Był taki serial nawet. I coś w tym jest. Mija jeden, pojawia się kolejny... Słońce, księżyc, gwiazdy, chmury, samotność, towarzystwo, smutek i radość, łzy i uśmiech - mieszanka wybuchowa, i nigdy nie wiadomo, co kiedy się objawi.
Ostatni czas nie był dla mnie dobry. Ciągłe przepychanki z Nim, rutyna, osamotnienie i właściwie nikt nie wiedział, czy jest w "nas" jakiś sens, "nas" w ścisłym rozumieniu "razem", ja nie wiedziałam. Wielkie plany końca, wielkie próby odejścia.
I jedno spostrzeżenie: nie mogę, nie jestem w stanie...
On wrócił do Poznania spragniony mnie, zachłannie wykorzystując każdą sekundę, bym zrozumiała, że dla Niego zwariowałam bardzo dawno temu, a On dla mnie. Cudowny. Czarujący. Znów taki mój. Najintymniej wypowiedziane: "kocham" - gdy usta wcale nie wypowiadały słów, gdy to spojrzenia łapczywie wyszukiwały spojrzeń, a dłonie wypisywały na dłoniach te iskry uniesień...
Zaskoczona, poddałam się nurtowi tego, co się tak pięknie między nami działo.
Szczęście nieopisane...
Koniec knowań theendowych.
Właściwie ten post miał być długi i wielowątkowy. Ale przenosimy to na któryś z kolejnych, bo... :
^ w pokoju toczy się coś na kształt imprezy, ale bardzo rozczłonkowanej
^ wizyta Jolki znacznie zmąciła mój nastrój, i kurcze nad tym nie umiem zapanować
^ w mojej głowie siedzi teraz jedna wielka potrzeba: SNU!
Na swoje usprawiedliwienie;
^ początek imprezy = Jolka= spadek nastroju
^ pobudka o 7.45 wykończyła organizm przyzwyczajony ostatnimi czasy do długiego wylegiwania się w łóżku
^ stresogenne badanie, bo zwykła morfologia, ale wynik ważny...
Tyle na dziś, sprostowanie będzie niedługo. Obiecuję!
1 komentarz:
Malutka, daj znac.
abi
Prześlij komentarz