To nie jest mój wieczór. I nie był mój dzień.
Każdego dnia coraz bardziej napieram na mur.
Po dwóch godzinach mordowania się z workiem treningowym nic ze mnie nie uszło.
A przecież powinno.
(Tylko mnie ręce bolą).
I mój pies znów miewa się gorzej.
I duszące: WSZYSTKO przemija.
Jest jeszcze wrażenie, że wciąż błądzę w oparach.
Bo przecież...
I nawet.
Element wymienny? Zagadnienie usterkowości?
Powolutku.
Po cichutku.
Delikatnie.
I czule -
- upadam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz