Wszystko pędzi. Wszystko działa na wysokich obrotach. Przyspieszenie. Bywa ono przyjemne, motywujące, żeby nie pomysleć (a co dopiero napisać) stymulujące.
Krążenie między szpitalem i uczelnią zabiera mi czas. Pochłania go. Zjada. Połyka. I nie wypluwa. I nie mam kiedy pójść na ciuchowe zakupy. I nie mam kiedy spotykać się ze znajomymi. I zaczynam powoli myśleć, że mnie nie ma... Nieosiągalna jestem dla wszystkich, a już najbardziej to sama siebie - nie umiem zlokalizować się w bezruchu.
Za mną kolejny ciekawy dzień gonitwy. Kolejna kojąca wizyta w szpitalu i wieść, że jutro koniec moich wojaży - odbieram wujka i zawożę do domu. Kolejny dzień na uczelni. Kolejne mądre rzeczy wtłoczone do głowy. I masa jakichś nic nie znaczących szczegółów, detali, drobnostek, które jakoś kumulowały na sobie moją uwagę. No bo jak tu przejść obojętnie obok najpiękniejszych oczu świata, ciepłych, ale dzikich i tajemniczych zarazem. No bo jak tu pominąć fakt, że policjanci przebiegali na czerwonym świetle, gdy tuż obok w tej samej chwili małego chłopca potrąciło czarne BMW. No bo jak w końcu nie spoglądać na zieleń soczystą, na pierwsze kwiaty, wiosnę dyszącą ciężko w tym zatłoczonym mieście... No i ten zachód słońca nad Wartą... Ehhh...
Żyrafa. Zapomniałam, dzisiaj był dzień żyrafy. Najpierw ogromniasty bilbord z żyrafą. Potem papierowa torba z nadrukiem żyrafy. Pacjent o tym jakże uroczym nazwisku, pan M. Żyrafa.
A teraz, wieczorem dość późnym czuję się zła i niechciana, i nawet nie jest mi smutno. Właściwie to się zawiodłam. Może ja faktycznie za dużo wymagam??? Albo za wiele oczekuję? Sama nie wiem. W każdym razie już któryś tam raz z rzędu dręczę sama siebie. I czemu? A różnica między Nim a mną jest taka, że ja chcę mieć w nim oparcie, a On nie chce. I gdy ja liczę na kilka dobrych słów - to mam wziąć do rąk kalkulator, bo telefon i gg i On, gdzieś tam, w dali, to nie ten zestaw ratunkowy, który się łaskawie włączy do reanimacji mojej poranionej, umierającej od czasu do czasu, duszy... Skoro On mnie nie prosi o wsparcie, to ja też nie powinnam... Nie powinnam? W ogóle powinnam prosić o wsparcie?
Zamiast wiosny - we mnie jesień, ta najbrzydsza, najbardziej nielubiana: plucha i błoto, zimno i deszcz, i ogólnie ponuractwo i mrok straszliwy. Chyba jednak jestem wyrzutkiem społecznym, niaakceptowalnym, niepoprawnym, niepasującym... I bardzo mnie to teraz dobija.
Jutro będzie lepiej! Jeśli napiszę ten walnięty test z angielskiego... Jeśli...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz