niedziela, 29 listopada 2009

Niedziela

Moja niedziela. Chciałabym nawet nie myśleć.

Panna z Miszu (poprawnie MISH, ale ona na poprawność zupełnie nie zasługuje...) znów w akcji - jej żywioł to zagadywanie Go, gdy tylko wyjdzie poza próg 418. Śmiech Elżuni wbija się głuchym, a może pustym echem w ściany mojego pokoiku nawet wtedy, gdy ona znajduje się na zupełnie innym korytarzu. Co kto lubi. Ale co niby mam z tym zrobić? Jego wola. Odwrócony plecami do ściany - leży i żuje moje niezadowolenie - zupełnie dla Niego niezrozumiałe. On też nie jest w nalepszym nastroju. Zamiast się uczyć, czytać, rozwijać - siedzi tutaj, ze mną, odczuwając na własnej skórze moje wycofanie. Zwalamy wzajemnie na siebie winę. A z zewnątrz wszystko wygląda normalnie, wzorcowo. Mam sobie iść? - pyta - NIE!!! Zostań. Tutaj.

Chciałabym się cieszyć, ale chyba ktoś mi przypomniał, że ja tego zupełnie nie potrafię.


łzy które spływają po policzkach
smak słony mają nie gorzki
a ja
w tym jestem
tym żyję



Tak bardzo brakuje mi choćby małego zaplecza... Jakiegoś składziku z dobrą siłą... Wszystko wydaje się zbyt przygaszone, niechciane.

Wczoraj obejrzeliśmy Inland Empire... Polecam - ale tylko tym, którzy naprawdę lubują się w sztuce Lyncha... Gratka nie lada... Choć uprzedzam - seans zacznijcie wczesną porą, bo nocą możecie nie dać rady - taki to natłok wątków i motywów w trzygodzinnym obrazie.

Tyle na teraz.

Brak komentarzy: