pachną kawą pitą na mieście
i kawiarnianymi sofami
czas ucieka
w niemym wypowiedzeniu: "nie ma mnie, już mnie nie ma"
czas utknął na 24 grudnia
z paczuszkami
wysyłanymi kartkami
i Drewniakiem w odległym zasłyszeniu
może tylko dwie płyty zatrzymują mnie na dźwiękach
skacząc między francuskim luzem a jazzowym zawodzeniem
ulec grypie
to wrócić do domu i marzyć o soku z cytryny
jeszcze nie marzę
Zdumiewa mnie tempo tego dnia. Jutra - po prostu się boję. Biegam tu i tam, i niewiele załatwiam, ale i tak było mi miło, kiedy pani na poczcie pomogła w pilnej sprawie, pani w banku uśmiechała się tak ciepło i pewien starszy mężczyzna nie gniewał się, że przeze mnie rozsypały się jego sprawunki. Z przymkniętymi oczyma zakochuję się w szklanych bombkach i piernikowym aromacie. Profesor mijany w kawiarni puścił oczko do ekspedientki, a widząc mnie - zarumienił się trochę. Stan lekkości rozbujany na łańcuchach światełek.Przytulam się do swoich myśli mniejszych, do niewielkich mrzonek.
O dziwo - odezwali się ci, których od bardzo dawna nie było, a milczą ci, którzy jeszcze miesiąc, dwa miesiące temu, byli blisko.
Czasem sobie myślę, że może jednak Czarownica E. miała rację: czasem wchodzimy sobie w drogę, a potem z tej drogi znikamy?
Może te wszystkie przyjaźnie rozpuszczają się, gdy nagle nie mieszka się w tym samym akademiku?
A póki co - szafa grająca zapodaje coś spoza płyt: U2, Green Day: The Saints are coming...
Wracam do pakowania ;)
Dobrej nocy!
3 komentarze:
Witaj zagoniony dniu;) Tylko się odezwij po przyjeździe, żebym cię w jakiejś zaspie szukać nie musiała ;)
Taa, podpis mi wcięło:P
Mnie w zaspie szukać nie trzeba, ale mój internet bawi się ze mną w chowanego i może za nim zanurkujemy w zaspach? ;P
Prześlij komentarz