poniedziałek, 27 kwietnia 2009

;( :( ;(

Jest mi źle. Bardzo. Nie ma godzin rektorskich. Cholera.

Miał być tydzień z Nim - nie będzie. Miało być morze - nie będzie. Miałam być szczęśliwa - jestem bezradnie załamana.

Zawsze, kiedy pojawia się wizja czegoś cudownego - coś się wali, coś to psuje.

I teraz tylko siedzę, gapiąc się w sufit, dławiąc szloch i tamując łzy. I teraz tylko myślę o Nim - jak miało być i jak nie będzie. I teraz tylko powstrzymuję się, by nie zrobić czegoś głupiego. I teraz tylko będę się hamowała, by nie wyżywać się na innych.

A wszystko przez jeden wieczorny wykład (17.00 - 18.30; a pociąg miał być o 17.55 :/ ) w czwartek 30 IV 2009... Przez jeden głupi, nudny, beznadziejny wykład, którego ze wszystkich zajęć nienawidzę najbardziej. Przez wykład pozbawiony choćby odrobiny sensu, odrobiny pasji, odrobiny pożyteczności. Ale przez wykład, na który muszę chodzić! Muszę, bo inaczej roku nie zaliczę... Studia bywają beznadziejne...

Tak bardzo mi przykro. Tak bardzo źle. Tak bardzo...

niedziela, 26 kwietnia 2009

W powietrzu coś się kręci...

Droga samochodem do Poznania z domu była bardzo przyjemna. Weekend kończy się nieuchronnie a mi w to graj. Wreszcie jestem u siebie i nie muszę baczyć na każdy gest i każde słowo.

Najpierw była krytyka: bo włosy źle, bo sukienka nieładna, bo buty do niczego, no a kolczyki to kompletna porażka. Potem krótkie stwierdzenie: nie jest tak źle, ale spodziewaliśmy się czegoś więcej. Nie chce mi się.

Miałam iść do teatru, ale nie mam ochoty oglądać przedstawienia samotnie, choć pewnie jeszcze zmienię zdanie i się wybiorę. Miałam iść z Agą, ale nie udało jej się zwiać z zajęć wieczornych... Chyba jest mi z tego powodu smutno, a przynajmniej jestem zawiedziona. Chciałam pójść na to przedstawienie, ale co to za przyjemność sączyć sobie kulturę w żyły... Świadomość, że nie lubię sama wychodzić do kina i teatru burzy moją wizję.

Czytałam na blogu kumpeli, że ludzie chcą gadać tylko o sobie i swoich problemach. Dużo w tym było prawdy, niestety. Mam wrażenie, że było w tym też coś o mnie. Potrzebuję się wygadać, a nie mam komu - paradoks: nie chcę mówić tego przyjaciołom i bliskim. Wiele rzeczy musiałabym pominąć, inne wyakcentować, a to wszystko jest inaczej, niż się wszystkim wydaje...
Ktoś mądry powiedział (chyba jakiś psycholog, ale nie pamiętam dokładnie), że nie można się zwierzyć zupełnie, bo zawsze się przed kimś na kogoś kreujemy, staramy się układać nasze historie w ciąg, mający na celu ukryć prawdziwość tego, co się mówi. Inaczej: mówi się zazwyczaj z jakiejś perspektywy prawdę, ale tak, by nie wyjść w oczach osoby wysłuchującej na kogoś złego, egoistycznego. Pryzmat bycia ofiarą lub twardzielem dostosowany jest do wrażliwości lub jej braku u powiernika.
Przyznam, że mnie to przeraża, bo właśnie z tego powodu nie mogę powiedzieć wszystkiego jednej osobie, bo nie zrozumie, bo oceni... A przecież to dużo bardziej skomplikowane kwestie są. A nie chce mi się bawić w telenowelowanie: rozdzielanie między różnych znajomych strzępków pewnych zdarzeń, i układanie z nich całości osądu. Tak się nie da. To nieuczciwe. I o ile mogę sobie pozwolić na pewne przemilczenia w kontaktach z innymi, o tylesamej sobie oczu zamydlić nie sposób. Żadnej nieszczerości. Żadnej ułudy.
Wróciłam do akademika z myślą, że może Ewie albo Adze opowiem, może coś powiedzą więcej, doradzą. A teraz myślę, że to nieistotne. Po co się jeszcze dokładać? To nie składka charytatywna.

Spoglądając zza szyby na niebo podziwiałam bociany, ale nie te siedzące na gnieździe, nie te chodzące po łące, ale w locie - przepiękne. Zupełnie jak latawce, i te skrzydła czarne... A ja to zawsze się na jastrzębie gapiłam, że niby takie sprawne, gibkie, zwinne w locie...

Nachodzą mnie dziwne myśli. Poczekać na stypendium. Wziąć dowód. Napisać kilka listów, że szukam swojego miejsca. Sama. Jak najdalej od Polski. Od tego wszystkiego. I uciec. Uciec daleko. Uwolnić się. Wybrnąć jakoś. Pozamykać niektóre drzwi na amen. Wreszcie. Pojechać. Stopem. Pociągiem. I zrobić kilka głupot. Wielkich numerów. Ehhhh

I wychodzi, że znów mam doła, a to nie tak. Plączę się.

Słucham jakiejś sieczki. Nic konkretnego. Misz-masz. Zaraz idę po pranie.

Mam w planach pewną inwestycję. Ale cicho-sza, bo może mi się nie udać i będzie lipa, ale nie ta od Kochanowskiego... Jestem jednak dobrej myśli, bo się trochę rozkręciło to wszystko. Znajomy/ Nieznajomy pomaga, na szczęście :) :) :) Pierwsze prognozy sa pomyślne. A kwiaty pięknie pachną.

środa, 22 kwietnia 2009

Mały bonus...

Myślę i myślę... To był chyba pierwszy wiersz, który sprawił, że uwierzyłam w słowa i uwierzyłam słowom...

Krzysztof Kamil Baczyński, Piosenka księżyca (16 I 1939)

W skośny stół z matowej czerni
księżyc wylał płytką rzeką
szumią ciszą w szklany werniks
gwiazdy spadłe niedaleko

w gęstej nocy jak w akwarium
płyną długie, śliskie ryby
uliczkami gęstych podwórz
szyby szorstką łuską wybić

gładzi zwilgłe srebrem ściany
płynnych łysków miękki natłok
i na stole rozślizganym
czarny piesek gryzie światło.

Ps. Czemu nie mogę robić akapitów???!!! Nie lubię pisać tak jednym ciągiem, dzieląc myśli tym prześwitem...

Nie wiem. :*

Uważam, że to najlepszy tytuł, jaki mogłam nadać temu postowi: "Nie wiem". Ale o co chodzi? Dzisiejszy dzień trochę mnie zaskakuje. Jeszcze się nie skończył, więc nie wiem, czego się spodziewać. I nie wiem, co z tego wynika.

Bo tak: najpierw był wykład z historii, na który nie wiem po co ludzie chodzą: no bo chyba nie po to, żeby opowiadać sobie o tipsach, wyprzedażach i jeszcze innych bzdurach kosmetyczno- zakupowych???!!! Wściekłam się. Nie mogłam znieść tego, że nie słyszałam, co psorka mówiła, a temat wykładu należał do tych, które mnie interesują: polskie dokumenty, polskie kwestie w największych zagranicznych archiwach. Zamiast afer politycznych - bźdźiągolenie babskie w najgorszym wydaniu dwóch tlenionych (choć może się mylę) pań w mikro- mini... No i się skończyło chamskim, wrednym tekstem: "Przepraszam, że przeszkadza Wam, że ktoś tu słucha, ale nie Was, tylko pani profesor, ale się NIE krępujcie! Następnym razem usiądźcie przy biurku, będziecie już zupełnie w centrum uwagi!"... Chyba nie przesadziłam aż tak bardzo? ;)

Potem były ćwiczenia, ale z racji spraw wielkiej wagi państwowej, pan doktor zezwolił na opuszczenie zajęć z uśmiechem i życzeniami powodzenia. Aaa, i jeszcze obiecał kciuki trzymać i powiedział, że nieobecności nie wpisze :) :) :) A ludzie/ studenty mówią, i mówią uczenie, że z wykładowcami dogadać się to cud - a tu proszę, jak się wszystko ładnie udało. Nic tylko się cieszyć i cieszyć... No to się cieszę :) I nie wiem, jak tu narzekać. Tylko zajęć z teorii literatury szkoda, bo ciekawe... Nic to :) Pan dochtor obiecał na maila wszystko przesłać, co istotne :)

Kolejny "nie-wiem" epizod: poznałam dzisiaj Bułgarkę - nie wiem jak i dlaczego. Dziewczyna 4 dni temu brała ślub i nie wiem czemu dziś pojawiła się na swoim wydziale... I tylko dodała, że swojego męża poznała śpiewając w chórze... Hihi... Nie wiem czemu, ale mi sie ta historia spodobała ;)

I ostatnie "nie wiem czemu?", ale kiedy ja mam dobry nastrój, tryskam humorem, żartuję z wszystkiego, a najbardziej to z siebie - to większosć moich bliskich znajomych ma dołek, a co gorsza powody do posiadania tego dołka: przesławna Ewa i przekochany Michaś, tylko o Jego samopoczuciu nic nie wiem, ale myślę optymistycznie. Tylko Nieznajomy/ Znajomy dał mi dzisiaj kwiatka na dobry dzień (prawie wieczorem) :) I jak tu nie garnąć się do ludzi?

Ps. Marta, nie było listy na historii :D

wtorek, 21 kwietnia 2009

S ł o n e c z n i e ! ! !

Słonecznie mi... Tak myślę. Tak czuję. Właśnie teraz. W tej chwili.

Jest mi dziwnie dobrze. On pojechał do domu, a ja odczuwam już lekki powiew tęsknoty, ale nie smutek i pustkę - spotkamy się znów za ledwie dwanaście dni i niewiele później kilka dni spędzimy razem... Rozpieszczona przez Niego i Czas wiem, że nic mi nie umknie, niczego nie pominę. On będzie tuż obok. Trudno jest o Nim nie myśleć, nie pisać. Wspaniale jest Go słyszeć i dotykać. Tak miękko zatopić w Nim wszystkie swoje zmysły. I czuć... jak bardzo się nie da iść za głosem rozsądku :) I czuć... jak ogarnia nas oboje to poczucie bycia razem. Wbrew wszystkiemu. Wbrew mnie samej. Przy Nim nie ma wątpliwości. Nie ma obaw. Nie ma głupich myśli. A teraz? - nie zdążą się one nawet do mnie zbliżyć. Tak szybciutko spotkamy ze sobą nasze myśli, uczucia, ciała... Lekko, magicznie, tkliwie może za bardzo. Ale właśnie tak.

Z powodu Jego powrotu nie poszłam na zajęcia - wykradliśmy jeszcze trochę z poranka i popołudnia, a potem odprowadziłam Go na pociąg. Mam spore wyrzuty sumienia z powodu zajęć, właściwie tylko jednego ćwiczenia, ale ze specjalizacji... Pójdę w czwartek na dyżur i się poprawię, nadrobię :) Mmmmmhhhhmmmmm

Chciałabym częściej być taka szczęśliwa, jak teraz. Tak pozytywnie nastawiona do świata i ludzi. Czekam na bzy... Miast nich - bukiet żonkili, dwa kieliszki i butelka po winie. Żółto - zielono- bordowy zawrót głowy. Radośnie, cicho, spokojnie... Szelest drzew płynie do mnie z zza okna...

Tylko w mojej głowie wciąż śpiewa Grechuta wspaniały :
"Muza pomyślności"
Co to?
gdy usta milczą , śpiewa i wzrusza
to dusza , to dusza
co to ?
nie raz duszy skrzydła sobie dopinało
to ciało , to ciało
dusza i ciało , serce i rozum
wiedza i sztuka wyśniona
każda ta para jest wtedy szczęśliwa
gdy w siebie zapatrzona
Między żarem słów , a słów tych cieniem
między śmiechem a westchnieniem
między każdą chwilą smutku i radości
krąży muza pomyślności
poszukaj , zawołaj ją na kuszenie
nowych dni , pięknych chwil
przyniesie taki uśmiech , co da ci natchnienie
co doda sił da więcej sił

Pewien artysta , muzyk pianista
sztuce swej bez reszty oddany
grywał do tańca pewnej tancerce
siedząc w orkiestronie schowany
nie widział skoków , ni piruetów
kroków na czubkach palców
słyszał leciutki tupot po scenie
a potem burze oklasków

Jak wiele zdziała uczucie
pokona przeszkód , przeszkód sto
przez takie dziwne losu zrządzenie
wymyślił światu peryskop

Między żarem słów , a słów tych cieniem
między śmiechem a westchnieniem
między każdą chwilą smutku i radości
krąży muza pomyślności
poszukaj , zawołaj ją na pokuszenie
nowych dni , pięknych chwil
przyniesie taki uśmiech , co da ci natchnienie
co doda sił , da więcej sił

Dusza i ciało , serce i rozum
wiedza i sztuka wyśniona
każda ta para jest wtedy szczęśliwa
gdy w siebie zapatrzona
bo kiedy w chwilach samotności
jedno drugie na duchu podpiera
nadzieja rośnie jak wielka rzeka
która po obu brzegach wzbiera

Między żarem słów , a słów tych cieniem
między śmiechem a westchnieniem
między każdą chwilą smutku i radości
krąży muza pomyślności
poszukaj , zawołaj ją na pokuszenie
nowych dni , pięknych chwil
przyniesie taki uśmiech , co da ci natchnienie
co doda sił , da więcej sił






poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Ludzie!!!

      Ludzie!!! Co się dzieje??? Kupiłam w piątek sukienkę. Dzisiaj dokupiłam butki, a w międzyczasie zaliczyłam wizytę w salonie fryzjerskim.... I jeszcze kolczyki dostałam od koleżanki, co by do sukienki pasowały.

      Czy ja upadłam na głowę? I skąd teraz wezmę na nowe bojówki? I po co mi to całe zniewieścienie?! 

      JA NIE JESTEM KOBIETĄ!!! NAZYWAM SIĘ CZEŚ. CZESIO CZEŚ.  :) :) :) :) :)

Ps. I jeszcze jedno: robię coraz więcej fajnych rzeczy :) Dzisiaj rozmawiałam z pewnym świetnym profesorem i napiszę w ramach egzaminu pracę o opiece paliatywnej... Bardzo mnie to cieszy - temat trudny, ale rzeka i do tego z obszaru moich zainteresowań :) 

      W ramach prezentu (kolejnego w przeciągu ledwie kilku dni) wstawiam tu jedno moje fajne zdjęcie :) Nie żeby ono było dobre, ale... mi się podoba! :D

sobota, 18 kwietnia 2009

Kiedyś było inaczej...

Nie-dawno, nie-dawno temu, nie za górami, nie za morzami, ale tutaj, w Pyrlandii, żyła sobie szczęśliwa Dziewczynka. I chciało Jej się żyć.

Teraz z Dziewczynki robi się Emocjonalny Wrak, że Titanic się chowa... Według słów poniektórych: "już Jej tak zostanie".

Wyszperane w sieci!

czwartek, 16 kwietnia 2009

Zwolnić pragnę...

Wszystko pędzi. Wszystko działa na wysokich obrotach. Przyspieszenie. Bywa ono przyjemne, motywujące, żeby nie pomysleć (a co dopiero napisać) stymulujące.

Krążenie między szpitalem i uczelnią zabiera mi czas. Pochłania go. Zjada. Połyka. I nie wypluwa. I nie mam kiedy pójść na ciuchowe zakupy. I nie mam kiedy spotykać się ze znajomymi. I zaczynam powoli myśleć, że mnie nie ma... Nieosiągalna jestem dla wszystkich, a już najbardziej to sama siebie - nie umiem zlokalizować się w bezruchu.

Za mną kolejny ciekawy dzień gonitwy. Kolejna kojąca wizyta w szpitalu i wieść, że jutro koniec moich wojaży - odbieram wujka i zawożę do domu. Kolejny dzień na uczelni. Kolejne mądre rzeczy wtłoczone do głowy. I masa jakichś nic nie znaczących szczegółów, detali, drobnostek, które jakoś kumulowały na sobie moją uwagę. No bo jak tu przejść obojętnie obok najpiękniejszych oczu świata, ciepłych, ale dzikich i tajemniczych zarazem. No bo jak tu pominąć fakt, że policjanci przebiegali na czerwonym świetle, gdy tuż obok w tej samej chwili małego chłopca potrąciło czarne BMW. No bo jak w końcu nie spoglądać na zieleń soczystą, na pierwsze kwiaty, wiosnę dyszącą ciężko w tym zatłoczonym mieście... No i ten zachód słońca nad Wartą... Ehhh...

Żyrafa. Zapomniałam, dzisiaj był dzień żyrafy. Najpierw ogromniasty bilbord z żyrafą. Potem papierowa torba z nadrukiem żyrafy. Pacjent o tym jakże uroczym nazwisku, pan M. Żyrafa.

A teraz, wieczorem dość późnym czuję się zła i niechciana, i nawet nie jest mi smutno. Właściwie to się zawiodłam. Może ja faktycznie za dużo wymagam??? Albo za wiele oczekuję? Sama nie wiem. W każdym razie już któryś tam raz z rzędu dręczę sama siebie. I czemu? A różnica między Nim a mną jest taka, że ja chcę mieć w nim oparcie, a On nie chce. I gdy ja liczę na kilka dobrych słów - to mam wziąć do rąk kalkulator, bo telefon i gg i On, gdzieś tam, w dali, to nie ten zestaw ratunkowy, który się łaskawie włączy do reanimacji mojej poranionej, umierającej od czasu do czasu, duszy... Skoro On mnie nie prosi o wsparcie, to ja też nie powinnam... Nie powinnam? W ogóle powinnam prosić o wsparcie?

Zamiast wiosny - we mnie jesień, ta najbrzydsza, najbardziej nielubiana: plucha i błoto, zimno i deszcz, i ogólnie ponuractwo i mrok straszliwy. Chyba jednak jestem wyrzutkiem społecznym, niaakceptowalnym, niepoprawnym, niepasującym... I bardzo mnie to teraz dobija.

Jutro będzie lepiej! Jeśli napiszę ten walnięty test z angielskiego... Jeśli...

środa, 15 kwietnia 2009

Zalatana [prawie] na śmierć ;*

      Siedzę sobie od godziny w moim kochanym pokoiku. Czuję się wyczerpana i wykończona, a tutaj mi tak cieplutko, tak przyjemnie, tak spokojnie, czuję się schowana i wyciszona. Uffff - to był ciężki, zabiegany dzień. Od 7 rana na nogach, powrót po 21... bez jedzonka, bez picia ;/ Ale za to kolacja była pyszna :)  

      Czas na kilka nowin: ostatecznie wybrałam promotora i krąg zainteresowań do pracy magisterskiej. Zmieniłam zakład i temat. U romantyków będę poszukiwała podobieństw między postaciami Karola Moora za Zbójców Schillera i Konrada Wallenroda z wiadomo czego wiadomo kogo :D :D :D Tyle tylko, że mój promotor mnie przeraża - boję się, że to za wysokie progi na moje nogi... Ale póki co - patrzę z optymizmem na świat, wiem na czym stoję.

      Krążenie między uczelnią a szpitalem bywa zabawne. Przepychanie sie ze sali 25 osobowej, którą obsiadło 37 osób, a ja postanawiam wyjść 20 minut wcześniej - -arcyzabawne... Hehe. Prawie się zaklinowałam, pewnie śmiesznie to wyglądało dla tych, którzy siedzieli za mną. 

      Zrobiłam kilka zdjęć poznańskiej wiosny... Zamieszczę je niedługo :) A teraz idę pod prysznic szuru-buru, a potem, to już tylko lulu... :) 

wtorek, 14 kwietnia 2009

Burza...

      Nie wiem, czy coś złego się dzieje ze mną, ale mam bardzo zmienne nastroje - nawet nie huśtawkę, ale cały diabelski młyn... Od: czuję się cudownie, podbiję świat i oko niejednemu kretynowi, który akurat postanowi stanąć na mojej drodze, po: jestem do niczego, z wygrawerowanym na czole napisem: "Zdepczcie mnie, łaknę uniżenia". 

      Ale o nastroju własnym nie wypada pisać za dużo. Brązowooka pojechała do Wrocławia. I jest mi... przykro. Jej wizytę należy zaliczyć do bardziej niż bardzo udanych. Po pierwsze Batmanka (to taka jej akceptwana w rodzince ksywka użytkowa) była jak zwykle takim chochlikiem wesołym. Po drugie ja chyba naprawdę nie potrafię już być zamkniętą w sobie osobą i pasowały mi te wszystkie Batmankowe psoty i wygłupy. Po trzecie - wreszcie się śmiałam szczerze. Hihi, zwłaszcza wtedy, gdy pod takim specyficznym domem, zamieszkałym przez dwóch przeagresywnych nałogowych alkoholików, zaczęła śpiewać nasz hymn narodowy, na cały głos, wyraźnie akcentując słowo: Polska - i tak przez dobre 5 minut :) :) :D

      A to Brązowooka :)

      Ciągle bywam w szpitalu u wujka. I dobrze. Bo dobrze mi tam :)

      Poza tym nadal trawią mnie wątpliwości a propos Jego. Jestem wściekła, ale to moja sprawa, nie Jego. Nienawidzę różnic w postrzeganiu świata i idei związku. I tego, że ja o Nim myślę i tęsknię, a On nawet nie odczuwa potrzeby odezwania się głupim smsem. Właściwie, jemu starczyłoby oznajmienie mi kiedy przyjedzie i tyle, nawet za rok... Dostrzegam tu sporą dozę iluzji... Choć może to jakaś fatamorgana? Jestem i mnie nie ma. Dobra. Pasuję. 

      Aha: pochwała zieleni gotowa - Nieznajomy/ Znajomy kupił tekst na transparent - hurrra - jestem tekściarą transparentową :D:D:D

niedziela, 12 kwietnia 2009

Niech żyje Bob Budowniczy!

      Śniadanie wielkanocne minęło szybko i przyjemnie. Był czas na spacer z Jovanem (chwilowo to jedyna osoba, bo pies też człowiek, z którą chce mi się jeszcze wychodzić). Pooglądaliśmy sobie las wiosną. Zadziwiające, jak wszystko szybko zielenieje. Jak szybko pąki się rozwijają itd... No i te niebo podbite ptasimy przelotami... Czasem myślę, że chciałabym umieć latać. Ale zawsze potem przychodzi mi na myśl, że delfiny też sa fajne - i nie ma co biedować, że się jest tym, czy innym stworem.

      Miałam dzisiaj napisać pierwszego naprawdę mądrego posta, ale raczej nic z tego. Jakoś tak mi się wszystko dziwacznie zapada w jedno miejsce. Myślałam o tym wieczorem, gdy po raz enty chowałam nie to, co powinnam do kieszeni. I gdy znów, setny raz mówiłam sobie, że robię dobrze, że warto, że nie mam sobie czego wyrzucać. Ale mam. 

      Nieznajomy/ Znajomy napisał wczoraj w mailu, że jestem dziwna, i że moja dziwność udziela się innym. I że fajnie by było, gdybym razem z nim i jego znajomymi wybrała się do szpitala dziecięcego. Niezły clown byłby ze mnie. Hihi. Tyle tylko, że mam nie udawać Czesia nad Czesiów, bo to nie ja... - i tu błąd - Cześ nad Czesiów to JAAAAAA :) :) :)

     A w kościele? Jakoś przeżyłam mszę. Teraz już rozmiem o co chodzi w tych kąśliwych uwagach na temat mojej potworowatości... Rówieśnica, baaardzo ładna (i to nie ironia) się dzisiaj zaręczyła. No i żeby dodać jej glorii, trzeba było komuś pojechać tak solidnie. No więc ja, czytać Pokraka Roku, idealnie się do tej roli nadaję. Zwłaszcza, że wszystkie dziewczynki, panie i kobiety ubrane dzisiaj były galowo i apelowo, czyli elegancko, hihi - a ja - znów w spodniach, adidasach czarnych i rozciągniętej bluzie... 

      Jedynym, co odwracało moją uwagę od zwróconych ku mnie patrzydeł był czteroletni Piotruś, siedzący dwie ławki przede mną, który całą mszę bawił się pluszowym Bobem Budowniczym. Pomyśleć, że dawniej nienawidziłam tej bajki... A teraz uratowała mnie przed narobieniem wstydu mamie i tacie tekstem: "No i co się tak pani gapi, pani B? Przecież to zwykłe spodnie!"... Chwała za Boba i rozkosznego Piotrusia.

      A o 18 przyjedzie Brązowooka.... Wrrrrr

      Słucham sobie:

T-Love - Garaż

Garaż

Dziewczyno, dziewczyno zamień słotę na lato
Dziewczyno, dziewczyno zamień słotę na lato
Widziałem na ulicy jak szłaś z innym
Dziewczyno, dziewczyno, nie porzucaj mnie
Dziewczyno, dziewczyno zamień słotę na lato...

A, a, a, a...
A, a, a, a...
A, a, a, a...

Spójrz dookoła słońce świeci 
Spójrz dookoła słońce świeci 
Rodzą się anormalne dzieci 
Rodzą się anormalne dzieci 
Rodzą się anormalne dzieci 
Rodzą się

A, a, a, a...
A, a, a, a...
A, a, a, a...

Nadszedł taki czas chcą zniszczyć nas 
Nadszedł taki czas chcą zniszczyć nas 
Skończyły się już smutne dźwięki 
Będziemy śpiewać ładne piosenki 
Skończyły się już smutne dźwięki 
Będziemy śpiewać ładne piosenki 

A, a, a, a...
A, a, a, a...
A, a, a, a...

A my schodzimy do garażu 
A my schodzimy do garażu 
A my schodzimy do sezamu 
A my schodzimy do sezamu 

A, a, a, a...
A, a, a, a...
A, a, a, a...

      

sobota, 11 kwietnia 2009

Po święcone...

      Siedzimy z Jovanem w pokoju i rozmyślamy.

      Głosy o pokrakowości były dziś głośniejsze - święcenie pokarmów przy licznym udziale parafian. Ehhh, wesołych Świąt...

      Na szczęście dom gotowy, jedzonko też, nastroje - raczej pozytywne. Jutro wizyta w szpitalu. No i przywiozą Mongolską Brązowooką. Jakoś nie jestem z tego powodu super zadowolona, ale - przynajmniej się nudzić nie będę. 

      Wysłałam mailem wniosek o wymianę. Jeśli się zgodzą - przez okres próbny (wakacje) będę się szlifować w Hameryce Piknej. A potem może uda się zostać na rok. Miałam się rozwijać - no to się rozwijam :) I podoba mi się myśl, że mogłabym biegać między tymi szklanymi domami i patrzeć na te "cuda" z bliska :) Decyzja podjęta, do 11 maja czekam na odpowiedź.

      I tylko jakoś tak mi smutno, bo chciałabym już sama sobie szykować Święta. No, nie tylko sobie. I lekko się tęsknota wdziera do moich myśli. Chciałabym zobaczyć Jego. Przytulić się i zapomnieć, że tak rzadko mamy do tego okazję... 

      Problem dnia: jak przenieść stolicę do Krakowa???

      

piątek, 10 kwietnia 2009

NIE LUBIĘ TYCH BAB!!!

      Wróciłam na Święta do domu, żeby nie było, że nie :) I wszystko byłoby super. Jest pachnące ciasto, drożdżowe babki, baranek z masła, masa czekoladowych jajek i zajączków, nawet nowa lukrowana siostra Tasi...

      Ale to miejsce... Nie chodzi o dom, bo z rodzinką jest mi dobrze. Chodzi o ludzi dokoła.

      To prawda nie należę do tych delikatnych, dziewczęcych, kobiecych, niewieścich białogłów. Nie stoję godzinę przed lustrem. Nie myję naczyń w rękawiczkach. Wspinam się na drzewa (np. wczoraj). Bliżej mi do chłopca niż dziewczynki, i szlag mnie trafia, że nie miałam wpływu na to, jakiej jestem płci. Właściwie, gdybym była chłopcem moje życie byłoby piękne. Zaczynam doceniać miasto: brzydcy ludzie nikogo nie rażą, przeciętni są normalni, a piękni - choć się na nich czasem spogląda - nadal są tylko częścią tła chodnika, którym się tupta przed siebie. Taki unisex... 

      Bycie anonimową pokraką jest cudowne zwłaszcza, że o tej pokrakowatości decyduje się zazwyczaj we własnej głowie. Natomiast pokraka nieanonimowa opinię o sobie słyszy wszędzie: w sklepie, na ulicy, w czyimś ogódku, przed kościołem nawet. No i się nasłucha, że to już enty rok studiów, a TA nadal wygląda jak zaniedbana nastolatka.  Że niby ma od ponad roku chłopaka, ale kto go widział? Pewnie wymyśliła, bo kto by chciał taką zaniedbaną dziewuchę... Ze źle ściętymi włosami. Że wszyscy padną trupem jak pewnego razu zobaczą ją w spódnicy, a już nie daj Bożę - krótkiej - bo przecież gruba jest, to i pewnie nogi ma grube, że źle patrzeć. I tylko rodziców szkoda, bo to porządni ludzie, co się w życiu napracowali, żeby jej godną przyszłość zapewnić, a ona im się tak odwdzięcza, bo nawet nie chodzi o to, że brzydka, ale że wcale nie pokazuje, że mogłoby być inaczej...

      Więc, by sprawę rozwiązać - kupiłam sobie glany i bojówki za stypendium. Skoro jestem chłopcem, to nie będę się z tym kryć. Teraz rozejrzę się za kurtką moro, w khaki! I gdyby nie to,  że do kościoła w Zmartwychwstanie pójść trzeba, to i tam, by mnie nie ujrzeli. Skoro psuję im wrażenia wzrokowe, wrażenia odbierania piękna, wrażenia estetyczne!!!

      I jeszcze jedno - nienawidzę kobiet!!! Czemu do nich mnie zaliczają??? To niesprawiedliwe. 

Ps. A potem się wszyscy bliscy dziwią, że moje poczucie własnej wartości jest bardzo nisssskie... Wściekła jestem, nawet coś więcej.

      Aha. Ale poza tym wszystko ok. U wujka w szpitalu dobrze. I odwiedzanie go sprawia mi ogromną przyjemność, i mam się kim zajmować, i czuję się ważna i potrzebna, i lubię się tak czuć! Moje odbieranie świata 10 km od miejscowości X jest baaardzo pozytywne. Dobry humor nie opuszcza. Tylko te kilka dni i będzie ze mną dobrze, nawet bardzo dobrze... Poza tym, jest jeden mały plan... Ale o tym, to opowiem później. Aa i znów spotkałam Nieznajomego i On już nie jest nieznajomy... Jest Znajomy i baaardzo mnie to cieszy :) Ciekawe czy też widzi we mnie chłopca...? Pewnie tak. Przedstawiłam Mu się jako Cześ :) :) :)

wtorek, 7 kwietnia 2009

Szaleństwoooooo!!!!!!!

      Wróciłam z zajęć. Wróciłam ze szpitala. W ogóle wróciłam. Do życia. Do gry. Do wszystkiego. I do niczego zarazem, niczego konkretnego. 

      Dni mijają mi szybko. Tyle, że nadal nie mogę przespać całej nocy. Zasypiam nad ranem - i okazuje się, że pora już wstać. Poza tym - tracę i odzyskuję apetyt - na zmianę. Fizyczne to wszystko, wręcz fizjologiczne, gdyby dodać kilka innych szczegółów... 

      Przynajmniej mam dobry humor. Zrobiłam kilka głupot. Porozmawiałam z ciekawymi ludźmi. Zbliżyłam się do Kwadratowych. No i użądliła mnie osa... Pierwsza w tym roku. I od razu atak. Od razu natarcie. I palec spuchnięty nadal, a przecież to było wczoraj.

      A propos wczoraj - miałam tatę tylko dla siebie. Spędziliśmy kilka bardzo przyjemnych godzin błądząc po mieście. Pochłaniając lody, pijąc kawę. Rozmawiając. I słuchając siebie nawzajem. Czas tak szybko zleciał. Chciałabym tak częściej... Bardzo bym chciała...

      Myślę sobie, że w relacjach z ludźmi najważniejsze jest, by słyszeć, co mówi ta druga osoba. Można słuchać, ale nie słyszeć. Horyzontalne to. A może tylko powiedziane/ napisane na pokaz?! Wydaje mi się, że kiedy jestem z kimś, kto zakłóca moje myśli, wybija mnie z rytmu przekazywania informacji - to taki ktoś zupełnie mnie ignoruje. Skrawki rozmów. Skrawki myśli. Żadnej większej, głębszej całości, sensu, może nawet prawdy. 

      Lody czekoladowe i miętowe  - gałkowe są przepyszne. 

      Przestałam czytać Małego księcia... Po prostu. Bez powodu. Bo tak czuję. Bo nie powinnam brnąć w niego dalej. 

      Chyba się położę spać. Dobranocki

niedziela, 5 kwietnia 2009

Z Jovankiem...

      Wyższość zimy nad wiosną opiera sie na tym, iż zimą wszystko można ukryć, pod czapką, szalem, ciepłym płaszczem... Nic innego nie widać.

      Mieliśmy dzisiaj gości. Ryszard - facet na poziomie i dwoje jakichś "podobno" krewnych - nie podobali mi się wcale (ona - alkoholiczka - od razy widać - zapałała miłością do mojego brata i kuzyna)... ;/

      A teraz? Patrzę jak Jovan śpi... Coraz bliżej mu końca... Przykro mi więc... Mój pies, mój przyjaciel. Dobrze, że jeszcze jest. 

sobota, 4 kwietnia 2009

Tyram...

      Dom lśni na święta. Wysprzątałam wszystko. Żeby zabić czas i myśli.  Wieczorem zabrałam na spacer Jovana - robiliśmy zdjęcia gałęziom i drzewom. To moje nowe powołanie. Hihi

      Teraz odpoczywam. Jestem zmęczona. Nieprzespane noce wychodzą mi bokiem. Już dwie z rzędu. Ehhh

      Postanowiłam przeczytać Małego Księcia. Zaczynam już teraz. 

piątek, 3 kwietnia 2009

W domu.

      Wszystko nagle zmieniło bieg. Wszystko się wali. Wszystko przede mną ucieka, przeze mnie umyka, gdzieś, w nicość...

      Jestem już w domu. Cały dzień trzymałam się dzielnie. Cały dzień, starałam się nie pozwolić sobie na smutek i przygnębienie. Cały dzień cieszyłam się tym, co jest moje naprawdę.

      Do tego wiosna taka piękna. Opaliłam się nawet trochę. Dwie godziny przesiedziane na parapecie, w moim pokoiku na 3 piętrze zaoowocowały zaczątkami piegów i lekkim zarumienieniem twarzy. Nie było angielskiego, mogłam sobie poleniuchować. A, że przez calutką noc nie zmrużyłam oka - przydała się taka chwila wytchnienia.

      Co by się nie stało - kocham... Życie - wszystko zależy od nas :) Życie - wszystko ma jakiś poplątany sens :) 

      Nauczę się kiedyś wszystkiego, nawet Ciebie!!!  

      Choć teraz mi trudno...

      Na szczęście jestem już w domu, z mamą i tatą. Na szczęście mój Jovan zdołał mnie wykończyć na spacerze. Na szczęście drzewa znów zielenieją, a z gąszczu trawy wychylają się żółte główki mleczy... Taki tu spokój, taka cisza. I przyleciał pan bocian - bocianowa dotrze w przeciągu tygodnia z pewnością :) :) :)

...

...  tylu łez od dawna nie było...

... chyba...

... na samym dnie...

czwartek, 2 kwietnia 2009

DoNiCzeGo.;.;.//';.;

      Zły dzień, parszywy. Drażni mnie dzisiaj dosłownie wszystko, włącznie ze słońcem. Jak ja bym chciała nie być człowiekiem... Nie widzę sensu, by się o tym rozpisywać. 

      I jeszcze tylko na zgrabny koniec: śmierć i więzienie, ale też wizje JAKIEJŚ stanowią o kwintesencji dnia. Koszmarna noc, koszmarny poranek o takiej treści. Mam gdzieś takie układy. 

      Nie umiem już nawet sama wysiedzieć w pokoju... 

      Przypaliłam też obiad, stłukłam ulubiony kubek itd. 

      Słucham sobie Dżemu, by podnieść się na duchu i uczę się do testu z angielskiego and I'm so bored and words are boring, very boring...  And maybe I can pojąć te wszystkie głupoty z gramatyki, choć szczerze wątpię ;(

      Ps. Pierwszy raz ktoś potraktował mnie jak ulicznicę... I za co? Bo nie mieszkam z jakąś głupiutką dziewczyną, tylko bardzo dobrym przyjacielem - to, że mam KOGOŚ, kogo kocham,  kto znaczy dla mnie więcej niż ja sama dla siebie znaczę - jest argumentem przeciw mnie! Bo co? Bo mam dwóch facetów na raz? I można mnie dlatego traktować jak dziewczynę do poklepywania, wyładowywania męskiego napięcia seksualnego????!!!!! Kogo obchodzi, że mój współlokator jest dla mnie jak brat, a chłopak, którego kocham - moją jedyną, prawdziwą i wręcz świętą miłością?!!!!! I nigdy nie zrobiłabym tego, co tak bardzo kłuje innych w oczy! Pierdolę taki system, te układy umoralnione dewocją i świętoszkowatością!!!!! Nikt nigdy, nie będzie miał prawa mnie oceniać, a tym bardziej szkalować i kłamliwie obgadywać!!!!! Kurwa, suka i dziwka... Ja pierdole.... A co JA JESTEM, jakaś atrakcja turystyczna w tym pierdolonym akademiku???!!!! Jestem wściekła, roztrzęsiona! Mam ochotę rozjebać cokolwiek, co mi się podwinie pod rękę!!! W życiu nie czułam się tak upokorzona, w życiu, kurwa jej mać... KURWAAAAAA

środa, 1 kwietnia 2009

Ukulturalniam się :)

Kolejny ciekawy dzień za mną. Zaczął się baaardzo wcześnie, bo już około 7. Żadnego Prima Aprilisu nie było. Za to już o 8 siedziałam w sali wykładowej i zaczynałam kolejny etap swojego życia - przekonywanie do teatru. Cała moja miłość do filmu wydaje się oczywista i nie trzeba jej było ugruntowywać jakoś specjalnie. Z teatrem jest już gorzej. A jednak. Zapisałam się właśnie na fakultet poświęcony teatrowi Piotra Cieplaka. No i taka zaspana, z samego rana gapiłam się w ekran telewizora. (Nie wiedziałam, że na naszym Uniwersytecie wykładają młode, mądre i niezwykle piękne kobiety - niesamowite wrażenie zrobiła na mnie pani doktor :) Od razu rzuciło mnie na głęboką wodę: oglądaliśmy przedstawienie Człowiek, który był czwartkiem - adaptację powieści Gilberta K. Chestertona. Chyba się zakochałam, albo... zafascynowałam. Po pierwsze całość przekazu była jasna i zrozumiała (patrz: nie zastanawiałam się nad tym, czy twórca pisał to pod wpływem czy w szpitalu odpowiednim), po drugie: kapitalny dobór muzyki, po trzecie: świetna moim zdaniem gra aktorska i po czwarte (ostatnie): czułam się, jakbym oglądała Twin Peaks na scenie (zapomniałabym - przedstawienie było zrealizowane tylko i wyłącznie dla Teatru Telewizji, stąd możliwe było pokazanie kilku efektownych scen, przejść - iście filmowych).Zbliżenia orła, odgłosy, eksponowanie gałęzi, światło, odgłosy... Naciągam z pewnością, ale wrażenie było piorunujące. A przedstawienie dotyczyło anarchii i aparatu policyjnego... To tak w wielkim skrócie. Coś niesamowitego.

Poza tym zawarłam kilka nowych znajomości z ludźmi z 2 roku WOT-u (Wiedzy o teatrze). Znałam ich skądinąd :) Teraz jednak poznałam nie tylko część grupy najbardziej przebojową i pożerającą męskie serca urodą i urokiem osobistym, ale też zwyczajne dziewczyny, bardziej szare - odizolowane (same tak powiedziały). Trochę poplotkowałyśmy o tym, jak się im grupa rozsypała, jak ludzie się wykruszyli. Było kilka dobrych życzeń dla tych, którzy odeszli, odrobina marudzenia na wykładowców i pare żarliwie wypowiedzianych próśb do losu o powodzenie i łaskę. Już rozumiem, czemu WOT jest wyjątkowy. Z dziewczynami czas płynął mi szybko, dotknęłyśmy kilku interesujących tematów i ogólnie atmosfera była oderwana od rzeczywistości - stałam się uczestniczką narodzin nowego świata o naturze inetelektualno- emocjonalnej. Nawet nie potrafię tego wytłumaczyć - trzeba to poczuć, by zrozumieć w pełni.

Później była rozmowa z pierwszym rozpatrywanym przeze mnie kandydatem na mojego promotora. To znaczy staram się o magisterkę aż u czterech wykładowców, wybiorę najlepszego z Towarzystwa Kwadratu... Mam nadzieję. No i dziś rozmowa dotyczyła potencjalnej pracy magisterskiej o intertekstualności filmowo- literackiej... Kto wie... Pisałabym o Tarkowskim Młodszym i relacji jego filmów z poezją Tarkowskiego Seniora. Może byłoby to ciekawe? Sama nie wiem - ale przynajmniej mam jakiś punkt zaczepienia.

Wyszperane w sieci :)

A teraz? Siedzę i słucham TEJ badziewnej muzyki: Stan Borys, Seweryn Krajewski, Bogusław Mec. I mam gdzieś, czy to znaczy, że należę do istot głupich od urodzenia, nieinteligentnych i tak dalej. W skrócie: może i jest ze mnie POKEMON, ale jak się komuś nie podoba - to mnie nie musi lubić i już. Ja mam potrzebę odejścia od tej całej muzycznej alternatywy, od tych mocnych dźwięków z prawdziwym przesłaniem, od tego wizjonerstwa kompozycyjnego i nowatorstwa tekstowego. Szukam jakiegoś spokoju, ukojenia i liryki, choćby tej najprostszej, banalnej. Tego, by dźwięki nie powodowały bólu głowy, by nie drażniły, by nie zagłuszały. Wiosna już, nie chcę jej przepłoszyć nieskoordynowaniem mojego nastroju z podkładem muzycznym i dalszymi tego konsekwencjami...

To by na dzisiaj chyba było tyle. Wracam do pisania listów wielkanocnych. Dwa już zaklejone w kopertach czekają na ostatniego towarzysza i polecą jutro do ludzi, którzy sprawiają, że chce mi się żyć i cieszyć tym wszystkim. Dobranocka więc... :)