Nowy dzień przede mną. Nowy dzień na horyzoncie. Wszyscy pewnie już dawno wstali, w pracy. A ja? Dopiero się wybudziłam, bo wczoraj wieczorem i w nocy...
Co było wczoraj? Przemek został TATĄ. Urodziła mu się córa, bo u chłopaka zucha musi być dziewucha... Mała dostała imię Kalina. Przyszła na świat w sobotę, a my wczoraj z tej okazji troszkę popiliśmy. I śliczna jest... Pół wieczora gapiliśmy się na jej zdjęcia ;) A Przem jest dumny jak nigdy :) I szczęśliwy też, aż miło patrzeć :)
Mała urodziła się w sobotę, a On miał 27 urodziny wczoraj :) Wszystkiego najlepszego Tygrysku!!!
Przeraziły mnie tylko lekko słowa Jego, o tym, że aż zazdrości Przemowi Małej... I tu raczej dopisywać nic nie będę.
My i dziecko to bardzo odległa przyszłość... Z wielu powodów.
Poza tym? Do pracy na 18. Ciekawe jak dam radę wytrwać do 6 rana. Ale dam, tego jestem pewna.
Miałam dziś na mieście mnóstwo spraw do załatwienia. I nic z tego. Nasze nocne rozboje, które nie skończyły się po wyjściu Przema i Marysi nie pozwoliły wstać odpowiednio wcześnie. Do tego chciałam ogarnąć trochę pokój przed powrotem Agnieszki, co by się nie zgubiła w labiryncie ciuszków, fatałaszków, naczyń, bibelotów, poduszeczek itd. :)
A A teraz? Artystycznie usposobiona Jolka siedzi na parapecie mojego okna. On prowadzi z nią jakąś rozmowę. Nie słucham ich - wolę Nancy Sinatrę czarującą. I piszę. I właściwie to kończę na dzisiaj.
Trzymajcie się radośnie, uszy do góry. I nie słuchajcie rozmów innych o naturalistycznym zostawianiu perfum, coby się obdarowani bardziej atrakcyjnie czuli. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz