niedziela, 28 listopada 2010

śniegowy...

Koniec weekendu z lekką chrypką :)
Wreszcie mój kocyk w moim pokoju w moim akademiku.
Mogę odsapnąć po krótkim pobycie w domu, który utwierdził mnie w przekonaniu, iż opcja oddalenia to układ idealny między mną a familią liczną.

Na szczęście zgodnie z piątkowym planem wieczornym w sobotę wybrałam się na spacer, który wyciszył we mnie skrajność emocji uprzedniej nocy... Biel, po której stąpałam, zdawała się nie mieć końca, otaczała zewsząd, nawet podmuchy wiatru nie mąciły jej spokoju...
Las, mógłby już nie zmieniać swojego śnieżnego oblicza: nie zamarł zupełnie w swojej białej oprawie - dwa dzięcioły wystukiwały rytm wdechu i wydechu, tętent sarniego biegu odbijał się echem daleko za nimi, gdy już traciłam je z oczu. Białe czapy na kamieniach i drzewach, suknie okrywające pola, a jedynym wyraźnym śladem odcinającym się od całości był czarny punkcik, który przybliżał się i nikł w moich oczach. Wystarczyło jednak delikatnie zagwizdać, by punkcik przeistaczał się w niewiarygodnie szybkim tempie w moją towarzyszkę...

Żaba uwielbia śnieg!
Lubi, kiedy rozpryskuje się dokoła niej, gdy mknie na swoich smukłych łapach, gdy przez przypadek jej zimny nos zanurza się w puchu chłodniejszym od niego. Niewielką zaspę traktuje niczym trampolinę, z której wybija się, by podskoczyć wyżej i wyżej.
Dodatkowo, Żaba w śniegu wielbi to, że może się bezkarnie tarzać, przecież się nie ubrudzi w śnieżnej jego bieli i ona o tym doskonale wie.
I jeszcze jedno: łatwiej w tych warunkach przewrócić pewnego Czesia, który przemyka z nią zasypanymi drożynami, a który najczęściej udaje, że woli chodzić na tych swoich dwóch nogach, pewnie ze względu na dobre wychowanie, w duszy zaś marząc o turlaniu się po śniegu, robieniu orzełków, tarmoszeniu Żaby na kolanach i takich tam szczegółach, łatwych do domyślenia/ dopisania :)

Ze względu na to, że postanowiłam przejść moją tradycyjną trasę nie zabrałam sfory: Jovan chory, Szach za mały, Psota rozleniwiona do granic możliwości, Rabka zraniła się w łapę, a Zazu mnie nie słucha, jako jedyna z ekipy.
I dobrze się stało - Żaba wyszalała się na jakiś czas, a ja mogłam spokojnie podywagować nad jestestwem tego i owego, nie uganiając się za rozpierzchniętymi psiskami.

Fotorelacja z błąkania się po bezkresie białym:





Miłego wieczoru!



Ps. W powiększeniu zdjęcia wyglądają o nieba lepiej... Ehhh ;)

7 komentarzy:

soy :) pisze...

Ile śniegu;/

Malutka... pisze...

Sporo :)))))

Porcelanowa pisze...

łooooo... to u Ciebie mocniej sypnęło, zdjęcia jak pocztówki, pełen profesjonalizm :D chyba każdy pies lubi zimę, spacery są super, chociaż czasem ciężko sie wybrać skoro w domu ciepło i wygodnie ;] Żaba jest super, widać, ze zadowolona :D

Malutka... pisze...

Żaba to najweselsze stworzenie, jakie kiedykolwiek po świecie chodziło ;)
Takie spacery, gdy rześkie powietrze, para z ust i dłonie w rękawiczkach - kuszą i są doskonałe, ale rozgrzany piec kaflowy bywa konkurencją bezkonkurencyjną ;)

Kama pisze...

Cześ, nie zmarzłaś? U mnie jest tak zimno, że bałam się nos wychylić za drzwi. A może po prostu taki piecuch się ze mnie zrobił?

Maria pisze...

Oj, oj
Rzeczywiście patrzy niestrudzenie:)

Jak piękny jest świat:DDD
Prawda?

Bardzo przyjemnie popatrzeć.

Malutka... pisze...

Kama, ja się jak Eskimos ubrałam ;) Marsz i pomysłowość Żaby zrobiły resztę - było mi aż za ciepło ;D
Ale taki maraton chodzony w śniegu urokliwy jest - odważ się :)))

Maria i wszystko się zgadza! Nacieszyć oczu nie mogłam, taki ten krajobraz ładny :)
A że przyjemnie oglądać, to nie umiałam wybrać ledwie kilku zdjęć :DDD