Zaczynam po raz wtóry swoją działalność blogową. I bardzo się z tego powodu cieszę! Brakowało mi tych kilku chwil powiedzenia, napisania tego, co naprawdę siedzi w mojej głowie - wirtualna spowiedź wchodzi w nawyk, ale dobry nawyk. Człowiek uczy się samodyscypliny, konsekwencji i wytrwałości. Słowa, przeklikane i przefiltrowane przez techniczny mechanizm nabierają nowych znaczeń, otwierają furtę do innego, wielkiego świata, którym Autorka czasem łapczywie się syci, czasem wzgardza, a najczęściej po prostu obserwuje; taką ma naturę i nie ma zamiaru niczego w tej kwestii zmieniać; nie warto nawet próbować perswazji czy manipulacji - nie zadziałają w żadnym wypadku... :)
Od jakiegoś czasu mam lekkie zachwiania rónowagi psychicznej, szala przechyla się najczęściej w tę dobrą stronę, pozytywną, zwariowaną, szaleńczą, z energią i pasją; rzadziej chyli się ku smutkowi, goryczy i tęsknocie. O tym wszystkim chciałabym pisać na tym blogu, niestrudzenie i umiejętnie, żeby była jasność, że nie jestem jakimś sztucznym wytworem pokroju pań w tipsach i różowych mikro-mini, że też czuję, a co równie ważne, że myślę, że żyję i żyć potrafię, a przynajmniej z chęcią się tego życia uczę, choć to zajęcie niewdzięczne i upierdliwe raczej.
Miałam dzisiaj niepowtarzalną i jedyną taką okazję - wzięcia udziału w wykładzie wygłoszonym przez osobę wybitną, prawdziwego człowieka, prawdziwego pedagoga - człowieka, który ujął mnie swoim zaangażowaniem w kwestie propagowania opieki paliatywnej, człowieka, który emanował dobrocią i pasją. Profesor Jacek Łuczak to z pewnością jedna z największych osobowości w środowisku lekarskim - dzisiejszego wieczoru zagościł na moim wydziale (filologii polskiej - UAM) i opowiadał o doświadczeniach w pracy z ludźmi umierającymi, o hospicjach, kwestiach eutanazji i śpiączce farmakologicznej. No i siedziałam jak zaczarowana słuchając tego, co zechciał nam przekazać - żadnej maski wyższości, plaster szczerej mądrości - portret profesora... Gdyby spotykać podobnych mu ludzi częściej - pewniej studiowanie byłoby zbyt piękne... Ale w marzeniach.
Miałam dzisiaj też inne, bardzo pozytywne zajęcia dotyczące sylwetki artystycznej Skolimowskiego - no i tutaj pisać nie trzeba zbyt dużo: świetny reżyser, specyficzne filmy - zdecydowanie kino godne polecenia. Dodam, że muzyka w jego filmach powala mnie na kolana...
Jak widać, zaczyna się kręcić ten mój światek edukacyjny, a dwa tygodnie przerwy w uczestnictwie w życiu akademickim, to za dużo. Odzwyczaiłam się już i wracam wreszcie do normalności - doświadczenie niedawno przebytej grypy wprawia mnie w osłupienie - brakowało mi wydziału: jego atmosfery, gwaru, nawet tego dziwacznego zapachu (który pewnie tylko ja wyczuwam, bo mój narząd powonienia jakiś taki zdziwaczały jest). Dodatkowo - wywiesili listy seminariów magisterskich już... i jestem zrozpaczona - nie ma na nich nikogo, u kogo chciałabym wylewać litry potu przy tworzeniu mojej pracy magisterskiej. Jest gorzej - ci, których zaproponowano należą do najgorszych, jednych jedynych w swoim rodzaju a na czołach maja napisane hasło: "Zgnębić i zamęczyć"... Dzieje się dzieje... Strach się bać ;)
Prywatnie: czuję się lekko zagubiona i osamotniona. Porzucona na miesiąc - nie wiem, jak sobie poradzę z samotnymi wieczorami i popołudniami. Myślę jednak, że wokół mnie jest tak wielu ludzi, że tęsknota nie przesłoni mi wszystkiego. A TEN mężczyzna wróci do mnie niebawem, ale nie na moment, tylko na zawsze. Przyznaję się - tak bym już chciała. Może to objawy starzenia? - stateczności mi się zachciawa...
Pora na sen, jestem wykończona. Dobrej nocy :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz