czwartek, 19 listopada 2009

Część I.

Poczułam nagłą i nieodpartą potrzebę przyjazdu do domu, do rodziców, moich psin kochanych i tego wszystkiego, co mówi mi, że stąd właśnie jestem. Rzuciłam więc wszystko, spakowałam w pośpiechu walizkę i wyruszyłam. Miła niespodzianka na dzień dobry - ze stacji odebrali mnie mama i tata, co zdarza się bardzo rzadko, albo i rzadziej... Mały jest jeszcze w szkole - dobrze, że nie wagaruje jak starsza siostra ;)

Jadąc pociągiem patrzyłam jak szybko zmienia się krajobraz. Dwa tygodnie wcześnie było bardziej zielono, liście jeszcze się trzymały gałęzi, a ludzie nie chodzi opatuleni wszystkim, czym się da. Dziwny widok - w pociągu jechała dziewczyna, owinięta kocem w czerwone róże. Tak jej było zimno... Rude loki, spływające niepokornie na ramiona i koc właśnie, nadawały jej niesamowicie tajemniczy wyraz... A oczy miała takie rozświetlone... Nie muszę chyba dodawać, że towarzyszył jej młodzian wysoki i przystojny, z tym czymś w spojrzeniu.
Dobrze mi się na nich zerkało ukradkiem. Przypomnieli mi pewną parę sprzed dwóch lat... Jego i mnie... Choć ja niestety nie wyglądałam tak magicznie... Aż dech zapiera. To już dwa lata... Oby było więcej takich wspólnie wykochanych lat... Mam poczucie, że moje serce należy do Tego, do Którego należeć powinno.




Ale przecież nie samą miłością żyje człowiek :)
(Ale o tym w następnej części, bo łapię każdy najkrócej funkcjonujący zasięg.)

Brak komentarzy: