleko, że znów jestem sama. Że nawet Kazik dokazując w swoim domku nie przytuli, nie utuli mnie do snu. Jestem teraz bezbronna i przerażona. Właściwe tylko, przy Nim się nie boję. Spać. Sen jest najgorszy. Ten czas tuż przed, gdy zamykając oczy w głowie rodzą się myśli podsumowujące dzień, niosące plany, coś analizujące - a bilans nie wychodzi pomyślnie. Nagle radość dnia usuwa się pod naporem ciszy i ciemności. I zostaje tylko wewnętrzny niepokój, który koi tylko Jego oddech na karku, Jego szept:" dobranoc Malutka" i lekie głaskanie mnie po włosach, aż wreszcie usnę, spokojna, bezpieczna.

Wyszperane w sieci :)

Usla przyjechała razem z resztą ekipy tureckiego Erasmusa. Jej historia jest smutna, choć prosta. Wyjazd znaczył rozstanie z chłopakiem, z którym była od 3 lat. Rozstanie - bo w Polsce na pewno go z kimś zdradzi. Bo nie będzie mu wierna. Bo nie będzie czekała. I on nie chce być zdradzony.
Jej przeciwieństwem jest Jolka, któa po pobuycie Erasmusowym w Turcji - tryska energią, korzysta stanowi jaskrawy kontakt z dziewczyną wcisniętą do konta, ocierającą łzy.

I chyba pójdę już z tego korytarza. Natłoczyło się tej miłości tutaj.

A w pokoju: ciepło, cicho, tak nocnie. Może więc zasnę? Może więc dzisiaj to mi wystarczy?


Wyszperane w sieci :)

Ps. Za obrazki przepraszam... same do mnie przyszły - z internetuuuuuuuu

czwartek, 15 października 2009

JAK KTOŚ CHCE MI TUTAJ DOPIEPRZYĆ, ŻE JESTEM TAKA DO BANI - PROPONUJĘ TERAZ I OD RAZU.
NIE KRĘPUJCIE SIĘ.
GRUNT TO SZCZEROŚĆ.

środa, 14 października 2009

*** znów ***

znów brzydka pogoda. znów podły humor. znów nic nie jest jak powinno.

jest tak, że kiedy bardzo się na coś liczy, to wiadomo, że to nie wypali i legnie w gruzach jak domek z kart. ale, żeby nie było tak katastroficznie - dzieje się też sporo rzeczy/ spraw/ momentów godnych uwagi w wymiarze entuzjastyczno- pozytywnym.


Wyszperane w sieci :)

socjologia mnie wciąga. ale nie chcę tu wypisywać, jak świetnie się na niej czuję, że to moje powołanie i w ogóle, że wszystkie rozumy już pozjadałam - o nie... ale widzę jakąś szansę dla siebie, jakaś wizja mnie na tym kierunku jest - pewnie to dlatego, że z filologią polską tak bardzo mi nie wyszło i tak bardzo się zawiodłam. no a na socjologii - choć wiedza dość oczywista, znana "skiędyk" - jest jakoś beztrosko i sielankowo, bez tego mądrzenia się i sztuczności pompatycznego zaszczytu studiowania na elitarnym kierunku. chyba, że ja w swojej naiwności nie zauważam tego obnoszenia się z tym, że studiuję To a TO, TU i TU (czego szczerze nie znoszę; i uważam, że jest to objaw zakompleksienia i przerostu ambicji nad jednostką łaknącą wiedzy TEGO a TEGO wydziału/ uczelni itd.).

ale i filologia polska mile mnie zaskakuje. zajęcia z historii literatury mam z kimś, kogo:
* szczerze podziwiam
* naprawdę lubię
* znam z lat wcześniejszych (i wiem, że nie zabije, a wzmocni bezboleśnie ;).
tylko wykłady ze specjalizacji są beznadziejne. albo to ja nie powinnam na niej być. tego wątku nie będę jednak kontynuować.

W nocy znów nie mogłam spać. Chyba mam jakieś problemy z bezsennością - pt. Tureckie imprezy od wieczora do rana. Ale przynajmniej miałam kilka godzin do przemyślenia kilku kwestii mojej codzienności. Powspominałam, kogo powspominać trzeba. I tak sobie myślę, że muszę się wziąć w garść, bo się ostatnio nad sobą rozczulam i rozklejam. Muszę przystopować z emocjami i odczuwaniem, a pozwolić sobie na zafrasowanie mnie światem zewnętrznym.

a przypomniało mi się coś groteskowego - wokół Niego kręci się ostatnio jakaś panienka z MISZu i wczoraj bardzo niedelikatnie chciała się wprosić na współnego oglądanie osobliwego dr Housa... jak się możecie spodziewać - tak, to ja powiedziałam, że TYM RAZEM nie, bo chcemy spędzić wieczór w atmosferze intymnego zamknięcia; tylko Aga, On i ja. dziewczyna miała taką minę, że aż mi się żal jej zrobiło - mam wrażenie, że byłam pierwszą osobą, która jej czegokolwiek odmówiła w przeciągu całego jej życia...

Miałam jeszcze o czymś napisać... Ale mi wypadło z głowy... Kiedyś wróci - to się z Wami podzielę. A teraz?
Spróbuję być normalnym człowiekiem, choć tak wiele sprawia mi to trudności od niedawna.

Dobrej nocy, bez picia tureckiego pod drzwiami Waszych sypialni ;)

niedziela, 11 października 2009

Jestem w Pozku. Big maraton umknął mojej uwadze.

Czy do źle, kiedy mężczyzna wracający z weekendu nie całuje na powitanie swojej kobiety?

Tak tylko pytam.

Aga gotuje mi papu - będę jeść ;P

sobota, 10 października 2009

Ojjjjjjj...

Siedzę w domu z Jovanem. Oglądamy coś, co leci z tv - i taką uwagę temu poświęcamy...

Przedwcześnie się leczę na grypsko/ przeziębienie - wg zasady - lepiej zapobiegać niż leczyć... Zaserwowałam sobie dzisiaj: gorące mleko, czosnek, miód, herbatę z cytryną, rosołek i jeszcze polopirynę S.

A w domu? Wykopki obyły się beze mnie. Ze mną - wydobywanie buraków... I szczegóły zostawiam sobie. A moje małe spostrzeżenie a propos - 3 duże psy i jeden mały na wielgachnej przestrzeni - widok cudny i uroczy, i taka wolność doznań... A psiaki wybawiły się niesamowicie ;) Zwłaszcza Jovankowi to służy.

A jutro? Jutro chyba wreszcie trochę pobędę z Nim sam na sam. A później umówione mamy piwo małej ekipy z pracy ;) I się cieszę! Mimo, że pić będę wodę mineralną gazowaną, bez cytryny. Ale dobrze będzie pogadać z chłopakami, którzy tak dobrych stanowili kompanów przez większość wakacyjnych nocy (spędzanych od 18 do 6 w książkolandii). To był wyjątkowy czas, spędzony w doborowym towarzystwie, w świetnej atmosferze.

Przeczytałam ostatnio u Kominka o ławeczce...
Ja mam jedną swoją ławeczkę, która jest właściwie pniem drzewa, na polanie zaszytej głęboko w lesie. Tam, gdzie płynie strumyk - brzmi zbyt bajkowo - ale w rzeczywistości taka polana ukryła się przed ludźmi blisko domu dziadków.
Wiąże się z najromantyczniejszymi pocałunkami, bo pierwszymi; najsłodszymi poziomkami, bo tymi, którymi się wzajemnie raczyliśmy i najdramatyczniejszymi wyborami, tymi, którym trzeba było się poddać. Stara poczciwa brzoza była naszym oparciem, naszą przyjaciółką. To ona cierpliwie wysłuchiwała naszych szeptów, skarg i ciszy między nami. Trawa okalająca korzenie i pień miękko układała się w rytm naszych oddechów. W tle szumiące liście, łoskot wody, i ptasie śpiewy...
Ławeczka moja i W. A może to w moich wspomnieniach zrodziła się ta cała magia i piękno?

Dobrej nocy... Snów pełnych ławeczek/ polan ;)

piątek, 9 października 2009

Pociągowo...

Znów siedzę w przedziale i piszę. Chwała PKP, że daje możliwość rozplaszczenia się z laptopem na kolanach.

Co zmieniło się od wczoraj?
Uszło ze mnie powietrze. Uszło. Pogadałam z Agą. Powiedzmy, że się wyspałam. Powiedzmy, że w pracy było fajnie. Zaliczyłam akcję: On - przynieś mi rzeczy do przebrania do pracy, żeby mama się nie zorientowała, że późno wracam do domu, bo do pracy chodzę, miast pędzić do niej jak na skrzydłach.
Problemy zostały. Tyle, że tej nocy będę spała w innym łóżku. I może wszystko wsiąknie w podłogę akademika przez noc, tak, że gdy wrócę - atmosfera we mnie się oczyści? Heh.
Wyszperane w sieci :)


Ps. Chwała Adze za cierpliwość i chęć do przetrzymania tego, co dziejąc się we mnie, dzieje się poza mną.

A to Jonasz Kofta:
Tylko jesienią

Może to jest zły objaw może nie ta melodia
Człowiek znowu roztajał i boli
Znowu rosną rośliny znowu drżą mi kończyny
Znowu kicham od pyłku topoli
Bo czy wiosna jest taka radosna
Tak co roku zaczynać od nowa
Znowu męczy się Eros
Nie smakuje papieros
Nie mam siły na nowo kiełkować

Nie ten czas nie to w nas najłaskawsze
Nie ten cud nie ten miód
Już na zawsze
Może kiedyś represje depresji się zmienią
Ale tylko jesienią jesienią
Nie ten ton w wielki dzwon
Do uniesień
Ja mam czas ja poczekam
Na jesień
Bo się w końcu depresje w impresje odmienią
Ale tylko jesienią jesienią

