niedziela, 27 grudnia 2009

Spacerrrr, ścieżkiii

Siedzę w domu. Atmosfera zrobiła się senna i leniwa. Nawet na obżarstwo nikt nie ma już siły się zdobyć. Dziś ku pokrzepieniu serc (i układów pokarmowych)- rosołekkkkkk... Przepysznyyyy. Mój ulubiony zresztą ;)

Właściwie nie wiem, o czym pisać.

Mam znów ciche dni sama ze sobą.
Samodyscyplina wewnętrzna chroni mnie przed wybuchem tego całego chaosu we mnie.
Chyba jestem na rozdrożu. A przede mną dwie drogi: jedną znam i kocham, ale nie potrafię idąc nią piastować w sobie radości i spokoju. Druga jest zagadką, czymś co przeraża... I nie wiem, czy jest we mnie tyle odwagi, by na nią wejść. Ta ścieżka oznacza też rezygnację ze stabilizacji, jaką teoretycznie już mam, jest rezygnacją z całego dotychczasowego życia... Obawiam się jej i póki co - odrzucam ją, choć coraz bardziej ciągnie mnie w jej stronę...

Piszę list do Niego. Pełen zdań przydługich i chyba dziecinnych.
Sama nie potrafię już określić, czy faktycznie jestem tak dorosła i dojrzała, jak mi się wydaje, czy jednak wciąż jestem dzieckiem... Bo:
* wierzę w bajki
* mam swoje ideały
* nie potrafię kierować się w wielu sprawach rozumem, zawierzając sercu i emocjom nieopanowanym
* wciąż nie potrafię zainteresować się szczegółami, pozwalając sobie na uleganiu magii całokształtu, być może tylko tej wierzchniej warstwy
* nadal nie umiem powiedzieć, czym chcę zajmować się w przyszłości niecało 2 letniej.

Pocieszającym jest fakt, że Jovan nie odstępuje mnie na krok, a dzisiaj rano budził mnie w urzekający sposób, drapiąc łapką moje ramię, ale tak delikatnie, jak tylko on potrafi. Wczoraj wieczorem wybraliśmy się na spacer. Niby było bardzo ciemno, i bardzo mroźno, i bardzo niespacerowo, ale nam się podobało. Blask księżyca oświetlał nam drużki, odsłonięte spod śniegu trawy stanowiły osłonę przed zimnem, a tak Jovan, jak i ja, mieliśmy ochotę podreptać sobie trochę... Całe Święta przesiedzone i przeleżane - żadna z tego atrakcja. Jovan jak zwykle znalazł sobie żywy cel - okazało się, że tuż za domem sarny wybrały sobie miejsce na żer i sen... Jakimś cudem udało nam się je podejść bardzo blisko, ale szczekanie Jovana i tak spłoszyło dzikie zwierzęta te piękne...
Sarny = gracja... ;)
(Pamiętam, jak kiedyś znaleźliśmy małą sarenkę i była u nas przez kilka lat... - ale o tym to opowiem, kiedy indziej).

Znów krótko, ale problemy z internetem skończą się już jutro...
Jutro wracam do Poznania ;P

Miłego popołudnia, a później wieczoru.

Ps. Koniec słodzenia Czytaczom moim, bo wyczułam sama, że wazelina blisssko... ;)
Ps. 2. I tak jesteście cudowni!!!

Brak komentarzy: