To była długa droga, która rozpoczęła się od kilku marzeń.
Marzenia rozkwitały w plany.
A plany... przekwitały w jesieni niemożności.
Dziś nie mam już żalu.
Mam plan, lepszy czy gorszy, ale plan.
Przyblakłe marzenia dają się zeskrobywać.
Przejrzystość tego, co się może udać lecz nie musi, powoli osiada we mnie.
Wciąż nie jest mi wewnątrz spokojnie.
Za trudne dni.
Zbyt wiele spraw, których chciałabym nie mieć na głowie.
I Wu, o którym myślę tak, jakby za moment miał wejść do kuchni. Do śniadania ustawiam Jego ulubiony kubek. Czas zatrzymał się w miejscu .
I boli. A bólu nie umiem ukoić.
Jestem na etapie godzenia się z tym, co mi życie dało. I z tym, czego w życiu mieć nie będę.
Wbrew pozorom - to dobrze.
Bo ruszę do przodu.
Bez mrzonek.
Bez zbyt silnych emocji i zawiedzionych nadziei.
Trudno jest rezygnować z tego, co wydawało się być jedynym sensem, ale kiedy ten sens przeciekać zaczyna między palcami - należy podjąć męskie decyzje. Zmienić kierunek.
Obrać nowy cel.
Ciężko jest zaczynać od przegranej, ale to motywuje.
Podobnoż w życiu tylko trzy rzeczy są ważne: miłość, młodość i rozum.
To oceany, nie strumyki.
Dysponuję młodością i rozumem.
Wystarczy.