Szumi w głowie powietrze włos się burzy na wietrze
I zielone głupiutkie listeczki
Coś nawiedza Cię we śnie znowu pierwsze czereśnie
Beznamiętnie upychasz do teczki
Bo czy wiosna jest taka radosna
Zdjąłem czapkę kalosze i palto
Znowu zieleń pokoleń
Budzi w nas melancholię
I w ogóle czy dalej warto

Przyjdą burze wiosenne wezmę proszki nasenne
I tak jakoś doczekam jesieni
I pogodzę się z łóżkiem nic nie będę pić duszkiem
Bo wesołe jest życie staruszka
Jesień wleje nam olej do główki
Po co męczyć i rzucać się
Bo wiadomo jesienią
Złe się chwile odmienią
Z drzew opadać będą stuzłotówki

Nie ten czas nie to w nas najłaskawsze
Nie ten cud nie ten miód
Już na zawsze
Może kiedyś represje depresji się zmienią
Ale tylko jesienią jesienią
Nie ten ton w wielki dzwon
Do uniesień
Bo się w końcu depresje w impresje odmienią
Ale tylko jesienią jesienią

czwartek, 8 października 2009

Pora coś napisać. Wreszcie lub dopiero.

Za oknem deszcz. Pogoda równie parszywa, jak dołująca. A ja? W tym całym deszczu, w tym całym chłodzie, chciałabym się rozpłynąć w wodzie i zapomnieć, że jestem. Znów banalnie, znów monotematycznie, znów nijak. Chyba jestem równie próżna w środku, co pokręcona.

Zajęcia na socjologii napawają optymizmem. jakoś tak pasuje mi ten kierunek, póki co. Oczywiście fakt, że trzeba chodzić na ekonomię u Baba Jagi, zwanej w czasie późniejszym Helgą - a zapewne nieraz będę jej wirtualnie objeżdżać osobowość...
Na polskiej zaczyna się kręcić. Seminarium przeraża, ale i niesie nadzieje na sukces i powodzenie w pisaniu magisterki. IV rok ma być przełomowy. Liczę, że będzie. Wybrałam sobie wykładowców- ćwiczeniowców inteligentnych, ale i sympatycznych (czasem, choć bardzo rzadko chodzi to ze sobą w parze - tym bardziej się cieszę).

Poza tym? Pokój 418 jest wiecznie okupowany. Dusi się Aga, duszę się ja. Poza tym On stwarza problemy... Rozdrażniony - wkurza Agę, wkurza mnie i jest zupełnie bezkarny. Poza tym, że widzę, jak Aga się wpienia, jak chodzi struta, wciska się w kąty. Poza tym, że ja powoli uciekam, milknę. I mamy obie dość.
Akademik stał się znów polem bitewnym: samotnicy kontra społecznościowcy. Ta i wiadomo po której stronie ja stoję.

Zastanawiam się, co ze sobą zrobić. Jak się skutecznie ulotnić ze świadomości innych ludzi. Moja własna szarość wchłania mnie na tyle, że kolory innych drażnią mnie bardzo.

Mam wrażenie, że znów stoję przed wyborem: On- inni- ja. Nie znoszę tego. Bo żadne wyjście nie jest dobrą alternatywą.

Jeśli istniałaby teraz taka możliwość - wyjechałbym w cholerą na kilka miesięcy. Najlepiej na koniec świata. Do pustelni. Tak, żeby inni zapomnieli o mnie, a ja o innych. Chcę być NIKIM dla wszystkich i dla każdego z osobna. Potrzebuję wycofania. Ciszy. Obojętności. Odepchnięcia. Odizolowania.

Myślę, że za trochę pojawi się kolejny wielki problem. I póki co tego nie chcę ogłaszać publicznie. Będę dozować delikatnie wszystkie złe wiadomości...

Optymizm? Usechł.
Mogę żyć zneutralizowana. Nieobecna. Obojętna. Obca. Mogę być jak powietrze, żeby mnie nie było widać i słychać.

Nieważne. Pewnie jutro wykasuję tego posta, zbyt gorzkiego, żeby faktycznie tak było. Przesadzam każdym słowem, ale we mnie kipi - gdzieś musi to wyjść... A innego miejsca na to nie znajdę, nie znam i nie mam.

piątek, 2 października 2009

ja i On. On i ja. żremy się jak dwa wściekłe psy. właściwie tylko kąsamy, z boku, po omacku, podjazdowo....

nie wiem, co jest.

znów jakieś problemy. Jego i moje. moje i Jego.

tylko po co ciągle się na siebie boczyć? czy to moja wina, że nie mogę zasnąć? moja? chce mi się, a nie mogę!!! i wielka awantura.

nie mam sił. jeszcze praca. a potem wesele. padnę na ryj. ale co to kogo? skoro wszyscy śpią, to ja też powinnam. nawet telefonu nie mam jak odebrać z serwisu, o nauce nie wspomnę, a życzeń nie napisałam dla Krzyśka i Tereski.

kurwica bierze. pięknie, po prostu pięknie, z wkurwem totalnym.