wtorek, 31 marca 2009

Psalalalalala

Jak człowiek obcuje z ludźmi mądrymi i oczytanymi, to ma wrażenie, że świat wokół niego jest piękny i wspaniały. Tak na przykład: profesor Czapliński intelektualnie igrając i bawiąc się z nami (ponoć przyszłymi krytykami) wymyślił błyskotliwą nazwę dla jakiejś nagrody literackiej: "Łojezy". - i przednia była rozrywka: skojarzenia, pojęcia, nazwiska... Cudnie było.

A później - świat znów jest szary, brudny i zły, żeby nie zapędzić się mówiąc: "głupi". Problemy ze znalezieniem promotora. Na kilku - troje możliwych... I jestem... blada twarz! Kurki wodne, co pływają po stawie za domem, pewnie byłyby pod takim samym wrażeniem, jak ja. Chaos i determinacja. Do tego poczucie małości i nieważności w wielkiej biurokratycznej machinie dziakanatowej ;/

Zastanawiam się, co zrobić, żeby kupić sobie psa i móc go waletować w akademickim pokoiku. Potrzebuję czworonoga, ale nie jakiegoś paskudnego kota, tylko pięknego i wesołego psa. Takiego, który przybiegnie na mój widok radośnie do mnie, zamerda ogonkiem i będzie biegał przeszkadzając we wszystkim. Pupil miałby na imię Sorbon. No tak, bo chcę Jego a nie Ją... Nauczyłabym go tego, co potrafi Jovan w domu i wielu nowych sztuczek... Ehhhhhhhhhhhhhhhhhh... Psa potrzebuję od zaraz. Mam już nawet gdzieś budę zbunkrowaną i miska by się znalazła. A psa nie ma ;/;/;/;/ Ps. żebym nie zapomniała - zdjęcia psów na moim blogu przeważnie znalazłam gdzieś w internecie, szczególnie upodobałam sobie fotki z: www.kaukaski.eu.

Skończyły się właśnie odwiedziny - do współlokatora przyjechała siostra i jej chłopak. Dziewczyna przed maturą - wykorzystuje swojego brata ile wlezie, aż mi się zdarzyło powiedzieć jej kilka cierpkich słów. Poza tym z humoru z zeszytów szkolnych: " Po usunięciu dziecka zostawił ją samą dla innej kobiety" (zdanie zamieszczone w konspekcie maturalnym o Justynie z Granicy). Hehe, smaczku sprawie nadaje fakt, że zdanie to przeczytały dwie wykwalifikowane nauczycielki języka polskiego, przygotowujące uczniów do matury - a błąd wyłapałam ja - choć może się czepiam. :D Tak sobie myślę, że panna Berta jest bardzo ordynarna i wulgarna, a jej kompan spokojny i poważny. Jakby nie było - współczesna młodzież wydaje mi się zbyt pozbawiona subtelności i jakiegoś takiego ukulturalnienia. W dodatku cwaniackie naddatki pozbawiają młodzi wszelkich masek i zasłon, tak, że odczuwam wyraźny brak łobuzerskiego zacięcia i błyskotliwego humoru, w zamian - chamskie odzywki i dziwaczna gimnastyka pięści i mięśni trójgłowych ramion :( W sumie przykro jest patrzeć na taką degradację cywilizowanych zachowań i odruchów. Takie ludzkie zoo: dzicy i brutalni.

Plan na dzisiejszy wieczór: zgłębić wiedzę o Godach życia Dygasińskiego, posłuchać trochę Grechutowej muzyki i podszlifować słownictwo z angielskiego w odniesieniu do świata filmu i telewizji. Szkoda tylko, że jestem zmęczona i najchętniej położyłabym się spać - a tu trzeba się pomęczyć, posiłować, zahartować.

poniedziałek, 30 marca 2009

Maleńkie zachwyty Wielkim Światem Wielkich Ludzi

Wyszperane w sieci :)

Zaczynam po raz wtóry swoją działalność blogową. I bardzo się z tego powodu cieszę! Brakowało mi tych kilku chwil powiedzenia, napisania tego, co naprawdę siedzi w mojej głowie - wirtualna spowiedź wchodzi w nawyk, ale dobry nawyk. Człowiek uczy się samodyscypliny, konsekwencji i wytrwałości. Słowa, przeklikane i przefiltrowane przez techniczny mechanizm nabierają nowych znaczeń, otwierają furtę do innego, wielkiego świata, którym Autorka czasem łapczywie się syci, czasem wzgardza, a najczęściej po prostu obserwuje; taką ma naturę i nie ma zamiaru niczego w tej kwestii zmieniać; nie warto nawet próbować perswazji czy manipulacji - nie zadziałają w żadnym wypadku... :)

Od jakiegoś czasu mam lekkie zachwiania rónowagi psychicznej, szala przechyla się najczęściej w tę dobrą stronę, pozytywną, zwariowaną, szaleńczą, z energią i pasją; rzadziej chyli się ku smutkowi, goryczy i tęsknocie. O tym wszystkim chciałabym pisać na tym blogu, niestrudzenie i umiejętnie, żeby była jasność, że nie jestem jakimś sztucznym wytworem pokroju pań w tipsach i różowych mikro-mini, że też czuję, a co równie ważne, że myślę, że żyję i żyć potrafię, a przynajmniej z chęcią się tego życia uczę, choć to zajęcie niewdzięczne i upierdliwe raczej.

Miałam dzisiaj niepowtarzalną i jedyną taką okazję - wzięcia udziału w wykładzie wygłoszonym przez osobę wybitną, prawdziwego człowieka, prawdziwego pedagoga - człowieka, który ujął mnie swoim zaangażowaniem w kwestie propagowania opieki paliatywnej, człowieka, który emanował dobrocią i pasją. Profesor Jacek Łuczak to z pewnością jedna z największych osobowości w środowisku lekarskim - dzisiejszego wieczoru zagościł na moim wydziale (filologii polskiej - UAM) i opowiadał o doświadczeniach w pracy z ludźmi umierającymi, o hospicjach, kwestiach eutanazji i śpiączce farmakologicznej. No i siedziałam jak zaczarowana słuchając tego, co zechciał nam przekazać - żadnej maski wyższości, plaster szczerej mądrości - portret profesora... Gdyby spotykać podobnych mu ludzi częściej - pewniej studiowanie byłoby zbyt piękne... Ale w marzeniach.

Miałam dzisiaj też inne, bardzo pozytywne zajęcia dotyczące sylwetki artystycznej Skolimowskiego - no i tutaj pisać nie trzeba zbyt dużo: świetny reżyser, specyficzne filmy - zdecydowanie kino godne polecenia. Dodam, że muzyka w jego filmach powala mnie na kolana...

Jak widać, zaczyna się kręcić ten mój światek edukacyjny, a dwa tygodnie przerwy w uczestnictwie w życiu akademickim, to za dużo. Odzwyczaiłam się już i wracam wreszcie do normalności - doświadczenie niedawno przebytej grypy wprawia mnie w osłupienie - brakowało mi wydziału: jego atmosfery, gwaru, nawet tego dziwacznego zapachu (który pewnie tylko ja wyczuwam, bo mój narząd powonienia jakiś taki zdziwaczały jest). Dodatkowo - wywiesili listy seminariów magisterskich już... i jestem zrozpaczona - nie ma na nich nikogo, u kogo chciałabym wylewać litry potu przy tworzeniu mojej pracy magisterskiej. Jest gorzej - ci, których zaproponowano należą do najgorszych, jednych jedynych w swoim rodzaju a na czołach maja napisane hasło: "Zgnębić i zamęczyć"... Dzieje się dzieje... Strach się bać ;)

Prywatnie: czuję się lekko zagubiona i osamotniona. Porzucona na miesiąc - nie wiem, jak sobie poradzę z samotnymi wieczorami i popołudniami. Myślę jednak, że wokół mnie jest tak wielu ludzi, że tęsknota nie przesłoni mi wszystkiego. A TEN mężczyzna wróci do mnie niebawem, ale nie na moment, tylko na zawsze. Przyznaję się - tak bym już chciała. Może to objawy starzenia? - stateczności mi się zachciawa...

Pora na sen, jestem wykończona. Dobrej nocy :)